szukaj
Fragment książki "Big Mac"

 
Nabraliśmy tyle różnej muzyki, że już nikomu nie chciało się jej słuchać. Jakieś serbskie orkiestry ludowe, stare soundtracki, do tego Sylva, jak zawsze, miała pełne kieszenie swojego porąbanego nu jazzu, który wszystkim polecała i którego nikt poza nią nie słuchał, bo nu jazzu po prostu nie da się słuchać. W ogóle wydaje mi się, że kiedy ktoś się nad czymś długo i z uporem rozwodzi, to zwykle oznacza, że ten ktoś sam to właśnie wymyślił, coś jak, powiedzmy, nowy jazz; myślę, że Sylva mogła wykopać te nagrania w jakimś studiu, u siebie w Pradze, popsuć płyty jak trzeba i teraz udawać, że to muzyka atonalna. Chociaż wcale nie musiała tego robić.

Gdzieś między fotelami naszego renault, pomiędzy puszkami coli i przewodnikami, powinno się znaleźć parę albumów starego dobrego Lou Reeda z czasu jego największego rozkwitu i toksykacji, kasety też, ŕ propos, były czeskie, firma Globus, szorując po świeżych śladach wielkiej europejskiej transformacji końca lat osiemdziesiątych, wygrzebywała złote zapasy muzyki pop, no i stary dobry Lou Reed, jak to się mówi, podszedł. Ale wątpię, czy przyjdzie kolej na niego — Sylva zbyt energicznie wystukuje na kierownicy rytm (jeśli można to nazwać rytmem) atonalnej papki, która, niby z maszynek do mielenia mięsa, sączy się z zachrypłych głośników wmontowanych w deskę rozdzielczą.

— Sylva, to jest po prostu jakiś koniec cywilizacji! — krzyczę z tylnego siedzenia. — Naprawdę słuchasz tego w wolnym czasie bez przymusu?

Sylva śmieje się, ale raczej nie rozumie mojego żartu, zresztą jaki to w dupę żart — tak, coś w rodzaju jej atonalnego jazzu. Nasz przyjaciel Gaspar, bezpośredni i jedyny właściciel samochodu, rozwalił się na przednim fotelu i ledwie śledzi przebieg wydarzeń dookoła siebie. Wczoraj rozeszliśmy się w nocy, koło wpół do trzeciej, przedtem długo piliśmy, starając się ustalić, kiedy najlepiej wyjechać. Ostatnią zgrzewkę piwa kupowaliśmy już na stacji benzynowej, Gaspar pozwalał sobie na takie małe radości — nakupić piwa i pędzić przez zaspany Wiedeń, ścinając zakręty i trąbiąc do samotnych żandarmów.

Możliwość sankcji nie przerażała go — u siebie w domu, w Lublanie, mógł kupić nowe prawo jazdy tak samo łatwo, jak zgrzewkę piwa na wiedeńskiej stacji benzynowej. Poza tym otwieraliśmy piwo zapalniczką, chociaż można je było po prostu odkręcić; w zjednoczonej Europie nawet z piwa zaczęto robić fast food, Amerykanie po prostu srają do głów całemu światu swoim know-how w rodzaju butelek do piwa z rzeźbieniami albo zimnej zielonej herbaty w puszkach. Pod koniec Gaspar opowiadał dowcipy o Bośniakach, potem się rozeszliśmy z postanowieniem, że już o dziewiątej rano zapakujemy rzeczy do bagażnika renault i wyruszymy z marcowego i chłodnego Wiednia w kierunku Berlina.

Usiąść znowu za kierownicą Gaspar się nie odważył, musiał jeszcze trochę odtajać, zrzekł się miejsca kierowcy na korzyść Sylvy, która, jak na młodą porządną Czeszkę przystało, piwa z nami na stacji nie piła i specjalnych objawów nie miała, siadła więc za kierownicą i zaczęła myszkować po porannych ulicach w poszukiwaniu trasy na Berlin, bo drogi żadne z nas, rzecz jasna, nie znało, chociaż właściwie Gaspar znał, ale nie w takim stanie.

Gaspar otwarcie odpadał, ciężko wdychał powietrze i tak samo ciężko wydychał je na boczną szybę, przez co zachodziła ciepłą gęstą parą. Sylva naiwnie włączała nawiew i nie mogła zrozumieć, czemu okna parują.

— Sylva, to przez zmianę ciśnienia — mówię jej. — Nawiew tu nie pomoże. Jazz, a propos, też nie.

Tak się składa, że mam pić sam. Pomiędzy Sylvą i Gasparem istnieje dżentelmeńska umowa, że gdzieś tam, po umownym przekroczeniu granicy austriacko--niemieckiej, zastąpi ją za kierownicą, a na autobahnie pić jednak się nie odważy, więc otwieram sobie kolejną puszkę, zrywając z niej zawleczkę, i staram się podtrzymać rozmowę. W ogóle to pierwsze sto kilometrów trasy znam, w zeszłym roku jechałem tędy stopem, zabrał mnie wtedy jakiś szalony punk, który przez cały czas nerwowo pił sprite’a, suszyło go, wyglądało jakby od upalenia, ale gnał na Zachód, bo musiał, już nie wiem, co on tam miał, może mama czekała, jednak wyglądał na nieszczęśliwego.

Kiedy wyjąłem z plecaka butelkę wody, spytał, czy to nie wódka, u was przecież, tam w Rosji, wszyscy piją wódkę, nie,  nie wódka, mówię, a on wesoło się roześmiał. Ale tępy punk mi się przytrafił. Teraz próbuję opowiedzieć to Sylvie, wyławiając jej uwagę z atonalnych jazzowych dołów i jam, Sylva się zgadza — tak, naprawdę tępy  punk, nie pogadasz, rozmowa się nie klei i otwieram następną puszkę, wszystko jedno, póki co nic ciekawego — gołe pastwiska, bezlistne pasma lasów, smutne marcowe Austro-Węgry, możliwe, że takimi je zapamiętali żołnierze rosyjskiej piechoty wiosną czterdziestego piątego roku, dość depresyjny landszaft, kiedy rozpierdalali na prawo i lewo elitarne dywizje nieszczęsnych narodowych socjalistów. W tym czasie kaseta kończy się i zaczyna kręcić się w drugą stronę, nowy jazz znowu chwyta za gardło, zabieram się do szukania pod fotelami zapomnianego i przysypanego orzeszkami starego dobrego Lou Reeda. „Jazz to muzyka dla tłustych” — mówię Sylvie i zmieniam kasetę.

Gdzieś już na terytorium Niemiec trafiła się nam kolumna wojskowa, która rozciągnęła się na dobre dwadzieścia kilometrów. Ciągniki i dżipy toczyły się ospale ze wschodu na zachód, w przestronnych kabinach siedzieli wystrzyżeni zawodowcy i z niezadowoleniem reagowali na zainteresowanie, jakie budzili. Wzdłuż kolumny latały bojowe helikoptery, rozganiając wypłoszone taką ilością wojennej maszynerii smutne bawarskie wrony. Gaspar, któremu wróciła  naturalna zuchwałość, siedział teraz za kierownicą i wesoło trąbił do sennych sierżantów, a ci na każdy sygnał wychylali się z okien i uważnie oglądali nasz samochód, nie wypuszczając spomiędzy zębów tanich gauloise’ów. Dokąd można przewozić tyle wojskowego sprzętu? Może Bundeswehra w cieniu zamieszania, związanego z czasem siewów w krajach UE, postanowiła przerzucić kilka oddziałów szybkiego reagowania jak najbliżej Freiburga, żeby tradycyjnie dać po tłustej dupie rozmamłanym przez globalizację Francuzom, zająć kilka przygranicznych miasteczek, wystrzelać komunistów i Arabów, zrobić to, powiedzmy, przy pomocy Żydów, spalić kilka supermarketów i tak samo niepostrzeżenie wrócić, chowając ślady za zasłonami dymnymi. Dzielę się tą myślą z Gasparem.

 Nie, co ty — Gaspar jeszcze niezupełnie oprzytomniał, ale mówi już wyraźnie — popatrz na nich, oni po prostu nie wiedzą, gdzie ta Francja jest położona.

Wyjrzałem przez okno. W ciągniku, który właśnie wyprzedzaliśmy, siedział gruby żołnierz, raczej pokrojony niż ogolony, i pił mineralną z butelki. Potarłem dłonią zaparowane szkło i popatrzyłem na żołnierza jeszcze raz. Zobaczył mnie i odpowiedział raźnym wojskowym spojrzeniem. Zamknąłem oczy i spróbowałem więcej o nim nie myśleć.
    

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj