Fragment książki "Domofon"

 
Zamknęła drzwi, nie wszedłszy do środka, i stała niezdecydowana. Może na kogoś zaczekać, pomyślała. To w końcu wielki budynek, o tej porze powienien być ruch jak na Marszałkowskiej. Ale oczywiście nikogo nie było. Co za dzień.

– Nie, co za dzień, tylko nie bądź głupia – powiedziała, wsiadła i wcisnęła numer swojego piętra. Winda ruszyła. Kiedy Agnieszka zdała sobie sprawę, że ma zaciśnięte pięści i wstrzymany oddech, parsknęła śmiechem. Boże drogi, nawet w tanich horrorach nic się nie zdarza dwa razy w tym samym miejscu. Od razu przypomniała jej się upiorna, hałasująca, zjeżdżająca z piskiem i zgrzytem winda w hotelu, w którym rozgrywała się akcja Lśnienia.
  

Drugie piętro.

Właśnie, hałasująca. A jednak coś było nie tak. Ta winda była idealnie bezszelestna. Agnieszka na moment przestała oddychać, żeby usłyszeć jakieś znajome dźwięki: pracujący w górze silnik, coraz głośniejszy w miarę pokonywania kolejnych pięter, skrzypienie kabiny, drzwi szorujące czasami o podłogę, mruczenie jarzeniówki. Nie usłyszała niczego. W windzie panowała idealna cisza.
  

Trzecie piętro.

To chyba niemożliwe? Chrząknęła, żeby sprawdzić, czy to nie jakiś problem z uszami. Może ogłuchła od kataru? Nie, słyszy, chrząknięcie zabrzmiało jak grzmot.
  

Czwarte piętro.

Dopiero? Psiakrew, trzeba było iść schodami, byłoby szybciej. Zaczęła nucić pod nosem i szeleścić siatką z zakupami, żeby zagłuszyć ciszę. Za szybą drzwi na czwartym piętrze panował idealny mrok, jakby ktoś zakleił szybę czarną taśmą izolacyjną. Kłódka na drzwiach do przedziału bagażowego drgnęła i metalicznie zaklekotała.

Agnieszka poczuła mrowienie na czubku czaszki. A więc tak to wygląda, kiedy włosy stają na głowie? Przestała nucić, przycisnęła do siebie siatkę i cofnęła się w kierunku metalowych drzwi wejściowych, nie mogąc oderwać wzroku od kłódki. Czuła, jak jej płaszcz trze o drzwi, ale nie słyszała tego. Słyszała tylko podzwanianie kołyszącej się kłódki. Dzyń, dzyń – jak mały dzwoneczek.
  

Piąte piętro.

Musiałam ją poruszyć przez przypadek, pomyślała, a myśl ta zabrzmiała w jej głowie tak rozpaczliwie pozbawiona przekonania, jak głos dziecka, które ze spuszczoną głową szepce, że „samo się stłukło”. I tak jak dziecko nie wierzy w to, co mówi, ani w to, że ktokolwiek mu da wiarę, tak i ona nie wierzyła. Wiedziała, że nie jest tu sama. Wiedziała, że kimkolwiek – lub czymkolwiek – jest jej towarzysz, to bez wątpienia nie jest dobry. Wiedziała, że to się zbliża, że jest coraz bliżej wąskiej szpary w drzwiach. Chciała odwrócić głowę, ale nie mogła. Czuła, że ta zła siła trzyma jej głowę i otwiera na siłę powieki, żeby nie mogła nie zobaczyć. Żeby nie mogła uciec.
  

Szóste piętro.

Przecież można tu wyjść! Wystarczy wcisnąć STOP! Nie odrywając oczu od drzwi w głębi kabiny, nacisnęła czerwony guzik. Trzykrotnie, raz za razem. Winda bezszelestnie jechała dalej. Oczy Agnieszki – których nie mogła zamknąć i którymi nie mogła zamrugać – wypuściły dwie łzy bezsilności.

W przedziale towarowym coś się poruszyło. Nie widziała jeszcze tego, ale wyraźnie usłyszała ruch. Boże, spraw, żeby to były zwidy, pomyślała, halucynacje, niech to będzie najgorsza choroba, tylko niech to się przestanie dziać. Niech to nie będzie naprawdę. Niech to wytrzyma w swojej kryjówce jeszcze przez chwilę, jeszcze tylko jedno piętro. Niech to zaśnie, błagam.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj