Fragment książki "Handlarz kawą"

 
Gorący, ciemny, gęsty napój kołysał się w kubku i wyglądał zdecydowanie mało kusząco. Miguel Lienzo podniósł naczynie i podsunął sobie pod nos tak blisko, że niemal dotknął smolistej substancji. Przez chwilę trzymał rękę nieruchomo, wciągając zapach głęboko do płuc. Ostra woń ziemi i zbutwiałych liści zdumiała go i skojarzyła mu się z substancjami, które aptekarze przechowują w wyszczerbionych porcelanowych słojach.

– Co to jest? – zapytał, walcząc z irytacją przez naciskanie skórki na jednym kciuku paznokciem drugiego. Wiedziała, że on nie może sobie pozwolić na marnowanie czasu, dlaczego więc sprowadziła go tu dla takiej bzdury? Gotowało się w nim ze złości, ale nie dał tego po sobie poznać. Nie tyle obawiał się swojej przyjaciółki, co na ogół dokładał wszelkich starań, by uniknąć jej dezaprobaty.

Zauważył, że Geertruid z szerokim uśmiechem przygląda się, jak on w milczeniu pastwi się nad swoim palcem. Znał ten obezwładniający uśmiech i wiedział, co on oznacza: Geertruid była z siebie bardzo zadowolona, a kiedy wyglądała tak właśnie, Miguel po prostu też musiał być z niej bardzo zadowolony.

– To coś nadzwyczajnego – powiedziała, wskazując na jego kubek. – Wypij to.

– Wypić? – Miguel niechętnie zajrzał w czarny płyn. – To wygląda jak szatańskie szczyny, co rzeczywiście byłoby nadzwyczajne, ale ja zupełnie nie czuję potrzeby poznawania ich smaku.Geertruid pochyliła się ku niemu, niemal dotykając jego ramienia.

– Weź łyk, a potem ci wszystko powiem. Te szatańskie szczyny przyniosą nam obojgu fortunę.

(…)Nazywam się Alonzo Rodrigo Tomas de la Alferonda i dałem Europejczykom napój zwany kawą – można powiedzieć, że dałem początek jego życiu w tej części świata. Cóż, być może przesadzam, jako że kawa na pewno odbyłaby swoją mroczną drogę bez moich wysiłków. Powiedzmy więc, że jestem akuszerką, która ułatwiła jej przejście z mroku do chwały. Nie, powiecie, że to także nie ja, że Miguel Lienzo to uczynił. Jakąż więc rolę odegrał Alonzo Alferonda w triumfie tego świetnego owocu? Zapewniam was, że większą, niż się powszechnie sądzi. A tym, którzy mówią, że jedynie szkodziłem, że krzyżowałem szyki i przeszkadzałem raczej, niż wspomagałem, mogę tylko powiedzieć, że wiem więcej niż moi krytycy. Ja tam byłem, a wy – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – nie.

Moje prawdziwe imię brzmi Avraham, takie imię nosił mój ojciec i jego ojciec. Wszyscy pierworodni synowie rodu Alferonda swoim pierworodnym synom w tajemnicy dawali na imię Avraham, od tak dawna, jak Żydzi mieli potajemne imiona, a przedtem jeszcze, kiedy Iberią rządzili Maurowie, jawnie tego imienia używali. Przez większość życia nie wolno mi było wypowiadać na głos swojego imienia, chyba że w ustronnym pomieszczeniu, a i wtedy tylko szeptem Ci, którzy kwestionują moje poczynania, powinni o tym pamiętać. Kim byście dzisiaj byli, pytam was, osądzających mnie tak surowo, gdyby wasze własne imię pozostawało tajemnicą, której ujawnienie mogłoby was kosztować życie, a także życie waszych przyjaciół i rodziny?

Urodziłem się w portugalskim mieście Lizbona, w rodzinie Żydów, którym nie wolno było modlić się po żydowsku. Mówiono na nas Nowi Chrześcijanie albo konwertyci, jako że nasi przodkowie musieli przyjąć wiarę katolicką pod groźbą utraty całego majątku albo i życia. Aby nie stanąć w obliczu tortur, ruiny i może nawet śmierci, modliliśmy się publicznie jak katolicy, ale w ustroniu i w piwnicach, w tajemnych synagogach, które przenosiły się z domu do domu, modliliśmy się jak Żydzi. Księgi modlitewne należały do rzadkości i były dla nas czymś bardzo cennym. W świetle dnia człowiek mógł mierzyć swój majątek ilością złota, ale w ciemności tych sekretnych pomieszczeń mierzyliśmy bogactwo w kartach i wiedzy. Niewielu spośród nas umiało czytać po hebrajsku z tych nielicznych ksiąg. Nieliczni znali też właściwe modlitwy na święte dni albo na dzień szabasu.

Mój ojciec znał przynajmniej niektóre. Ponieważ jako dziecko spędził kilka lat na Wschodzie, dorastał wśród Żydów, którym prawo nie zakazywało praktyk religijnych. Miał modlitewniki, które chętnie pożyczał innym. Posiadał kilka tomów babilońskiego Talmudu, ale że nie znał aramejskiego, niewielki miał pożytek z tych kart. Lizbońscy krypto-Żydzi, czyli marani przychodzili do niego uczyć się podstaw czytania w świętym języku, modlitw na szabas, poszczenia w dni postne i świętowania w dni świąteczne. Uczył ich jeść na świeżym powietrzu w święto Kuczek i, oczywiście, upijać się do radosnego zamroczenia na święto Purim.

Powiem wprost: mój ojciec nie był świętym człowiekiem ani uczonym. Daleko mu było do tego. Przyznaję to bez wahania i nie sądzę, żeby to przynosiło jakąś ujmę jego imieniu. Mój ojciec był naciągaczem i szalbierzem, a w jego rękach oszustwo i szalbierstwo stawało się czymś pięknym i cudownym.

Ponieważ uczono go w naszej wierze – nie był mędrcem, pamiętajcie, lecz po prostu człowiekiem z wykształceniem – marani w Lizbonie tolerowali go, czego na pewno nie uczyniliby w innym wypadku, jako że bardziej niż swoją mądrością użyczaną Nowym Chrześcijanom, przyciągał uwagę czym innym. Gdziekolwiek się znaleźli kupcy z kilkoma miedziakami na zbyciu, mój ojciec też tam był, ze swoimi miksturami na przedłużenie życia, polepszenie męskości albo wyleczenie wszelkich przypadłości. Znał sztuczki z kartami, piłkami i kośćmi do gry. Żonglował, był linoskoczkiem i fikał kozły. Wiedział, jak tresować psy, by dodawały i odejmowały niewielkie liczby, i jak uczyć koty, by tańczyły na tylnych łapach.

Ojciec miał naturę przywódcy, przyciągał więc do siebie innych, którzy wiedli życie pełne niezliczonych oszukańczych i dziwacznych widowisk. Dowodził armią szulerów i oszustów od gry w kości, połykaczy ognia i mieczy. Ci, którzy mogli zarabiać na życie, po prostu wystawiając na pokaz pokraczności, którymi obciążyła ich natura, także dołączali pod sztandar ojca. Wśród towarzyszy mojego najwcześniejszego dzieciństwa były karły i olbrzymy, monstrualne tłuściochy i straszliwi chudzielcy. Bawiłem się z chłopcem wężem i dziewczynką kozą. Kiedy nieco dorosłem, niezdrowo interesowałem się osobą, o której mój ojciec wiedział, iż ma anatomię zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Za kilka monet ten nieszczęśnik pozwalał każdemu patrzeć, jak sam ze sobą cudzołoży.

Miałem prawie dziesięć lat, kiedy pewnej nocy odwiedził mojego ojca starszy ode mnie chłopiec, Miguel Lienzo, którego znałem z modlitw w synagodze. Niezły był zeń łobuziak, w równym stopniu przyciągały go do mego ojca kompania oszustów i dziwaków, jak i nauki. Mówię, że był łobuzem, jako że zawsze uwielbiał przeciwstawiać się tej czy innej władzy, a w czasach, kiedy go znałem w Lizbonie, władzę, której się przeciwstawiał, uosabiała głównie jego własna rodzina i inkwizycja.

Ten Lienzo pochodził z rodu stosunkowo szczerych Nowych Chrześcijan. Tych to nie brakowało: ludzi, którzy z głębokiej wiary albo zwyczajnie – żeby uniknąć prześladowań – upodobnili się całkowicie do chrześcijan i stronili od nas, którzy chcieliśmy żyć jak Żydzi. Ojciec Lienza był dobrze prosperującym kupcem i uważał, że posiada zbyt wiele, by ryzykować gniew inkwizycji. Być może tylko z tego powodu Miguel przychodził chętnie na nasze potajemne spotkania modlitewne i starał się nauczyć tego, czego nauczyć go mógł mój ojciec.

Co więcej, młody Miguel wykorzystywał koneksje swojego ojca ze społecznością Starych Chrześcijan, by jak najwięcej dowiedzieć się o działaniach inkwizycji. Jego ucho łatwo wyłapywało plotki i chętnie ostrzegał, kogo się tylko dało. Ja sam wiem o sześciu rodzinach, które uciekły w nocy, nim inkwizycja załomotała do ich drzwi – a wszystkie uratowały się dzięki temu, że Lienzo wiedział, gdzie się przyczaić i podsłuchać. Wierzę, że dokonywał tych wielkich czynów dlatego, że pragnął ujrzeć, jak się wypełnia sprawiedliwość na świecie, ale też dlatego, że lubił wtrącać się w nie swoje sprawy. Kiedy po latach zobaczyłem go w Amsterdamie, nie rozpoznał mnie ani nie pamiętał nawet, co zrobił dla mojej rodziny. Nigdy nie zapomniałem wyświadczonej nam przysługi, chociaż niektórzy nalegali, bym to uczynił.

Miguel przyszedł nas ostrzec, bo kiedy na ochotnika szorował naszemu kapłanowi jego prywatne pokoje (zawsze się zgłaszał do tych niewdzięcznych zadań w nadziei zdobycia jakichś informacji), miał okazję usłyszeć rozmowę pomiędzy tym nędznikiem a inkwizytorem, który interesował się był moim ojcem.

I tak, w ciemności nocy, opuściliśmy jedyny dom, jaki znałem, zabierając ze sobą wielu swoich przyjaciół. Wśród nas byli Żydzi, chrześcijanie, Maurowie i Cyganie. Podróżowaliśmy przez tyle miast, że nie potrafię ich teraz wymienić. Przez lata mieszkaliśmy na Wschodzie i miałem szczęście spędzić wiele miesięcy w świętym mieście Jeruzalem. Jest ono jedynie cieniem dawnej chwały, ale w moim nieszczęsnym życiu bywały chwile, kiedy wspomnienia tych dni, gdy przechadzałem się ulicami stolicy mojego starożytnego narodu, odwiedzałem miejsce, gdzie niegdyś stała Świątynia, podtrzymywały mnie na duchu, nie potrafiłem bowiem znaleźć sensu w niczym innym. Jeśli Bóg w swej dobroci pozwoli, wrócę kiedyś do tego świętego miejsca i dożyję tam swoich dni.

W swoich podróżach przemierzyliśmy też Europę i stanęliśmy w Londynie, kiedy mój ojciec zmarł na udar mózgu. Miałem wówczas lat dwadzieścia i pięć, wyrosłem na mężczyznę, ale nie na człowieka o usposobieniu mojego ojca. Mój młodszy brat Mateo chciał przejąć dowództwo armii wyrzutków, a ja wiedziałem, że ma on charakter, by im przewodzić. Chociaż włóczyłem się przez lata, sam nie byłem włóczęgą. Mogłem oszukiwać w karty i w kości, ale nawet w połowie nie tak dobrze jak Mateo. Psa umiałem nakłonić jedynie do tego, by przewrócił się na grzbiet, a kota, by ułożył mi się na kolanach.


  
Ojciec zawsze mówił o tym, jakie to ważne dla Żydów, by żyli jak Żydzi wśród Żydów, a ja pamiętałem z wizyty w Amsterdamie przed kilku laty, że w tym mieście Żydzi cieszą się wolnością niemającą sobie równych w innych częściach świata chrześcijańskiego.

Przebyłem więc Morze Północne i trafiłem pod opiekę żyjącej w Amsterdamie wielkiej społeczności Żydów portugalskich. Przynajmniej z początku byłem pod ich opieką. I dlatego właśnie piszę ten pamiętnik. Chcę wyjaśnić czarno na białym, dlaczego zostałem niesłusznie wygnany od ludzi, których kochałem. Chcę powiedzieć światu, że nie jestem łajdakiem, za którego mnie uważa. I chcę wyłożyć na papierze prawdziwe fakty dotyczące Miguela Lienzo i jego udziału w handlu kawą, jako że mnie samego okryto w związku z tym niesławą, i to bardzo niesłusznie. Chcę opisać swoje poczynania w Amsterdamie, okoliczności mojej ekskomuniki, późniejszego życia w tym mieście, i precyzyjnie nakreślić, jaką rolę odegrałem w sprawie Lienza.

(…)W westybulu Talmud Tory, tuż po zajęciach, Miguel zatrzymał się ze swoim przyjacielem Izajaszem Nunesem, by kontynuować dysputę nad interpretacją szczególnie problematycznego zagadnienia gramatyki hebrajskiej. Nunes parał się przede wszystkim handlem z Lewantem, ale ostatnio poszerzył zakres swoich interesów o wino portugalskie. Jako że przed spotkaniem popróbował zbyt wielu towarów, teraz spierał się dosnośnym głosem, który odbijał się echem od wysokich sklepień niemal pustej synagogi, kiedy zdążali do wyjścia.Nunes był wielkim mężczyzną, masywnym, ale nie tłustym. Choć nie miał jeszcze trzydziestki, w handlu z Lewantem zdołał już zająć pozycję człowieka, z którym trzeba się było liczyć. Miguel darzył młodego kupca sympatią, ale zadłużony wdowiec w jego wieku nie mógł lubić bezgranicznie kogoś tak młodego i odnoszącego sukcesy. Niemal przypadkiem Nunes natknął się na lukratywny interes. Zainwestował ostrożnie, ale z nieprzyzwoitym zyskiem. Miał piękną i posłuszną żonę, która dała mu dwóch synów. Na tych sukcesach jednak cieniem kładła się niezdolność Nunesa do czerpania przyjemności z czegokolwiek, co robił. Kiedy dorastał, widział, jak inkwizycja zabiera jego krewnych jednego po drugim, i od tego czasu stał się nerwowy. Postrzegał swój sukces jako zwykłe złudzenie, diabelską sztuczkę, która miała jedynie podsycić w nim nadzieje, by zaraz je zniweczyć.

Brnęli więc w ciemnościach, jako że w okolicy paliło się jedynie kilka świec. Nunes był w trakcie długiej tyrady, z której połowa nie miała sensu. Rozważał, cofał się po własnych śladach, przepraszał, że gubi wątek, po czym domagał się od Miguela, by się z nim zgadzał. Nagle zatrzymał się i schylił gwałtownie.– Jezu Chryste! Właśnie złamałem palec! – krzyknął. Jak większość portugalskich Żydów, przeklinał jak katolik. – Miguelu, pomóż mi!Miguel pochylił się, by pomóc przyjacielowi.– Ty pijaku, na czym złamałeś palec?

– Na niczym – szepnął Nunes. – To fortel. Nie poznajesz się na fortelach?– Jeśli fortel jest dobry, to nie. – Uznam to chyba za komplement.

– Skoro już ustaliliśmy, że tylko udajesz, iż złamałeś palec, aby mnie oszukać – powiedział spokojnie Miguel – może wyjaśnisz mi, dlaczego to zrobiłeś.– Matko Boska! – wykrzyknął Nunes. – To boli! Pomóż mi, Miguelu! – W słabym świetle świec Miguel widział, jak Nunes zamyka oczy w chwili zastanowienia. – W cieniu przy drzwiach ktoś się skrywa – dodał ciszej. – Obserwuje cię.

Miguel poczuł napięcie. Człowiek chowający się w cieniu, oczekujący na niego, nie zapowiadał niczego dobrego. Nieraz już porywano go do jakiejś zatęchłej piwnicy w tawernie, gdzie zagniewany wierzyciel trzymał go w niewoli, póki nie posłał po pieniądze, które był winien albo – i to zdarzało się o wiele częściej – nie omówił innych warunków swojego uwolnienia.Przez głowę przemknęła mu kolejna myśl. Te dziwne liściki, które otrzymywał. „Chcę swoich pieniędzy”. Poczuł, jak cierpnie mu skóra.

– Widzisz, kto to jest? – zapytał Nunesa.

– Udało mi się rzucić krótkie spojrzenie i o ile się nie mylę, to chyba Solomon Parido.Miguel zerknął ukradkiem na wyjście i zobaczył, że postać cofa się o krok w ciemność.

– Na tabernakulum Chrystusa, czego on chce? – Parnass był jego wrogiem od czasu nieszczęsnych wydarzeń sprzed dwóch lat Wtedy wycofał propozycję oddania Miguelowi swej córki za żonę.

– Nic dobrego z tego nie wyniknie, możesz być pewien. Czający się parnass to zawsze złe wieści, Parido zaś jest najgorszą wieścią z możliwych. A Parido czający się na Miguela Lienzo, cóż, ciężko wyobrazić sobie bardziej opłakaną sytuację. Szczerze mówiąc, nie cieszę się, że widział nas razem. Mam dość kłopotów i bez tego, nie chcę, żeby parnass zbyt blisko przyglądał się moim znajomościom.

– Ty nie masz żadnych kłopotów – zauważył ponuro Miguel. – Powinienem użyczyć ci część swoich.– Twój brat robi z nim interesy, prawda? Dlaczego nie powiesz mu, żeby poprosił Parida, by zostawił cię w spokoju?

– Szczerze mówiąc, myślę, że mój brat go zachęca – odparł Miguel z goryczą. Już sama sytuacja zależności od młodszego brata była niekorzystna, ale przyjaźń Daniela z parnassem denerwowała go niezmiernie. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Daniel donosi tamtemu o wszystkim, co Miguel mówi i robi.

– Wróćmy do środka – podsunął Nunes. – Zaczekamy, aż pójdzie.

– Nie dam mu tej satysfakcji. Zaryzykuję, choć nie sądzę, żeby twoje przedstawienie kogokolwiek zwiodło. Powinniśmy naprawdę złamać ci palec. Jeśli on zechce sprawdzić twoją stopę, okaże się, że dopuściłeś się kłamstwa w synagodze.

– Zaryzykowałem dla twojego dobra. Powinieneś okazać mi jakąś wdzięczność.

– Masz słuszność. Jeśli on sprawdzi twój palec i stwierdzi, że jest cały, powiemy mu, że oto stał się wielki cud.Pokuśtykali na podwórko. Miguel nie zdołał się oprzeć pokusie i spojrzał na róg, gdzie widział czającego się Parida. Ale parnass już zniknął.

– Parido, który cię prześladuje, to i tak coś okropnego – zauważył Nunes – ale szpiegowanie cię i znikanie w ciemnościach to w sumie coś bardziej straszliwego niż myślałem.

Miguel i tak już się bał, przyjaciel nie musiał podsycać tych strachów.

– Zaraz mi powiesz, że księżyc w pierwszej kwadrze to zły znak.

– Księżyc w pierwszej kwadrze to zły znak – przyznał Nunes.

Miguel wydał chrapliwy odgłos, na poły chichot, na poły kaszel. Czego chciał od niego parnass? Nie pamiętał, żeby ostatnio złamał jakieś prawa religijne, chociaż może widziano go na ulicy z Hendri­ckiem. Niemniej jednak niestosowny kontakt z gojem nie gwarantował takiej inwigilacji. Paridowi chodziło o coś innego i chociaż Miguel nie zdołał wymyślić, co to mogło być, wiedział, że to nic dobrego.

(…)Alferonda wstał, by przywitać Miguela, chociaż na stojąco tylko podkreślał swój nieduży wzrost. Był pulchnym człowiekiem o wielkich oczach i pełnej twarzy, ukrytej pod gęstą, czarną, nieco posiwiałą brodą. Miguel ledwie mógł uwierzyć, że tylu ludzi drży przed tą tłustą twarzą. Pewnej nocy wracali razem z popijawy w jednej z portowych tawern. Z jakiejś uliczki wypadło dwóch wymachujących nożami złodziejaszków, którzy chcieli zabrać im sakiewki. Jedno spojrzenie na Alferondę i umknęli jak spłoszone koty.

– Zdumiałem się, że prosisz mnie o spotkanie właśnie tutaj – rzekł Alonzo. – Nie miałem pojęcia, że znajdujesz upodobanie w kawie.

– To samo mógłbym powiedzieć o tobie. Dopiero co się o niej dowiedziałem. Chciałem zobaczyć, jak wygląda kawiarnia.

Alferonda gestem zaprosił go, by usiadł.

– Mają jej niewiele, ale kupują dobre owoce, a zapotrzebowanie jest na tyle nieduże, że ledwie to sprzedają.

– Ale towaru czasami brakuje?

– Może tak być. – Lichwiarz przypatrywał się Miguelowi. – Kawę kontroluje Kompania Wschodnioindyjska, a ponieważ sprzedaż w Europie jest nieznaczna, nie sprowadza wielkich ilości. Przeważnie handlują nią na Wschodzie. Dlaczego interesuje cię zaopatrzenie?

Miguel zignorował pytanie.

– Zapomniałem, że mieszkałeś w Oriencie. Oczywiście, znasz kawę.

Ten rozłożył szeroko ręce.

– Alferonda żył wszędzie i wszędzie ma kontakty, i to dlatego właśnie go potrzebujesz.

Miguel uśmiechnął się na tę sugestię.

– Masz informacje?– Wspaniałe informacje.

Miguel prosił był Alferondę o rozpytanie na temat plotki, którą podsłuchał, jakoby Parido był wplątany w najbliższą transakcję tranem wielorybim. Wahał się, czy powinien interesować się tą sprawą; niebezpiecznie byłoby wejść parnassowi w drogę w kwestiach handlowych. Miguel powtarzał jednak sobie, że szuka tylko informacji. Nie musiał na ich podstawie podejmować żadnych działań.

– Miałeś absolutną rację co do Parida – zaczął Alferonda. – Ma szpiega w Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Miguel uniósł brwi.


  
– Myślałby kto, że to przerasta nawet jego ambicje.– Kompania nie jest tak potężna, za jaką chciałaby uchodzić. Złoto działa na jej ludzi tak samo jak na wszystkich innych. Parido dowiedział się, że zamierzają oni kupić wielkie ilości tranu, by sprzedać go do Japonii i Chin, ale ludzie mają czekać, aż cena spadnie, jako że wiedzą, iż produkcja ostatnio nieustannie rośnie. Parido potajemnie gromadzi tran na innych giełdach – po trochu tu i tam, rozumiesz – i ma nadzieję zalewać rynek na tyle wolno, by obniżać cenę, nie wzbudzając podejrzeń. Tymczasem on i jego spółka nabywają też opcje kupna, które pozwolą im zabezpieczyć obecne niskie ceny.

Miguel głośno wypuścił powietrze z płuc.

– Nie jestem przyjacielem tego człowieka, ale jego przemyślność robi na mnie wrażenie. W którymś momencie Kompania Wschodnioindyjska zdecyduje, że ceny są na tyle niskie, by kupować i załadować własne składy, a kiedy to nastąpi, ceny pójdą w górę. Tymczasem spółka Parida ma opcje kupna, które pozwolą jej nabyć tran po sztucznie obniżonej cenie, a potem sprzedać po nowej, wygórowanej. – Spółki handlowe manipulowały rynkiem cały czas, ale plan kupowania na innych giełdachi tworzenia kuszącego rynku dla nabywcy przerastał wszystko, o czym Miguel słyszał w życiu. – Jak się tego dowiedziałeś?

Alferonda pogładził brodę.

– Dowiedzieć się można wszystkiego, co jest wiadome. Słyszysz plotki o tranie wielorybim, zadajesz pytania i w krótkim czasie masz wszystko jak na dłoni.

– Kiedy ta transakcja się odbędzie?– Gdzieś za miesiąc, pomiędzy tym dniem rozliczeń a następnym. Właściwie nie trzeba ci tego mówić, ale jako twój przyjaciel muszę cię ostrzec, żebyś działał ostrożnie. Jeśli chcesz, możesz się podczepić pod plan Parida. Będzie niezadowolony, że czerpiesz zyski z jego pracy, ale to nie szkodzi, nie naraź go jednak na straty, które mógłby dostrzec, bo nigdy ci tego nie wybaczy.

– Musisz mieć mnie za tępaka, skoro udzielasz mi takiej rady – powiedział Miguel dobrotliwie.

– Po prostu nie chcę widzieć, jak chciwość niweczy twoje ambicje. Słuchaj, ja już kupiłem tran po niskiej cenie i mówię ci, żebyś zrobił jak najszybciej to samo.

– Będę musiał poczekać do dnia rozliczeń. Mam nadzieję znaleźć wtedy parę groszy na koncie.Turek postawił przed nimi dwa niewielkie kubki. Miguel nigdy w życiu nie widział takich małych naczyń do picia, a te zawierały płyn czarny i gęsty jak błoto.

– Co to jest? – zapytał.

– To kawa. Nie próbowałeś jej jeszcze?– Próbowałem – powiedział Miguel, podnosząc kubeczek i zbliżając go do lampy – ale wydawała się zupełnie inna niż ta tutaj.

– Tak piją ją Turcy. Gotują kawę trzykrotnie w miedzianym garnku, by ją zaciemnić i oczyścić. W swoim rodzinnym kraju często podają ją z wielkim ceremoniałem. Ale amsterdamczycy nie mają głowy do rytuałów. Zaczekaj. Niech proszek osiądzie na dnie.

– Kiedy piłem ją wcześniej – zauważył Miguel, przypatrując się napojowi sceptycznie – była podana z mlekiem. Albo ze słodkim winem. Nie pamiętam dokładnie.– Turcy wierzą, że łączenie mleka i kawy powoduje trąd. Miguel roześmiał się.

– Mam nadzieję, że nie. Wygląda na to, że sporo wiesz o kawie. Co jeszcze możesz mi powiedzieć?– Mogę ci powiedzieć o Kaldim, abisyńskim pasterzu kóz.– Nie wiem, czy jestem zainteresowany pasterzem kóz.

– To uznasz za interesujące. Żył jakiś czas temu, hodując swoje stado na wzgórzach Abisynii. Pewnego popołudnia zauważył, że jego kozy są bardziej żwawe niż zwykle, że tańczą, wspinając się na tylne nogi i meczą swoje kozie piosenki. Kaldi obserwował je przez kilka dni, a one robiły się coraz żwawsze. Biegały i bawiły się, podskakiwały, kiedy powinny były spać. Śpiewały i tańczyły, zamiast jeść.Kaldi był pewien, że to demon wstąpił w jego kozy, ale zebrał się na odwagę i podążył za stworzeniami, mając nadzieję rzucić okiem na tego złego ducha. Następnego dnia zobaczył, że kozy podchodzą do nieznanego krzaka. Po zjedzeniu owoców tego krzewu znowu zaczęły podskakiwać. Kaldi sam skosztował trochę jagód, i wkrótce nie mógł się powstrzymać od tańcowania z kozami.

Pojawił się w pobliżu święty mędrzec i zapytał Kaldiego, dlaczego hasa ze swoim stadem. Kaldi wyjaśnił, że zjadł owoce krzaka i to go napełniło niewypowiedzianym wigorem. I święty mędrzec, który był człowiekiem raczej nudnym, zabrał trochę owoców do domu. Nie dawał mu spokoju fakt, że uczniowie zasypiają w czasie jego nauk, przygotował więc napój z jagód i dał go do wypicia studentom przed zajęciami. Wkrótce w całym świecie muzułmańskim zasłynął jako wykładowca, który potrafi nauczać od zmierzchu do świtu, a jego uczniowie ani myślą zapadać w sen.Miguel przerwał na chwilę.

– To bardzo interesujące, ale ja pytałem raczej o handel kawą dzisiaj, nie o jej popularność wśród abisyńskich pasterzy.Alferonda uniósł jedną brew.– Poza Orientem nie istnieje żaden prężny handel kawą, a ten kontroluje Kompania Wschodnioindyjska. Niewiele pozostaje dla nas.– Ale ty mówisz o Wschodzie. Może kawa byłaby interesująca dla ludzi tutaj, w Europie. Ja, na przykład, nie lubię spać. Uważam, że to marnowanie czasu. Gdybym zamiast spać, mógł się napić kawy, byłbym wielce uradowany.– W końcu musiałbyś zasnąć – powiedział Alferonda – ale rozumiem, co masz na myśli. Ludzie, którzy piją kawę, zaczynają ją lubić ponad wszystko. Słyszałem, że wśród Turków kobieta może się rozwieść z mężem, jeśli nie dostarcza on jej wystarczającej ilości kawy. A kawiarnie na Wschodzie to dziwne przybytki. Tam do napoju dodaje się silne leki, takie jak wyciąg z maku, a mężczyźni chodzą w te miejsca w poszukiwaniu rozkoszy cielesnych.

(…)Hanna sądziła, że wie, czym jest kawa, ale nie miała pojęcia, dlaczego Daniel chce powstrzymać Miguela od handlowania nią ani dlaczego Miguel myśli, że ktokolwiek chciałby to coś kupić. Bracia rozmawiali o kawie w sposób zagadkowy, a w suterenie Hanna znalazła woreczek ostro pachnących ziaren w kolorze zwiędłych liści. Włożyła jedno do ust. Było twarde i gorzkie, ale rozgryzła je pomimo lekkiego bólu w zębach. Zastanawiała się, dlaczego ktokolwiek miałby się interesować czymś tak paskudnym.

Przypuszczała, że nie powinna szperać w rzeczach szwagra, ale przecież nie zamierzała mówić mężowi, co odkryła. Miguel nigdy nie rzucił nawet słowa o swoim życiu, a gdyby sama nie dociekała, jakże inaczej miałaby się dowiedzieć? Tylko dzięki własnej przebiegłości uzyskała informacje o jego długach i o kłopotach z Paridem i o tych dziwnych groźnych listach, które otrzymywał. Annetje, którą Hanna czasami wysyłała za Miguelem w pewnej odległości, doniosła jej o dziwnej przyjaźni z piękną holenderską wdową. Jednego razu Annetje podprowadziła nawet Hannę do okna tawerny, by mogła zajrzeć do środka i sama zobaczyć tę kobietę, dumną i pewną siebie. Czegóż znaczącego ona dokonała w życiu, poza tym, że poślubiła człowieka z pieniędzmi, a następnie go przeżyła? Innym razem, kiedy Miguel i wdowa najwyraźniej byli pijani, on przyprowadził swoją towarzyszkę do domu, przekonany, że ona i Daniel wyszli na jedną ze swoich kolacji w interesach. Wdowa patrzyła na Hannę, póki ta nie oblała się rumieńcem, po czym wraz z Miguelem wybiegli na dwór, wybuchając śmiechem jak dzieci. Hanna myślała, że jeśli już Miguel chce się przyjaźnić z kobietą, na pewno powinien wybrać jakąś mniej głupią, która mieszka z nim pod jednym dachem.

Znowu otworzyła woreczek z kawą i wyjęła garść ziaren, przesypując je przez palce. Może powinna zjeść ich więcej, rozsmakowując się w ich goryczy. Jeśli Miguel któregoś dnia zasugeruje, żeby zjadła kawę, ona będzie mogła roześmiać się i powiedzieć: „Och, kawa, jest taka smaczna!” i wrzucić sobie do ust garść, jakby przez całe życie jadła gorzkie owoce – co zresztą nie mijało się z prawdą. Ostrożnie podniosła kolejne ziarnko i rozgryzła je zębami trzonowymi. Dopiero po chwili zdołała stwierdzić, że jest smaczne.

Było w nim jednak coś przyjemnego. Zanim zjadła trzecie ziarnko, polubiła sposób, w jaki twarde okruchy trzaskały w jej ustach. Smak wydawał jej się mniej gorzki, a nawet dał jej trochę zadowolenia.

Myszkowanie wśród rzeczy Miguela i zjadanie jego tajemniczych ziarenek pozostawiło w niej poczucie winy, i to dlatego pewnie Annetje zaskoczyła ją, kiedy wracała po schodach na górę. Dziewczyna lekko uniosła wąskie brwi.– Już prawie czas iść, seniora – powiedziała.

Hanna miała nadzieję, że dziewczyna zapomniała. Dlaczego ją w ogóle obchodziło, czy pójdą, czy nie? Wiedziała, dlaczego: Annetje czerpała z tego poczucie władzy. Dzięki temu mogła trzymać ją w szachu, mieć kilka dodatkowych guldenów na żądanie i dzięki temu też Hanna przymykała oko, kiedy stwierdzała, że Annetje marnuje czas z jakimś Holendrem, zamiast doglądać swoich obowiązków.W ich sąsiedztwie było takie miejsce, ale Hanna nigdy nie ośmieliła się tam zajść – zbyt gęsty tłum zbierał się przy Breestraat i przechodził tamtą stroną Verversgracht. Szły więc niedaleko portu, w bok od Warmoesstraat, okrężną drogą przez kręte uliczki i strome mosty. Dopiero kiedy znalazły się daleko od Vlooienburga, w sporej odległości od Dam, idąc zatłoczonymi wąskimi alejami najstarszej części miasta, Hanna zatrzymała się, by zdjąć welon i szal, bojąc się przy tym szpiegów ma’amadu, którzy byli znani z tego, że czają się wszędzie.

Zasłanianie się było jedną z okropniejszych stron życia w Amsterdamie. W Lizbonie jej twarz i włosy nie stanowiły widoku bardziej intymnego niż wierzchnie okrycie, ale kiedy się przeprowadzili do tego miasta, Daniel oznajmił, że już nikt nigdy nie może zobaczyć jej włosów i że w miejscach publicznych musi zasłaniać twarz.


  
Później dowiedziała się, że żydowskie prawo wcale nie wymaga od kobiet ukrywania twarzy. Ten zwyczaj przywędrował z Żydami z Afryki Północnej i został tu przyjęty.Po drodze Hanna ukradkiem zjadła kilka ziaren kawy, wsuwając je do ust, kiedy udało jej się wysforować do przodu. Do tej pory zjadła już ponad tuzin, odkryła, że są przyjemne, niemal krzepiące, i żałowała, że z każdym zjedzonym ziarenkiem mniej zostaje w jej tajnym schowku.

(…)Tuż przed nim na ulicy zataczał się żebrak. Ohydny, brudny i okryty łachmanami. Większość lewego ramienia stracił w wypadku, i to pewnie niedawno, skoro rana była otwarta i zjełczała. Miguel, zwykle życzliwy, czasami aż nazbyt, dla miejskich żebraków, poczuł odruch szczodrości. Dlaczego nie miałby być hojny? Jałmużna to micwa, a za kilka miesięcy właściwie nie zatęskni za garścią stuiverów.

Kiedy sięgnął do sakiewki, coś powstrzymało jego rękę. Miguel poczuł na sobie czyjś palący wzrok i odwrócił się. Nie­spełna piętnaście stóp za nim stał Joachim Waagenaar i uśmiechał się krzywo. – Nie przeszkadzaj sobie – powiedział, podchodząc bliżej. – Je­śli w swojej dobroci chciałeś ofiarować kilka monet temu nieszczęśnikowi, nie zniósłbym myśli, że stanąłem ci na drodze. Człowiek, który ma pieniądze na zbyciu, powinien bez wahania dawać jałmużnę. – Joachimie! – zawołał, z wszelkimi pozorami radości, jakie w so­bie odnalazł. – Cóż za miłe spotkanie.

– Powstrzymaj swoją fałszywą uprzejmość – odparł Holender – po tym, jak tak bezwzględnie zlekceważyłeś nasze spotkanie.Miguel użył swojego łagodnego tonu, którym przekonywał ludzi, by kupowali to, czego kupić nie chcieli.

– Niefortunny bieg wypadków uniemożliwił mi przybycie. To było bardzo nieprzyjemne wydarzenie i zapewniam cię, że wolałbym być z tobą niż z tymi niemiłymi dżentelmenami.

– Och, takie straszliwe okoliczności mogę sobie tylko wyobrazić – powiedział Joachim, podnosząc głos jak szalbierz. – Takie straszliwe okoliczności, które nie tylko uniemożliwiły ci dotrzymanie obietnicy, ale też wysłanie mi wiadomości, że nie możesz zrobić tego, co uzgodniliśmy.

Miguelowi przyszło do głowy, że to publiczne spotkanie może stanowić dla niego problem. Gdyby zauważył go któryś ze szpiegów ma’amadu, Parido mógłby wszcząć oficjalne śledztwo. Rozejrzał się szybko, ale zobaczył jedynie gospodynie domowe, służące i kilku ar­tystów. Tą drogą nieczęsto chadzali jego sąsiedzi i uznał, że niczym nie ryzykuje kontynuując rozmowę, przynaj­mniej przez kilka minut.

– Muszę ci powiedzieć, że w tej chwili nie widzę szans na ża­den wspólny interes – wyjaśnił, zmuszając się do zachowania miłego tonu. – Moje zasoby są ograniczone, a jeśli mam być szczery, jestem obciążony licznymi długami. – Z bólem mówił o tym temu nędznikowi, ale prawda wydała mu się teraz najlepszą strategią.

– Ja także mam długi, u piekarza i rzeźnika, i obaj grożą, że coś zrobią, jeśli natychmiast nie zapłacę. Idźmy więc na giełdę – podsunął Joachim. – Zainwestujemy trochę pieniędzy w obiecujący statek handlowy albo jakąś inną transakcję, którą doradzisz.– Cóż to za inwestowanie – zapytał Miguel – skoro nie masz nawet czym zapłacić za chleb?

– Ty mi pożyczysz pieniądze – odrzekł Joachim z pewnością siebie. – Oddam ci ze swoich zysków. To powinno cię zachęcić do tego, żeby postępować mądrzej niż niekiedy w przeszłości, gdy inwestowałeś nie swoje pieniądze.Miguel zatrzymał się.– Przykro mi, że czujesz się pokrzywdzony, ale musisz zrozumieć, że ja także wiele straciłem w tej nieszczęsnej sprawie. – Odetchnął głęboko. Lepiej to powiedzieć niż znosić fantastyczne wyobrażenia Joachima.

– Mówisz o swoich długach, ale ja mam długi, za które można by wykupić twojego piekarza i rzeźnika. Przykro mi z powodu twojej biedy, ale nie wiem, co mógłbym dla ciebie zrobić.– Zamierzałeś obdarować tego żebraka. Dlaczego dajesz jemu, skoro nie dajesz mnie? Czy nie robisz mi aby na przekór?– Czy garść stuiverów sprawi ci jakąś różnicę, Joachimie? Jeśli tak, dam ci je ze szczerą radością. Podejrzewałbym, że taka suma tylko cię znieważy.

– To prawda – rzucił. – Kilka suiverów wobec pięciuset guldenów, które ode mnie wziąłeś?

(…)Szpiedzy wytrącili go z równowagi, odwracał się wciąż, szukając oznak zdrady w żebrakach, służących i mieszczanach, którzy przechodzili ulicą. Nie można tak żyć, powiedział sobie. Nie mógł całymi dniami kryć się w cienistych zaułkach. Kiedy już jednak przekonał sam siebie, że powinien zachować spokój, przeszedł mostem na Vlooienburg i na środku ulicy zobaczył Hannę – pomimo welonu rozpoznał ją natychmiast – a obok niej Annetje. I Joachima Waagenaara.

Joachim przyparł je do muru. W jego gestach nie było żadnej groźby i wydawał się spokojny. Przypadkowy przechodzień nie zauważyłby zapewne nic dziwnego – chociaż niezwyczajne było to, że dama w woalu rozmawia na ulicy z człowiekiem tak niskiego stanu.Annetje pierwsza dostrzegła Miguela. Jej twarz się rozjaśniła, dziewczyna wyraźnie odetchnęła. Jej piersi zafalowały w ślicznym niebieskim staniku, kolorem dopasowanym do szykownego czepka.– Och, senior Lienzo! – krzyknęła. – Uratuj nas od tego szaleńca!

Miguel odpowiedział po portugalsku, zwracając się do Hanny. – Czy ten człowiek zrobił ci krzywdę?Ona bez słów pokręciła głową.Wtedy uderzył go potworny smród. Musiał podnieść się wiatr, który przygnał przytłaczający odór w jego stronę. Holendrzy to drobiazgowo, nawet przesadnie czyści ludzie, myjący się o wiele częściej, niż jest to zdrowe dla ciała. Joachim najwyraźniej zarzucił ten zwyczaj. Śmierdział paskudniej niż najbrudniejszy portugalski wieśniak. To był nie tylko smród ciała, lecz także uryny i wymiotów, i – rozpoznał Miguel po chwili – zgniłego mięsa. Jak człowiek może śmierdzieć zepsutym mięsem?Pokręcił głową, starając się przezwyciężyć torsje.– Spieszcie do domu – polecił Hannie. – Nikomu o tym nie mów. I dopilnuj, żeby dziewczyna nic nie zdradziła. – Zaczęły się wycofywać. – Upewnij się, że będzie trzymała gębę na kłódkę – powiedział Hannie – albo ją przepędzę.Potem odwrócił się do Joachima.

– Odsuń się.Ku uldze Miguela mężczyzna wykonał jego polecenie. Kobiety przesunęły się za nim, przyciskając się plecami do ściany, by dzieliła je od niego jak największa odległość. Kiedy tylko się od niego uwolniły, ruszyły pospiesznym krokiem.– Chodźmy – ponaglił Miguel. – Przez most. Już. (…)
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj