Fragment książki "Kolejka"

 
– Proszę państwa, kto ostatni?
– Chyba ja, ale za mną jeszcze jakaś kobieta w granatowym palcie.
– To znaczy, że ja jestem za nią?
– Tak. Ona zaraz przyjdzie. Niech pan na razie staje za mną.
– A pan będzie stać?
– Tak.
– Chciałbym odejść na chwilę. Dosłownie na sekundę.
– Chyba będzie lepiej jak pan na nią zaczeka. Bo inaczej ktoś podejdzie, co wtedy powiem? Niech pan poczeka. Powiedziała, że prędko się uwinie...
– Dobra. Poczekam. Dawno pan stoi?
– Nie bardzo...
– Nie wie pan ile dają?
– Diabli wiedzą ... Nawet nie pytałem. Pani nie wie ile dają?
– Dzisiaj nie wiem. Słyszałam, że wieczorem dawali po dwa.
– Po dwa?
– Aha. Najpierw po cztery, a potem po dwa.
– Tak mało? To chyba i stać nie ma sensu...
– A niech pan zajmie dwie kolejki. Przyjezdni to i po trzy zajmują.
– Po trzy?
– Aha.
– Przecież to na cały dzień.
– A skąd! Tutaj szybko idzie.
– Oj, chyba nie za bardzo. Jak staliśmy, tak stoimy.
– Bo wrócili ci, co odeszli...
– Odchodzą, a potem się wpychają.
– To nic, zaraz się ruszy...
– Nie wie pan po ile dają?
– Podobno po trzy.
– No to jeszcze nie najgorzej! Przy Sawiełowskim w ogóle dawali tylko po jednym.
– Tam nie można więcej, tak czy inaczej przyjezdni wszystko wykupią...
– Nie wiecie państwo, czy wczoraj była taka sama kolejka?
– Prawie.
– A pani stała wczoraj?
– Stałam.
– Długo?
– Nie za bardzo...
– Mocno pomięte?
– Te pierwsze jeszcze jako tako, a pod koniec to rozmaicie.
– Dzisiaj też pewnie te lepsze wykupią, a dla nas zostaną najgorsze.
– Wszystkie są jednakowe, sam widziałem.
– Naprawdę?
– Aha. Zepsute odrzucają.
– Odrzucają! Niech mnie pan nie rozśmiesza!
– Mają obowiązek odrzucać i spisywać.
– Dajcie spokój! Obowiązek! Zarabiają na tym, że daj Boże zdrowie!
– Sami zobaczymy, po co się spierać...
– O, idzie ta kobieta. Pan jest za nią.
– Ta wysoka?
– Tak.
– To znaczy, że jestem za panią?
– Pewnie tak. Ja stoję za tym panem.
– W takim razie ja za panią.
– A ja za panem.
– A pan za mną, bardzo dobrze. Teraz mogę odejść na chwilę?
– Oczywiście.
– Ja tylko na moment, muszę odebrać bieliznę...To niedaleko...
– Dzisiaj do szóstej?
– Zdaje się, że do szóstej...
– W takim razie pójdę trochę później...
– Nie zauważył pan, przywieźli już kapustę?
– Nie. Stoi kolejka za pomarańczami, a kapusty nie ma.
– Mama jeszcze ta kapusta, nie warto jej kupować.
– Na Leninowskim dawali młodą, całkiem niezłą.
– E tam! Same liście.
– Młoda jest bardzo zdrowa.
– Znowu jakiś się wpycha, co za bezczelność. Panie, dlaczego pan go przepuszcza?! Cały dzień mamy tu sterczeć?! Podchodzą i podchodzą!
– Oni zajęli kolejkę, tylko odeszli na chwilę...
– Niczego nie zajmowali!
– Zajęliśmy, czego pani krzyczy.
– Nie zajmowali żadnej kolejki! Ja tu stoję od samego rana!
– Zajmowali, ja widziałam...
– Zajmie taki jeden z drugim, a potem odejdzie na pół dnia...
– A moim zdaniem nie zajmowali. Ja ich nie widziałem.
– Zajmowali.
– Zajmowali, zajmowali...
– Zajęli kolejkę, ludzie uspokójcie się!
– Sam się uspokój!
– No już dobrze, szkoda nerwów na takie głupstwo. Ludzie stali, odeszli na chwilę. Nic się nie stało...
– Jakoś to powoli idzie...
– A pan coś widzi?
– Trochę.
– Ta ruda powoli sprzedaje. Wczoraj ruszała się jak śnięta ryba.
– A co, tam jest tylko jedna?
– Dwie.
– Ja nie widzę.
– To niech pan przejdzie tutaj. Stąd widać.
– Aha, dwie. Tamta jakby szybsza.
– Czarna prędzej obsługuje.
– Obydwie normalnie pracują, po prostu ludzi dużo.
– Ludzi zawsze jest dużo.
– A jak jeszcze marudzą, przebierają.
– Tak... Jak staliśmy, tak stoimy...
– To nic, zaraz prędzej pójdzie.
– Niechby chociaż po trzy dawali.
– Dadzą.
– Byle nie zabrakło...
– Dla nas wystarczy.
– Kiedy się wczoraj skończyły, nie wie pani?
– Jakoś nie pamiętam... odeszłam...
– Przepraszam, ja za panem?
– Nie, pan jest bliżej.
– Ach tak! Za panią.
– Za mną.
– Ledwie zdążyłem.
– A co, dzisiaj wcześniej zamykają?
– Po mnie już nie wpuszczali.
– Coś podobnego...
– Przepraszam, pani kupowała masło po tamtej stronie?
– Nie, w centrum.
– Bo tam naprzeciwko rano było po trzy pięćdziesiąt, a teraz w ogóle nie ma.
– Oni mają dostawę po obiedzie...
– Rano czasem też przywożą... No, co się tam dzieje? Już godzinę wybiera!
– Znowu Gruzini się wepchnęli... o, patrzcie no jak lezą! Ej, proszę pani! Nie wpuszczać bez kolejki! Jacy bezczelni!
– Biorą po dwadzieścia sztuk, a potem spekulują.
– Jasne... o właśnie tak. I tamtego też przegonić!
– Nie wie pan, ta pralnia jest dobra?
– Moim zdaniem niezła. Tylko dają długie terminy.
– To znaczy?
– Miesiąc.
– Strasznie długo. Ale rzeczy nie giną?
– Rzadko.
– To dobrze... o, znowu jakiś Gruzin podchodzi...
– Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby Gruzin stał w kolejce.
– Wie pan, ja chyba sobie pójdę...
– Chce pan odejść?
– Tak. Trzy godziny stoję i ciągle w tym samym miejscu...
– Pan jest ostatni?
– Tak.
– Niech pani tu stanie. Tamten chłopak odszedł, może pani zająć jego kolejkę.
– Dziękuję.
– Nie ma za co. To jemu trzeba podziękować. Goździki dostała pani na bazarze?
– Nie, w kwiaciarni.
– W tej na prawo?
– Tak.
– Jakie ładne. Ma pani szczęście.
– Tam wszystkie były takie duże.
– Mnie się nigdy takie nie trafiły. Co to znaczy mieć fart.
– Jaki tam fart!
– No a jak. Taka sympatyczna dziewczyna musi mieć fart.
– Zawracanie głowy... Długo pan stoi?
– Nie bardzo.
– Powoli idzie?
– Teraz pójdzie znacznie szybciej.
– Dlaczego?
– Dlatego, że pani przyszła.


  
– Co też pan, jak Boga kocham! Dowcipniś samouk!
– Krzywdzi mnie pani. Wcale nie samouk.
– A co, po studiach?
– Właśnie po studiach.
– No a gdzie pan studiował?
– Wszędzie gdzie się dało.
– To znaczy zbierał pan co łaska?
– Aha. Przepraszam, jak pani na imię?
– A po co to panu?
– Potrzebne.
– Też coś! Nie powiem.
– No, niech pani powie...
– Niee.
– A ja proszę.
– A na co to panu?
– No co pani szkodzi?
– Nic mi nie szkodzi. Proszę bardzo. Lena.
– Wadim.
– No i co?
– No i nic. Po prostu lżej mi oddychać.
– Oj, nie mogę!
– Czego nie mogę?
– Nic, nic.
– Co – nic?
– Niechże pan stoi spokojnie, młody człowieku!
– Zdaje się, że nie z panem rozmawiam.
– Stoi i ciągle la-la-la, la-la-la. Żeby się uciszył choć na chwilę, to nie!
– Niech się pan sam uciszy.
– Właśnie, właśnie, niech się uciszy.
– To pan niech się uciszy. I lepiej bez nerwów.
– Sam się nie denerwuj.
– E tam... Lena, a pani przypadkiem nie z tekstylnego?
– Zgadł pan.
– Co tu zgadywać? Tekstylny dwa kroki stąd – raz, taka sympatyczna dziewczyna – dwa. Zgadza się jak w aptece.
– Jakie to proste dla pana... o, jak się pchają...
– Ej, ostrożniej, czego się tak pchacie!
– To ci z przodu napierają, nie ja!
– Co za koszmar! Ostrożniej, do diabła!
– Oj, zadepczą nas... panie! Nie może pan uważać?
– To nie ja!
– A to co znowu? Dlaczego idziemy do tyłu?
– Co tam się stało?
– Nic nie widać...
– Proszę pani, proszę pani, co się dzieje?
– Kolejka się prostuje.
– Jakaś bzdura... tutaj to stałem godzinę temu... no i po co to...
– No, jeszcze kawałek...
– Za to teraz szybciej pójdzie.
– Bardzo wątpię. Pchają się, po co się pchają?
– Ja się nie pcham, stoję spokojnie.
– Panie, pralnię zamknęli?
– Tak. Przecież powiedziałem – ledwie zdążyłem.
– No tak. Teraz otworzą dopiero po przerwie obiadowej.
– Lena, daj mi swoją torbę.
– Nie, nie trzeba.
– Daj, daj.
– Nie trzeba, dam sobie radę.
– Bo sam zabiorę!
– No jeśli pan tak koniecznie chce... proszę...
– Och, jaka ciężka! Jak pani ją niosła?
– Jakoś niosłam.
– Co tam jest w środku – ołów?
– Książki.
– Jasne.
– Właśnie się sesja skończyła.
– No to gratuluję! Ja już zapomniałem, że istnieje takie słowo.
– A co pan skończył?
– Uniwersytet Moskiewski.
– Fajnie! A jaki wydział?
– Historię.
– Ciekawe. Dla mnie historia była zawsze ciemnym lasem.
– To dlatego, że nigdy nie interesowała się nią pani na serio.
– Być może. Właściwie to musi być strasznie ciekawe – różni tam królowie, wojny, lodowce. Wadim – nie wie pan, jakie są?
– Podobno jugosłowiańskie.
– Czeskie.
– Na pewno?
– Wczoraj stałam za nimi.
– No widzisz, Lena – czeskie. Nie szkodzi że ja tak per ty?
– Proszę. To dobrze, że kolejkę wyprostowali. Teraz szybciej idzie.
– Na to wygląda.
– Stary, masz papierosa?
– Mam. Bierz.
– Dziękuję.
– Nie wiesz czasem, czy dużo przywieźli?
– Czego nie wiem – tego nie powiem.
– No, a do nas dojdzie?
– Zapytaj o coś łatwiejszego.
– Patrz, niesie młode kartofle...
– To pewnie z warzywniczego.
– Dopiero co tam byłam. Nie mają żadnych kartofli.
– No to z bazaru.
– Jasne, że z bazaru. Ej, chłopcze, wypadło ci!
– Dziękuję...
– Znowu musisz wracać do pralni!
– Nic się nie stało... trochę kurzu...
– Słuchaj, a ty mieszkasz gdzieś niedaleko?
– O, w tamtym domu.
– Nie ma tu blisko fryzjera?
– A co, chcesz zniszczyć swoje przepiękne włosy?
– To moja rzecz... oj, czego się pan rozpycha?
– Nie pchać się.
– Wcale się nie pcham. To tamci.
– Depczą po nogach... No to gdzie ten fryzjer?
– Jest fryzjer. Co prawda kawałek drogi, ale jest. Jakby ci wytłumaczyć... trzeba przejść jakieś pół osiedla prosto, a potem na prawo. Taka wąska uliczka.
– Jak się nazywa?
– Nie pamiętam... jakby pasaż...
– To znaczy prosto i na prawo?
– Tak. A w ogóle to cię zaprowadzę, bo inaczej zabłądzisz.
– Po co? Znajdę.
– Idziemy i tyle.
– A kolejka?
– Myślisz, że nie zdążymy? Coś ty! Patrz ilu ludzi za nami, końca nie widać.
– Rzeczywiście.
– Przepraszamy bardzo. Odejdziemy teraz na pół godziny, dobrze?
– W porządku.
– Idziemy.
– Tak... nikomu się nie chce stać.
– A co tam. Młodzi są. Nudno im.
– A nam nie nudno, czy co?
– Oni będą sobie gdzieś latać, a tu się człowiek mało nie ugotuje.
– Tak. Ale piecze... Niby pochmurno było, a teraz proszę!
– A ile na dzisiaj przewidywali?
– Dwadzieścia trzy.
– A teraz jest ze dwadzieścia pięć co najmniej.
– Nie, chyba trochę mniej....
– Równo dwadzieścia pięć!
– Tak się tylko zdaje. Nie ma wiatru i dlatego tak duszno.
– Dziwne. Topole się kołyszą, a wiatru wcale nie czuć. Żadnej ochłody.
– Jaka tam ochłoda w mieście. Do tego trawa jest potrzebna, rzeka. A tutaj asfalt, kurz...
– Tamci z przodu mają trochę cienia od domu...
– Do tego cienia jeszcze stania a stania. W ogóle się nie ruszamy...
– Jednak nie jest tak źle. O, ten kosz na śmieci już za nami.
– Moim zdaniem od początku był za nami.
– Ależ co też pan mówi!
– Chyba pójdę kupić sobie lodów, czy co... ja tylko na chwilę...
– Może i dla mnie, dobrze? Za dwadzieścia osiem... dam panu...
– Dobra.
– Jeśli to nie kłopot...
– Jaki tam kłopot.
– Za lodami też pewnie kolejka.
– Niewielka, nic strasznego.
– Patrzcie, w palcie stoi. Można oszaleć!
– Nawet nie mów...
– A może jej zimno? Jest taka choroba.
– Nie wie pan... nie wie pan, w jakich kolorach?


  
– W różnych.
– Podobno przeważnie jasnobrązowe.
– A ciemnych nie ma?
– Są i ciemne.
– To dobrze.
– Właściwie, to chciałbym możliwie ciemny...
– To już zależy od szczęścia. Sprzedają jak leci.
– Tak. Jak im towar dostawiają, tak i nam sprzedają...
– Przepraszam, ja jestem za panem?
– Nie, za tą panią.
– A rzeczywiście, rzeczywiście...
– Odejdzie taki, a potem się jeszcze pyta...
– O co chodzi... nie rozumiem...
– Bo co?
– A co takiego?
– Tam... czego ona wrzeszczy?
– Ktoś się wepchnął...
– A to kto...
– Słusznie, słusznie...
– Jakiś głupi...
– Przepędzić i koniec...
– Tylko czas tracimy.
– Proszę postawić torbę na tym stopniu. Będzie wygodniej.
– Rzeczywiście.
– Podobno wczoraj dawali w centrum.
– No, tam się człowiek nie dopcha.
– Za to wszystkie były ciemnobrązowe.
– Naprawdę?
– Tak.
– Rzucają je czasami, ale skąd można wiedzieć gdzie i kiedy.
– I tutaj też nagle, ni z tego ni z owego. Ledwie zdążyłam...
– A mnie sąsiadka powiedziała. Wczoraj.
– Na pewno wiedziała od sprzedawców, prawda?
– Nie wiem...
– Boże, dlaczego to tak długo...
– Znowu przyszedł! Co za bezczelność!
– Po prostu nie wpuszczać i tyle.
– Chłop jak dąb, a czym się zajmuje. Fiedia, potrzymaj...
– Prędzej, prędzej.
– Za rączkę trzymaj, za rączkę! Co ty...
– Wyjmij je spod chleba... tutaj...
– Trzymaj.
– Wołodia!
– W powietrzu trzymaj, w powietrzu!
– Nie krzycz...
– Wołodia!
– Czy naprawdę dają po trzy?
– Podobno dają.
– To ja jestem za panem, prawda?
– Zgadza się. Za mną. Jak poszło?
– Dobrze. Proszę, tu jest reszta. Tylko trochę z nich kapie...
– Nie szkodzi. Dziękuję. Oj, żeby się nie zabrudzić.
– Bałem się, że do mnie nie dojdą.
– Już się kończyły?
– Aha.
– Wołodia! Czego tam sterczysz?! Chodź tutaj!
– To po dwadzieścia osiem?
– Aha. Tam są tylko takie i te po dziesięć.
– Ufff... jaki upał...
– Jeszcze trochę i będziemy w cieniu. A stamtąd już blisko.
– Sierioża, weź to ode mnie...
– Daj, powieszę na wózku.
– No, co za dranie... patrz jak się wpycha...
– Trzeba iść i powiedzieć. Wpychają się, a potem do nas nie dojdzie.
– Oczywiście.
– Trzeba nie mieć sumienia...
– I jeszcze baba razem z nim. Spekulantka.
– Co to się wyrabia, nie do pojęcia...
– Panie, kapie panu na spodnie.
– Oj! Przemokło... żeby go... cały się upaprałem...
– Zina, oprzyj się o ścianę, oprzyj...
– Nic jej nie będzie, taka duża dziewczynka, będzie stała jak wszyscy. Prawda? Będziesz stać?
– Będę.
– Zuch dziewczyna.
– Gdzie pani masło dostała? W serowarskim?
– Nie. O, tam.
– Tam przecież nie ma.
– Ja rano brałam.
– Aaa... Dlatego takie miękkie... rozpływa się.
– Nijak do domu nie mogę dojść. Śmieszne!
– Ja też. Jak wyszłam o dwunastej, to w trzeciej kolejce już stoję
– Znowu. Żeby chociaż jeden gliniarz przylazł. To nie.
– Powinni dawać po dwa, bo inaczej nie starczy.
– Starczy, starczy. Do nich jak przywożą, to już przywożą.
– A nie wie pan czym są podszyte?
– Wiatrem.
– Ciepłe?
– Niee.
– To źle.
– Co w tym złego?
– Nic...
– Wołodia, nie biegaj tam. Zaraz samochód będzie jechać.
– Nie biegaj chłopczyku. To niebezpieczne miejsce – zakręt.
– Stój spokojnie.
– Mamo, chce mi się pić.
– Stój, nie nudź.
– Mamo! Pić mi się chce!
– Do kogo mówię! Daj rękę! Stój w miejscu!
– Przyszedł i poszedł. Milicja...
– Nie przepracowują się, nie ma obawy.
– Żeby chociaż porządku pilnował.
– Znowu czarnuchy się pchają. Dranie!
– Nie wpuszczać!
–Tacy wszędzie wlezą.
– Mamo! Pić!
– Uspokój się nareszcie!
– Niech pani pójdzie z dzieckiem. Tu zaraz są automaty.
– Gdzie?
– Kawałeczek drogi, przy @Chemii”.
– Dziękuję. To ja odejdę na chwileczkę... Wołodia, idziemy...
-– Mamo, a trzy kopiejki mamy?
– Mamy, mamy... idziemy... to ja jestem za panem.
– Sierioża, postaw przy ścianie.
– Uff, tu jest trochę lżej, bo w cieniu...
– Staliśmy, stali i nareszcie...
– No tak, my zdaje się za panem. Tak?
– Tak, tak.
– Stawaj, Lena.
– Coś słabo się posuwa...
– Gdzie tam słabo! Widzisz, ci spod domu już kupują.
– Tu jest przyjemnie.
– Aha. W cieniu lżej. No jak, wysechł?
– Wysechł. Zobacz jaki ładny kolor.
– Nie znam się na lakierach.
– Dlaczego?
– Nie wiem.
– Znaczy, że wszystko ci jedno?
– Owszem! Nie rozumiem jak jeden lakier może być lepszy od drugiego.
– Ale są paskudne kolory i są ładne.
– Teraz znasz drogę. Zapraszamy serdecznie.
– Teraz znam... słuchaj, a nie wiesz na jakiej podeszwie?
– Słonina podobno.
– Serio?! To fajnie!
– Całkiem sympatyczne, sam widziałem.
– Ja się nie dopchałam. Nie sposób nawet podejść i zobaczyć.
– Widziałem u jakiej kobiety, która kupiła.
– I kolor dobry?
– Dobry. Szarobrązowy.
– Pod zamsz?
– Aha.
– Głupstwa pan wygaduje, młody człowieku. One są ze skóry.
– Skóry?
– Masz ci los...
– Być nie może, sam widziałem...
– Zgadza się. Tylko, że te pod zamsz były rano i do obiadu się skończyły. A teraz są skórzane, ciemnobrązowe.
– Tfu, do diabła!
– A my stoimy jak kto głupi. Wadim, jak tak to ja idę...
– Poczekaj... poczekaj...


  
– Na co mam czekać?
– Poczekaj, może te też są dobre?
– Coś ty! Wykluczone.
– No a jeśli...
– A ty masz zamiar zostać?
– Właściwie co za różnica, skórzane, czy zamszowe?
– Dla mnie zasadnicza.
– Lena, a może zostaniemy?
– Nie. Ja idę. A ty zostań.
– Popatrz jak już blisko! No to po co staliśmy?
– Ładnie mi blisko...
– Zostałabyś, co?
– Nie. Idę. Cześć.
– Jutro zadzwonię do ciebie.
– Jak sobie chcesz... na razie.
– Na razie.
– Co za czasy. Już skórzane się nie podobają.
– Taak...
– Może mi pan urwie kawałek gazety, powachluję się?
– Niech pan bierze całą.
– Dziękuję.
– Niby się posuwamy.
– Czas najwyższy.
– Pójdę posiedzę.
– Wadim.
– Ty?!
– Rozmyśliłam się. Wiesz, rzeczywiście, to bez różnicy.
– Mądra dziewczyna... masz za to...
– Zachowuj się przyzwoicie... ludzie patrzą...
– To znaczy stoimy?! Hura!
– Nie wiesz co idzie w @Przodowniku”?
– Jakiś włoski film.
– Dobry?
– Nie wiem.
– Chciałam podejść do afisza, zobaczy co gdzie idzie, a tam wyobraź sobie nie można się przecisnąć.
– Dlaczego?
– Nasza kolejka tak się wyciągnęła. Taki ogon.
– Do "Chemii”?
– Aha.
– To niemożliwe.
– Możliwe.
– Nieźle.
– A co najważniejsze ciągle nowi stają.
– W takim razie rzeczywiście jest sens.
– Też tak pomyślałam.
– Zresztą jesteśmy już blisko.
– Koledzy, przyciskacie mnie do ściany...
– Przepraszamy.
– No, jesteśmy. My za wami?
– Za nami. Napiłeś się bohaterze?
– Dwie szklanki wydudlił. Stój tu i się nie kręć...
– Ja bym i trzecią wypił, ale trojaka nie było.
– Jaką trzecią? Prędzej byś pękł.
– Wcale bym nie pękł.
– Nie pękł?
– Nie pękł.
– Bohater!
– Przepraszam, ten sweterek to maszynowa, czy ręczna robota?
– Ręczna.
– Śliczny.
– Podoba się?
–Tak. A przede wszystkim – piękna wełna.
– Lena, polecę po lody.
– Leć.
– Ciągle podchodzą bez kolejki. To jakiś koszmar.
– Oni stali. Ja widziałem.
– Jakoś nie pamiętam.
– Stali, stali. Na pewno.
– Nie wyznasz się.
– Stali, stali...
– Czego ten znowu jedzie prosta na ludzi... Idiota...
– Nie mogli się dalej zatrzymać.
– A co to za autobusy?
– Nie wiadomo... Jakieś wycieczkowe, czy co...
– Oj, ile ludzi... i skąd tego tyle...
– Trzy autobusy... o, tam jest trzeci...
– Aha, ... jeszcze trzeci...
– Pewnie robotnicy.
– A skąd, jacy tam robotnicy. Wycieczka.
– Wycieczka? A po co? Tu nie ma żadnych muzeów.
– A może są?
– Mówię, że nie ma, ja tu czterdzieści lat mieszkam!
– Boże, ile ludzi! W taki upał...
– Moje uszanowanie... a co to znowu?
– Co za skandal?!
– Gdzie się pchacie? Ej, panie, krzyknij im pan!
– Dlaczego się pchają? Chamy!
– Nie wpuszczać ich! Co to za jedni?
– Dranie! Patrz! Patrz!
– Co tu się wyrabia? Wezwać milicję!
– Niech pani leci po gliniarza!
– Łobuzy!
– Jacy bezczelni!
– I wszyscy naraz!
– Milicja! Wezwać milicję!
– Mordę im nabić!
– Milicja!
– O, idzie jeden, powiedzcie mu!
– Patrz! Patrz! A my to co?
– Co to za jedni?
– Diabli ich wiedzą! Pewnie przyjezdni.
– Wiocha cholerna! Wystrzelałbym wszystkich!
– Po prostu – przyjechali i kupują!
– Powiedzcie mu, o co chodzi! Gdzie on jest?
– Poszedł tam do nich!
– O, jeszcze dwóch idzie!
– Dobrze, że chociaż milicja jest niedaleko...
– Ale co za bezczelność!
– Pierwszy raz widzę coś podobnego!
– Jak to włażą, końca nie widać!
– Dlaczego milicja nic nie robi?!
– Co on z tym megafonem, śpi czy co? Milicja!
– Zaraz coś powie.
– Pan go widzi?
– Widzę. O, włazi na skrzynkę.
– A, teraz i ja widzę...
– Nie ma o czym gadać! Przepędzić chamów i tyle!
– Zaraz coś powie...
– O czym tu mówić...
– OBYWATELE! PROSIMY NIE HAŁASOWAĆ!
– A my nie hałasujemy...
– Czego tamci się Pchają?
– Niech powie co to za jedni!
– PROSIMY NIE HAŁASOWAĆ! CI TOWARZYSZE MAJA PRAWO DO ZAKUPÓW POZA KOLEJNOŚCIĄ. TAK, ŻE PROSZĘ NIE HAŁASOWAĆ I STAĆ SPOKOJNIE!
– Jak to?
– Skąd oni się wzięli?
– Co to za skandal?!
– A co z nami?
– POWTARZAM, PROSZĘ NIE HAŁASOWAĆ I ZACHOWAĆ PORZĄDEK! TOWARZYSZE, KTÓRZY PRZYJECHALI AUTOBUSAMI, MAJĄ PRAWO KUPOWAĆ POZA KOLEJNOŚCIĄ!
– A my to co?
– Dlaczego mają prawo?
– Ja też mam prawo!
– Jacy bezczelni!
– Staliśmy, staliśmy i masz tobie!
– Skandal!
– POWTARZAM PO RAZ TRZECI! CI TOWARZYSZE MAJĄ PRAWO KUPOWAĆ POZA KOLEJNOŚCIĄ! PROSZĘ NIE HAŁASOWAĆ! ZACHOWYWAĆ PORZĄDEK! BO INACZEJ BĘDĘ USUWAŁ Z KOLEJKI!
– Proszę, nas będzie usuwać. Idiota...
– To mimo wszystko skandal!
– Co – nie mogli z góry uprzedzić?
– Mamy tak stać do wieczora?!
– ILE RAZY MAM POWTARZAĆ? PROSZĘ NIE HAŁASOWAĆ!
– Staliśmy, stali...
– Zina, ja chyba pójdę.
– Nie, ja tego nie rozumiem! Dlaczego mamy ich przepuścić?!


  
– Przyjechali i od razu...
– Ja też pójdę.
– OBYWATELE, ODSUŃCIE SIĘ I PRZEPUŚĆCIE TOWARZYSZY! WYSTARCZY DLA WSZYSTKICH! NIE HAŁASOWAĆ! NIE ZAKŁÓCAĆ PORZĄDKU! PRZESUWAĆ SIĘ!
– Do tyłu, czy co?
– O Boże...
– Niech się pan nie pcha!
– Ja się nie pcham; to ci tam z przodu...
– Nie ma pośpiechu...
– PRZESUWAĆ SIĘ! PRZESUWAĆ! RAZEM!
– A właściwie skąd oni przyjechali?
– Pewnie jakaś konferencja związków zawodowych...
– Znowu jesteśmy na starym miejscu...
– Panie, trochę ostrożniej... słoń, jak Boga kocham...
– A bo to moja wina? Od tyłu pchają...
– Ja stałam za panem?
– Na to wygląda.
– A gdzie ta kobieta?
– Odeszła, zrezygnowała.
– Aaa... rozumiem. Wie pan, okazuje się, że to nie czeskie.
– A jakie?
– Szwedzkie.
– Naprawdę?!
– Co naprawdę?
– Żeby tylko wystarczyło!
– Słyszysz Pietia? Szwedzkie!
– W takim razie stoję.
– A co, teraz przywieźli?
– Aha. Dopiero co. Byłam przy samej ladzie.
– Dużo?
– Nie wiem. Podobno dużo. I będą dawać tylko po jednym.
– To dobrze. Inaczej te hieny Wszystko wykupu.
– A nie wie pan, co to za jedni?
– Pojęcia nie mam. Przyjechali nie wiadomo skąd.
– Stoimy w tym samym miejscu, co godzinę temu...
– Przyszli dwaj nowi sprzedawcy. Teraz szybciej pójdzie.
– Dobrze by było.
– Lenn, słyszałaś? Szwedzkie.
– Słyszałam. Stań przy ścianie a ja się oprę o ciebie.
– Aha... tak... wygodnie ci?
– Wygodnie.
– A nie wie pani jakiej firmy?
– Nie znam się na tym.
– Szkoda.
– A kolor?
– Zwyczajny, ciemnogranatowy.
– Szybko idzie?
– Szybko. Teraz we czwórkę obsługują.
– OBYWATELE! PROSZĘ ZEJŚĆ Z JEZDNI! Z JEZDNI! USTAWIAĆ SIĘ BLIŻEJ DOMÓW! BLIŻEJ!
–Teraz przez cały dzień będzie trąbił...
– Dali zabawkę głupiemu...
– Nie wiesz, dzisiaj gramy z Kijowem
– Dzisiaj.
– Żeby tak zdążyć obejrzeć.
– Zdążymy.
– Raczej wątpię.
– Zdążymy, zdążymy.
–Tydzień temu w GUMie dawali amerykańskie.
– Amerykańskie rzadko rzucają.
– Szwedzkie są nawet lepsze. Takie miękkie, przyjemne.
– Ale zawsze co firma, to firma.
– Nie ma co się uganiać za firmą. Najważniejsze, żeby były ładne i wygodne.
– Jasne...
– Można na chwilę gazetę?
– Proszę.
– A ja, jeśli pan chce, dam popołudniówkę?
– Dobrze.
– Nic zdrętwiała ci ręka, Atlasie?
– Śpij, śpij...
– NIE ROZPYCHAĆ SIĘ TOWARZYSZE! BO ZACZNĘ USUWAĆ Z KOLEJKI!
– Ciebie trzeba usunąć kretynie...
– Znowu na słońcu. A tak dobrze stało się w cieniu...
– Teraz szybko pójdzie.
– Ooch... Boże, jak długo jeszcze mamy stać...
– Wołodia, włóż panamę!
– Kiedy mi gorąco.
– Włóż, głowa cię rozboli.
– Oj... naprawdę zasnęłam... co za koszmar...
– No i co takiego, śpij sobie na zdrowie.
– Nic tam nie piszą u szachach?
– Zaraz sprawdzimy... zdaje się, że nic.
– Przecież teraz idzie jakiś turniej...
– Międzystrefowy, w Hiszpanii.
– A z piłką nożną klops, prawda?
– Gdyby nie Dasajew, byłoby jeszcze gorzej.
– Zgadza się. Takie piłki wyłapywał.
– A jaką Zoff wyłapał kiedy grali z Brazylią?
– Tak, on też jest wart swoich pieniędzy.
– Weteran, a jak się trzyma. Pójdę, lody kupię, albo co...
–Tam już jest zamknięte.
– Na pewno?
– Na pewno.
– Patrz, czego on...
– Musi się pchać, nic potrafi inaczej. Kołchoźnik, kurwa...
– Wołodia, chcesz pomidora?
– Kiedy on jest ciepły...
–Ty co, jeszcze się nic napiłeś?
– Napiłem się. Mamo, mogę się iść tam pobawić?
– Gdzie? Tam samochody jeżdżą.
– Nie tam, tylko tam.
– No to idź. Tylko ani kroku dalej!
– Masz takie piękne włosy...
– Przestań.
– Poważnie. W kolorze lnu. Wiesz, jest takie preludium Debussego. Właśnie tak się nazywa. Dziewczyna o lnianych włosach.
– Ale to nie o mnie.
– O tobie... o tobie... jakie miękkie...
– Wadim... co robisz... to nie jest miejsce...
– Chodź, tam sobie posiedzimy.
– No to chodź.
– Odejdziemy na chwileczkę. Dobrze?
– Proszę.
– Nie wie pan, która godzina
– Za piętnaście piąta.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj