szukaj
Fragment książki "Krzyżacki poker", T.1

 
Granica Kalifatu Mauretańskiego i województwa nowokrakowskiego, 10 maja 1957 roku  
    

Świt przyszedł nagle. W dwóch narożnych wieżach zgaszono ogniska, a na dziedzińcu pojawili się pierwsi żołnierze. Poczęli jak co dzień rozkładać wielbłądzie derki, szykując się do porannej modlitwy. Kilka minut później cały pluton forteczny czekał na pojawienie się słońca. Kiedy pierwsze promienie dotknęły wschodniej wieży, padli na kolana. Pięćdziesięciu Tatarów składało hołd Panu Świata – Allachowi. Monotonne zawodzenie niosło się echem po dziedzińcu. Dowódca fortu, sierżant Dżalil podniósł się ze swojej derki i spojrzał w niebo.

– Mam przeczucie, że dzisiaj może być nawet dwieście trzydzieści stopni – powiedział do stojących obok żołnierzy. – Trzeba sprawdzić zbiorniki z paliwem i cysternę z wodą. Zajmij się tym, Dżilit. – Skinął na stojącego nieopodal kaprala.
– Tak jest! – kapral strzelił obcasami i, zabierając kilku żołnierzy, ruszył do północnego narożnika fortu, gdzie pod zadaszeniem, wykonanym z blachy, stały dwie wielkie beczki, otoczone wałem z ziemi i głazów. Sierżant spoglądał za nim jeszcze przez chwilę, po czym ruszył wzdłuż muru, w stronę, ustawionych jeden przy drugim, trzech starych czołgów typu „Łoś”. Ze środka pierwszej maszyny wydobywał się chrobot, przerywany raz po raz soczystymi przekleństwami. Sierżant zastukał w uniesioną pokrywę.
– Tarik, wyjdź no na chwilę!

Z wnętrza czołgu wynurzyła się najpierw czarna od smarów ręka, a po niej głowa żołnierza.

– Niech szlag trafi te stare graty! – Kapral wyskoczył na zewnątrz, wytarł palce o brzeg szmaty, zatkniętej za pasek spodni i wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów. – Chcesz pewnie wiedzieć, co z tą cholerną armatą? Od razu powiem ci, żeby nie robić sobie wielkich nadziei.
– Mówisz poważnie? – zmartwił się wyraźnie Dżalil. – Miałem nadzieję, że jeszcze coś z niego będzie. – Poklepał pancerz czołgu.
– To stare rupiecie, a ich naprawianie to niekończąca się udręka. Jedną rzecz naprawisz, a już druga nadaje się do remontu.
– I nic się nie da zrobić?

Kapral podrapał się po głowie.

– Tego nie powiedziałem. Wymontuję uszkodzone elementy i pójdę do warsztatu. Może dzisiaj jest dobry dzień na cud.
– Postaraj się, do cholery. Wiesz przecież, że czekanie na części, to trochę jak czekanie na deszcz. Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawią.
– Wiesz co, nie obraź się, ale jesteś zbyt miękki. Zamiast chwycić za dupę tych baranów z Nowego Krakowa, ciągle dajesz się im zbywać. Trzy miesiące temu obiecali nam dwie nowe pancerki i kilka żubrów. I co z tego dostaliśmy? Gówno. Im się wydaje, że te graty, to wielka siła bojowa!
– Robię przecież co mogę! – Sierżant wzruszył ramionami. – Jak sami nie mają, to skąd mają brać.
– Gadanie! – Kapral przydeptał niedopałek i zanurkował pod pancerzem. – Chwyć ich za dupę! – krzyknął jeszcze.

Dżalil uśmiechnął się i ruszył w stronę głównego budynku fortu, po przeciwnej stronie dziedzińca. Większość żołnierzy pracowała przy południowej wieży, która kilka miesięcy temu, podczas burzy piaskowej, uległa poważnym uszkodzeniom. Wiatr zerwał dach i obalił spory fragment muru. Naprawa posuwała się w ślimaczym tempie, głównie z uwagi na brak materiałów. Dostawy docierały tu zaledwie raz w tygodniu. Garnizon nowojasielski posiadał zbyt małą liczbę ciężarówek, aby odpowiednio rozwiązać kwestię zaopatrzenia dwunastu granicznych fortów. Tatarzy musieli radzić sobie sami. Sierżant wspiął się po prowizorycznej drabinie, minął kadź, w której mieszano beton i podszedł do uszkodzonego muru. Po drugiej stronie, na pustyni, żołnierze układali z kamieni szańczyk, zabezpieczający fort od południa. Był już prawie ukończony, brakowało jeszcze łokcia, aby wyrównać jego poziom z poziomem muru. Właśnie nadjechał mocno zdezelowany żubr, z którego wyładowywano nową partię kamieni zebranych na pustyni.

– Jak wam idzie? – krzyknął Dżalil do pracujących żołnierzy.
– Idzie dobrze, tylko cholernie gorąco, panie! – odpowiedział młody szeregowiec, który młotkiem obstukiwał kamienie i wpasowywał je w szańczyk. – Jeszcze ze dwa transporty i będziemy mieli nowy mur, i to znacznie lepszy od starego. Żadna burza go nie ruszy.
– A co z wieżą?
– Tu jest gorzej. Cement się kończy.

Dżalil spojrzał strapiony na wieżę, której szczyt otoczony rusztowaniami wznosił się zaledwie kilka łokci ponad mury.

– Żeby ją skończyć, trzeba kilku łasztów...
– Sierżancie! – Jeden z żołnierzy wskazał na zachód. – Samolot!

Niewyraźny jeszcze kształt przesuwał się wolno w stronę fortu.

– Leci chyba do nas – mruknął cicho.

Zszedł szybko na dziedziniec fortu, minął otwartą bramę i zatrzymał się z zadartą ku górze głową. Samolot zbliżał się powoli, nadlatując na niewielkiej wysokości. W chwilę potem maszyna dotknęła kołami piasku i, szybko tracąc prędkość, podtoczyła się prawie pod sam fort. Silnik pracował jeszcze przez chwilę, napełniając okolicę miarowym dudnieniem. Pilot opuścił szybko kabinę, zeskoczył ze skrzydła i podszedł do Dżalila.

– Kapitan Adam Kulesza, witam serdecznie. – Murzyn o pyzatej twarzy zdjął gogle i podał rękę sierżantowi. – Całe szczęście, że znam trochę okolicę, bo niewiele brakowało, a poleciałbym dalej na wschód. – Uśmiechnął się szeroko. Wyjątkowo szeroko.– Z pustynią nie ma żartów. – We wzroku sierżanta malowała się przygana, nie ośmielił się jednak pouczyć oficera.
– Ten przeklęty grat zaczął stawać okoniem. Ledwie trzyma się kupy i lata na słowo honoru.– Kapitan wskazał z niechęcią na zabytkową „Łanię”, w Rzeczypospolitej wycofaną z użytku wiele lat temu, w Afryce nadal podstawowy samolot łącznikowy.
– Jakieś problemy z silnikiem? – zainteresował się uprzejmie sierżant.
– Jakby pan zgadł. – Lotnik pokiwał głową.
– Mam tutaj dobrego mechanika, zna się na wszystkim, złota rączka, może sprawdzić, co i jak.
– Byłbym niezmiernie wdzięczny. Do Nowego Jasła jest ponad sto pięćdziesiąt staj. Jak awaria zdarzy się gdzieś po drodze, sępy będą miały ze mnie ucztę.
– U nas też ciągle coś się psuje. Wie pan, piasek niszczy wszystko, szybciej niż zdążymy naprawiać.
– Ja właściwie w tej właśnie sprawie. – Kulesza spoważniał nagle. – Co z waszą radiostacją?
– Zepsuła się dwa dni temu. Próbujemy ją naprawić, ale w tych warunkach...
– A reszta sprzętu? Sprawna? – Kapitan nawet nie próbował ukryć niepokoju.

Sierżant spojrzał na niego badawczo.

– Mamy problemy z czołgami, ciężarówkami i resztą kramu. Dwa miesiące temu burza piaskowa zniszczyła wieżę i kawałek muru.
– Czy fort jest w stanie się bronić? – Kulesza zmarszczył czoło, już właściwie wiedział, jaka będzie odpowiedź.
– Bronić się? Przed kim? – spytał zaskoczony Dżalil. – Jeśli nie liczyć kilku starć z bandami pustynnymi, mamy tu od dłuższego czasu spokój. Cerberowie siedzą cicho, Maurów zaś nie widziałem jeszcze dłużej.
– Widzę, że o niczym nie wiecie. – Murzyn pokręcił głową.
– Kapitanie, proszę nie trzymać mnie w niepewności – powiedział niecierpliwe sierżant.
– Porozmawiajmy gdzieś w spokoju. Jest kilka rzeczy, o których powinien pan wiedzieć.
– Chodźmy zatem do mnie. – Dżalil wskazał bramę fortu.

Ruszyli wydeptaną ścieżką, biegnącą wzdłuż muru.

* * *

W kilka minut później na wzgórzu od północnej strony fortu pojawiła się postać odziana w długą tunikę. Człowiek przypadł płasko na szczycie wzgórza i przysunął do siebie karabin. Podniósł ostrożnie głowę, po czym obrócił się i wykonał dyskretny znak ręką. Po chwili dziesiątki podobnych postaci dołączyły do niego, zalegając w zagłębieniach. Człowiek spojrzał na zachód a potem na wschód. Uśmiechnął się zadowolony.

* * *

– I tak to wszystko mniej więcej wygląda. – Kulesza odstawił blaszany kubek, otarł usta i spojrzał na krążącego po pokoju sierżanta.
– Nic z tego nie rozumiem. – Dżalil wzruszył ramionami. – Zamach na księdza? Spalony meczet? Kto mógł to zrobić?
– Próbujemy się tego dowiedzieć, ale łatwe to nie jest. Arabowie nie dopuszczają nas do pogorzeliska, no i jeszcze ta przeklęta rakietnica. Kiedy wylatywałem, znowu doszło do zamieszek – powiedział kapitan.
– I jesteście pewni, że wiadomość dotarła do Sulejmana?
– Niestety, tak. Cokolwiek by powiedzieć o tym przeklętym bandycie, od czasu, gdy przewodzi dzikim plemionom, zrobiły niejeden krok na drodze do cywilizacji. Nauczyli korzystać się już z kilku zdobyczy techniki, w tym radiostacji właśnie. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że ktoś już powiadomił Sulejmana o zajściach w Nowym Jaśle. Znaleźliśmy i tego kogoś, i sprzęt, z jakiego korzystał.


  
– Skoro tak, to trzeba liczyć się z tym, że już wyruszył szukać zemsty. Ten człowiek zionie czystą nienawiścią do Rzeczypospolitej i wykorzysta każdą okazję, by dać jej ujście. – Dżalil podszedł do szafy i wyjął z niej starą mapę. Jednym ruchem dłoni uprzątnął stół i rozłożył arkusz. – Dzikie plemiona mają kilka siedzib, skupionych wokół trzech największych oaz. – Przesunął palcem wzdłuż wschodniej granicy województwa. – W każdej z nich mieszka po kilkuset wojowników, poza największą, tam będzie ich blisko tysiąc.
– Mówi pan chyba o kobietach i dzieciach. – Na twarzy kapitana pojawiło się niedowierzanie.
– Niestety, nie. Dzikie plemiona, to właściwie sami wojownicy, rabusie i banici. Żyją z dnia na dzień, napadają na kogo się da i są w ciągłym ruchu. Może to oznaczać, że nadciąga na nas chmara licząca trzy tysiące wojowników.
– Jest pan tego pewien? – Kulesza wstał ze swojego miejsca i zaczął krążyć nerwowo po pokoju.
– Walczę z nimi od dwudziestu lat i coś niecoś o nich wiem. – Dżalil westchnął ciężko. – Zanim pojawił się Sulejman, nie byli szczególnie groźni. Trzeba było jedynie uważać na większe kupy. Ale przez te sześć lat wiele się zmieniło. Sulejman zwąchał się z Egipcjanami, od których zaczął kupować broń, zaprowadził wśród tej dziczy niemalże wojskową dyscyplinę i rzecz najgorsza, dał im cel, wskazując obiekt nienawiści, czyli nas.
– Jak pan sądzi, co zrobi ten bydlak? – Kulesza popatrzył na mapę. – Dokąd pójdzie?

Dżalil podrapał się po głowie i odezwał:

– Trudno stwierdzić coś na pewno. Najpierw musi zebrać tę swoją hałastrę do kupy. Nie siedzą przecież wszyscy w jednej oazie. Zanim to nastąpi, minie kilka dni. Co później? Będzie chyba próbował atakować forty graniczne. Trzy tysiące wojowników stanowi poważną siłę, ale nie jest w stanie poprowadzić ich wszystkich w jedno miejsce. Na pustyni trzy tysiące ludzi nie wytrzyma dłużej niż kilka dni. Ruszy więc pewnie na zachód, wypuści kilka Bahtarii na Czechów, rozdzieli siły na kilka oddziałów i spróbuje szczęścia w wojnie podjazdowej.
– Da wam radę?
– Czy da nam radę? Nasz fort wytrzyma atak nawet trzystu, czterystu wojowników. Możemy bronić się przez tydzień.
– Zakłada pan, że mimo wszystko zaatakują? – spytał niespokojnie Kulesza.
– Sulejman to fanatyk, walczący za wiarę. Przed niczym się nie cofnie, a skoro spłonął meczet, wykorzysta gniew Arabów.

Kapitan spojrzał na swojego rozmówcę.

– Pan chyba nie myśli, że za tym zamachem stoją chrześcijanie...
– Boleję nad utratą meczetu, wielokrotnie go odwiedzałem... – sierżant zawiesił głos.
– Mam nadzieję, że pańscy ludzie nie uwierzą w brednie powtarzane przez Arabów?
– Moi ludzie w pierwszej kolejności są obywatelami Rzeczypospolitej, a dopiero potem muzułmanami. Nie mieszajmy dwóch różnych rzeczy.
– Nie chciałem pana urazić.
– Nie uraził mnie pan, kapitanie. – Dżalil obszedł stół i pochylił się nad mapą. – Niestety, mój
fort jest na ich drodze. Leży zaledwie czterdzieści staj od najbliższej oazy.
– Czy to znaczy, że mogą być tu szybciej?
– Jak już powiedziałem, możemy bronić się przy znacznej przewadze Arabów, a z tej oazy nie wyjdzie ich więcej niż dwustu. Najszybciej mogą być jutro. Będziemy mieli więc czas, żeby się przygotować.
– Które z fortów są, pana zdaniem, w największym niebezpieczeństwie?

Dżalil popatrzył na mapę.

– Jeśli pójdą na północ, wyjdą na Kolczewiczusa, a potem na Pieroga. Jeden i drugi to starzy wyjadacze i nie pozwolą łatwo się zaskoczyć. Ostrzegłbym jeszcze Zdenka ze Starych Votic. Czesi mają oko na Maurów, więc jakby co, zabezpieczą nam tyłek.
– Rozumiem... – Kapitan urwał, bowiem w drzwiach pojawił się radiotelegrafista.
– Co się stało? – Sierżant zwrócił się do podwładnego.
– Panie! Dzicy pod fortem!
– Co takiego? Już tu są? – Dżalil potrącił krzesło i dopadł okna.
– Sierżancie, o ile mnie wzrok nie myli, jest ich co najmniej tysiąc. – Kulesza spoglądał z niepokojem na schodzących ze wzgórza Arabów.
– Na Allacha! – Dżalil wpatrywał się zdumiony w dobrze widoczne stanowiska ciężkich karabinów maszynowych. – Skąd u dzikich taka broń?!
– Panie! Otaczają nas ze wszystkich stron! – Krzyk radiotelegrafi sty podziałał jak uderzenie bicza.
– Ze wszystkich stron? To niemożliwe!
– Chłopaki mówią, że jest ich przynajmniej ze trzy tysiące!

Sierżant cofnął się od okna i ruszył w stronę wyjścia.

– Mówił pan, że się rozdzielą! – krzyknął kapitan.
– Pomyliłem się. – Sierżant westchnął ciężko. – Niestety, pomyliłem się.

* * *

Kiedy dotarli na dziedziniec, cały pluton czekał już w pełnej gotowości. Żołnierze z karabinami w dłoniach spoglądali na pustynię, szepcząc między sobą. Sierżant rozejrzał się na boki i gestem dłoni przywołał stojącego nieopodal kaprala Tarika.

– Jak to wygląda? Naprawdę jest ich aż tylu?
– Sam zobacz. – Tarik ruszył w stronę niedokończonej wieży. Sierżant i kapitan wspięli się szybko po drabinie.
– Toż to prawdziwe wojsko! – krzyknął Kulesza.

W odległości kilkuset łokci od fortu, można było dostrzec arabskich wojowników zajmujących stanowiska. Ich burnusy odcinały się wprawdzie od tła pustyni, ale starali się kryć, wykorzystując nawet mizerne osłony terenowe.

– Sierżancie, czy to normalne, żeby te dzikusy zachowywały się jak wojsko? – Kapitan spojrzał na Dżalila z niepokojem.
– Nie, to nie jest normalne. Zwykle pojawiają się w grupach po kilkudziesięciu, hałasują przy tym niemiłosiernie i uciekają przy pierwszym wystrzale. Prawdę mówiąc, nigdy jeszcze nie widziałem ich tylu naraz. – Sierżant przetarł spocone czoło. – Tarik, sprawdź szybko czy północna ściana jest zabezpieczona.
– Wysłałem tam trzecią drużynę – burknął kapral.
– A furtka wychodząca na lotnisko?
– Zabezpieczona. – Kapral spojrzał na dowódcę niechętnie. – Jakbyś chciał jeszcze wiedzieć, to południowa wieża i składy paliwa też są zabezpieczone.
– Dobrze. – Sierżant nie zwrócił uwagi na sarkazm w głosie kaprala. Stał z zaciśniętymi pięściami, wpatrując się zasępionym wzrokiem w berberyjskie szeregi. Nagle podniósł głowę, zmrużył oczy i wyjął szybko lornetkę z przytroczonego do pasa futerału. Skierował ją w stronę oddalonych o półtora staja wozów taborowych. Poprawił ostrość i przechylił się przez mur.
– Coś zobaczył? – spytał Tarik.
– Mają chyba moździerze – mruknął ponuro Dżalil. – Trudno ocenić, jak wiele, ale to chyba cała bateria.
– Co takiego? – W głosie kaprala słychać było zdu mienie. – Przecież to niemożliwe!
– Sam zobacz. – Dowódca fortu podał Tarikowi lornetkę.
– Dzikie plemiona mają moździerze? – spytał niepewnie Kulesza. – Skąd je wzięli?
– Tego, niestety, nie wiem. Tu dzieje się coś niezwykłego... – Sierżant przerwał w pół zdania, bowiem z arabskiego szeregu wysunął się pojedynczy jeździec z niebieską flagą symbolizującą posła. Jeździec podjechał wolno do głównej bramy fortu, zatrzymał się i spojrzał na mury.
– Jestem posłańcem szejka plemion północnych, Wielkiego Sulejmana! Chcę rozmawiać z wodzem tego fortu, naszym bratem w wierze, dzielnym Dżalilem! – krzyknął po arabsku.
– Mów, co masz do powiedzenia! – odparł po polsku sierżant.
– Panie! Nasz wódz pragnie poinformować cię, jako naszego brata i współwyznawcę, że niewierni targnęli się na święty meczet! Budowla, pamiętająca czasy naszych przodków, leży w gruzach, a wielu naszych braci zostało zabitych przez żołnierzy Korpusu Afrykańskiego! Wielki Sulejman pyta cię, czy pozwolisz obrażać naszą wiarę, czy będziesz bronił tych, którzy ośmielili się targnąć na święte miejsce islamu! Wielki Sulejman wzywa cię, abyś razem ze swoimi żołnierzami przyłączył się do nas i ruszył na Nowe Jasło! Okażesz tym samym prawdziwe przywiązanie do naszej wiary! Wielki Sulejman mówi: Odstąp niewiernych i przyłącz się do nas!
– Co się stanie, jeśli nie przyłączymy się do was? Czy zostawicie nas w spokoju?
– Nasz wódz nie może wyobrazić sobie, abyście trwali przy wrogach naszej wiary – odpowiedział wymijająco poseł.

Sierżant spojrzał raz jeszcze na arabskie szeregi. – Powiedz swojemu wodzowi, że dam mu odpowiedź za pół godziny. Muszę naradzić się w tej sprawie z moimi ludźmi!

Poseł spiął konia i odjechał galopem.

– Sierżancie, żądam wyjaśnień. – Przysłuchujący się rozmowie kapitan podszedł do Dżalila i spojrzał na niego chmurnie.

Sierżant przysiadł na murze, zapalił papierosa i odezwał się po chwili:

– Podejrzewa nas pan o chęć zdrady Rzeczypospolitej? Wydaje się panu, że Tatarom nie można wierzyć?


  
Kulesza, wyraźnie zmieszany, wzruszył ramionami.

– Wydawało mi się, że chce pan z nimi pertraktować...
– Kapitanie, niech się pan dobrze przyjrzy tej hałastrze. Jest ich więcej niż liczy cały garnizon
nowojasielski. Jeśli dotrą niepostrzeżenie do miasta... – Dżalil zawiesił znacząco głos.
– Mamy jakieś szanse? – spytał ponuro Kulesza.
– Raczej nie. – Dżalil oparł się ciężko o forteczny mur. – Wytrzymamy najwyżej jeden szturm, a potem... no cóż. Inszallah. Zadanie naszego fortu polega wyłącznie na opóźnieniu ich marszu. Jak dobrze pójdzie, ubijemy ich trochę...
– Wszyscy zginiemy – mruknął cicho Kulesza.
– Każdy musi kiedyś umrzeć – odparł sierżant. – Ci dranie wiedzą pewnie, że mamy zepsutą radiostację...
– Zaraz! – Kapitan poruszył się gwałtownie. – Mamy przecież samolot!

Na twarzach Tatarów pojawiło się zaskoczenie.

– Rzeczywiście! – Sierżant aż się rozjaśnił. – Jak mogliśmy o tym zapomnieć?!
– Mówił pan, że maszyna jest uszkodzona – zauważył niechętnie kapral Tarik.
– To stary grat, ale nigdy jeszcze mnie nie zawiódł – powiedział gorączkowo Kulesza. – Bylebym wystartował!
– Nie ma na co czekać. Dzicy uderzą za chwilę. Niech pan powie majorowi, że czwarty pluton forteczny zrobi wszystko, aby zatrzymać Arabów możliwie najdłużej.
– Rzeczpospolita o was nie zapomni! – Kapitan uścisnął dłoń sierżanta i przytrzymał ją chwilę. – Niech Bóg ma was w opiece. Będę modlił się o wasze ocalenie.

Tatarzy spoglądali w milczeniu za oddalającym się Kuleszą.

– Poradzi sobie? Wygląda mi na synalka jakiegoś szlachcica z Nowego Krakowa – odezwał się po chwili Tarik. – Tacy najlepiej sprawdzają się na salonach.
– To wychuchany oficerek, ale coś w sobie ma – stwierdził Dżalil. – Wiesz, jaka potrafi być szlachta. Czasami są jak dzieci, czasami walczą jak lwy. Ten właśnie przemienił się w lwa.
– Sądzisz, że darują życie jeńcom? – Tarik spojrzał na arabskie szeregi.
– Nie sądzę – mruknął sierżant. – Nienawidzą nas bardziej niż chrześcijan. Lepiej, żeby nikt nie ocalał, bo, jako ich jeniec, doświadczy najgorszych cierpień.

Sierżant Dżalil spojrzał na kaprala z ukosa, położył dłoń na jego ramieniu i powiedział spokojnie:

– Musimy dać przykład ludziom. Dziś jeszcze czeka nas raj.

Tatarzy opadli na kolana i skierowali twarz ku wschodowi.

– Panie wszechświata, władco ziemi i nieba, zaopiekuj się naszymi duszami! – Słowa modlitwy niosły się po dziedzińcu. Monotonne zawodzenie napełniło fort, docierając na pustynię. Nowy dźwięk rozległ się nad okolicą. Warkot silnika pomieszany z wyciem Arabów, którzy dostrzegli wzbijający się samolot. Nagła kanonada zerwała się niczym burza, nie czyniąc jednak żadnej szkody maszynie, która, nabierając szybko wysokości, przeleciała nad fortem, kierując się na zachód.

Dżalil uniósł głowę i, spoglądając za samolotem, powiedział z nadzieją:

– Musisz dolecieć. Jesteś nam to winien.

* * *

Sześciu Arabów, siedzących pod rozbitym naprędce płóciennym namiotem, obserwowało uważnie fort. Pośrodku namiotu zasiadał szejk zjednoczonych plemion berberyjskich, syn garncarza, Sulejman, każący nazywać się Wielkim. Określenie to pasowało raczej do jego olbrzymiej zwalistej postury, przypominającej przygarbionego niedźwiedzia. Twarz szejka, porośnięta gęstą brodą, była niemal niewidoczna i tylko małe złośliwe oczy błyskały w stronę pochylonych nisko postaci. Bahtarowie siedzieli w milczeniu, czekając aż szejk przemówi. Poseł, który dotarł przed chwilą z wieściami z fortu, klęczał o opuszczoną głową.

– Powiedział więc, że się zastanowi – odezwał się wreszcie Sulejman. – Biedny głupek, myśli że mnie przechytrzy – prychnął gniewnie.
– Panie, jesteś pewien, że Tatarzy nie przejdą na naszą stronę? – zapytał nieśmiało jeden z Bahtarów.
– Jesteś tak głupi, Sobi, na jakiego wyglądasz. Sądzisz, że te psy zdradzą Rzeczpospolitą?
– Po co więc wysłałeś posła? Zyskają tylko na czasie i zdążą przygotować się do obrony. – Sobi pochylił pokornie głowę, ale w jego oczach dostrzec można było złość. – Powinniśmy zaatakować ich z zaskoczenia!
– Myślisz, głupcze, że ten stary lis Dżalil dałby się zaskoczyć? Ten zdrajca naszej wiary nigdy nie śpi!
– Zdrajców trzeba zabić!
– Masz rację, to właśnie zrobimy, ale na razie niech przypatrzą się naszej potędze i niech duch w nich upadnie.
– Panie! Uderzmy na nich natychmiast! – Sobi poderwał się nagle i stanął przed Sulejmanem. – Uderzę ze swoimi ludźmi!

Ledwie wypowiedział te słowa, znalazł się z powrotem na ziemi. Sulejman obalił go jednym kopniakiem i zaczął okładać trzcinką.

– Ty durniu! Ty bezrozumny idioto! Chcesz walczyć jak dawniej? Chcesz rzucać wiernych na mury fortu i wygubić ich do szczętu? Te psy czekają tylko żebyśmy uderzyli! – Postawił nogę na karku Sobiego, i, przyciskając go do piasku, wycedził w stronę pozostałych Bahtarów. – Czy któryś chce mi się jeszcze przeciwstawić?

Bahtarowie spojrzeli po sobie, a potem jeden po drugim upadli na kolana.

– Nie, panie! Tyś jest nasz wódz!

Sulejman odtrącił ze wstrętem Sobiego, nabrał powietrza i odezwał się wolno:

– Tłumaczyłem wam wiele razy, że, aby zwyciężyć, musimy porzucić dawne sposoby walki. Naszym celem nie jest rozbicie jednego, czy dwóch fortów. Jeśli zaatakujemy chmarą, stracimy wielu wiernych i nasza święta wojna skończy się szybciej, niż wzejdzie księżyc. Żeby ich zwyciężyć, musimy walczyć jak oni. Nasz nowy sojusznik dał nam broń, która sprawi, że Korpus Afrykański nie będzie miał już przewagi. Podejdźcie do mnie. – Sulejman wskazał trzcinką dwóch Bahtarów dowodzących najlepszymi wojownikami. – Znacie plan działania?
– Tak panie, teraz przemówią małe armaty, a my ruszamy na dany przez ciebie znak.
– Jeśli złamiecie zasady i wasz atak się nie powiedzie, zostaniecie rozstrzelani.

Bahtarowie upadli na kolana i poczęli bić głowami.

– Wszystko zrobimy jak kazałeś, panie!
– Idźcie do swoich ludzi, niech przygotują się do bitwy.
– Panie! Spójrz! – jeden z Bahtarów wskazał na niebo. – Stalowy ptak!
Sulejman zmarszczył brwi, obserwując jak jego ludzie, wyjąc i przeklinając, otworzyli ogień do odlatującej maszyny. Samolot przeleciał nad fortem i, nabierając wysokości, oddalił się na zachód.
– Kto miał pilnować północnej strony fortu? – spytał Sulejman głosem przepełnionym wściekłością.
– Ja, panie. – Bahtar, który pierwszy zauważył samolot, opuścił głowę.
– Zmieniłem zdanie. Poprowadzisz atak na fort. Tylko w ten sposób zmyjesz hańbę, którą okryłeś siebie i swój ród.
– Dzięki, panie! Zdobędę fort! – Bahtar podpełznął do nóg wodza i ucałował je z szacunkiem.
– Precz! – warknął Sulejman.
– Niewierni zostaną uprzedzeni – mruknął Sobi. – Stalowy ptak dotrze do Nowego Jasła...

Sulejman zacisnął usta i skinął na dowódcę artylerii.

– Niech przemówią armaty. Pogrzebiemy zdrajców wiary pod ruinami fortu.

Bahtar wybiegł z namiotu, wskoczył na konia i pogalopował ze wzgórza na południe, gdzie, rozstawiono co kilka łokci dwanaście moździerzy, których obsługa czekała na sygnał do otwarcia ognia. Ledwie dotarł do ich stanowisk, plunęły pociskami. Pierwsza salwa była nieco za krótka, kolejna trafiła w cel, burząc mur w kilku miejscach, wzniecając pierwsze pożary. Następne pociski eksplodowały na dziedzińcu i dachu głównego budynku.

– Niech rusza piechota! – Sulejman, podniecony widokiem wzbijających się płomieni, machnął niecierpliwie ręką.

Chwilę później ożyły arabskie szeregi. Dwa tysiące wojowników, z imieniem Allacha na ustach, ruszyło do szturmu. Gdy pokonali połowę odległości, dzielącej ich od murów, przemówił fort. Pustynia pokryła się pierwszymi ciałami.

   

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj