Fragment książki "Maria Antonina"

 
Jakkolwiek zarówno Francji, jak Austrii przydałaby się jak najdalej idąca oszczędność, obydwie strony dokładają wszelkich starań, aby wesele wypadło jak najświetniej i jak najokazalej. Habsburgowie pragną zaćmić Burbonów, ci zaś usiłują zakasować Habsburgów. Pałac francuskiego poselstwa w Wiedniu nie może pomieścić 1500 zaproszonych gości, setki więc robotników z gorączkowym pośpiechem stawiają przybudówki. Jednocześnie w Wersalu budowana jest specjalna sala operowa do uroczystości weselnych.

Dla dostawców dworu, nadwornych krawców, jubilerów i powoźników przychodzą czasy błogosławione. Jedynie w celu przywiezienia księżniczki zamawia Ludwik XV u swego powoźnika Franciena w Paryżu dwa podróżne pojazdy nie widzianej dotąd wspaniałości: zbudowane są z kosztownego drewna i lśniącego szkła, wewnątrz wybite aksamitem, na zewnątrz ozdobione malowidłami i uwieńczone koroną, pomimo jednak tego przepychu niesłychanie lekkie w ruchu i toczące się natychmiast przy lada pociągnięciu. Dla delfina i całego dworu królewskiego zamówione zostają nowe paradne ubiory, zahaftowane drogocennymi kamieniami, a wielki Pitt, najwspanialszy ówczesny diament, stroi kapelusz Ludwika XV. Z podobnym przepychem Maria Teresa kompletuje trousseau*, swej córki: koronki specjalnie robione w Malines, najcieńsze płótna, jedwabie i klejnoty dobierane są jak najtroskliwiej.

Wreszcie poseł Duport przybywa do Wiednia w roli dziewosłęba, a przyjazd jego staje się przepysznym widowiskiem dla wiedeńczyków, namiętnie lubiących takie okazje. Czterdzieści osiem poszóstnych karet, a wśród nich owe dwa szklane cuda, toczy się z wolna i powabnie do Hofburgu przez ulice ustrojone w girlandy i wieńce. Sto siedem tysięcy dukatów wyniósł koszt nowych liberyj dla stu siedemnastu przybocznych gwardzistów i lokajów towarzyszących posłowi, cały zaś orszak kosztował przeszło trzysta pięćdziesiąt tysięcy.

Od tej chwili następuje szereg ceremonii: oficjalne ogłoszenie zaręczyn, uroczyste zrzeczenie się Marii Antoniny praw do tronu Austrii przed ewangelią, krucyfiksem i palącymi się świecami, składanie powinszowań przez dwór i uniwersytet, parada wojskowa, théâtre paré, przyjęcie i bal w Belwederze dla 3000 osób, rewanż i souper*, dla 1500 zaproszonych w pałacu Lichtensteinów, a wreszcie 19 kwietnia ślub per procurationem w kościele Augustianów, przy czym delfina zastępuje arcyksiążę Ferdynand. Po intymnym souper w rodzinnym gronie nadchodzi w dniu 21 kwietnia uroczyste pożegnanie, wymienione zostają ostatnie uściski i wreszcie przez czołobitnie pochylony szpaler była arcyksiężniczka Austrii, Maria Antonina, w karocy francuskiego króla wyjeżdża naprzeciw swemu przeznaczeniu.

Rozstanie z córką odczuła Maria Teresa głęboko. Starzejąca się i zmęczona kobieta starała się wprawdzie w ciągu długich lat, jak o najwyższe szczęście, o dojście do skutku tego małżeństwa ku pomnożeniu chwały rodu Habsburgów, a jednak w ostatniej chwili troską przejmuje ją los, który sama zgotowała swemu dziecku. Zgłębiwszy jej listy i rozpatrując życie Marii Teresy musimy dojść do przekonania, że tragicznej tej władczyni, owemu jedynemu wielkiemu monarsze z austriackiego domu panującego, korona już dawno stała się ciężarem.

Z niesłychanym trudem broniła cesarzowa nierozerwalności swego państwa, sztucznie stworzonego i częściowo zlepionego dzięki zawartym małżeństwom; prowadziła ciągłe wojny z Prusami i Turkami, z wschodem i zachodem, a teraz gdy bezpieczeństwo na zewnątrz wydaje się zapewnione, braknie jej odwagi. Czcigodną tę kobietę opada dziwne przeczucie, że państwo, któremu poświęciła całą swą moc i wszystkie wysiłki, rozpadnie się i zniszczeje pod rządami jej następców. Przewidująca, nieomal jasnowidząca polityczka rozumie, jak luźny jest związek pomiędzy narodami złączonymi pod jej berłem, i wie, że trwanie tego konglomeratu zależy jedynie od ostrożności i powściągliwości oraz od mądrej pasywności w postępowaniu. Któż jednak poprowadzi dalej dzieło z taką troską rozpoczęte?

Głębokie rozczarowanie, jakiego doznaje ze strony dzieci, budzi w niej ducha Kasandry; widzi w nich brak owej najistotniejszej siły duchowej, wielkiej cierpliwości, powolnego, lecz pewnego planowania i wytrwania, umiejętności wyrzekania się i mądrego samoopanowania. Dzięki lotaryńskiej krwi jej męża w żyłach dzieci płynie gorąca i niespokojna fala; każde z nich gotowe jest dla chwilowej przyjemności zmarnować nieobliczalne możliwości - są to istoty małego ducha, niepoważne, bez wiary, troszczące się tylko o przemijające powodzenia.

Józef II, jej syn i współregent, z niecierpliwością następcy tronu schlebia Fryderykowi Wielkiemu, który przez całe życie prześladował i wyszydzał jego matkę; stara się też o względy Voltaire’a, którego ona, wierząca katoliczka, nienawidzi jak antychrysta. Drugie jej dziecko, które również przeznaczyła na jeden z tronów, arcyksiężniczka Maria Amalia, zaledwie wydana za mąż do Parmy, zdumiewa całą Europę swą lekkomyślnością. W przeciągu dwóch miesięcy rujnuje finanse kraju, dezorganizuje państwo i stale zabawia się z kochankami. Druga córka w Neapolu również nie przynosi zaszczytu Marii Teresie. Żadna nie wykazuje powagi ani obyczajności, a cesarzowej wydaje się bezsensowny i bezcelowy ten olbrzymi układ poświęcenia i obowiązku, któremu nie zawahała się oddać zarówno całego swego życia osobistego i prywatnego, jak każdej radości, każdego najdrobniejszego zadowolenia. Najchętniej ukryłaby się w klasztorze i tylko obawa wypływająca z przeczucia, iż syn nierozważnymi eksperymentami zniszczy wszystko, co budowała, każe sędziwej władczyni mocno dzierżyć berło, które od dawna jej ciąży.

Mądra znawczyni charakterów nie łudzi się także w ocenie ulubienicy, Marii Antoniny. Zna zalety najmłodszej swej córki: jej dobroć, serdeczność, żywy pojętny umysł i niekłamaną wrażliwość na ludzką niedolę; lecz świadoma jest również jej wad: niedojrzałości, rozbawienia, lekkomyślności i roztrzepania. Aby zbliżyć się do swego dziecka i rozigraną swawolnicę przygotować do roli królowej, Maria Teresa każe Marii Antoninie przez ostatnie dwa miesiące poprzedzające wyjazd do Francji spać przy sobie we własnej sypialni. W długich rozmowach usiłuje przygotować córkę do przyszłego wielkiego stanowiska, a w celu ubłagania dla niej pomocy nieba zabiera z sobą dziewczynkę na pielgrzymkę do Mariazell. Im bliższa chwila rozstania, tym niespokojniejsza staje się cesarzowa. Serce jej dręczą ponure przeczucia nadchodzącego nieszczęścia, a opanowanie tych czarnych myśli wymaga wytężenia wszystkich sił duszy. Przed wyjazdem matka daje Marii Antoninie szczegółowy przepis postępowania i każe nieświadomemu dziecku przysiąc, że będzie go czytała starannie co miesiąc.

Oprócz oficjalnego listu do Ludwika XV pisze do niego jeszcze jeden, prywatny, w którym stara kobieta zwraca się do również wiekowego człowieka, zaklinając go, aby miał pobłażanie dla dziecięcego braku powagi u czternastoletniej dzieweczki. Lecz wewnętrzny niepokój nadal nie opuszcza cesarzowej. Maria Antonina nie przybyła jeszcze do Wersalu, a już matka powtarza radę, aby jej dziecko postępowało według danych mu przepisów. "Przypominam ci, ukochana córko, że masz kartki te czytać 21 każdego miesiąca. Proszę cię, abyś czyniła zadość mojemu życzeniu w tym względzie. Niczego tak się nie obawiam, jak twej niedbałości w modlitwach i w lekturze oraz wypływającego stąd roztrzepania i lenistwa. Walcz z tymi wadami... i nie zapominaj o matce, która jakkolwiek z oddalenia, jednak do ostatniego tchnienia nie przestanie troszczyć się o ciebie". Wśród hucznej radości całego świata, cieszącego się z triumfu jej córki, stara kobieta udaje się do kościoła i modli się gorąco, aby Bóg odwrócił niebezpieczeństwo, które tylko ona jedyna przeczuwa.

Olbrzymia kawalkada składająca się z 340 koni pocztowych, zmienianych na każdym postoju, przeciąga z wolna przez górną Austrię i Bawarię, aż wreszcie po niezliczonych zabawach i przyjęciach zbliża się do granicy. Tymczasem na wyspie Renu pomiędzy Kehlem i Strasburgiem zwijają się cieśle i tapicerzy nad wzniesieniem dziwnego budynku. Ochmistrzowie dworu w Wersalu i Schönbrunnie osiągają tu swój wielki triumf; po niezliczonych naradach, czy uroczyste oddanie narzeczonej wysłannikom króla odbyć się ma na terenie jeszcze austriackim czy też dopiero na francuskim, znaleziono rozwiązanie: na jednej z nie zamieszkanych piaszczystych wysepek Renu pomiędzy Francją a Niemcami, na terenie nie należącym więc do nikogo, postanowiono zbudować drewniany pawilon specjalnie na uroczystość przekazania królewskiej narzeczonej. Owo cudo neutralności składać się ma z dwóch przedpokojów po prawej stronie Renu, w które Maria Antonina wstąpi jako arcyksiężniczka Austrii, i z dwóch - po lewej stronie rzeki, które opuści po ceremonii już jako następczyni tronu francuskiego; pośrodku mieścić się ma wielka sala, w której zmiana ta zostanie dokonana.

Kosztowne tkaniny z pałacu arcybiskupiego okrywają naprędce sklecone drewniane ściany, uniwersytet w Strasburgu wypożycza baldachim, a bogate mieszczaństwo - najpiękniejsze meble. Do tej świątyni książęcego przepychu nie ma, oczywiście, prawa wtargnąć spojrzenie zwykłego śmiertelnika; jednak garść srebrnych monet potrafi zawsze uzyskać pobłażanie dozorców, toteż na parę dni przed przybyciem Marii Antoniny zakrada się do na wpół gotowych komnat kilku młodych niemieckich studentów, aby zaspokoić ciekawość. Zwłaszcza jeden z nich, wysoki, o gorącym spojrzeniu, z aureolą geniusza ponad wyniosłym czołem, nie może się dość napatrzeć wspaniałym gobelinom, tkanym według malowideł Rafaela.

Do głębi wzruszony młodzieniec, któremu istota gotyku objawiła się właśnie w katedrze Strasburga, odczuwa gorące pragnienie, aby z takim samym umiłowaniem zająć się zgłębianiem sztuki plastycznej. Mniej wymownym kolegom objaśnia z zachwytem ten nagle zrozumiały świat piękna italskich mistrzów, lecz nagle milknie, waha się, a szerokie ciemne brwi ściągają mu się w linię gniewu nad rozpłomienionymi oczami. W tej oto właśnie chwili spostrzegł, że dywany przedstawiają legendę najbardziej nieodpowiednią do uroczystości weselnej, a mianowicie opowieść o Jazonie, Medei i Kreusie, klasycznym przykładzie małżeństwa zawartego pod znakiem złego przeznaczenia.


  
- Jak to? - wykrzykuje młody człowiek głośno, nie zwracając uwagi na zdziwienie otaczających - czyż wolno nieświadomym oczom młodej królowej na wstępie do jej nowego życia pokazywać najohydniejsze małżeństwo, jakie kiedykolwiek zostało zawarte? Czyż nie ma nikogo wśród francuskich architektów, dekoratorów i tapicerów, kto pojmowałby, że obrazy przemawiają, że działają na zmysły i uczucia, że wywierają wrażenie i budzą przeczucia? Można by przypuszczać, że tej pięknej, a jak słychać, chętnej użycia kobiecie wysłano na granicę najszkaradniejsze widmo na spotkanie. - Przyjaciołom z trudem udaje się uspokoić wzburzonego i prawie przemocą wyprowadzają Goethego z drewnianego domu.

Wkrótce nadciąga "olbrzymi strumień przepychu" i orszak weselny zapełnia rozgwarem oraz wesołym zgiełkiem bogato przystrojone komnaty, nie przeczuwając, że o kilka godzin wcześniej jasnowidzący wzrok poety dojrzał wśród barwnych tkanin czarną nić losu.

Przekazanie Marii Antoniny nowej rodzinie ma stanowić zarazem pożegnanie jej ze wszystkimi i wszystkim, co ją wiązało z domem w Austrii. W tym celu mistrzowie ceremonii wymyślili również specjalny obchód symboliczny. Nie tylko nikt z ojczystej świty nie może odprowadzić arcyksiężniczki poza niewidzialną granicę, lecz etykieta wymaga nawet, by młoda narzeczona delfina nie miała na sobie ani jednej nitki pochodzenia austriackiego: pantofelka, pończochy, koszuli lub wstążki. Od chwili gdy Maria Antonina staje się następczynią tronu Francji, mogą ją okrywać jedynie wyroby francuskie.

Musi się więc czternastoletnia dzieweczka rozebrać przed całym austriackim orszakiem w pokoju położonym od strony niemieckiego brzegu Renu. W ciemnej komnacie przez chwilę bieleje jej delikatne, nierozkwitłe jeszcze ciało, po czym narzucają na nią koszulę z francuskiego jedwabiu i paryskie jupons*; wkładają jej pończochy z Lyonu, buciki wyrobu nadwornego szewca Wersalu, francuskie koronki i francuskie kokardy. Nie wolno jej pozostawić sobie na miłą pamiątkę nawet pierścionka, nawet krzyża - czyż nie zawaliłby się świat etykiety, gdyby dziewczynka zatrzymała jakąś dawną klamrę lub ulubioną wstążkę?! Od tej chwili nie wolno jej też mieć wokół siebie ani jednej od lat znajomej twarzy.

Czyż można się dziwić, że dziewczątko przerażone obcym otoczeniem, wystraszone pompą i ceremonią, wybucha dziecięcymi łzami? Natychmiast jednak zmusza się do zachowania godności, gdyż wybuchy uczucia nie przystoją na politycznym weselu. W komnacie naprzeciwko oczekuje już francuska suite, a wstyd, gdyby wyszła na spotkanie nowej świty z wilgotnymi oczami, zapłakana i wystraszona. Hrabia Starhemberg, pierwszy drużba, podaje jej ramię do decydującego przejścia i we francuskich sukniach, po raz ostatni w otoczeniu austriackiego orszaku, Maria Antonina wchodzi do sali ceremonii, gdzie przez dwie minuty jest jeszcze Austriaczką i gdzie w przepychu i wspaniałościach czekają na nią wysłannicy Burbonów. Dziewosłęb Ludwika XV wygłasza uroczystą przemowę, po czym odczytany zostaje protokół i oto wszyscy wstrzymują oddech, gdyż nadchodzi chwila wielkiej właściwej ceremonii. Wyliczony, wypróbowany i wyuczony jest w niej każdy krok jak w menuecie.

Stół pośrodku sali symbolizuje granicę. Przed nim ustawiają się Austriacy, za nim - Francuzi. Austriacki drużba , hrabia Starhemberg, puszcza ramię Marii Antoniny i rękę jej ujmuje jego francuski kolega, po czym uroczystym krokiem z wolna przeprowadza drżącą dziewczynę na drugą stronę stołu. Podczas tych kilku najdokładniej obliczonych chwil austriacka świta cofa się do drzwi wejściowych, francuska zaś zbliża się do przyszłej królowej Francji. W momencie gdy Maria Antonina staje pośrodku swego nowego dworskiego orszaku, austriacki opuszcza salę.

Etykietalna ta ceremonia odbywa się w zupełnej ciszy, wzorowo, z pompą napawającą prawie lękiem. W ostatniej chwili onieśmielona dziewczynka nie wytrzymuje zimna tej uroczystej godziny i zamiast z chłodną godnością przyjąć uniżony, dworski ukłon swej damy do towarzystwa, hrabiny de Noailles, rzuca się jej w ramiona z łkaniem, szukając opieki. Piękny ten i wzruszający gest opuszczenia zapomnieli przewidzieć na obydwóch dworach wszyscy wielcy mistrzowie ceremonii. Ale uczucia nie da się obliczyć logarytmami dworskich prawideł! Czeka już szklana karoca, huczą dzwony strasburskiej katedry, grzmią salwy armatnie i wśród ogólnej radości i wesela zamyka się dla Marii Antoniny na zawsze beztroskie dzieciństwo. Zaczyna się dla niej od tej chwili życie kobiety.

Przybycie Marii Antoniny staje się niezapomnianym świętem dla ludu francuskiego, który od dawna nie miał takiego widowiska. Przez dziesiątki lat nie widział Strasburg przyszłej królowej, a może nigdy nie oglądał równie czarującej jak to jasnowłose, wysmukłe dziewczątko. Błękitne, rozweselone oczy śmieją się z głębi szklanej karocy do niezmierzonych tłumów, które ze wszystkich wsi i miast ściągnęły tu w swych narodowych alzackich strojach na przywitanie wspaniałego orszaku. Poprzedzają go setki biało ubranych dzieci, sypiących kwiaty; na drodze zbudowano łuk triumfalny, bramy domów ozdobiono girlandami, z wodotrysku na rynku płynie wino, całe woły pieką się na rożnach, a z olbrzymich koszów rozdawany jest chleb ubogim.

Wieczorem wszystkie domy rozbłyskują iluminacją, a przezroczysta koronka boskiej katedry żarzy się czerwonawo w świetle ognistych wężów, wytryskujących wzwyż po wysmukłych kolumnach. Po Renie suną niezliczone barki i statki z barwnymi pochodniami, obwieszone lampionami niby ognistymi pomarańczami; wśród drzew błyskają kolorowe szklane kule, w których łamie się oślepiające światło; na zakończenie zapala się na wyspie olbrzymi fajerwerk widoczny dla wszystkich, a przedstawiający wśród mitologicznych postaci połączone monogramy delfina i jego narzeczonej. Do późna w noc wzdłuż brzegów rzeki i ulicami miasta przeciągają tłumy żądne rozrywki, wszędzie rozbrzmiewa muzyka, w wielu miejscach chłopcy i dziewczęta tańczą ochoczo. Z jasnowłosą tą dziewczyną przybyłą z Austrii rozpoczyna się jakby złota era szczęścia i raz jeszcze do zgorzkniałego i rozżalonego serca ludu francuskiego zagląda promień nadziei.

Wszystkie te wspaniałe uroczystości przypominają swą pompą piękne malowidła. Lecz niestety, i w nich ukrywa się drobna a pozornie mało znacząca skaza, jak w owych gobelinach z sali przyjęć, w które los symbolicznie whaftował nić nieszczęścia. Gdy nazajutrz przed wyjazdem Maria Antonina udaje się do katedry na mszę, wita ją u wejścia na czele duchowieństwa zamiast czcigodnego biskupa - jego siostrzeniec i koadiutor. W fioletowej fałdzistej sutannie wytworny i elegancki ksiądz wygląda trochę po kobiecemu, a mowa jego brzmi ujmująco i nieco patetycznie (wszak Akademia powołała go nie na próżno do grona swych członków). Oracja osiąga szczyt w następujących wysoce dwornych zdaniach: - Jesteś dla nas żywym wizerunkiem cesarzowej, którą Europa od dawna podziwia tak, jak czcić ją będzie potomność. Duch Marii Teresy zawiera dziś przymierze z duchem Burbonów.

Po powitaniu formuje się orszak, który z wolna wchodzi w niebieskawy półmrok świątyni. Młody kapłan sam przeprowadza arcyksiężniczkę do ołtarza i delikatną ręką okrytą pierścieniami, ręką amanta, podaje jej monstrancję do ucałowania. Oto Ludwik, książę Rohan, jest pierwszym, który wita przyszłą królową na ziemi francuskiej. Później stanie się on tragikomicznym bohaterem afery z naszyjnikiem, będzie najbardziej niebezpiecznym przeciwnikiem Marii Antoniny, wrogiem, który po części rozstrzygnie o jej losie. I ta sama ręka, która dziś wznosi się z błogosławieństwem nad głową klęczącej, w wiele lat później pogrąży w błocie i pogardzie koronę i honor królowej.

Marii Antoninie nie wolno zbyt długo zatrzymać się w Strasburgu, stolicy Alzacji, gdzie czuje się na poły w ojczyźnie: jeżeli król Francji czeka, każda chwila opóźnienia byłaby wykroczeniem. Wśród ciągłych owacyj przez łuki triumfalne bramy zbliża się wreszcie orszak z narzeczoną do pierwszego celu, lasu przy Compiègne, dokąd niezliczonymi pojazdami zjechała królewska rodzina na przyjęcie swego nowego członka. Dworzanie, damy dworu, oficerowie, przyboczna gwardia, dobosze i trębacze stoją w nowych połyskujących ubiorach, barwnie zgrupowani według stanowisk i uprawnień; cały las gra bogactwem kolorów w majowym słońcu.

Zaledwie fanfary oznajmiły zbliżenie się weselnego orszaku, Ludwik XV opuszcza karocę, aby przyjąć żonę swego wnuka. Lecz już Maria Antonina biegnie mu naprzeciw swym ogólnie podziwianym lekkim krokiem i z najpiękniejszym ukłonem (nie darmo była uczennicą wielkiego tancmistrza Noverre’a!) przyklękła przed dziadkiem swego przyszłego małżonka. Król, czuły na wdzięki i piękno niewieście, znawca dziewczęcej urody, schyla się serdecznie i z zadowoleniem ku młodej, ponętnej jasnowłosej kobietce, podnosi narzeczoną wnuka i całuje ją w obydwa policzki. Dopiero teraz przedstawia jej przyszłego męża, który mierzy pięć stóp i dziesięć cali, jest sztywny, lekko zakłopotany i z nieco niemądrą miną stoi opodal. Niezbyt pośpiesznie podnosi narzeczony swe zaspane krótkowzroczne oczy na narzeczoną i wreszcie, zgodnie z etykietą, składa oficjalny pocałunek na jej policzku.

Maria Antonina siedzi teraz w karocy pomiędzy dziadkiem a wnukiem, pomiędzy Ludwikiem XV a przyszłym Ludwikiem XVI. Rolę narzeczonego gra właściwie starszy pan, rozmawia z ożywieniem i prawi nawet dziewczynie komplementy, przyszły zaś małżonek siedzi milczący i znudzony, wcisnąwszy się w kąt pojazdu. Wieczorem, gdy młoda para, poślubiona sobie per procurationem, udaje się na spoczynek do oddzielnych komnat, smętny amant nie powiedział jeszcze ani jednego czułego słowa temu zachwycającemu podlotkowi, a jako résumé tak decydującego dnia zapisuje w dzienniku: "Entrevue avec Madame la Dauphine".


  
W trzydzieści sześć lat później w tym samym lasku pod Compiègne inny władca Francji, Napoleon, oczekiwać będzie swej małżonki, austriackiej arcyksiężniczki Marii Ludwiki. Nie będzie ona tak ładna ani tak wdzięczna jak Maria Antonina; pulchna Maria Luiza łagodna była do znudzenia. A jednak Napoleon, energiczny mężczyzna i kochanek, z gwałtownością i tkliwością weźmie natychmiast w posiadanie przeznaczoną sobie narzeczoną. Tegoż wieczora zwraca się z zapytaniem do biskupa, czy ślub zawarty w Wiedniu daje mu prawa mężowskie i nie czekając na odpowiedź, korzysta z nich w pełni: nazajutrz z rana młoda para spożywa już wspólne śniadanie w łóżku. Ale Maria Antonina nie zastała w lasku przy Compiègne ani kochanka, ani męża: czekał na nią jedynie urzędowy narzeczony.

Drugi i właściwy ślub odbywa się w Wersalu dnia 16 maja w kaplicy Ludwika XV. Tak wielka uroczystość dworska i państwowa w domu panującym arcychrześcijańskiego króla jest ceremonią zbyt intymną i noszącą charakter święta rodzinnego, zbyt doniosłą i dostojną, aby dozwolono pospólstwu grać podczas niej rolę widza lub choćby ustawić się w szpalery przy wejściach. Jedynie osoby krwi szlacheckiej, mogące się wylegitymować do setnego pokolenia nieskazitelnym drzewem genealogicznym, mają prawo wejścia do kościoła. Niby ostatni odbłysk dawnych czasów raz jeszcze roztacza się niewypowiedziany przepych wybranych rodów, połyskują jedwabie i haftowane brokaty w promieniach wiosennego słońca, zaglądającego przez kolorowe okna.

Ślub daje arcybiskup z Reims. Błogosławi trzynaście sztuk złota i obrączkę, którą delfin wkłada żonie na czwarty palec, po czym podaje jej złoto i oboje klękają do błogosławieństwa. Przy dźwiękach organów rozpoczyna się msza; podczas Pater noster trzymają nad głowami młodej pary srebrny baldachim; akt ślubu podpisany zostaje przede wszystkim przez króla, po nim zaś przez całą rodzinę według starannie pilnowanej kolejności i zgodnie ze stopniem pokrewieństwa. Dokument staje się coraz większy i wreszcie złożony być musi na wiele części. Można dziś jeszcze oglądać na zblakłym pergaminie cztery niezgrabne wypisane słowa: Marie Antoinette Josepha Jeanne mozolnie nabazgrała je nieudolną ręką piętnastoletniej dziewczynki, a obok słów tych (dwór szepcze, iż zły to prognostyk) pisząca zrobiła ogromny kleks, który tylko jej jedynej, spośród wszystkich osób podpisujących dokument, spłynął z opornego pióra.

Oczywiście, że po skończonej ceremonii łaskawie dozwolone jest ludowi wzięcie udziału w święcie monarchy. Połowa Paryża opuszcza domy i nieprzebrane tłumy zalewają ogrody Wersalu, które dostępne dzisiaj i dla profanum vulgus, pysznią się sztucznymi kaskadami, cienistymi alejami i rozległymi łąkami; główną atrakcją mają być wieczorne ognie sztuczne, najwspanialsze z widzianych dotąd na królewskim dworze. Ale niebo zapala własne fajerwerki Po południu zbierają się ciemne chmury, grożące nieszczęściem, zrywa się burza i w potokach ulewy lud ucieka w dzikim popłochu do Paryża, nie zobaczywszy obiecanego widowiska. Podczas gdy dziesiątki tysięcy, trzęsące się z zimna i przemoczone do nitki, tłoczą się po ulicach wśród szalejącego wichru, a drzewa gną się w parku pod strumieniami deszczu, poza oknami rzęsiście oświetlonymi tysiącami świec w nowo zbudowanej salle de spectacle*, zaczyna się weselna uczta, której przykładnego ceremoniału nie może zmienić ani orkan, ani nawet trzęsienie ziemi.

Po raz pierwszy i ostatni usiłuje Ludwik XV prześcignąć przepychem swego wielkiego poprzednika, Ludwika XIV. Sześć tysięcy wybranych gości krwi szlacheckiej z trudem wywalczyło sobie karty wstępu, co prawda nie uprawniające do uczty, ale dające możność przyglądania się z szacunkiem z galerii, jak posila się dwudziestu dwóch członków królewskiej rodziny. Sześć tysięcy osób wstrzymuje oddech, aby nie przeszkadzać tak wspaniałemu widowisku, a ukryta wśród marmurowych arkad orkiestra osiemdziesięciu muzykantów stłumioną, delikatną melodią uprzyjemnia wielkoksiążęcą ucztę. Wreszcie po odebraniu honorów przybocznej gwardii cała królewska rodzina przechodzi wzdłuż szpaleru utworzonego z wysokiej szlachty kornie schylonej w ukłonie. Na tym kończy się oficjalna część uroczystości i królewskiemu małżonkowi zostaje do spełnienia jedynie zwykły obowiązek każdego małżonka. Mając po prawej stronie oblubienicę, z lewej zaś - delfina, król odprowadza do wspólnej sypialni parę dzieciaków liczących razem zaledwie trzydzieści lat.

Etykieta sięga aż do komnaty ślubnej. Któż inny, prócz króla osobiście, mógłby dziś podać delfinowi nocną koszulę? Komu wolno ubrać w nią królewską oblubienicę oprócz najmłodszej mężatki wśród najwyższej arystokracji, w tym wypadku księżny de Chartres? Do łoża zaś wolno się zbliżyć oprócz nowożeńców jedynie arcybiskupowi Reims, który je błogosławi i kropi święconą wodą.

Wreszcie dwór opuszcza ślubną komnatę. Ludwik i Maria Antonina zostają po raz pierwszy sami. Za młodą parą opadają wkrótce zasłony łoża niby jedwabna kurtyna, skrywająca niewidzialną tragedię.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj