Fragment książki "Miłość. Reaktywacja"

 
Wstaję o 6.30, biorę  prysznic, chciałabym go wziąć szybko, ale nie potrafię, gdybym nie grzebała się rano w łazience, miałabym codziennie pół godziny więcej na życie, ale nie umiem tego przyspieszyć, szampon, odżywka, mycie, to zajmuje mi tyle czasu, ile zajmuje, potem smarowanie całego ciała, a i tak kosmetyczka zapytała mnie ostatnio, to znaczy było to dobrych kilka miesięcy temu, ale kiedy ostatni raz byłam u kosmetyczki, ta zapytała mnie, czy używam kremu do rąk, może myślała, że należę do tych uroczo nieświadomych naturalistek, którym udało się obronić przed naciskiem naszej kultury i do głowy im nie przychodzi, że powinny smarować ręce czy cokolwiek innego, które nic nie wiedzą o konieczności smarowania każdej części ciała odrębnym preparatem, ale ja wiem i robię to co rano i nim zdążę skończyć, mama otwiera drzwi do łazienki, nie zamykam ich, bo nie znoszę, kiedy Julka to robi i ja nie mogę wejść, póki ona nie skończy się myć, nawet na chwilę, choćby po krem do rąk, więc mama otwiera drzwi bez przeszkód, dlaczego to mnie tak denerwuje? Denerwuje mnie pewnie tak samo, jak moje wejścia do łazienki denerwują Julkę, ale trudno wymagać, żebym czekała pod drzwiami, ona godzinami bierze prysznic, a ja muszę wejść i dziwię się, że ona tego nie rozumie.

- Mamo, poczekaj sekundę, już wychodzę.

- Nie przeszkadzaj sobie, ja tylko na chwilę – mówi mama, ale ja wychodzę, niech zobaczy, że mi przeszkodziła, że nie chcę dzielić z nią tak intymnej przestrzeni, tak jak moja córka nie chce jej dzielić ze mną, może powinnam ją zrozumieć, ale którą ją?, może powinnam zrozumieć je obydwie, ale tylko złoszczę się, że od rana znów zostały pogwałcone moje prawa, robię kawę, gotuję mleko dla mamy, musi być przegotowane, a nie tylko podgrzane, choć to mleko nie wymaga przegotowania, za to garnek po gotowaniu oblepia się białym nalotem i trzeba go szorować jak kiedyś przed epoką UHT, ale mama woli mleko przegotowane, mama w końcu wychodzi z łazienki, wracam tam, by szybko dokończyć toaletę, ubieram się pospiesznie i podaję jej mleko, a potem śniadanie, mama grymasi, zawsze woli coś innego niż jej daję, czemu znowu kanapki z szynką, jakie znowu?, z trudem powstrzymuję się przed wybuchem, podaję lekarstwa te przed, w trakcie i po jedzeniu, do łykania i do picia, mama narzeka, marudzi, grymasi, o tej porze chyba jeszcze nie pamięta, że zawsze była i jest najpogodniejszą matką, jestem coraz bardziej opryskliwa, z trudem powstrzymuję się od wybuchu, wszystko trwa godzinami, jeszcze muszę mamie pomóc się umyć, tymczasem Julka zajęła łazienkę, nie chcę jej poganiać, nie chcę, żeby pobyt babci u nas był dla niej uciążliwy, a i tak wiem, że jest, mamo, jak długo babcia jeszcze tu będzie?, pyta czasem, przecież tak się nie da żyć, czy ten telewizor musi wyć na cały regulator, Juleczko, babcia inaczej nie słyszy, nie bądź egoistką, ale ja się muszę uczyć, coraz częściej wychodzi uczyć się do koleżanki, pomaga mi, kiedy babcia zmienia się w małą dziewczynkę, wtedy rozumie konieczność opieki, ale nie wtedy, kiedy mama wyraża tysiące życzeń czy żądań, od rana zalewa mnie swoimi potrzebami, których nie jestem w stanie zaspokoić, dobrze, że zaraz przyjdzie pani Bronia, ja muszę pędzić do pracy, a mama jeszcze nie umyta, wychodzę z psami, razem z mamą zjechała do nas jej suka, przybyło mi wszystkiego tylko czasu coraz mniej, wracam do domu z psami i zakupami, pomagam mamie w myciu, głowy teraz nie zdążymy umyć, jak wrócę z pracy, to umyjemy, ale mama niezadowolona, woli myć głowę rano, ale ja muszę już iść, w końcu mnie wywalą, pa, Mamuś, przyjdzie pani Bronia i ugotuje ci obiad, pa, pa, lecę, kilka minut zyskuję szybką jazdą, do pracy wpadam jak zwykle spóźniona, telefon od mamy z pytaniem, czy kupiłam w końcu te cukierki, o które tak mnie prosiła, nie, kupiłam inne, bo tamte są na drugim końcu miasta, kupię, jak tam pojadę, przecież tak cię prosiłam, już nie zostało mi wiele czasu na przyjemności, tak, mamo, pojadę dziś i kupię, ale czy możesz dzisiaj być wcześniej, bo nie chcę siedzieć sama, a Julka jak zwykle już wyszła, mamo, zaraz przyjdzie pani Bronia, Julka musi się uczyć, przestań ciągle z tą Bronią, o czym ja mam z nią rozmawiać?, przyjechałam z wizytą do córki, a nie żeby spędzać czas z jakąś obcą kobietą, tak, mamo, wrócę jak tylko będę mogła, w końcu odkładam słuchawkę, próbuję pracować, nie wiem, jak się dowiedzieć, czy gdzieś bliżej można kupić te pieprzone cukierki, czy tylko w Geant, jak mam je kupić, skoro mam wrócić wcześniej, a jak pojadę na drugi koniec miasta, to wrócę później, jak nie pojadę, to wrócę bez cukierków, bo chodzi o to, żeby były dokładnie takie jak wtedy, żadne inne, a ja nie pamiętam nawet, jak się nazywają, wiem tylko, gdzie leżą w Geant, jechać nie jechać, jechać nie jechać?, kogo mogę spytać, kto zna prawidłową odpowiedź na to i tysiące innych pytań, codziennie wyrastających przede mną jak dżungla, w której nie umiem znaleźć drogi.

Mam 47 lat, za sobą kilka nieudanych związków, swoją córkę przez większą część jej życia wychowywałam sama, pędząc z pracy do domu, z domu do pracy, z wiecznym poczuciem winy, że za mało mnie i tu, i tam, mój bóg to czas, jest najważniejszy i ciągle go za mało, staram się nie uronić ani chwili, jak na ironię ronię niemal wszystkie, jak z okien pędzącego pociągu widzę uciekający krajobraz mojego życia, może dlatego tak niewiele pamiętam, moje wspomnienia nie dzielą się na dni, nawet nie na lata, lecz na dzieciństwo, młodość, na przed urodzeniem Julki i po, wreszcie Julka jest już duża, jeszcze bym się nią chętnie opiekowała, karmiła, chodziła z nią do lekarza, ale ona już nie chce, ona potrafi sama, chce jeść to, co chce i kiedy chce, chyba nie sądzisz, że będę wracała do domu, żeby zjeść obiad, skoro mogę coś zjeść na mieście, długo sądziłam, że powinna wrócić chociaż w niedzielę, ale robiła, co mogła, żeby wybić mi to z głowy, tysiące powodów, dla których nie mogła przyjść, nawet gdy przychodziła, zjadała tyle co nic, co kot napłakał, niepotrzebnie stałam przy tych garach przez pół dnia, potem dojadała pajdą chleba z serem, wieczne kłótnie, aż przestałam sądzić, że powinna wracać, a przynajmniej tego oczekiwać, w ten sposób i dla mnie mogła zacząć się wolność od powrotów do domu, żeby zrobić obiad, mogłam mieć więcej czasu, już prawie miałam, ale wtedy zaczęłam częściej jeździć do mamy, potem ona przyjechała do mnie, żeby tu zrobić badania i nie wygląda na to, żeby mogła wrócić do siebie. Już nie może sama mieszkać. Może mieszkać ze mną, a ja znów spieszę się z domu do pracy, z pracy do domu, z narastającą świadomością przemijającego coraz szybciej życia.

Gdyby mój mózg był bezpośrednio podłączony do komputera, pisałabym książki, które wstrząsnęłyby światem. Piszę je wieczorem, rano, w samochodzie, pod prysznicem, wypełniam nimi otaczającą mnie samotność, zagłuszam ciszę mojego zapomnianego przez świat istnienia, ale brak mi czasu na włączenie komputera.

Czasem robię notatki na karteczkach, gołą ręką chwytam ziarnka myśli, z których kiedyś wyhoduję opowieści, w końcu mam chwilę, włączam komputer i sięgam po stos karteczek piętrzący się na moim biurku, oho, pani Bronia też korzysta z mojej kupki, piersi 12, 70, udka 14, 22, dokłada do niej rozliczenia z zakupów dla mamy i dla psów, napisane czytelnie dużym pismem dziecka, moje zapiski są zupełnie inne, wyłuskuję je szybko, moje myśli złote, ziarenka, z których wyhoduję owoc, ale nie potrafię ich odczytać.

W procesie ewolucji moje pismo zaszło tak daleko, że żadna z liter nie przypomina swego pierwowzoru. Stawiając je miliony razy, stawiając je szybko, coraz szybciej, upraszczałam ich kształt, aż doszłam do takiej biegłości, że ręka biegła równie szybko jak myśl, co pozwalało mi czynić notatki na marginesie życia bez przerywania jego biegu, ale w tym pośpiechu, w tej szalonej gonitwie nie zauważyłam, że wpadam w pułapkę, a kiedy to dostrzegłam, było już za późno.

Moje pismo stało się kompletnie nieczytelne, stało się antytezą pisma, przestało służyć komunikacji ze światem i ze mną samą. Więc patrzę teraz na moje zapiski i rozpoznaję pojedyncze słowa zatopione w wężykach skrótów, ale już nie kojarzą mi się z niczym, już nie pamiętam, co autor miał na myśli, gdy pisał, może przemawiał przeze mnie sam Bóg, może jestem tylko medium niezdolnym do rozszyfrowania hieroglifów, które pozostają po chwilach natchnienia.

Tak czy siak moje pismo do niczego nie służy, a ja nie umiem już zwolnić biegu ręki, która zaznacza tylko początek wyrazu, reszta jest wężykiem, strumykiem, w którym rozpuszczają się kształty i znaczenia, moje karteczki w niczym mi nie pomogą, siedzę przed pustym ekranem, natchnienie minęło i mój czas minął, mama jest głodna, zjadłaby coś dobrego na kolację, wiesz, co za mną chodzi?, wiem, na pewno to, czego nie ma, zamykam komputer i podejmuję codzienną grę, moje zapiski, moje myśli złote, ślad po drobnych codziennych olśnieniach, lądują w  koszu razem z ceną cielęciny i wołowego.

Fakt, przeżywam kryzys. Cholerny kryzys, nie chcę, żeby było go po mnie widać, ale czuję się umęczona, udręczona, wyparta ze swojego życia, które nigdy nie wydawało mi się szczególnie atrakcyjne, ale muszę przyznać, choć nie mam pojęcia, kiedy to się stało, że w końcu je polubiłam, w każdym razie teraz mam dojmujące poczucie straty, brak mi samotnych wieczorów i poranków, duszę się, brak mi tej odrobiny wolności, która jest mi niezbędna do życia, do którego z pewnym wysiłkiem, ale jednak zdołałam się przyzwyczaić.


  
Prawdę mówiąc, nigdy nie czułam do końca, żeby to było moje życie, to był wstęp tylko, przygrywka, przez całe życie czekałam na życie właściwe, żeby w końcu się stało, a zamiast tego zostałam wyparta, pozwoliłam się wyprzeć, wyparto mnie na własną prośbę albo i sama się wyparłam i dzięki temu dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak jestem przywiązana do tego, co było, a do czego nie wiem, czy jeszcze powrócę, bo już nic ode mnie nie zależy, mama siedzi na kanapie i patrzy, nieświadoma, że jest powodem zamieszania we mnie, niech nie wie, jej świadomość w niczym tu nie pomoże, niech siedzi spokojnie, tylko niech nie patrzy, gdzie się mogę schować, duszę się pod jej wzrokiem, grzęznę, idę na dno jak kamieniami wypełniona złością na nią, na świat, na siebie, a ona wcale na mnie nie patrzy, czyta sobie spokojnie, jest taka maleńka, siedzi na obcej kanapie w obcym domu, odarta ze swojego życia, wydarta z niego, przeniesiona jak rzecz w inne miejsce, bo nie umiałam znaleźć lepszego wyjścia.

Działam na dwa fronty, rozpięta na krzyżu między moją matką i moją córką, w końcu mamy prawdziwą trzypokoleniową rodzinę, a ja jestem tłumaczką, próbuję słowa babci przetłumaczyć na język Julci, słowa Julki przekazuję w wersji odpowiedniej dla babci, obcinam ostre końcówki, wygładzam kanty, mamo, ja już nie mogę, czy ten telewizor musi tak wyć? – pyta Julka, w wolnym tłumaczeniu to pytanie brzmi: Mamo, Julka pyta, czy możemy troszkę ściszyć telewizor, bo musi się uczyć, tłumaczę symultanicznie, dochodzę w tym do niezłej wprawy, choć żadna z nich nic mi nie ułatwia.

Julka coraz rzadziej jest w domu, dobrze, idź do Kamili, nie staram się jej zatrzymać, bo sama widzę, że coraz mniej jest tu dla niej miejsca, mama wypiera ją z domu, one dwie się tu nie mieszczą, zgadzam się, żeby Julka wyszła, bo nie mam innego wyjścia, nie wiem, jak innym udaje się tworzyć rodzinę, ja dalej tego nie potrafię, nie umiem zbudować całości z odpychających się cząstek, próbuję połączyć je moją miłością, ale one ani myślą mi się poddać, nie mam pojęcia, z czego robi się tę ciepłogęstą atmosferę rodzinną, do której ludzie lgną jak muchy do miodu, Julka nie tylko nie lgnie, ale odpycha mnie tak samo jak babcię, nic ode mnie nie chce, ma do mnie żal, że pozwoliłam babci zająć całą przestrzeń, że nasz dom chyba już w niczym nie przypomina naszego domu, w którym dawno temu same wyznaczałyśmy reguły gry, może już nie pamięta, że kiedyś było jej ze mną dobrze, jestem w sklepu, co ty ces?

Julka bardzo wcześnie nauczyła się mówić i dopadała mnie tym pytaniem w dowolnej chwili, nie dając mi szansy na odrzucenie propozycji zabawy, bo zabawa już trwała, Julka już była w sklepie i z ufnością czekała, co od niej kupię, ważyła pomidory, zawijała sałatę, więc kupowałam całymi kilogramami, a ona dalej pytała niezmordowanie, co ty ces?,  rozczulała mnie, taka maleńka, prześmieszna istotka, dla której byłam całym światem.

Trzy lata spędziłyśmy razem, oddałyśmy sobie swój czas niemal na wyłączność. Nie mogę jak inne matki powiedzieć, że poświęciłam jej swój czas, to ona uświęciła go sobą, to najszczęśliwszy czas w moim życiu, z którego ona szybko wyrosła, a i ja zajęłam się swoimi sprawami, rozwód, praca, już nie umiałam tak dobrze współgrać z nią jak w sklepie, w którym siedziała godzinami i zachęcała mnie do zakupów, bałam się, że zostanie ekspedientką, że tak mocno utrwaloną dziecięcą radość sprzedawania będzie chciała odtwarzać w dorosłym życiu, ale ona już o niej nie pamięta, nie wiem, co pamięta z dzieciństwa, kiedyś lubiła słuchać moich opowieści, potem zaczęła się od nich opędzać, przecież opowiadałaś mi to tysiąc razy, teraz nie mam czasu na jej sprawy ani przeszłe, ani teraźniejsze, ani przyszłe, a i ona nie ma dla mnie czasu, wymyka mi się, mamo, mogę wyjść do Kamili?, czemu znowu chcesz wyjść?, bo tu się nie da żyć, to szpital, grobowiec, dom starców, z ryczącym telewizorem i wiecznie zajętą łazienką, z ciągłymi rozmowami o jedzeniu, nie dziwię jej się, ja też kiedyś zadziwiałam się domem teściów, tam ciągle mówiło się o zupie, bigosie i twarożku, a u nas teraz to samo, już nawet jej nie proszę, żeby została, jeśli zostaje, to i tak zamyka się w swoim pokoju, odcina od nas drzwiami szczelnie obitymi grubą warstwą niechęci, przez którą nie tylko babcia, ale i ja się nie przebiję, wkłada mnie razem z mamą do jednego worka, którego zawartość jej kompletnie nie interesuje, bo wy cały czas mówicie o jedzeniu, cały czas oglądacie telewizję, odcina się ode mnie, nie próbuje spotkać się ze mną we wspólnym cierpieniu, choć przecież musi wiedzieć, że moje życie zmieniło się nie dlatego, że tego chcę, tylko dlatego, że to konieczność, oczywistość, choć oczywista nie dla wszystkich, na przykład nie dla mojego brata, który nie widzi powodu, żeby zajmować się mamą, choć ma po temu wszelkie możliwości, to on był zawsze ukochanym syneczkiem, ale teraz daje mi tylko dobre rady, nie przesadzaj, nie przejmuj się, to niech wraca do P., wspólnym mianownikiem tych rad jest to, że nie wymagają jego zaangażowania. Może to normalne. Może tak już jest, że to kobiety opiekują się światem, a mężczyźni pozwalają się sobą opiekować, ale niełatwo mi się z tym pogodzić.

Mój brat i ja jesteśmy świetnym przykładem na to, że świat wygląda zupełnie inaczej z różnych punktów widzenia. Ważniejsze jest kto patrzy niż na co. Po śmierci mamy dowiem się od niego, że w czasie, gdy ja się nią zajmowałam, on hodował w sobie żal, że nim się nie zajmuję. Nie przyjeżdżam do niego, nie dzwonię, nie zapraszam na imprezy, a na pytanie jak mama zadawane po kilku tygodniach milczenia, odpowiadam sarkastycznie, że ma raka, no bo ma i co tu jeszcze można powiedzieć obcemu człowiekowi, który powoli, ale konsekwentnie uczy mnie, że związki krwi można rozerwać równie skutecznie jak małżeństwo. Wystarczy dzień po dniu filtrować swoją krew przez jego obojętność, a oczyści się z czerwonych ciałek rodzinnej więzi.  

Mężczyźni już się za mną nie oglądają. To niemożliwe, myślałam, tylko tak mi się wydaje, tak szybko pędzę z domu do samochodu, z samochodu do domu, że nie zdążam pochwycić męskich spojrzeń. Pewnego ranka zwolniłam kroku, ale i to nie pomogło, oglądałam się za mijanymi mężczyznami z nadzieją, że i oni się za mną obrócą, ale nie, przechodzili, nie zwracając na mnie uwagi.

Nie poddawałam się, przez kilka następnych dni próbowałam wykorzystać tę chwilę, kiedy szliśmy naprzeciw siebie, patrzyłam na nich intensywnie, próbowałam ściągnąć ich wzrok, nim się miniemy, nasze oczy spotykały się, przez chwilę patrzyliśmy na siebie, kilka kroków szliśmy jak na spotkanie, uśmiechałam się lekko, tylko odrobinę, ale tak, że nie można było tego nie zauważyć, ale chyba nie zauważali albo nie wiedzieli, co z tym począć, ich wzrok ześlizgiwał się nieuważnie z mojej twarzy, czasem patrzyli jakby przeze mnie, jakby mnie tu w ogóle nie było, mnie która kiedyś tyle twierdz, odwracałam się za nimi, a oni szli, nie oglądając się za siebie.

To niewiarygodne, ale to naprawdę się zdarza, a ja jeszcze nie jestem gotowa, właśnie odchowałam dziecko i nie traciłam nadziei, że jakoś ułożę sobie życie, tęsknię do mężczyzny, do jego kłopotliwej obecności w domu, którą teraz umiałabym docenić bardziej niż kiedykolwiek przedtem, ale w moim domu nie ma śladu mężczyzny. Jest mama, Julka i ja, kobieta w średnim wieku, opiekująca się swoją matką i córką, normalna kolej rzeczy, z którą po prostu muszę się pogodzić.

No dobrze, przyznam się i do tego, zresztą chyba już wspominałam, że mam kochanka. Rzadko o nim pamiętam, bo nie ma większego znaczenia w moim życiu. To pokuta za to, że nie doceniałam cudownych nocy, jakie łączyły mnie z mężczyznami, chciałam, żeby i dni były cudowne, narzekałam nie wiadomo na co, nie umiałam docenić tego, co nas łączyło, więc teraz mam kochanka, z którym łączy mnie tylko seks.

Moja przyjaciółka chciałaby widzieć we mnie Erikę Jong, chciałaby, żebym opisywała szarpiące mną namiętności, ale one nie dość, że już mną nie szarpią, to ledwie je pamiętam. Naprawdę w łóżku może być wspaniale? Nie pamiętam. Mój kochanek swoją realnością zatarł wspomnienia. Z nim jest czysto technicznie, nie miłość, lecz fizjologia prowadzi mnie do orgazmu. Mój kochanek wyzwolony, świadomy swoich praw, wie, że mężczyzna też ma prawo do rozkoszy, zrobiłem ci to, teraz ty mi zrób tamto, boję się, że jeśli nie zrobię, wystawi mi rachunek, więc robię, co mi każe, bez zapału, było nieźle, ale niech on już sobie pójdzie, coraz częściej ta myśl zaczyna przebijać się do mojej świadomości już na samym początku spotkania. Teraz zresztą i tak nie mogę się z nim spotykać, bo jest mama, przedtem też nie mogłam, bo Julka, ale to bez znaczenia.

Próba oddzielenia seksu od miłości w moim przypadku nie powiodła się, a właściwie jednoznacznie wykazała, że seks bez miłości traci na wadze więcej niż ciało zanurzone w wodzie i równie dobrze mogłoby go nie być. A nie potrafię już zakochać się tylko dlatego, że wylądowaliśmy razem w łóżku i z braku innych możliwości od czasu do czasu tam wracamy. Dość upokarzające zajęcie, kochać się z kimś, kogo się nie kocha. Więc o czym miałabym  pisać? O jego braku talentu czy o moim braku pożądania? Mówili mi, że na starość nie będę mógł, a mnie się nie chce, ten dowcip powtarzany przez mojego kolegę pasuje do mnie, choć jestem kobietą i dalej tęsknię do miłości. Lata walki, żeby uwolnić się od destrukcyjnych związków, od facetów, którzy mnie niszczą i wyzwoliłam się, a teraz tęsknię za bólem miłości, chciałabym kochać choćby beznadziejnie, wić się z bólu jak kiedyś, chcieć się zabić z cierpienia, którego nie umiem już poczuć.


  
Tęsknię za mężczyzną, nieważne jakim, nie mam żadnych wymagań poza tym, żeby idealnie wpasował się w moje wyobrażenia i w ten dom, w którym wszystko ma swoje miejsce, tego stolika nie można przesuwać, bo jest ciężki i delikatny, na stole proszę nie stawiać gorących talerzy, ten parawan na wannie musi się o nią opierać, psom wolno spać w moim łóżku, nie mówiąc o kocie, gdy przyjdzie, nie wolno się poruszyć, bo ucieknie. To tylko drobna próbka, dużo więcej ograniczeń jest w mojej głowie, tu nikt się nie zmieści, każdy będzie zgrzytał, tu mnie samej jest czasem ciasno.

Po raz pierwszy od ćwierć wieku jesteśmy z mamą dłużej niż kilka dni razem, mieszkamy razem, obydwie zmieniłyśmy się, ale przecież nie na tyle, żeby nie poczuć, ile nas łączy, jak mocno jesteśmy związane. Kto zna lepiej niż ja każde drgnienie jej twarzy, jej krytyczne uwagi, których ostrze owija pozorną pochwałą, aby nie można jej było nic zarzucić, te życzenia wypowiadane nie wprost, cała zabawa polega na tym, żeby je szybko odgadnąć i spełnić, z nadzieją, że choć na chwilę będzie zadowolona, czasami jest, ale znacznie częściej natychmiast zapomina o życzeniach spełnionych i gładko przechodzi do tych, które spełnienia dopiero się domagają. Każdy ruch mojej mamy ma znaczenie, każde słowo, każdy gest i grymas twarzy, kto inny by się w tym wszystkim rozeznał, pani Bronia to ignorantka, nic dziwnego, że mama się przy niej denerwuje, z kolei Julka ani myśli domyślać się ukrytych znaczeń, jeśli babcia czegoś chce, to niech powie wprost, mówi mi hardo, kiedy tłumaczę jej, o co babci chodzi, więc tylko ja mogę spełniać jej życzenia, nikt poza mną nie zna tajnego kodu, w który wtajemniczała mnie od dzieciństwa, to zobowiązuje, tylko ja mogę stanąć na wysokości zadania, choć dobrze wiem, że jest to skazane na niepowodzenie, w najlepszym razie na dobrotliwe: wiem, że się starałaś, ale czy naprawdę nie mogłaś kupić, pomyśleć, zrobić, nie mogłam mamo, cały czas myślę, jak ci dogodzić i więcej myśli nie mieści się w mojej głowie, a jeszcze mam pracę, dziecko, swoje życie, którego tak naprawdę nie mam i nawet nie wiem już, na czym innym miałoby ono polegać niż właśnie na tym, co jest w tej chwili, czy chodzi mi o to utracone chodzenie do siłowni czy o rzadkie wizyty kochanka, nie wiem, o co mi chodzi, ale chce mi się krzyczeć, czasem krzyczę, ale częściej mówię, przepraszam mamo, spróbuję jutro to kupić czy zrobić, znam swoją rolę i gram ją równie dobrze jak mama swoją, choć jestem zła na siebie, że nie umiem wprowadzić tu żadnych korekt, które mogłyby sprawić, że nasze stosunki stałyby się bardziej znośne.

Należę do pokolenia zstępującego. Gdy byłam studentką, ta nazwa rozśmieszyła mnie swoją teatralnością, teraz już mnie nie śmieszy. Moja Julka szykuje się do życia, odważnie rozwija skrzydła, ja mogę je składać. Odejście mamy otworzy mi drogę do wyjścia, już nikt nie będzie mnie oddzielał od tego, co nieuchronne. Nie przeraża mnie to, częściej mobilizuje, żeby jeszcze szybciej, żeby wykorzystać czas, który mi został, pozwalam umykać mojemu życiu w zawrotnym tempie rozpędzonego pociągu, nic nie szkodzi, już i tak nie zdążę, wypełnię do końca swoje obowiązki, na nic więcej nie starczy mi czasu.

Wychowałam córkę, stwarzam jej szanse startu nie gorsze niż mają inni, dbam o moją matkę, jestem siłą, na której mogą wesprzeć się dwa pokolenia, może na tym polega sens mojego życia? Przeżyłam dużo, na moich oczach, a nawet przy moim niewielkim udziale, świat zmieniał się, już nie rządzą nami komuniści, tylko pieniądz, nawet jeśli nie o to nam chodziło, to już na nic nie mamy wpływu.

Czytam prozę dwudziestolatków i myślę, że to nie ma sensu, pretensjonalne kręcenie się w kółko, właściwość wieku, myśmy też tak pisali, tylko nikt nas nie słuchał, słuchaliśmy samych siebie, z rzadka siebie nawzajem, nie przyszło nam do głowy, żeby mówić do starszych, co oni mogą pojąć, nic nie pojmowali, próbowali utrzymać nas w tym, co było, a tu chłopaki zapuszczali długie włosy, Boże, jak oni się bronili przed tymi włosami, jakby całe zło świata w nich siedziało, jakby ich obcięcie mogło nas zmusić znów do posłuszeństwa, a myśmy uwielbiali te włosy, te szerokie spodnie, spódnice do ziemi, koraliki i krzyże na szyi, ale do głowy nam nie przyszło, żeby nas słuchali, broniliśmy się przed nimi swoim językiem, a teraz młodzi też mówią swoim slangiem, ale co pojętniejsi z nas próbują go rozszyfrować, wzmocnić ich głos, ogłosić, co młodzi mają na myśli,  gdy zalewają cały świat sobą, zachwycamy się nimi, teraz liczy się młodość, podkręcamy ich poczucie wyjątkowości, bijemy brawo, bo gdyby stanąć przeciw i dać tym samym dowód, że nie nadążamy za coraz mniej naszym światem? Staję przeciw. Nie wierzę w mądrość pięknych dwudziestoletnich.

Nie wierzę, żeby mieli więcej od nas do powiedzenia. Może z zazdrości, że nas nikt nie drukował, że jedną kamerą kręciliśmy filmy, których nikt poza nami nie oglądał. Że pisaliśmy wiersze o końcu świata, który nadszedł dla nas dopiero teraz, gdy w końcu dojrzeliśmy, by przemówić, ale za późno, teraz świat należy do młodych, młodzi piszą, grają, śpiewają, wstępują głośno, zstępujemy, klaszcząc im głośno ze strachu, solidarni ponad pokoleniami.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj