Fragment książki "Największe miłości świata"

  
Każdego wieczora, kiedy ptaszki już spały, prowadziliśmy z Felusiem długie rozmowy o naszym wspólnym życiu i o tym, co się w ciągu dnia wydarzyło. A ponieważ był bardzo inteligentnym pieskiem, zadawał mnóstwo pytań, na które musiałam odpowiadać. Poza tym w ogródku i na spacerach mieliśmy lekcje przyrody, w domu zajęcia kulinarne i teorię życia.

Jeździliśmy autem do znajomych. Chodziliśmy razem do sklepów. Parę razy udało mi się coś kupić bez kolejki, bo wchodziłam ze szczeniakiem na rękach, mówiąc zgodnie z prawdą, że jestem uprzywilejowana, bo z dzieckiem na ręku.

Feluś poznawał świat, był pełen miłości i ciekawości, kompletnie pozbawiony agresji. Wieczorem opowiadałam mu bajki na dobranoc, w których występował zły rycerz Dick (wróg z sąsiedztwa), na co Feluś powarkiwał, Królewna Rózia (ukochana wówczas suczka z działki) – wtedy Feluś merdał ogonkiem, no i oczywiście dzielny i szlachetny rycerz Felinek – Feluś dumnie poszczekiwał. Wszystko było po to, żeby sprawdzić psią pamięć i prawidłowość reakcji. Śpiewałam mu także kołysanki np.:

„Na Felusia z popielnika

iskiereczka mruga...”

Niektórzy znajomi pukali się w głowę, obserwując moje zajęcia pedagogiczne, ale olewałam to dokładnie, ponieważ piesek rozwijał się pięknie. Rósł jak na drożdżach, karmiony tym, co można było kupić bez kartek. Uwielbiał biały serek oraz warzywa i owoce z ogródka. Nauczył się wykopywać marchewkę, pojadał świeżą trawkę i popijał z apetytem wodą z beczki wkopanej pod pompą pełnej gnijących liści, robali i larw komarów.

Któregoś ciepłego dnia Feluś zapytał:

– Cemu nie jedziemy do ogjudka?

– Muszę dziś posprzątać i osłonić książki, bo ptaszki okropnie je obdziobują. Trzeba zdążyć, zanim małe zaczną fruwać. A co ty tak seplenisz?

– Zgubiłem ziąbulka.

– A którego?

– A kiełka.

– Mojego kochanego kiełka? Kiedy to się stało?

– Wcojaj na patycku. Tym duzym.

– No, widzisz. Mówiłam ci, żebyś nie był taki ambitny i nie ciągał konarów. Ale jeśli go zgubiłeś, to jak poprosimy Wróżkę Zębuszkę o prezent?

– Jaką Zębuskę?

– Wróżka Zębuszka daje ludzkim dzieciom pieniążek w zamian za mleczny ząbek. Chyba psim dzieciom też powinna coś dawać.

– Ja pjosę o duzy kieł – powiedział Feluś i podniósł z przejęcia jedno uszko do góry.

Wciąż się zastanawiałam, jak będzie wyglądał dorosły Feluś. U psów rasowych to wiadomo, a tak zwane wieloowocowe często zaskakują właścicieli. Ma to oczywiście swój urok i porusza wyobraźnię.

– A jakie chciałbyś mieć uszka? Uszka klapuszka czy uszka stojące?

– Wsysko jedno. Mogą być klapuska.

– A chcesz być dużym pieskiem czy średnim?

– Duzym z duzymi łapami i bajdzo sijnym.

– Masz rację. Przyda nam się ktoś duży i silny w rodzinie.

Feluś popatrzył na mnie znacząco.

– Djacego ja nie mam pana? Wsyskie pieski mają i panią, i pana, a ja jestem siejotką.

– Nie jesteś żadną sierotką, a już na pewno nie możesz powiedzieć, że się tobą nie zajmuję. Jesteś moim skarbem, wyprowadzam cię na długie spacerki, rzucam ci patyczki, że mało mi się ręka nie urwie.

– Aje panowie ziucają dajej.

– Panowie na ogół wcale nie rzucają, tylko palą papierochy i kompletnie nie zwracają uwagi na to, co robią ich pieski na spacerach.

Feluś westchnął cichutko. Zrobiło mi się przykro. Wzięłam go na kolana.

– Wiem, pieseczku, że brak ci pana, ale niedawno jednego się szczęśliwie pozbyłam między innymi dlatego, że bał się piesków. Może znajdziemy kiedyś jakiegoś fajnego faceta i może on będzie miał milusią suczkę. Co ty na to? A teraz obejrzymy malutkie papużki. Albin rano powiedział, że możemy je wyjąć z budki i powąchać.

Feluś pomerdał ogonkiem, a ja wyjęłam pisklaki i położyłam na ręczniku. Miały już piękne kolorowe piórka i wciąż otwarte dzioby. Zastanawiałam się, czy je w ogóle zamykają.

– Patrz, wciąż są głodne. Biedna Zuzanka musi się napracować, żeby je wykarmić.

Zuzanka z przerażeniem patrzyła, jak szczeniak zbliża się do piskląt, a Albin – mimo wielkiego zaufania – siedział na drążku gotowy do ataku.

– Cy one jedzą mięsko ajbo kostecki? – zaniepokoił się Feluś.

– Ależ skąd! Przecież widzisz, że karmię je wyłącznie ziarnem.

– Djacego one tak stjaśnie śmiejdzą?

– No, mają troszkę intensywny zapaszek. Ale wszystkie dzieci tak pachną.

– Fuj! Aje smjód!

– Ojej! Ty też przez dwa miesiące śmierdziałeś sikami, a ja cię całowałam, nie polewając uprzednio perfumami. Więc nie przesadzaj. Masz zapamiętać, jak pachną twoje domowe ptaszki i nie wolno ci ich krzywdzić. Spać razem nie musicie.

– Moze będzie z nich pozytek psy łapaniu pcheł? – pocieszył się byle jak.

Po paru dniach pisklęta wyszły z budki. Zuzanka nie posiadała się ze szczęścia, a Albin z dumy.

Feluś pozwalał im siadać na swojej misce i lądować przed swoim nosem. Czasem udawał groźnego psa – papużki udawały, że się go boją – ale przecież wiadomo, dzieci się dogadają. Na mnie spadł obowiązek znalezienia chętnych na młode ptaszki, co nie było rzeczą łatwą. A w domu gwarno było! Oj, gwarno! I mieszkanie wyglądało jak scenografia po ostatnim klapsie horroru Hitchcocka „Ptaki”.

Okazało się na szczęście, że mam dobrą rękę i po dwóch miesiącach młode ptaszki rozprowadzone były po znajomych.

Rozstawałam się z nimi, obficie lejąc łzy, a potem zabrałam z klatki budkę lęgową, żeby Albin nie przesadzał z ilością potomstwa. Dowiedziałam się bowiem od fachowców, że budka lęgowa zawieszona w klatce prowokuje ptaki do znoszenia jajek.

Kończyło się lato i zostaliśmy we czwórkę.

Zbieraliśmy plony z ogródka. Feluś stał się oczkiem w głowie mojej mamy, która wcześniej – dowiedziawszy się, że będę miała pieska – zakrzyknęła razem z moją siostrą:

– Pies to obowiązek! Trzeba z nim na chodzić na spacery! Gotować!

Zupełnie jakbym o tym nie wiedziała... Potem jeszcze krzyknęły:

– Na nas nie licz!

A potem się zachwyciły. Podobne okrzyki wydawały, kiedy je poinformowałam, że kupiłam działkę. Darły się jedna przez drugą:

– Ty wiesz, ile to roboty?! Jak niszczy ręce?! Ogród trzeba uprawiać! Dbać od wiosny do jesieni!

A potem nie mogłam ich stamtąd wyrzucić. Tak harowały.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj