Fragment książki "Nikt z rodziny"

  

– Ona nie żyje! Nie żyje! Nie żyjeee! – rozpaczliwy kobiecy krzyk, mocny i wyraźny, choć dochodzący z innej części domu, zawibrował w moich uszach i obudził mnie z głębokiego snu.

Gdy po otwarciu oczu stwierdziłem ze zdumieniem, że jest już dzień, wystraszyłem się nie na żarty.

– Do diabła! – zezłościłem się na samego siebie.

Moja reakcja nie wynikała ze złowrogiej treści okrzyku, która nie dotarła jeszcze do wciąż zamroczonej przez sen świadomości, ale z faktu, że nadal czułem wtulone w siebie dziewczęce ciało. Doszło do tego, o czym wczoraj żadne z nas nie pomyślało nawet w żartach: zmęczeni zasnęliśmy i Ada nie wróciła do siebie przed świtem! Gdyby rodzice dziewiętnastolatki, a zwłaszcza jej demonstracyjnie konserwatywny i surowy ojciec, dowiedzieli się, że spędziła noc w ramionach dwudziestoośmioletniego kuzyna, dziewczyna na pewno miałaby wielkie nieprzyjemności – zresztą ja najprawdopodobniej też. Niechęć Tomasza do mnie nie była przecież tajemnicą, mogłem się więc spodziewać, że chętnie skorzysta on z okazji do wypowiedzenia pod moim adresem wielu ostrych słów, a co gorsza – mógłby też mieć pretensje do swego starszego brata, skoro właśnie pod jego dachem wydarzyła się cała historia.

– Wstawaj, szybko, musisz zmykać! – Odrzuciłem kołdrę i potrząsałem śpiącą jak kamień dziewczyną, dopóki nie otworzyła oczu. Wczoraj ostentacyjnie zuchwała (szczerze mówiąc, to ona zainicjowała nasze rendez-vous), teraz przerażona o wiele bardziej niż ja, w pośpiechu wciągnęła koszulę nocną na nagie ciało, już lekko brązowe od majowej opalenizny.

– Błagam, powiedz, że się nie wyda! – jęknęła, szamocząc się z kwiecistym szlafrokiem i jednocześnie szukając najpierw lewą, później prawą stopą zielonych domowych pantofli, ustylizowanych na pyski śmiesznych potworków.

– Wszystko będzie w porządku! – uspokoiłem ją, chociaż w głębi duszy wcale nie miałem pewności, że prorokuję trafnie. Zegar na ścianie wskazywał dwadzieścia po siódmej: porę, w której domownicy zwykli już się krzątać, ale goście, zmęczeni trwającą do późna kolacją, powinni jeszcze spać. Tomasz, młodszy syn pochowanego wczoraj profesora Stanisława Hofmana, zaliczał się, na szczęście, do tych ostatnich. Niestety, obawiałem się, że ów kobiecy krzyk, który dobiegł chyba z pierwszego piętra, musiał postawić na nogi wszystkich leżących jeszcze w łóżkach, a jakby tego było mało – prawdopodobnie wyciągnął ich z pokoi.

Na potwierdzenie tych przypuszczeń trzasnęły drzwi do drugiej sypialni położonej naprzeciw mego pokoiku, potem rozległ się odgłos szybko oddalających się kroków. Domyśliłem się, że Adam Pawlak, wiceszef Kancelarii Prezydenta, który wprosił się na kolację po stypie i wypiwszy o kilka kieliszków za dużo, zmusił gospodarzy do zaoferowania mu noclegu, biegł zobaczyć, co się stało.

Odczekawszy chwilę, ostrożnie opuściliśmy pokój i po cichu dotarliśmy do końca korytarza. Znajdowaliśmy się na strychu piętrowego wiejskiego domu w dworkowym stylu, zbudowanego przez świętej pamięci Hofmana w połowie lat trzydziestych. Wiodły tu z parteru kręcone schody służbowe, ciasne i niewygodne, za to – co teraz okazało się niezwykle przydatne – skryte w półmroku. Upewniwszy się, że nie ma na nich nikogo, zszedłem na pierwsze piętro, gdzie po przeciwległej stronie długiego korytarza, obok normalnych szerokich schodów łączących parter z tym piętrem, dostrzegłem kilkoro domowników i gości. Wszyscy, najwyraźniej zaniepokojeni, zgromadzili się przed otwartymi drzwiami do pokoju Marty, siostry zmarłego profesora.

– Teraz, szybko! Nikt nie widzi! – syknąłem i machnąłem ręką w ponaglającym geście, po czym ruszyłem w kierunku zaaferowanej grupki, by zasłonić sobą zbiegającą na parter Adę. Idąc zdecydowanym krokiem po starym perskim chodniku, usłyszałem za plecami kilka szybko następujących po sobie skrzypnięć drewnianych stopni, co upewniło mnie, że dziewczynie udało się przemknąć. W tej samej chwili zza głównych schodów, w których stronę podążałem, wyłoniła się wysoka sylwetka ojca Ady i wmieszała we wzburzony tłumek. Odetchnąłem z prawdziwą ulgą, zobaczywszy, iż Tomasz szczęśliwie minął się z córką, zapewne już wkradającą się do pokoju Magdy, jej stryjecznej siostry, gdzie powinna była spędzić noc. Od tej chwili moją uwagę przykuwało wyłącznie zbiegowisko przed pokojem ciotki Marty.

Pod ścianą, vis-a-vis wejścia do sypialni staruszki, stała Joanna, piękna pani domu, bratowa ojca Ady.

– Ona nie żyje!.. – zaszlochała na mój widok i przyłożywszy głowę do mojej piersi, rozpłakała się na dobre.

Zdumiałem się, słysząc te same słowa, które minutę temu wyrwały mnie ze snu; dopiero teraz dotarło do mego umysłu ich pełne grozy znaczenie. Wiadomość brzmiała całkowicie niedorzecznie i zupełnie nie wiedziałem, jak się wobec niej zachować. Pogładziłem Joannę po plecach, a następnie przywołałem wzrokiem na pomoc stojącego w progu sypialni zasępionego Krzysztofa, jej małżonka. Ten zaprzestał natychmiast odruchowych prób przyczesania dłonią sterczących we wszystkie strony szpakowatych włosów, zbliżył się, otoczył płaczącą żonę ramieniem i zaproponował, żeby wróciła do siebie.

– Nie! – Ku zaskoczeniu wszystkich wyrwała mu się stanowczo i stanęła znów pod ścianą, na wprost uchylonych drzwi, za którymi, jak się zaraz przekonałem, leżała na podłodze ciocia Marta. – Nie! – powtórzyła spokojniej Joanna. – Chcę wiedzieć, jak to się stało...

Przeprosiłem Pawlaka, stojącego na progu w sięgającym kostek brązowym, jedwabnym szlafroku i trzymającego w prawej dłoni jednorazową maszynkę do golenia, oblepioną białą pianą z króciutkimi niteczkami zarostu. Wiceminister przepuścił mnie bez słowa, nie odwracając wzroku od ciała, które oglądał właśnie Tomasz, znany warszawski patolog.

Siwiuteńka Marta, w długiej różowej koszuli nocnej, leżała na pstrokatym, nieco pofałdowanym huculskim kilimie, służącym jako dywan. Otwarte oczy nieboszczki wskazywały na ostry, poplamiony krwią kant biurka, mimowolnie informując, co stało się przyczyną jej śmierci.

– Musiała się poślizgnąć na chodniku i uderzyć głową o biurko – zasugerował Pawlak, obcierając pasiastym ręcznikiem krem z twarzy; na chwilę zmieszał się, uświadomiwszy sobie, że ogolił tylko jeden policzek, a na drugim wciąż ciemnieje gęsty zarost. – Widzicie państwo? To nie jest wcale chodnik, ale kilim; powinno się je wieszać na ścianach, bo są o wiele lżejsze od dywanów i jeśli kładzie się je na podłodze, bardzo łatwo się przesuwają.

– Prawdopodobnie tak właśnie było... – mruknął Tomasz, wysoki, kruczoczarny pięćdziesięciolatek o śniadej cerze i głęboko osadzonych, zimnych, orzechowych oczach. Zamknął nieboszczce powieki, po czym wstał z kolan i otrzepał dłonią spodnie wiśniowej flanelowej piżamy, choć wszystko wokół – łącznie z wypastowaną podłogą – aż błyszczało od czystości. Przez chwilę przecierał wyciągniętą z kieszeni śnieżnobiałą chusteczką wąskie prostokątne okulary o lekko zaokrąglonych rogach. – Zgon nastąpił niewątpliwie w wyniku pęknięcia czaszki. I to natychmiast. Nawet gdyby ktoś z nas znalazł ją od razu po upadku, już nic nie można by poradzić.

– Biedna ciocia... – westchnął Krzysztof. Kiedy stanął obok młodszego o blisko dziesięć lat Tomasza, sporo niższy, z wypychającym dres brzuszkiem, dało się dostrzec, iż są tylko przyrodnimi braćmi. – Mogła jeszcze tyle pożyć... Co za głupi wypadek, i to akurat teraz, kiedy ledwie pogrzebaliśmy ojca!

– Zaraz, zaraz! – zaoponowałem nieśmiało. – Przecież ciocia swego czasu poślizgnęła się parę razy na tym kilimie i na jej prośbę kilka lat temu przybiłem go gwoździami do podłogi! – To mówiąc, obszedłem zwłoki i wskazałem miejsca, gdzie kilim nadal przylegał równo do ściemniałych sosnowych desek, wyraźnie do nich przytwierdzony. Pozostali obserwowali te poczynania, zapewne zastanawiając się, w jaki sposób druga część kilimu mogła się oderwać.

– Ma pan rację – oznajmił Pawlak po krótkim namyśle, głaszcząc się po łysinie. – Widocznie pani Marta nie poślizgnęła się, tylko zaczepiła o kilim nogą, i to na tyle energicznie, że upadając, oderwała go. – Żeby przekonać innych o słuszności swej teorii, pochylił się, włożył dłoń pod kilim w miejscu, gdzie tkwił on przybity, i szarpnął w górę. Kilim oderwał się od podłogi na długości pół metra. – Widzicie państwo? Odszedł dość łatwo. Gwoździki są małe, a odległości między nimi duże, więc możliwe było wsadzenie stopy pod kilim. – Zakończywszy demonstrację, spojrzał na mnie i zasmucił się. – Szkoda, że pan nie wziął dłuższych gwoździ. Wtedy pewnie nic by się nie stało i biedaczka żyłaby jeszcze...

Poczułem, jak się rumienię.

– I tak Krzysztof miał do mnie pretensje, że za jednym zamachem zniszczyłem i podłogę, i zabytkowy kilim! – usprawiedliwiłem się, zdenerwowany niespodziewanym oskarżeniem.

– Dajmy już spokój! – uciął pojednawczo dyskusję starszy syn profesora i chwycił mnie poufale za łokieć, dając tym do zrozumienia, że przecież nikt mi nie zarzuca mimowolnego przyczynienia się do wypadku staruszki.

– Takie rzeczy się zdarzają – poparł go Tomasz. – Absurdem byłoby obwiniać kogokolwiek z ich powodu. Po prostu pech...

– I nic nie można na to poradzić – westchnął Pawlak.

– Nie wiem... To takie dziwne... niespodziane... Może powinien ją zbadać lekarz?... – wtrąciła Joanna, która wciąż stała na korytarzu.


  
Jak jeden mąż odwróciliśmy głowy w jej stronę.

– A ja to niby kto? – zadrwił Tomasz, po czym na każdego z obecnych skierował domagające się aprobaty spojrzenie. – Przecież ona nie żyje! I to od dobrych kilku godzin!

Podważanie autorytetu wykładowcy Akademii Medycznej w Warszawie, wielokrotnie współpracującego z Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Komendy Głównej Policji, autora wielu prac z dziedziny patologii, nikomu nie przyszłoby nawet do głowy. Wszyscy tkwili jednak na swych miejscach, czując, że trzeba coś zrobić, choć nikt nie mógł zdecydować co. Oczekując na rozstrzygnięcie tej kwestii, wpatrywaliśmy się uporczywie w ciało Marty, jakby to właśnie ona miała udzielić odpowiedzi.

– Chyba należy wypisać akt zgonu... – z wahaniem zauważył wreszcie Krzysztof. – Ale możesz to przecież zrobić ty, Tomku? W końcu jesteś lekarzem sądowym.

Patolog zaprzeczył.

– Musi to zrobić lekarz pogotowia.

– ...więc zanim wezwiemy pogotowie, może na początek połóżmy biedaczkę na łóżku – zasugerował Pawlak. – Przecież nie zostawimy jej na podłodze.

– Racja! – przyznał z nieoczekiwanym zapałem Tomasz, schylił się jako pierwszy i skinąwszy na innych, zachęcił: – No, Krzysiu, Rudi, razem!

Zbliżyliśmy się do zwłok i podnieśliśmy je wspólnie. Krzysztof i ja zmieszaliśmy się, gdy w trakcie przenosin koszula szarpnięta nieostrożnie przez męża Joanny zadarła się wysoko, odsłaniając dolną część brzucha nieboszczki. Po złożeniu zwłok na posłaniu Tomasz z kamienną twarzą człowieka przyzwyczajonego do podobnych widoków spokojnie obciągnął koszulę, aż zakryła chude nogi do połowy łydek.

– Chodźmy na dół, trzeba zadzwonić po karetkę! – Krzysztof skierował się ku wyjściu.

Przypadek sprawił, że ambulans znajdował się akurat kilka wsi dalej, więc ku największemu zdumieniu wszystkich przyjechał do Żurawina zaledwie po dziesięciu minutach.

– Coś takiego! Gdyby u żywych zjawiali się w takim tempie! – szepnęła Joanna na widok wchodzącej do holu młodej, obciętej na jeża lekarki w owalnych okularkach.

Krzysztof poprowadził przybyłą do pokoju ciotki. Ku mojemu zdziwieniu Tomasz, Pawlak i Joanna podążyli zaraz za nimi. „A ci tam niby po co?” – zastanawiałem się i po chwili, tknięty ciekawością... zrobiłem to samo.

Lekarka dokonała krótkich oględzin, po czym zadała kilka pytań dotyczących okoliczności śmierci.

– Jak to? – zdziwiła się. – Zgłoszono zgon ze starości, a to przecież wypadek!

– Ale wypadek nieszczęśliwy – poprawił Krzysztof. – Czy to coś zmienia?

Lekarka przypatrzyła mu się uważnie.

– Czy to pan nas wzywał?

Gospodarz zmieszał się.

– Owszem, ja – przyznał. – Dlaczego pani pyta?

– Nieważne – ucięła. – Muszę zawiadomić policję.

Oświadczenie kobiety wywołało poruszenie.

– Jak to policję? – zdumiał się Pawlak. – Dlatego, że pan Hofman wyraził się nieprecyzyjnie? Przecież nie jest lekarzem, był w szoku, może wasz dyspozytor źle go zrozumiał?

– To akurat nie moja rzecz – wyjaśniła lekarka, po czym usiadła przy biurku i zaczęła wypisywać akt zgonu. – Śmierć denatki miała charakter nagły, więc zgodnie z procedurą należy zawiadomić policję. Takie są przepisy, nic na to nie poradzę.

– Pani doktor! – włączył się do rozmowy Tomasz i przedstawiwszy się, tłumaczył grzecznie: – Wczoraj pochowaliśmy ojca, profesora Hofmana, światowej sławy uczonego. Z pewnością słyszała pani o tym zdarzeniu, bo informowały o nim wszystkie wczorajsze dzienniki telewizyjne i dzisiejsze gazety.

Lekarka zawahała się.

– Ach, to państwo są z tych Hofmanów! – zdziwiła się. – Oczywiście, słyszałam o śmierci i pogrzebie profesora. Proszę przyjąć kondolencje!

– Jesteśmy jego dziećmi – wyjaśnił Tomasz – a nieboszczka była jego jedyną siostrą. Przeżyła śmierć brata bardzo ciężko, jak zresztą my wszyscy. Zajmowała się pogrzebem, stypą, a na dodatek złapała przeziębienie. Dla osiemdziesięcioletniej kobiety to wystarczająco wiele przykrych wrażeń, by się zmęczyć ponad siły. W nocy, zapewne wstając z zamiarem wyjścia do toalety, zaczepiła nogą o chodnik, przewróciła się i uderzyła głową o biurko. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości, a jako patolog, znam się przecież na rzeczy.

– Ależ ja nie kwestionuję pana przekonania, że mamy do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem – przyznała lekarka, podpisując się zamaszyście na akcie zgonu i wczepiając perłowy długopis w kieszonkę kitla. – Ale powtarzam: muszę się trzymać przepisów. Te zaś mówią wyraźnie, że w takich sytuacjach zawiadamia się policję.

– Szczerze mówiąc – Tomasz starał się nadać swemu głosowi ton poufałości – dobrze o tym wiem. Wiem też, niestety, coś gorszego: na skutek pani decyzji prokurator niechybnie nakaże sekcję zwłok – zawsze niezwykle przykrą dla rodziny. Cioci już to w niczym przecież nie pomoże, a dla nas będzie dodatkową udręką, jakby te dwa zgony, jeden tuż po drugim, nie pognębiły nas dosyć. Skoro potwierdza pani przypadkowy charakter śmierci...


– Niczego nie potwierdzam! – przerwała lekarka, przystawiając pieczątkę na wypisanym przez siebie dokumencie. – W tej sprawie w ogóle się nie wypowiadam, to przekracza moje kompetencje. Natomiast do moich obowiązków należy powiadomienie policji, jeśli zgon nie miał charakteru naturalnego. Proszę mnie nie namawiać do ich zaniechania. Nie chciałabym błędnie odczytać państwa intencji.

Na takie oświadczenie Tomasz obraził się i zamilkł.

– Sekcja? O nie! – jęknęła Joanna.

Lekarka, nie wdając się dłużej w dyskusję, wstała zza biurka i podeszła do Krzysztofa.

– To wprawdzie nie moja sprawa, ale może lepiej do przybycia policji niczego tu nie ruszać – poradziła, wręczając mu akt zgonu.

Tomasz zrobił kwaśną minę.

– Proszę jeszcze raz przyjąć wyrazy ubolewania z powodu śmierci ojca i jego siostry – pożegnała się lekarka i nie czekając, aż ktoś zaproponuje jej odprowadzenie do drzwi, opuściła pokój.

– Mój Boże, a to ci dopiero: policja! – ironizował po jej wyjściu Tomasz. – A po cóż tu policja, do licha?! Żeby wybuchł skandal na całą wieś?! Co ja mówię na całą wieś? – Złapał się za głowę. – Na całą Polskę!

– Zdaje się, że takie są procedury – odezwałem się przygnębiony. – Ciocia Marta zmarła przecież nagle...

Tomasz przewrócił niecierpliwie oczyma.

– Niepotrzebnie zmarnotrawimy tylko czyjś czas!

Gdy padło słowo „procedury”, Pawlak, bacznie przysłuchujący się wymianie zdań, spoważniał nagle.

– Cóż, wszystko musi być lege artis – oświadczył. – Pani doktor ma słuszność: powinniśmy postępować zgodnie z przepisami prawa. Wprawdzie pan Tomasz stwierdził wyraźnie, że zgon nastąpił wskutek uderzenia głową o kant biurka, ale należy jeszcze wyjaśnić, w jakich okolicznościach pani Marta się przewróciła.

Mówiąc to, obszedł łóżko, a nawet schylił się lekko i zajrzał pod nie, jakby tam właśnie spodziewał się znaleźć rozstrzygnięcie powyższej kwestii.

– A co to? – zapytał i uklęknąwszy, wsunął dłoń pod prześcieradło zwisające w jednym miejscu aż do podłogi.

– Coś białego, pewnie chusteczka. – Tomasz także się pochylił. – Pewnie nieboszczka trzymała ją w ręku. Kiedy przenosiliśmy zwłoki, musiała wypaść jej z palców.

Pawlak wydobył spod łóżka kilka zmiętych arkuszy papieru.

– To nie chusteczka – oświadczył, wstając z kolan.

Wszyscy zbliżyli się zaintrygowani.

– Jakieś kartki – zauważyłem, podczas gdy Pawlak wygładzał arkusze, zapisane maszynowym pismem.

– Pewnie pisała list, prowadziła obfitą korespondencję – wyjaśnił Krzysztof. – Niech pan da, trzeba go odłożyć. To część archiwum ciotki, które należy pieczołowicie skatalogować. W końcu była wieloletnią redaktorką Państwowego Instytutu Wydawniczego, dość ważną postacią polskiego życia literackiego.


  
To rzekłszy, wyciągnął rękę po trzymane przez Pawlaka papiery, lecz ten zachował się tak, jakby ani nie usłyszał Krzysztofa, ani nie dostrzegł wykonanego przezeń ruchu.

– Nie mam okularów – oświadczył i podał kartki Tomaszowi, chociaż jego brat stał znacznie bliżej, wciąż wyciągając dłoń. – Może pan?

– Ależ Tomaszu! – żachnął się gospodarz. – Nie będziesz chyba czytał prywatnych listów ciotki... i to nad jej jeszcze ciepłym ciałem?!

– A skąd wiesz, że to w ogóle list? – mruknął Tomasz, nie zwracając uwagi na irytację Krzysztofa. – Listy do mnie pisała zawsze odręcznie. A to jest maszynopis.

– Może to testament? – zaintrygował się Pawlak. – O, to bardzo ważny dokument!

– No właśnie... – rzekł Tomasz, choć to, co sugerował Pawlak, było mało prawdopodobne, gdyż profesor już ćwierć wieku temu przepisał dom na starszego syna, a młodszego spłacił, kupując mu mieszkanie w Warszawie.

– Skoro to rzeczywiście testament ojca, powinniśmy się zapoznać z nim w gronie najbliższej rodziny! – oponował dalej Krzysztof, coraz bardziej poirytowany.

– Przecież jesteśmy w takim gronie, pan Adam to prawie rodzina... – odparł spokojnie Tomasz, ignorując narastające wzburzenie brata, po czym, aby ostatecznie uciąć dyskusję, zaczął czytać wysokim, ostrym głosem.

Tomasz czytał z niezwykłym dla niego zaangażowaniem, w niektórych miejscach przyspieszając, jakby chciał się po nich szybko prześlizgnąć, w innych natomiast znacząco zwalniając i podnosząc głos. Gdy odczytywał kolejne akapity, na twarze obecnych wstępowało najpierw niezrozumienie, potem niedowierzanie, później narastające zażenowanie. U Tomasza objawiło się ono zarumienieniem policzków i lekkim pogorszeniem początkowo nienagannej dykcji. Oblicze i łysina Pawlaka zrobiły się fioletowe, żyły na czole nabrzmiały mu niczym naprężone powrozy, a ruchliwe sinoniebieskawe oczy mało nie wyszły z orbit. Natomiast Krzysztof, dla którego treść odczytywanego dokumentu okazała się wyjątkowo nieprzyjemna, poszarzał niby listopadowa chmura, wzrok mu się zeszklił, a usta rozchylały się bezgłośnie jak pyszczek wyciągniętej z wody ryby.

Gdy stało się dla mnie jasne, czego dotyczy tekst, mimo zmieszania zdobyłem się na odwrócenie głowy w kierunku korytarza, gdzie stała oparta o ścianę Joanna, z którą od dawna łączyła mnie głęboka przyjaźń. Spostrzegłem, że z wrażenia nie może się poruszyć, tak jakby każde czytane przez szwagra zdanie było gwoździem przyszpilającym ją do boazerii. Krew odpłynęła jej z policzków, woskując je trupią bielą, w zębach zastygł przygryzany jeszcze przed chwilą kosmyk włosów. Po pewnym czasie przymknęła powieki, zakryła twarz dłońmi i trwała tak w bezruchu niczym skamieniała żona Lota.

Odczytywany przez Tomasza tekst był najwyraźniej fragmentem pamiętnika profesora Stanisława Hofmana. Jednak to nie fakt spisania przez uczonego wspomnień zbulwersował tak mocno – choć w różny sposób – osoby zgromadzone w pokoju Marty. Nasze poruszenie wywołał fakt, że wyciągnięty spod łóżka urywek dotyczył ni mniej, ni więcej, tylko namiętnego romansu, który profesor miał przed laty... z Joanną – i to wkrótce po jej ślubie z jego starszym synem!

Nagle ogarnęło mnie niepokojące przypuszczenie, że śmierć Marty mogła mieć jakiś związek z pamiętnikiem starego Hofmana – pamiętnikiem, którego jedynym depozytariuszem i wydawcą miałem zostać właśnie ja!

Podejrzenie, że ktoś postanowił sprzeciwić się woli zmarłego, a do tego, aby zrealizować swój zamiar, posunął się aż do zbrodni, wprawiło mnie w stan osłupienia. Poczułem, jak moją twarz błyskawicznie zalewa fala nieznośnego gorąca. Myśl, iż w domu kuzynów, a przy tym bliskich przyjaciół, wydarzyło się coś tak ohydnego i potwornego, przez moment na zmianę wydawała mi się to zupełnie absurdalna i szalona, to znów – za sprawą odczytanego właśnie fragmentu pamiętnika – całkiem zasadna.

W końcu nie mogłem już tego wytrzymać i pozwoliłem się ponieść instynktowi.

– Dosyć! – warknąłem i wyrwałem kartki Tomaszowi.

Rozejrzałem się po pokoju, szukając miejsca, w którym Marta mogłaby przechowywać pamiętnik wuja. Obszedłszy biurko, zauważyłem, że szuflada jest nie domknięta. Wysunąłem ją, ale nic tam nie znalazłem. Pochyliłem się i omiotłem wzrokiem podłogę.

– Jest! – wykrzyknąłem, spostrzegłszy pod nocną szafką szary papier.

Podszedłem do szafki i klęknąwszy na jedno kolano, wydobyłem spod niej dużą szarą kopertę, na której widniało moje nazwisko nakreślone pismem ciotki. Przez zaklejoną krawędź koperty biegło szerokie rozdarcie. Gdy tylko wziąłem ją do ręki, upewniłem się, że jest pusta.

– Gdzie się podział pamiętnik? – zapytałem gniewnie, wyciągając opróżnioną kopertę w stronę pozostałych.

– Jaki znów pamiętnik? – zdziwił się Tomasz, podczas gdy inni z niespokojnymi minami obserwowali moje poczynania.

– Jak to jaki?! Ten, którego fragment właśnie przeczytałeś! Ten, o którym ciocia Marta opowiadała wczoraj przy kolacji!

– Nie mam pojęcia o żadnym pamiętniku. – Tomasz wzruszył ramionami.

– Pani Marta pisała pamiętnik? – zaciekawił się Pawlak.

– Nie ciocia Marta – prawie zgrzytnąłem zębami – ale wuj Stanisław! Dał go cioci z prośbą, by opublikowała go po jego śmierci. A ponieważ wzrok cioci, jak wiecie, ostatnio bardzo się pogorszył i czytanie sprawiało jej trudność, postanowiła przekazać pamiętnik mnie. Mówiła o tym wczoraj wieczorem. Przecież byliście wszyscy w pokoju, musieliście słyszeć!

– Tyle tematów się wczoraj poruszało – zadumał się Pawlak – i do tego chwilami robił się gwar... Nie przypominam sobie, abym słyszał cokolwiek o jakimś pamiętniku.

– Rudi, uspokój się, proszę! – Tomasz wystąpił pół kroku w moją stronę i przybrał pojednawczą minę. – Zdarzyło się wielkie nieszczęście, i to już drugie pod tym dachem w ciągu kilku dni. Wszyscy jesteśmy zdruzgotani, zaskoczeni, zdezorientowani. Ale czy teraz miejsce i pora na rozmowy o jakimś pamiętniku? Trzeba zamówić nekrologi i klepsydry, zająć się kolejnym pogrzebem – to mówiąc, próbował chwycić mnie za łokieć i wyprowadzić z pokoju.

– Zaraz, zaraz! – Zrobiłem unik i stanąłem z daleka od kuzyna. – Nie róbcie ze mnie idioty!

– Spokojnie, panie redaktorze! – próbował mnie pohamować wiceminister. – Jeśli rzeczywiście coś tu panu zginęło, może pan zainteresować tym funkcjonariuszy. Kto wie, czy to zresztą nie lepiej, że pani doktor postanowiła ich wezwać...

– Ładne mi lepiej! – żachnął się Tomasz. – Ma pan ochotę znaleźć swoje nazwisko w kronice kryminalnej?

– Rozumiem, że dla wszystkich tu obecnych – tłumaczył swe intencje Pawlak – pojawienie się w domu policjantów jest złem koniecznym, ale już nic nie możemy na to poradzić. A poza tym włączenie się do sprawy policji może naprawdę okazać się potrzebne... Początkowo byliśmy pewni, że staruszka poślizgnęła się na dywanie i upadając, uderzyła głową o biurko, czyli że zdarzył się najzwyklejszy nieszczęśliwy wypadek. Jednakże teraz – w związku z intrygującymi kartkami znalezionymi w dłoni nieboszczki oraz tym, co pan Rudolf mówi o jakimś tajemniczym pamiętniku, z którego być może te strony pochodzą – należy rzecz rozpatrzyć wnikliwiej. Któż powinien to uczynić, jeśli nie miejscowa policja?

Na twarzy Tomasza odmalowało się oburzenie.

– Co pan, do licha, sugeruje, mówiąc o „intrygujących kartkach”?! – wykrzyknął i długim palcem wskazał Joannę. – Chyba nie ma pan czelności twierdzić, że ta nieszczęsna kobieta ma cokolwiek wspólnego ze śmiercią Marty?!
Krzysztof przestał poruszać ustami; podniósł wzrok, dotąd wbity w jakiś punkt na ścianie, a widniejące w nim oszołomienie ustąpiło miejsca przerażeniu. Także Joanna, niczym pociągnięta za sznurek marionetka, opuściła dłonie i otworzyła piękne oczy, które od wypełniającego je zdumienia gwałtownie się powiększyły.

– Jak to?... Że co?... Że ja?... – wyszeptała, nie mogąc uwierzyć, iż słuch jej nie omylił.

Pawlak się zmieszał.

– Ja nic nie sugeruję – oświadczył pojednawczym tonem. – Jestem pewien, że dochodzenie wykaże przypadkowy charakter zgonu pani Marty, ale skoro są jakieś dwuznaczności, trzeba wyjaśnić je w sposób formalny – właśnie po to, by nie było nawet najmniejszych niedomówień i by żaden cień nie padł na ten zasłużony dom oraz zamieszkującą go rodzinę, którą niezmiernie szanuję i do której czuję wielką sympatię. Wierzcie mi państwo, nie chodzi o nic – powtarzam: o nic innego! A teraz proponuję, abyśmy opuścili pokój i zamknęli go na klucz do czasu przyjazdu funkcjonariuszy.

Tomasz westchnął i po chwili wahania skierował się do drzwi.


  
– Chyba dobrze zrobi nam wszystkim filiżanka kawy – zaproponował ze zrezygnowaną miną, opuszczając pomieszczenie.

Pawlak zbliżył się do mnie.

– Pan będzie łaskaw zostawić te kartki – poprosił grzecznie. – Nie powinniśmy tu niczego dotykać.

Po krótkim wahaniu odłożyłem je niechętnie na biurko.

– Wyjdźmy już – powtórzył Pawlak. – Muszę zamknąć pokój na klucz.

– Niczego pan nie będzie zamykał! – niespodziewanie chrapliwym głosem oświadczył starszy syn profesora.

Zaskoczony Pawlak nie wiedział, jak zareagować.

– Niczego pan nie będzie zamykał... – powtórzył spokojniej Krzysztof i po chwili wyjaśnił cicho: – To mój dom, więc ja to zrobię...

Pawlak skłonił się z ostentacyjnym szacunkiem na znak, iż nie ma nic przeciwko temu. Krzysztof wyjął klucz z wewnętrznej strony drzwi i wyszedł wolno na korytarz. Spostrzegłszy Joannę, wciąż tkwiącą w tym samym miejscu, zatrzymał się, by spojrzeć jej w oczy, lecz ona nie odważyła się podnieść wzroku. Zrozumiawszy, iż przynajmniej w tej chwili nie otrzyma żadnych wyjaśnień, wręczył mi klucz i ruszył wolno korytarzem, zgarbiony, szurając starymi łapciami, prawie przetartymi na czubkach dużych palców.

Zamknąłem drzwi, wsadziłem do zamka klucz, przekręciłem go i... nie wiedziałem, co dalej.

– Zostawić w zamku? – Spojrzałem z wahaniem na wiceministra.

– Niech pan lepiej weźmie ze sobą.

Wyjąłem klucz, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że ten drobny srebrny przedmiot parzy mi dłoń.

– Może jednak lepiej, żeby pan go zabrał? – Wyciągnąłem rękę w stronę dygnitarza. – Jest pan tu jedyną osobą spoza rodzinnego kręgu...

Po krótkim namyśle na jego twarzy pojawił się zdecydowany sprzeciw.

– Właśnie dlatego lepiej, żebym się do tego nie mieszał. To w końcu wasze rodzinne sprawy!

Schowałem klucz do kieszeni i odruchowo potarłem dłonią o nogawkę spodni, żeby usunąć z palców przykry dotyk stali.

– Ogarnijmy się i spotkajmy na dole! – rzucił Pawlak i oddalił się w kierunku kręconych schodów.

Zostałem sam na sam z Joanną. Chciałem coś powiedzieć – coś, co dodałoby jej chociaż odrobinę otuchy, ale nie miałem pojęcia co... Zanim wreszcie zdecydowałem się otworzyć usta, ona przemówiła pierwsza:

– Daj spokój, niczego nie można już zrobić... Niczego...

Zrezygnowany, z poczuciem winy, że nie potrafię w żaden sposób jej pomóc, zostawiłem przyjaciółkę na korytarzu i powlokłem się do łazienki, aby wziąć prysznic.

Żurawińska siedziba Hofmanów napełniła się wreszcie dźwiękami, jakimi każdy dom powinien rozbrzmiewać z rana: bulgotaniem wody w czajniku, stukaniem filiżanek, skrzypieniem otwieranych okien, sennymi głosikami budzących się dzieci, radiowymi wiadomościami. Lecz tym razem owe elementy codziennej normalności nie oznaczały wcale odegnania nieprzyjemnego snu; pełniły co najwyżej rolę jego przerywnika. Nic zatem dziwnego, że w mojej głowie panował całkowity chaos; niedowierzanie mieszało się ze zgrozą, zawód przenikał z zażenowaniem. Jeśli jednak żywiłem nadzieję, że pod prysznicem zapomnę choć na chwilę o burzliwych wydarzeniach tego poranka i orzeźwiającą wodą zmyję z siebie ich nieprzyjemną woń, omyliłem się całkowicie.

Im dłużej mydliłem ciało, tym bardziej sobie uświadamiałem, iż wszystko, co działo się w Żurawinie w ciągu przygotowań do pogrzebu starego Hofmana, samego pochówku oraz stypy – najpierw jadowite słowa, potem gwałtowne spory, wreszcie gorszące awantury – nie było jedynie bolesnym incydentem, chwilowym odchyleniem od normy, lecz oznaką rozpadu tego domu i początkiem trwałego kryzysu zamieszkującej go rodziny. Zrozumiałem, że wraz z ciałem profesora jego bliscy i przyjaciele złożyli do grobu również coś innego, niezmiernie ważnego, czego nie da się łatwo i szybko wskrzesić – resztki ich wzajemnej chęci, a także potrzeby bycia razem. I choć raz po raz przykręcałem gorącą wodę i odkręcałem chłodną, aż wreszcie z całą mocą zalewał mnie lodowaty strumień, policzki wciąż paliły mnie od wstydu i nijak nie mogłem ochłonąć.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj