Fragment książki "Nogi Izoldy Morgan"

 
"Ach, i cóż to za nóżka!
Nóżka troszkę spuchnięta...
"
  
Dostojewski: "Bracia Karamazow"

  
"To się stanie jednego popołudnia czy ranka..."
  
Jasieński: "Ballada o tramwajach"

  
  
1

Kiedy czternaście par zdenerwowanych rąk gołych i urękawicznionych wyciągnęło wreszcie spod przedniego pomostu tramwaju nr 18 okrwawione ciało Izoldy Morgan z okropnymi, wlokącymi się na taśmach kilku ścięgien, obciętymi poniżej pachwiny nogami, wszyscy ci ludzie doznali nagle nieprzyjemnego uczucia popełnionego nietaktu. 

Dziewczyna miała lat dwadzieścia trzy, duże kasztanowe włosy rozsypane w nieładzie, twarz nieskazitelnie piękną i smukłe, cudowne nogi, sięgające w biodrach nieomal wysokości piersi - nieomylny talizman kobiet rasowych.

Wszystko potem stało się aż nazbyt pospieszne. Przyjechało pogotowie i odjechało, zabierając w swym wnętrzu cały incydent. W godzinę później obie nogi były już amputowane, a wieczorem chora, umieszczona w oddzielnej separatce klinicznej, spała już ciężkim, bezwizyjnym, pokrzepiającym snem.

  
2

Berg, bawiący tego tygodnia w innym mieście, zawiadomiony został o zajściu dopiero na drugi dzień listem niewyraźnym i krótkim, wspominającym o jakimś wypadku i wzywającym go natychmiast.

Zgiełk peronu, trzaskanie drzwiami, . zapach świeżej farby, skaczący kalejdoskop drzew na diafragmie okna, jak paciorki różańca nawleczone na nitkę głuchego, tępego niepokoju osu nęły się w głąb długą, prostopadłą rysą.

Kiedy zameldowany lekarźowi dyżurnemu słuchał suchycl technicznych relacji, był już zupełnie spokojny.

Po ukończeniu wyjaśnień poprosił o pozwolenie widzenia się Do separatki wszedł w towarzystwie lekarza.

Chora nie spała. Leżała na wznak z oczymą szeroko otwartymi.

Berg stanął u nóg. Przygotowany był, że trzeba będzie co; powiedzieć, ale w tej chwili nie mógł sobie właśnie przypo mnieć nic odpowiedniego.

(...ciężkie, puszyste świece kasztanów w długiej, bezwzględ nie prostej perspektywie, chłodny, wilgotny smak ust opartych o usta, ciepło drobnej ręki odczuwanej przez zamsz rękawiczki.. pamiętasz...)

Spróbował się nawet uśmiechnąć, ale oczy jego padły w te chwili na obwisłą linię kołdry, modulującej niepojętą próżnię poniżej bioder.

(...Boże, Boże, tylko nie myśleć...)

Jakaś lepka, słodka ciecz podeszła mu do krtani.

I znów kasztany, i znów smak wilgotnych ust, i długa, wąska naga, wynurzająca się z słonecznej piany sukienek. (...ćśśścho, przecież nie będę krzyczał...)

Jaką zabawną minę ma doktor. Lewy wąs mu opada, jak u chrabąszcza, a na końcu nosa malutki pryszcz.

I wtedy spotkał jej oczy, oczy wylękłego, skatowanego psi (...u ojca, na podwórzu - potopili mu szczenięta...), jakby żebrzące o litość, wpatrzone w niego z naprężonym wyczekiwaniem.

Poczuł, że pod tym wzrokiem miesza się, że rumieni się jak sztubak, że stoi tu już garę minut, że trzeba nareszcie coś po wiedzieć i że on przecież nic nie powie. I nagle zachciało mu się uciec.

(...na ulicy ludzie, dorożki, turkot, tramwaje, trrr...) Dlaczego ten doktor ma taką dziwną minę O, tu jest klamka, teraz tylko do siebie.

Sadził po schodach po cztery stopnie na raz, dopóki nie znalazł się na ulicy wmieszany w pstry, rozgorączkowany tłum. Upadł czerwony, rozpalony, jak płachta. Okrągła, okrągła nieskończoność. I nad rozdętym "I" miasta olbrzymia kropka słońca.

Ludzie biegli, szli, popychali się, warczały auta, dzwoniły tramwaje, wypluwały i połykały na przystankach nowe transporty ludzi i mijały go z jednostajnym zgrzytem szlifowanych szyn.

  
3

Późno już wieczorem do starszego sanitariusza kliniki, Tymoteusza Lerche, starego barczystego wygi o ospowatej twarzy i ryżym zaroście, zgłosił się młody, przyzwoicie ubrany człowiek, który odwoławszy go na stronę, kręcąc w palcach banknot pięćsetfrankowy, zapytał go, czy nie byłby skłonny wyrządzić mu pewnej przysługi. Tymoteusz Lerche zapewnił nieznajomego, że jest całkowicie do jego dyspozycji. Wtedy on, ująwszy go przyjaźnie pod ramię, wyjaśnił, że jest krewnym przywiezionej tu przed dwoma dniami Izoldy Morgan, ofiary wypadku tramwajowego, i że chciałby, o ile to jest możliwe (banknot zaszeleściał w tym miejscu obiecująco), otrzymać obie amputowane nogi swej kuzynki.

Tymoteusz Lerche nie wyraził najmniejszego zdziwienia, pochylił posłusznie głowę na znak, że rozumie, zastrzegł się tylko, że nie wie, czy członki żądane nie zostały już wyrzucone razem z innymi odpadkami, po czym oddalił się, wskazując przybyłemu krzesło.

Po dwudziestu minutach powrócił, niosąc pod pachą wielkie, podłużne pudło, zawinięte starannie w szary papier. Paczka mogła uchodzić łudząco za pakiet z modnego magazynu konfekcji, a różowa wstążeczka, którą była owiązana, nadawała jej wygląd wykwintny. Tymoteusz Lerche podał w milczeniu paczkę przybyłemu. Pięćset franków utonęło w jego chałacie. Po czym zapytał jeszcze, czy nieznajomy nie rozkaże chłopcu odnieść sobie pakietu do domu.

Przybysz jednak nie skorzystał z pomocy służby, ale ująwszy paczkę pod ramię, wyszedł z nią sam, odprowadzany głębokimi ukłonami sanitariusza i dwóch portierów.

  
4

W biurze, gdzie pracował Berg, wiadomość o nieszczęściu, jakie go dotknęło, rozszerzyła się błyskawicznie i wytworzyła około jego osoby atmosferę przyciszonych szeptów i milczącego współczucia.

Towarzystwo Elektrowni Miejskiej, którego Berg był jednym z dwunastu inżynierów, zaproponowało mu urlop miesięczny. Berg propozycję odrzucił. Stawał do pracy po dawnemu bardzo wcześnie. Wieczorami nigdzie go nie widywano. Koledzy, którym przyszło do głowy odwiedzić go w tych godzinach, znaleźli na drzwiach kartkę: "Nikogo się nie przyjmuje".

Wiedziano, że u Izoldy nie był od owej wizyty na klinice ani razu i tłumaczono to sobie na różne sposoby. Poza tym zresztą w obejściu był po dawnemu zupełnie normalny, rozmawiał i uśmiechał się. Z czasem zaczęto sądzić po prostu, że miłość jego do Izoldy nie była znów tak wielka. To przeświadczenie przyjęło się z czasem powszechnie. Wkrótce przestano się już nim zajmować. Na ogół ludzie otaczający go mieli do niego nawet jakby nieuchwytny żal za to, że tak łatwo pogodził się i zapomniał.

  
5

Były to nogi wyzywająco białe i przedziwnie długie. Zakończone maleńką, wąską, wysoko sklepioną stopą, dostatecznie wysmukłe w pęcinach, wybuchały w nieskazitelnie modelowane podudzie, bardzo wysokie, twarde i jędrne. Od drobnych maleńkich kolan udo białe, o aksamitnym połysku, pokryte było całe siecią ledwie dostrzegalnych niebieskich żyłek, nadających kobiecemu ciału powagę marmuru. Drobne stopy tonęły jeszcze w płytkich, lakierowanych pantofelkach, a czarne, jedwabne pończochy okalały je powyżej kolan, podobnie jak w momencie, kiedy jeszcze unosiły swą właścicielkę. Amputacja nastąpiła tak szybko i musiała być przeprowadzona tuż poniżej pachwiny, że nie było potrzeby całkowitego ich obnażania. Umieszczone na kozetce i przerzucone niedbale jedna przez drugą, u góry otulone obficie pledem robiły wrażenie żywych kończyn śpiącej, przykrytej kobiety.

Berg przesiadywał nad nimi całymi godzinami. Znał każdy muskuł i nazywał go po imieniu. Przesuwając ręką wzdłuż quadriceps cruris, pieścił lekko palcami wewnętrzną stronę uda, w tym miejscu, gdzie pachwinę łączy z kolanem wąski, ledwo dostrzegalny mięsień gracilis, znany także pod nazwą "defensor virginitatis", najsłabszy z wszystkich mieśni nogi kobiecej. Cała jego bolesna miłość do Izoldy skoncentrowała się teraz na jej nogach. Godzinami leżał na kozetce, przytulony wargami do miękkiej, pachnącej skóry zaróżowionych ud, jak dawniej, kiedy pieścił je, gdy były jeszcze własnością tamtej. O samej Izoldzie myślał bardzo rzadko. Sciślej biorąc nie myślał wcale. Scena na klinice nie pozostawiła mu nic, prócz uczucia obcości i obrzydzenia. Co go mogła właściwie obchodzić tamta oderwana połowa kobiety, bezkształtny kadłub, ohydny i tragiczny. Przytulony w słodkim wyczerpaniu do cudownych jej nóg, które teraz niepodzielnie posiadał, czuł się zupełnie szczęśliwym.


  
Ta, że nogi Izoldy po dwóch tygodniach były równie różowe i świeże, jak pierwszego dnia po operacji - było dla niego rzeczą zupełnie naturalną. Czegoś przeciwnego nie byłby w stanie nawet pomyśleć. Wydałoby mu się to takim samym nonsensem, jak gdyby ktoś usiłował twierdzić, że Nike Fidiaszowej grozi rozkład, ponieważ brak jej głowy. Zresztą były to przecież po dawnemu nogi kobiety żywej, oddzielone od reszty przez prosty przypadek, nie przestające przez to być nadal jej częścią organiczną, połączoną na zawsze z tą żywą jednością nierozerwalnej osobowości.

  
6

Godzina dwunasta w nocy. Berg ma tej nocy dyżur w elektrowni. Właściwie mógłby siedzieć w swoim pokoju, na górze, jednakże gdzieś (tam głęboko) boi się samotności, chociaż myśli tej nie pozwala uświadomić sobie.

Jasne światło lamp, rytmiczny turkot maszyn działają sennie i kojąco.

Berg przechodzi kolejno między dwoma rzędami rozpędzonych maszyn.

Świst wirujących szprych i łoskot dźwigni. Muzyka rozpalonej stali.

Wpatruje się przez chwilę w wirujące koło, ale doznaje lekkiego zawrotu. Za chwilę przyciąga jego uwagę ogromny tłok wznoszący się i opadający z jednostajną dokładnością. Wydobywa się z niego głuche, zmęczone sapanie. Bergowi przychodzi na myśl akt płciowy. Przypatruje się prawie z przerażeniem, jak olbrzymi tłok spada i podnosi się niezmordowanie. Maszyna spółkuje. - Dlaczego one jednak same się nie rozmnażają - mówi Berg i czuje zimne mrowie wzdłuż kręgosłupa. - Dzikie, bezpłodne zwierzęta - rzuca nie oglądając się za siebie i przyśpiesza kroku.

Ale końca alei nie widać. Z prawej i z lewej strony opuszczają się i podnoszą w szalonym rozpędzie dźwignie. Berg czuje powiew twardej, bezwzględnej nienawiści, jaki wieje na niego od maszyn. Odwieczna nienawiść pracownika do swego eksploatatora. Czuje się maleńkim i bezradnym w otoczeniu tych żelaznych istot, oddany im na pastwę. Chce krzyczeć i opanowuje się ostatkiem świadomości. "Nienawidzą mnie - myśli jasno ale są przytwierdzone i nie mogą mi nic zrobić." Ażeby samemu sobie pokazać, że się nie boi, zatrzymuje się przed jedną z maszyn i przygląda się jej przez chwilę drwiąco. Obrót kół jest tu trochę wolniejszy, jakby leniwy. Zwierzę przyczaiło się i czyha. Berg uczuwa nagle nieprzepartą ochotę dotknięcia ręką szprychy. Nie może oderwać oczu od stali suwaka.

- Tylko dotknę i zaraz cofnę - myśli wyraźnie.  Chce się oderwać, uciekać i nie może. A koło zdaje się obracać coraz wolniej, coraz leniwiej... Olbrzymia ręka szprychy wydłuża się, wydłuża... Czuć jej zimny powiew. Za chwilę dotknie jego twarzy. Jezus Maria!

Berg czuje nagle ostry ból w ramieniu. Czyjeś kościste palce odrzucają go z niepojętą siłą w bok i słyszy twardy, chropowaty głos, jak głos trąby jerychońskiej:

- Ostrożnie! Byłby pan wpadł w maszynę.

Widzi nad sobą okopconą twarz robotnika, duże niebieskie oczy, wpatrzone w niego spod zmarszczonych brwi.

- Niech pan idzie na górę spać, my tu już sami dopilnujemy - mówi głos z tym samym akcentem rozkazującym, wobec którego Berg czuje się bezwolnym i słabym jak dziecko.

Silna koścista ręka przeprowadza go, unosząc prawie przez halę, i puszcza na podwórzu.

- Dziękuję - mówi cicho Berg i widzi nad sobą ogromną, czarną twarz nieba, całą w pryszczach gwiazd.

  
7

W tydzień po tym zajściu Berg wyszedł wcześniej niż zwykle z elektrowni i skierował się w stronę przeciwległą miasta. Złoty jesienny dzień pachnie hibikusem. Nieskończony spokój powietrza niepokoi i przeraża. Wszystko jest zaspane, nieruchome, żadna gałąź nie drgnie, tylko w tej ciszy śmiertelnej jeden za drugim odrywają się liście i spadają na piasek długą, kolistą serpentyną. Nieruchoma poezja jesieni.

Spadają suche liście,   
spadają wolno, rytmicznie,
szelestnie, aksamitnie po ziemi się ścielą
przerażone powietrza śmiertelną martwotą.
Nad chrząstką ich pościelą
czerwoną, liliową, złotą
słońce zachodzi powoli
melancholijnie, anemicznie.

Przed chwilą wpadł w tryby największej maszyny starszy  mechanik Ginter. Kiedy go wyciągnięto, był już jedną bezkształtną masą.

Dla Berga wspomnienie to jest nieprzyjemne i stara o nim nie myśleć. Od pamiętnej nocy przed tygodniem świadomość nieustającej i nieustępliwej wrogości wzrasta z każdym dniem i Berg nie może się z niej otrząsnąć. Ilekroć wypadnie mu przejść przez halę, robi to zawsze bardzo szybko; nie oglądając się na strony. Powiew tępej, bezsilnej nienawiści, jaka wieje z hali maszyn napełnia go zimnym, niewypowiedzianym przerażeniem. Patrzy w twarze robotników i stara się wyczytać z nich potwierdzenie tego samego uczucia, ale twarze są zamknięte i patrzą hardo i ponuro. Od jakiegoś czasu prześladuje Berga myśl, że ci ludzie, pracujący tutaj od kilku lat, muszą być wszyscy obłąkani. Chwyta siebie na tym, że śledzi ich ruchy i stara się nimi  potwierdzić swoje przypuszczenie. Kiedy wypadnie mu zamienić parę słów z robotnikiem, czuje, że się miesza, i musi skończyć czym prędzej rozmowę.

"Żeby tylko samemu nie zwariować" - myśli Berg i za potem przesuwa się plan zmiany posady.

Tak, tak będzie najlepiej. Przeniesie się, weźmie sobie pracę biurową. To go z pewnością uspokoi.

Nagle słyszy za sobą nieludzki świst. Przelatujące auto zaczepia go wachlarzem i odrzuca na trotuar. Słyszy z zewnątrz piętrzące się przekleństwa.

Jest zupełnie wytrącony z równowagi. Musi się oprzeć o drzewo, żeby skupić myśli. Strach duszony w głębi skrada się i gląda mu w oczy.

- Trzeba to przemyśleć, przemyśleć - powtarza Berg i jednocześnie czuje, że właściwie wszystko jest już za niego z góry przemyślane. Wyjścia nie ma. Przed chwilą w śmiesznej naiwności wydawało mu się, że wystarczy zmienić posadę, aby odgrodzić się od nienawiści maszyny. Teraz widzi, że maszyna czyha na niego wszędzie. Każdy krok jego uzależniony jest maszyny.

Berg czuje się nagle osaczonym. Wszystkie maszyny, oglądane kiedykolwiek, wypełzają z zakrętów świadomości i otaczają go żelaznym pierścieniem. Jak słaba nitka światła z tego labiryntu majaczeje w nim krzyk, imię: Izolda! Rozgląda się. Jest gdzieś daleko w nieznanej okolicy. Czuje dopiero teraz, że jest bardzo zmęczony. Trzeba wracać do domu. Nadchodzi tramwaj. Na widok jego Berg wzdryga się. Chce mu się krzyczeć. Patrzy w twarz pasażera z prawej strony. Jest dobroduszna, spokojna i zadqwolona, jak maska. Nagle pod naporem wzroku Berga maska pęka na dwoje potworną szczeliną uśmiechu i Berg widzi na chwilę czerwoną, otwartą paszczę szaleństwa o kilka centymetrów od swojej twarzy.

  
8

Coraz dziwniejsza atmosfera panuje w elektrowni. Niedostrzegalne szepty pomiędzy robotnikami od czasu tragicznej śmierci Gintera przeszły w cichy pomruk. Mówią o strajku. Berg coraz częściej natyka się w hali maszyn na rozsypujące się na jego widok grupki robotników.

Na drzwiach elektrowni wisi od dwóch dni mała kwadratowa odezwa, której nikt nie zdziera.

Berg długo płakał tej nocy z twarzą na nogach Izoldy. Nadszedł czas. Los wypycha go, dając mu w ręce rolę oswobodziciela.

  
9

Hala maszyn jest czarna i zieje pustką. Berg, od chwili, kiedy zamknął za sobą drzwi, stoi oparty o ścianę i coraz słabiej uświadamia sobie, po co właściwie tu przyszedł. Odkąd zjawił się tu po raz pierwszy jako młodziutki inżynier, nie widział nigdy tej hali milczącej i nie oświetlonej. Jest oszołomiony. W pierwszej chwili chce zapalić elektryczność, ale przypomina sobie, że elektryczności nie ma w całym mieście, ponieważ elektrownia nie funkcjonuje. To mu powraca świadomość. Stara się myśleć chłodno. Wyjmuje z kieszeni ślepą latarkę, którą specjalnie sobie przecież przygotował, i zapala ją. Ostra smuga światła przecina mrok. Czarna próżnia wydaje się przez to jeszcze ciemniejszą. Jak czarne skrzydła gigantóiV wyłaniają się z niej olbrzymie kontury kół.

Berg czuje, że jeżeli pozostanie tu jeszcze chwilę - rzuci się do ucieczki. Robi kilka kroków. Teraz porusza się już zupełnie mechanicznie. Droga jest dziwnie długa. Bergowi zdaje się, że już ją ominął. Trzeba wrócić. Podnosi latarkę. Widzi dopiero w tej chwili, że stoi pod samą tablicą. W  ostrym świetle smugi jak dwoje ślepiów jarzą się oczy zegarów.

Berg wyjmuje z kieszeni palta młot i pilnik.


  
Oczy zegarów wpatrują się w niego zimno i spokojnie. Ręka, w której ściska młotek, jest chłodna i pewna. Teraz tylko dużo spokoju.

Oczy manometrów stają się dziwne i magnetyzujące. Bergowi przychodzi na myśl fakir, którego widział w cyrku, ubezwładniającego wzrokiem węża. Teraz czuje to, co czuć musiał wąż, który przyszedł ukłuć, a nie może się poruszyć spętany tym dziwnym wzrokiem. To trwa chwilę. Wtedy ostatnim wysiłkiem woli podnosi Berg nagle młot i z niepojętą dla siebie samego siłą uderza nim w tablicę.

Trzask pękającego marmuru rozwala ciszę. Spokój jasny, ciepły, głęboki jak staw... I nagle staje się coś niepojętego: Jasne bezbrzeżne światło oślepia go na chwilę. Czarne nieruchome koła zaczynają się obracać. Berg czuje nagle twarde uderzenie w głowę i upada, waląc twarzą o posadzkę.

  
10

Na czwartej stronie jedynej, rozchwytanej w ciągu godziny gazety, między komunikatami czernieje mała wzmianka petitem: "...schwytany na gorącym uczynku sabotażu w chwili, gdy usiłował zniszczyć maszyny, poruszające elektrownię miejską, inżynier Witold Berg postawiony zostanie przed trybunałem robotniczym..."


11

Pusta olbrzymia hala fabryczna zapełniona morzem ludzkich głów. Na środku wzniesiona pośpiesznie z kilku pak trybuna. Chudy, piegowaty student z białymi mrugającymi rzęsami odczytuje bezbarwnie akt oskarżenia. Czarny, wylizany buchalter z dużym pasem przewraca wolno, z namaszczeniem kartki brulionu. Piegowaty student podnosi od czasu do czasu głos, który rozlega się jakby płaczliwiś i wtedy wtóruje mu pomruk tłumu, jak wiatr przepływający przez halę. Rozprawa dłuży się nudno i beznadziejnie. Właściwie wyrok jest już wszystkim wiadomy, chodzi tylko o przeprowadzenie przepisanych formalności.

Wreszcie student siada, wycierając nos chustką, a buchalter cienkim, metalicznym głosem zwraca się z nieokreślonym gestem w prawo:

- Proszę wprowadzić oskarżonego. Głuchy pomruk przechodzi salą. Potem drzwi prawe otwierają się trochę za głośno i pod konwojem czterech uzbrojonych w mauzery robotników wchodzi Berg. Tłum rozstępuje się trochę, aby dopuścić ich do trybuny.

Gwar rośnie i powoli zamienia się w hałas wrogich głosów.

Dzwonek. Przesłuchanie trwa dalej.

Wskazówki zegara poruszają się z upartą, żółwią bezradnością.

Nagle szmer wzmaga się i tłum głów, jak popchnięty, pochyla się w stronę trybuny.

Na trybunie stoi Berg. Jest bardzo blady, oczy mu biegają, jeden kosmyk włosów spadł na czoło. Ubrany jest bez zarzutu, w żakiet. Mówi głosem dźwięcznym, spokojnym, często zatrzymując się dla pochwycenia odpowiedniego wyrazu:

- Nastąpił dzień zemsty. Świadomy swoich celów proletariat staje do walki. Żeby walka była owocna, trzeba przede wszystkim uświadomić sobie, kto jest śmiertelnym wrogiem. Wystarczy tego wroga zniszczyć, a zło będzie usunięte. Takim wrogiem jest niewątpliwie burżuazja, ale nie jest to wróg zasadniczy.

Wystarczy odebrać fundusze burżuazji, a powiększy się przez to o kilka milionów głów masa proletariatu. Sam problemat proletariatu nie zostaje przez to rozwiązany. Wróg jest inny, bliższy, z którym robotnik styka się codziennie, przy pracy, który niepostrzeżenie pochłania jego siły, zdrowie, a niekiedy i życie. Wrogiem tym jest maszyna. Nie darmo cywilizacja burżuazyjna szczyci się maszyną, jako największą zdobyczą, która dostarcza jej miliona udogodnień. Ale sądząc, że wymyśliła w maszynie jedynie nową broń do walki z żywiołem i nowy sposób wyzysku proletariatu, burżuazja omyliła się. Maszyna rozrosła się jaki pasożyt, przegryzła się we wszystkie zakątki życia, z narzędzia staje się powoli jej panem. Burżuazja opanowana jest już całkowicie przez maszynę i nie może się bez niej obejść.

Ale robotnik zawsze nienawidził maszyny. Od samego początku była ona dla niego nędzą i przekleństwem. Dziesiątki tysięcy bezrobotnych, tysiące śmierci i okaleczeń, wdowy i sieroty bez chleba - oto czym jest dla robotnika maszyna. Teraz, gdy nastał czas walki otwartej i zyvycięskiej, zadanie proleta riatu leży tutaj: oswobodzić ludzkość od maszyny. Należy zniszczyć maszynę, zniszczyć natychmiast, jeżeli nie chcemy, aby ona nas zniszczyła.

Berg w tej chwili jest piękny. Rumieńce palą mu się na twarzy, a włosy zasypują czoło.

Trochę braw, długa niezdecydowana cisza. Berg schodzi z trybuny. Od stołu wstaje piegowaty student. Jest przestraszony. Mruga szybko oczkami. Mówi głosem prędkim, rozgniewanym. Wydaje mu się, że inżynier chciał sobie po prostu zadrwić z trybunału, ale brawa, jakie słyszal (zwrot niezdecydowany w stronę), zmuszają go do odpowiedzi. Niszczenie maszyn, które są dobytkiem kulturalnym całej ludzkości, a więc i proletariatu, byłoby powrotem do barbarzyństwa. Maszyny zarówno służą panom, jak i robotnikom. W jaki sposób proletariat obejdzie się bez maszyn? Przecież i tramwaje, i wodociągi, z których korzysta każdy, to też maszyny.

Berg nie słyszy do końca. Wychodzi przez tłum na ulicę. Ludzie rozstępują się przed nim. Deszcz pada drobny, jesienny,  zamazany jak płacz. Berg czuje, że go coś dławi za gardło. Cała jego mowa i apel wydają się śmieszną parodią. Po coZ Przecież oni są. tacy sami jak tamci, tylko trochę mniej "inteligentni". I zresztą za późno.


12

W parę dni później, gdy wybuchł strajk generalny, Berg wyszedł rano na ulicę. Dzień był jasny, słoneczny. Cisza zalegała place. Tramwaje nie kursowały. Berg wyszedł na najszerszą aleję i szedł w górę. Ulice pulsują dziwne, jak pijane. Z wszystkich bram wygląda niepokój. Cisza staje się ciężka. Wszystko przyczaiło się, jakby w oczekiwaniu czegoś, co ma się zdarzyć. Berg przyśpiesza kroku. Niesamowita cisza zaczyna go męczyć. Chce wrócić do domu. Na rogu ulicy ktoś chwyta go za ramię. Jasne niebieskie oczy i czapka z daszkiem gdzieś widziana. Mechanik z elektrowni. - Słyszałem was na sądzie - mówi jasnym, okrągłym głosem.

- Nie wszystko tam zrozumiałem, ale mówiliście, że nadchodzi czas, że maszyny będą nami rządzić, a nie my nimi. A widzicie, jeden nasz ruch i wszystko stoi. I cisza taka, jak przed stworzeniem świata. Cóż wy teraz? Cały pachnie, bije od niego słońce, radość, moc: My! My! Berg patrzy mu w twarz i bierze go szalona ochota wydrzeć  mu tę jego radość i zobaczyć w tych okrągłych oczach zwierzęce przerażenie. Idą trotuarem w stronę bramy tryumfalnej. Berg mówi:

- Właściwie teraz już jest wszystko jedno. Nie zrozumieliście duszy maszyny, wy, którzy staliście jej najbliżej. A to takie proste. Duszą maszyny jest pęd, perpetuum mobile. Jedynym zaś powietrzem, jakim my możemy oddychać, jest właśnie ograniczoność. Konsekwencje są jasne. Zaszczepiliśmy sobie śmiertelną szczepionkę, która nas powoli całych opanowuje.

Zbliżamy się do końca z matematyczną dokładnością. Wkrótce wszystko dookoła nas zastąpią maszyny. Będziemy się poruszali wśród maszyn. Każdy nasz ruch czynimy zależnym od maszyny.  Oddajemy broń. Zdajemy się zupełnie w ręce obcego, wrogiego nam żywiołu. Obręcz żelaznego wysiłku nerwów, która utrzymuje jeszcze nad nimi naszą hegemonię, musi lada chwila pęknąć. Wtedy pozostaję walka albo obłęd. Na razie nikt tego nie widzi, nie rozumie. Jesteśmy zaślepieni swoją mocą. Wyjścia nie ma. Osaczyliśmy się ze wszystkich stron sami. I zresztą to już jest w nas. Wy bez maszyny żyć już nie potraficie. Przodkowie wasi może by jeszcze potrafili. Wy już nie. Bronić się nie można. Trzeba czekać. Trucizna jest w nas samych. Zatruliśmy się własną mocą. Lues cywilizacji.

Do widzenia - nachylił się nagle do ucha mechanika, ściskając mu raptownie rękę. - Ja w tamtą stronę...
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj