Fragment książki "Stan oskarzenia"

  

Biuro Nicka mieści się na siódmym, najniższym z pięter zajmowanych przez firmę Rocker, Dusha & DeWine, lepiej znaną w kręgach prawniczych jako RDD. To największa firma prawnicza w mieście, zatrudniająca przeszło trzystu prawników i mająca filie w czterech miastach.

Nick pracuje tu dopiero od dwóch lat, a już ma narożny gabinet i dwóch młodych asystentów na swoje usługi. Jak mini-firma w firmie.

Jego gabinet został szykownie urządzony przez Danę, nową panią Rush. Jej rękę znać we wszystkim, od perskich dywanów i artystycznych glinianych waz, zdobiących nisze za jego miękkim, skórzanym fotelem, aż po złoty sztyft w prawym skrzydełku jego nosa.

Nick może i ma nową, elegancką żonę, ale jest wciąż tym samym człowiekiem, jakiego znam od przeszło dziesięciu lat. Gdy mówi, popiół z przyklejonego do dolnej wargi papierosa osypuje się na kosztowną, skórzaną podkładkę na biurko. Nick być może nie wygląda na swoją pozycję, ale ludzie zwykle słuchają go, gdy otwiera usta.

Strzepuje popiół grzbietem dłoni i przygląda się wypalonym śladom na nowej skórze.

 - Zabije mnie, jak to zobaczy - mówi. Ma na myśli Danę. Ślini lekko palec i próbuje usunąć plamy.

 - Muszę tu palić. Dana nie lubi, kiedy robię to w domu. Mówi, że od tego śmierdzą meble i jej ubrania. Ja tego nie czuję. Ale w końcu straciłem już węch.

 Zaciąga się porządnie papierosem i natychmiast dostaje ataku kaszlu.

 - To pierwszy dzisiaj - wyrzuca z siebie, próbując złapać oddech, z papierosem dyndającym w kąciku ust. - Ona ma rację. - Wyjmuje papierosa, przyglądając się mu, po czym z powrotem wkłada go do ust. - To cholerstwo zabija. Mam za swoje, bo zachciało mi się żenić z dekoratorką wnętrz.

Nie wspomina ani słowem o fakcie, że jest starszy od swojej żony o dwadzieścia lat. Patrzy na mnie, by sprawdzić, czy mu współczuję. Nic z tych rzeczy.

Moja własna firma, Madriani i Hinds, jest mała, żadna konkurencja dla RDD. Dwa lata temu mój partner, Harry Hinds, i ja wypatrzyliśmy ciche biuro w otoczonym zielenią parterowym budynku naprzeciwko hotelu Del Coronado. Szukając przyjemniejszego klimatu i pragnąc odmiany, dzięki funduszom uzyskanym z wysokiego wyroku w pewnej sprawie cywilnej, przenieśliśmy tu naszą praktykę ze stolicy. Od tego czasu Coronado i jego okolice stały się domem dla mnie i mojej piętnastoletniej córki, Sary. Sara nie ma matki. Nikki zmarła na raka kilka lat temu.

Tym, co sprowadziło mnie dziś do RDD, był telefon od przyjaciela. Nick ma pięćdziesiąt kilka lat. To najlepszy pod względem zarobków okres w karierze prawnika procesowego. Jest się wystarczająco dojrzałym, by mieć dobrą ocenę sytuacji i dość młodym, by mieć siłę przebicia na sali sądowej. Nick uważa przejście do RDD za słuszną decyzję. Nie jestem pewien, czy się z tym zgadzam. Sądząc z wyglądu, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy postarzał się o dobrych dziesięć lat.

Firma zwerbowała go z zapewnieniami, że zostanie przeniesiony do spraw cywilnych. Tymczasem siedzi zagrzebany po uszy w przestępstwach urzędniczych. Obok spraw upadłościowych, jest to jeden z rozwojowych sektorów prawa. Obydwa płyną na fali fałszowania ksiąg rachunkowych, która przetoczyła się w ostatniej dekadzie. "Pokolenie egoistów" z lat sześćdziesiątych nie radzi sobie najlepiej.

Nick doskonalił swe kwalifikacje w zakresie przestępstw gospodarczych przez przeszło dwadzieścia lat, najpierw w biurze Prokuratora Generalnego Stanów Zjednoczonych, potem w indywidualnej praktyce, zanim trafił tutaj. Krążą plotki, że składała mu propozycje jakaś inna firma, on jednak postanowił zostać w RDD. Podejrzewam, że gdyby prześledzić te pogłoski aż do źródła, pod głazem, spod którego wypłynęły, znalazłoby się Nicka we własnej osobie.

Tym, czego potrzebował jego pracodawca, był ktoś, kto mógłby zająć się szacownym biznesmenem, któremu od czasu do czasu zdarza się zrobić fałszywy krok i popaść w tarapaty, waszym życzliwym doradcą finansowym, który postanawia, że zainwestuje wasze środki raczej w swój nowy jacht, niż w obligacje, o których wam opowiadał, a potem drukuje własne papiery wartościowe, żebyście mieli co schować sobie w sejfie. Zdaniem Nicka coś takiego trudno nawet uznać za przestępstwo.

- Mieli wdrożyć mnie do spraw cywilnych, ale, jak widzisz, nic z tego nie wyszło. - Pokazuje mi sterty akt na podłodze, piętrzące się pod ścianą na wysokość metra.

- Nie mogą nadążyć z dostarczaniem szaf na akta. Przez ostatnie dwa miesiące wypracowaliśmy większy dochód, niż jakikolwiek inny dział. Powiedziałem im, że potrzebuję pomocy. Oni na to, że mam przycisnąć mocniej swoich ludzi. Gdybym mógł wydłużyć im dobę do pięćdziesięciu godzin, nie ma sprawy. Zrzeszenie oszustów - tak to określa. - Kantowanie klientów. Szczeniackie wygłupy. Powinni dawać człowiekowi plastikowe kółko i specjalny przycisk dekodujący, zanim oskarżą go o którąś z tych bzdur. Przysięgam, o połowie spraw w tych aktach nie wiedziałem, że jest nielegalna, dopóki nie zacząłem tu pracować.

- Dlaczego nie odejdziesz? Przypuszczam, że mógłbyś zaczepić się gdzie indziej.

- Za dużo w to włożyłem. Dwa lata. Gdzie indziej musiałbym zaczynać od początku. Za stary na to jestem. Mam żonę, która chce, żebym ubierał do sądu jedwabne skarpetki i pozywał towarzystwa ubezpieczeniowe, żeby mogła chwalić się przyjaciółkom przy obiedzie, że jej mąż specjalizuje się w prawie gospodarczym i nie musiała kłamać. Wiem, że twoim zdaniem oszalałem, przyjmując tę pracę. Rozwodząc się, żeniąc się po raz drugi.

- Nic takiego nie powiedziałem.

- Twoje milczenie jest ogłuszające - mówi.

- Nie jestem twoim terapeutą.

- Wiem o tym. On mówi mi, kiedy daję dupy.

- No dobra, więc może zrobiłem parę głupich posunięć. Głupi to słowo, które samo się nasuwa, prawda? - Ponownie ocenia mój wyraz twarzy, po czym dodaje: - Okej, nie ma co do tego dwóch zdań. Ale co się stało, to się nie odstanie. Moje życie osobiste jest już spalone. Ale praktyka prawnicza, kariera, to rzecz rozwojowa.

Dawno już nie widziałem u Nicka tyle optymizmu, pod jakimkolwiek względem. To jeden z tych prawników, którzy czują, że żyją, dopiero gdy mają pełne ręce roboty.

 - Szkoda, że nie jesteś moim terapeutą - mówi. - Powinieneś zobaczyć tego faceta. Chodzę do niego raz w tygodniu. To jak wizyty u dentysty, tyle że tu wierci się człowiekowi w mózgu, i to bez znieczulenia. Mówię mu, że czuję się całkiem dobrze, że chciałbym ruszyć dalej ze swoim życiem. On na to, że teraz, kiedy rozwód mam już za sobą, powinienem postarać się uwolnić od Margaret. Mówię mu, że uwolniłem się od niej kompletnie, kiedy jej adwokat załatwił mnie na rozprawie o alimenty. Jakby tego było mało, ona oskubała mnie co do grosza. Tłumaczę mu, że jestem zupełnie wolny, że nic mnie już z nią nie łączy. Wtedy on, chwytasz? on mówi, że muszę zająć się sprawą Margaret, żeby uwolnić się od poczucia winy. Mówię mu, że nie mam żadnego poczucia winy. On mi na to, że powinienem, że jeśli nie mam, to muszę mieć problemy z empatią. I za to każe sobie płacić sto pięćdziesiąt dolców za godzinę.

 - Przestań do niego chodzić.

Patrzy na mnie poprzez dym z papierosa, z miną godną De Niro.

- Wtedy pewnie czułbym się winny - mówi. - Mój stary mawiał, że ból jest dobry dla duszy. Wiem, to ma tyle samo sensu, co moja decyzja, żeby zatrudnić się w tej pieprzonej firmie. Ale jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. A jeśli tak się składa, że śpi się obok dwudziestosześciolatki z cudownym tyłkiem, czy wypada narzekać? - Śmieje się. To cena, jaką płaci za swoje żądze.

 Patrzy na mnie ponad górnym skrajem okularów do czytania. Nosi garnitur za trzy tysiące dolarów, ale ma łupież na ramionach, popiół z papierosa na krawacie i pobrużdżone, opalone czoło przechodzące w łysinę, którą stara się ukryć pod rzednącymi kosmykami czarnych włosów.

- Ludzie z czasem oddalają się od siebie. Możesz to nazwać kryzysem wieku średniego. Możesz to nazwać drugim dzieciństwem. Możesz to nazwać, jak sobie chcesz. Swędziało mnie. Więc się podrapałem.

W ten sposób określa dwutygodniowe szaleństwo z Daną na Karaibach. A nie było to jego pierwsze swędzenie.

Zabrał Danę z Nevis do St. Lucia, potem do Belize, a stamtąd na Bahamy, wciąż o pół kroku przed detektywem, którego Margaret wysłała, by go wytropił.


  
Co Dana powiedziała swojemu pracodawcy, nie mam pojęcia. Może wzięła urlop, a może uznała, że przywiązała Nicka do siebie na tyle mocno, że może się zwolnić.

Detektyw dogonił ich w Nassau. Przez cały ten czas Nick rzekomo był w Nowym Orleanie na seminarium prawniczym na koszt firmy.

- Robiłeś to kiedyś z dwudziestosześciolatką? - pyta ni stąd ni zowąd.

- Jak miałem dwadzieścia sześć lat.

- Nie, nie. Mam na myśli teraz.

Wiem, co ma na myśli, ale znając go, uznaję to pytanie za retoryczne. Widziałem, jak uprawia te sztuczki przed sędziami przysięgłymi dla pieniędzy, ogromnych pieniędzy, gdy broni sprawy klienta, przeszywając ich na wylot tymi swoimi świdrującymi oczkami z uśmiechem, o którym wiadomo, że nie ma w nim nic z wesołości.

Kiedy Nick zadaje pytanie w rodzaju: "Skąd wiesz, że niebo nie jest zielone?" wcale nie chodzi mu o odpowiedź. Chodzi mu o to, by zmusić do kapitulacji wasz zdrowy rozsądek. Kiedy sprawi, że zaczniecie podawać w wątpliwość własną zdolność logicznego myślenia, skłonienie was do uwierzenia w bajeczkę, jaką opowie jego klient, stojąc na miejscu dla świadka, jest już dziecinną igraszką.

W tym przypadku chodzi o rozgrzeszenie przez milczenie innego prawnika. Nawet jeśli nie robiłem tego ostatnio z dwudziestosześciolatką, Nick może pocieszać się myślą, że miałbym na to ochotę.

- Więc Margaret musiała wynająć sobie tego szatana - mówi - jakiegoś cholernego prawnika rozwodowego z Los Angeles, żeby dać mi w kość. Hej, czy ja się skarżę?

Fakt, że właśnie to robi, bynajmniej nie zbija go z tropu.

- Nie. Ja po prostu płacę rachunek i uznaję, że taka jest cena życia własnym życiem.

Jeśli jego podkrążone oczy miałyby być wskazówką, trzeba by uznać, że życie własnym życiem najwyraźniej go zabija. Twarz Nicka jest jawnym obrazem niewyspania. Czy haruje zbyt ciężko, żeby zarobić na alimenty, czy zbyt ostro figluje nocami z Daną, trudno powiedzieć. Cokolwiek to jest, z pewnością nie wychodzi mu na dobre.

- Gdyby ciebie tak swędziało - mówi - nie podrapałbyś się? Każdy facet z normalnym popędem seksualnym... - Gada dalej, jak gdyby mnie tu nie było.

Nick podejrzewa, że ja także miewałem miłostki, być może we wcześniejszym życiu, zanim zostałem wdowcem, choć nigdy nie zwierzałem mu się z tych spraw. To dlatego właśnie dzwoni do mnie od czasu do czasu. Jestem tańszy, niż jego terapeuta, a może łatwiej ignorować to, co mu mówię, bo nie mam żadnego przygotowania w zakresie wiedzy tajemnej. Będąc poza kręgiem jego stadła, jestem ramieniem, na którym bezpiecznie może się wyżalić.

Gdy siedzi naprzeciw mnie po drugiej stronie biurka, jego brązowe oczy przywodzą na myśl coś, co zobaczyć można za siatką w schronisku dla psów. Wiszą pod nimi worki jak u basseta.

Dana, nowa pani Rush, jest szczupłą blondynką, o pół głowy wyższą od Nicka. Ma świeżą urodę modelki szykującej się do kariery gwiazdy filmowej i, jeśli tylko nie straciłem zupełnie zdolności oceny charakterów, wie, jak wspinać się po drabinie życia. Spotkałem ją trzy razy i przy wszystkich trzech okazjach na pożegnanie rzucała mi spojrzenie, które kazało mi zastanawiać się, czy nie próbuje czasem mnie poderwać. Podejrzewam jednak, że w kontaktach z Daną większość mężczyzn może ulec temu złudzeniu, podsycając je regularnie w nadziei, że kiedyś przerodzi się w rzeczywistość.

Dana ma styl, który wprost krzyczy: ZDOBYCZ. Wysoka i opalona, z uśmiechem jarzącym się jak reaktor jądrowy, jednym przelotnym spojrzeniem przez zatłoczony pokój potrafi dokładać węgli, które rozpalają ego większości mężczyzn. A przy tym wszystkim macie świadomość, że prawdopodobnie popatrzyła na zegar za waszymi plecami, niepokojąc się, że spóźni się na wizytę u manikurzystki.

Nick poznał ją podczas jakiejś kwesty politycznej. Zostawił mózg na stole razem z datkiem i zaczął myśleć fiutem. Zlecił jej urządzenie swojego gabinetu, a co było dalej, wiadomo. Tkwi w tym kieracie od niemal dwóch lat i zaczyna wykazywać poważne oznaki zmęczenia.

 - Drapałbyś się. Prawda?

 - Co? - Gapię się na niego.
 - Gdyby cię swędziało. Powiedz mi, że tak - mówi - bo zacznę podejrzewać, że coś jest z tobą nie w porządku.

Robię wymijającą minę.

 - Świetnie, w takim razie powiedz, że byś się nie drapał.

 - Ona jest twoją żoną - odpowiadam. - Nie drapałbym się.

 - Ale gdyby nie była moją żoną?

 - Obawiam się, że nie mam twojej kondycji.

Wybucha śmiechem.

 - Cały sekret to utrzymać odpowiednie tempo.

 - Musisz mi to kiedyś pokazać.

 - No tak, cóż. Przyznaję, że to może być problem. - Patrzy na mnie. Marszczy brwi. Zmarszczki na zmarszczkach. - Tak czy owak, jeśli trzeba umrzeć, potrafisz znaleźć lepszy sposób?

Rzuca mi jedną z tych min, jakie prezentuje na chwilę nim powie wam, ile wyniesie jego honorarium - i zawsze płatne z góry. Nick przyjął za świętą zasadę lokalizowanie źródła pieniędzy swych klientów, by mieć pewność, że nie zostaną skonfiskowane przez rząd jako owoc jakichś nielegalnych układów.

 - Ona chce, żebym z tym skończył - mówi.

To wzbudza moje zainteresowanie i Nick zauważa to.

 - Nie z praktyką - wyjaśnia - po prostu z cięższymi sprawami karnymi. Tak więc obrywam z obydwu stron. Firma daje mi wycisk, a Dana dokręca śrubę. - Chwyta z biurka fiolkę środka przeciw nadkwasocie, odkręca ją, wysypuje bez liczenia kilka tabletek na dłoń, wrzuca je do ust, rozgryza, przełyka, po czym popija zawartością swego kubka.

Przełknąwszy wstaje, żeby odetchnąć i znów zaczyna narzekać na Danę.

 - Jest zła, że nie dotrzymują słowa. Chce, żebym porozmawiał z Toltem. Mam go przycisnąć, żeby przydzielił mi wielkie sprawy cywilne. Akurat, bo on mi je odda. On mnie nie cierpi.

 - Dlaczego?

 - Nie wiem.

 - Musi być jakiś powód?

 - Hej, znasz mnie przecież. Zrównoważony. Spokojny. Wszyscy mnie lubią. Uczę się wspinać po szczeblach kariery. Może trudno ci w to uwierzyć, ale stałem się dyskretny, taktowny, dyplomatyczny - mówi.

 - Zapomniałeś noża w czyichś plecach, tak?

 - Ty znów swoje. Pies próbuje nauczyć się nowych sztuczek, a ty wciąż krytykujesz.

 - Nie, ja znam tego psa. Może twierdzić, że to krzak, ale próbuje obsikać mi nogę.

 - Jak możesz tak mówić? Chodzą słuchy, że niektórzy ze wspólników chcą umieścić mnie w zarządzie.

 - Domyślam się, że to ci, których portrety wiszą w holu, z datami w nawiasach na tabliczkach z nazwiskiem?

 - Mówię poważnie - oburza się.

 - Wiem, że ty mówisz poważnie. To ich stan umysłowy mnie niepokoi. Jeśli oni mówią poważnie, muszą cierpieć na demencję.

 - Tak uważasz?

 - Nick, umieszczenie cię w jakimkolwiek zarządzie równałoby się anarchii. Jedynym stanowiskiem administracyjnym, na jakie się nadajesz, jest cesarz, a to byłoby możliwe tylko w piekle, i to pod warunkiem, że mają tam kraty w oknach.

Parska śmiechem.

 - Cóż, oni o tym myślą. Tolt jest jedynym, który się sprzeciwia. Z tego co słyszę, połowa wspólników w firmie jest gotowa odejść. - Mówi to z odrobiną złośliwej satysfakcji, jak gdyby spalenie własnego miejsca pracy do zgliszczy było jego ostatecznym celem. Nick podnieca się krwią, zwłaszcza jeśli jest to krew kogoś innego.


 
 - Nie mów, że słyszałeś to ode mnie, ale oni są na niego wkurzeni. - Mówi o Tolcie. - Chodzą plotki, że nie będzie premii na koniec roku. On chce władować wszystko w nową filię w Chicago. Są już zadłużeni po uszy. Tak właśnie bywa, kiedy firma rozwija się zbyt szybko - mówi. - Jestem tu już dość długo, a Tolt zaczyna uprawiać jakąś rachunkowość twórczą. Mógłbym zgarnąć go jako klienta.

Nick bywa fantastą. Adam Tolt jest wspólnikiem zarządzającym firmy, praktycznie rzecz biorąc jej szefem, Jahwe, najwyższą istotą w tym, co stanowi teraz wszechświat Nicka. Przewodniczy zarządowi, ale według wszystkich, którzy go znają, to do niego należą wszystkie decyzje. Zasiada w radach nadzorczych kilkunastu przedsiębiorstw, w tym dwóch, które tworzą wskaźnik Dow-Jonesa.

 - Więc co powiedziałeś Danie?

 - Powiedziałem jej, że pracuję nad tym. Niech ma trochę cierpliwości. Kto czeka, ten się doczeka.

 - To jeszcze jedna z mądrości twojego ojca?

 - Przeczytałem to na identyfikatorze jakiegoś gościa w kostnicy. Siedział na torach, kiedy przejechał go pociąg i jedyne, co udało się znaleźć, to jego stopa.

Wiem, że ta historia jest prawdziwa. Delikatność koronera.

 - Poza tym mam coś jeszcze w zanadrzu.

 - Co takiego?

 - W tej chwili nie mogę o tym mówić. - U Nicka wszystko jest wielką tajemnicą. Następny życiowy wyczyn.

 - Do diabła, Margaret przynajmniej nic nie obchodziło - wybucha. - Mogłem robić wszystko, co chciałem, bylebyśmy tylko mieli za co opłacić rachunki.

 - Mówisz tak, jakbyś żałował, że od niej odszedłeś.

 - Tylko raz w miesiącu - mówi. - Kiedy płacę alimenty. - Zastanawia się chwilę. - Nie. Nieprawda. Czasami widzę ją w snach - dodaje. - Jak rzuca się na mnie z toporem. - Śmiech Nicka po tego typu uwagach brzmi zawsze tak samo, ostry, piskliwy chichot, jakiego nie oczekiwałoby się po mężczyźnie jego postury, z potężną klatką piersiową. To był bolesny rozwód.

 - Stare przysłowie mówi - ciągnie Nick - że prawda wyzwala człowieka. Jestem tego żyjącym dowodem. Powiedziałem jej prawdę, a ona rozwiodła się ze mną. Ale przynajmniej zostawiłem ją z pieśnią w sercu.

Mówiąc to, uśmiecha się. Jego rozstanie z żoną nie było zbyt eleganckie. Towarzyszył mu szum w całym mieście, plotki przy każdej studni. Człowiek obdarzony darem wymowy pozwalającym mu bez trudu oczyszczać z zarzutów defraudantów i malwersantów nie wiedział, jak powiedzieć własnej żonie, że pragnie innej kobiety.

Nawet kiedy przyłapała go z Daną, Margaret była gotowa mu wybaczyć. Ale Nick znalazł sposób, by uchronić ją przed własną słabością; słowa piosenki Paula Simona - "Fifty Ways to Leave Your Lover" - odtwarzanej na starym gramofonie, wraz z listem pożegnalnym zostawionym na półce ponad nim.

Margaret zemściła się podczas rozprawy rozwodowej i alimentacyjnej, które nastąpiły później. Nick prawdopodobnie będzie musiał pracować jeszcze długo po osiemdziesiątce, żeby spłacić rachunki, choć przypuszczam, że jego roczny dochód przed opodatkowaniem zamyka się kwotą siedmiocyfrową. Domyślam się, że musi być teraz u niego krucho z pieniędzmi.

 - Zastanawiasz się pewnie, dlaczego cię tu ściągnąłem. - Przechodzi do rzeczy.

Włos jeży mi się na karku. Nickowi chodzi o przysługę.

 - Chcę, żebyś rozumiał, że to nie ja cię proszę; tak naprawdę to Dana.

 - Więc łatwiej mi będzie odmówić - odpowiadam.

 - Bądź miły. Ona cię lubi. To ona zasugerowała, żebym zwrócił się do ciebie.

Robię się nerwowy.

 - Ona ma znajomego. Facet siedzi razem z nią w okręgowej komisji do spraw kultury. Wygląda na to, że wplątał się w jakąś sprawę rozpatrywaną przez wielką ławę przysięgłych.

Zaczynam kręcić głową.

 - Słuchaj, nie bądź tak negatywnie nastawiony - mówi. - Wysłuchaj mnie do końca. Facet jest tylko świadkiem. Może nawet nie. Nie dostał jeszcze nawet wezwania do sądu.

 - W takim razie dlaczego potrzebuje adwokata?

 - No cóż, on uważa, że będzie go potrzebował. Wiem. I nie prosiłbym cię, gdyby nie to, że w moim przypadku zachodzi konflikt. Nie mogę go reprezentować. Facet jest w branży.

 - Tak samo jak kolumbijski kartel. To nic osobistego - mówię mu.

 - Na ile wiem, jest czysty. Nie był dotąd karany. To miejscowy przedsiębiorca budowlany.

Znając Nicka, facet prawdopodobnie drąży tunele pod przejściem granicznym w San Ysidro. Nick powiedziałby ławie przysięgłych, że jego klient szukał ropy naftowej, a oni najprawdopodobniej uwierzyliby mu.

 - Więc dlaczego prokurator generalny Stanów Zjednoczonych chce rozmawiać z miejscowym przedsiębiorcą budowlanym?

 - Dostali jakiegoś bzika na punkcie prania pieniędzy. To wszystko, co wiem. Przypuszczam, że któryś z ich donosicieli dobrał się do niewłaściwego pudełka ciastek. FBI miewa od czasu do czasu takie napady. To jak fazy księżyca - mówi. - Jeden z ich informatorów ma fatalny odlot, dostaje halucynacji, a pół tuzina agencji haruje po godzinach. Na ile rozumiem, chodzi im o tych ludzi w Meksyku.

 - Jakich ludzi w Meksyku?

 - Możesz wypytać o wszystkie szczegóły, kiedy będziesz rozmawiać z tym facetem.

 - Nie powiedziałem wcale, że będę z nim rozmawiać.

 - Nazwisko tego przyjaciela Dany. - Nie zwraca na mnie uwagi. - Prawdę mówiąc to nie jest nawet jej przyjaciel. Po prostu poznała go parę miesięcy temu. Jak się wydaje, inny świadek wspomniał jego nazwisko przed ławą przysięgłych.

 - Jak do tego doszło? A bardziej do rzeczy, skąd wiesz, co powiedział świadek przed wielką ławą przysięgłych? Ostatnim razem, kiedy sprawdzałem, w salach obrad wielkiej ławy przysięgłych zamykano drzwi na klucz i spuszczano wszystkie żaluzje w oknach.

 - Nie pytaj mnie o rzeczy, których nie mogę ci powiedzieć - mówi. - Do diabła, gdybym to ja został wezwany przed wielką ławę przysięgłych, pewnie skończyłoby się na tym, że wymieniłbym twoje nazwisko.

 - Dzięki.

 - Nie, mówię poważnie. Gdybym powiedział im: "Poszedłem na lunch z moim przyjacielem Paulem," FBI zaczęłoby przetrząsać wszystkie twoje śmiecie. Zawsze tak robią. Przez dwa lata prowadzą śledztwo, przekopują twój ogródek, rozmawiają z twoimi przyjaciółmi, wyjaśniają twojemu szefowi, że nie ma się czym martwić, chcą tylko zajrzeć do twojego biurka żeby sprawdzić, czy nie ma tam heroiny, a potem wszystko cichnie. Nikt nie zostaje oskarżony, i nikt nawet nie wie, dlaczego. Oczywiście wszyscy twoi sąsiedzi na twój widok wciągają dzieciaki do domu, zasuwają zasłony i zamykają drzwi na łańcuch. Ale to są uroki życia w demokracji, no nie?

Wciąż zastanawiam się, kim są ci ludzie w Meksyku.

 - Posłuchaj. Wszystko, o co cię proszę, to żebyś porozmawiał z tym gościem. To prawdopodobnie rozejdzie się po kościach. Wątpię, żeby go wzywali.

 - Parę sekund temu przetrząsali mój śmietnik.

 - Tak, ale ty nie jesteś tak niepokalanie czysty, jak ten facet. Słuchaj, on potrzebuje tylko kogoś, kto będzie trzymał go za rękę.

 - Odnoszę wrażenie, że to coś w sam raz dla ciebie, żebyś mógł zacząć nowy rozdział - mówię mu. - Mówiłeś, że to biznesmen.

 - Zająłbym się tym, gdybym mógł. Ale tu jest konflikt. RDD parę lat temu prowadziła pewną sprawę cywilną przeciwko jego firmie. Wiesz, jak to jest? Dana zrobiła wielki szum, że jej mąż jest adwokatem. Jest nowa w komisji kulturalnej. Chciała się popisać. Więc kiedy ten gość powiedział jej o swoich problemach z prawem, ona na to: "Poproszę męża, żeby z tobą porozmawiał." A tu okazuje się, że nic z tego. Co twoim zdaniem mam zrobić? Chcesz, żeby straciła twarz?

Znając Danę, facet prawdopodobnie próbował ją poderwać. Nie dzielę się z Nickiem tą myślą.


  
 - Ona próbuje zrobić wrażenie - mówi. - Poza tym ten gość jest hojnym sponsorem. Szczodrze wspiera wszelkie słuszne sprawy.

 - Więc jeśli robi tyle dobrych uczynków, dlaczego wielka ława przysięgłych chce rozmawiać z tym Bratem Teresą?

 - To pewnie nic takiego.

Zaczynam marudzić i Nick to wyczuwa.

 - Wyświadczyłbyś mi wielką przysługę. Ocaliłbyś mi życie - mówi. - No, może nie aż tyle.

 - Chcesz powiedzieć, że wyświadczyłbym wielką przysługę Danie.

 - Na jedno wychodzi.

Już widzę go, jak dziś w nocy ciągnie ją w stronę wyrka, szepcząc jej do ucha, że zatroszczył się o jej przyjaciela, że przekazał go w dobre ręce, przez cały czas czekając na drobną, słodką zapłatę.

 - Jak się nazywa ten klient? - Wyciągam wizytówkę i pióro, żeby zapisać nazwisko.

 - Gerald Metz. Powiem mu, żeby do ciebie zadzwonił.

 - Żadnych narkotyków, Nick. Nie zajmuję się sprawami narkotykowymi. Wiesz o tym.

 - Wiem. To nie narkotyki. Wierz mi. Na ile wiem, facet jest czysty. Jego nazwisko pojawiło się w tej sprawie, bo robił jakieś prace dla pewnych ludzi. Wiesz, jak to jest.

 - Wiem, jak to jest. - Unoszę dłoń i uciszam go, zanim zacznie od nowa. Rozdział drugi. Wykład Rusha na temat praw obywatelskich.

 - Wysłuchaj jego historii, powiedz mu, żeby się nie martwił i zgarnij od niego duże honorarium - mówi.

 - A jeśli wielka ława przysięgłych wezwie go na zeznania? Czy on zdaje sobie sprawę, że nie mogę pójść z nim na salę obrad?

 - Wymyślasz problemy. Rany, jeśli zostanie wezwany, poinformujesz go o jego prawach. Powiesz mu, żeby powołał się na piątą poprawkę.

 - Zdawało mi się, że mówiłeś, że jest czysty.

 Nick rzuca mi jeden ze swych słynnych uśmiechów.

 - Kto potrzebowałby adwokata, gdyby był zupełnie czysty? - Po chwili śmieje się. - To tylko żart - dodaje.

 - Nick!

 - Słuchaj, muszę lecieć. Klient czeka na mnie na zewnątrz. Jestem już spóźniony. Ale jeszcze pogadamy - mówi.

 - Zdawało mi się, że zapraszałeś mnie na lunch.

 - Wiem, a ty się zgodziłeś. Ale zrobiłeś to zbyt łatwo - mówi. - Następnym razem wymyśl jakieś trudności. - Wychodzi zza biurka, kładzie mi dłoń na ramieniu i prowadzi mnie w stronę drzwi. - W przyszłym tygodniu. Ja stawiam. Obiecuję. Pójdziemy do klubu. Nie byłeś tam jeszcze. To jedna z korzyści bycia wspólnikiem - stwierdza. - To i okno.

 Nick dopiął swego: złapał mnie na haczyk.

 - Dana powiedziała mu, że zadzwonisz do niego, żeby umówić się na wizytę.

 - Zdawało mi się, że mówiłeś, że to on do mnie zadzwoni.

 - Naprawdę? Lepiej ty do niego zadzwoń. On mógłby zapomnieć. Powiedziałem Danie, że to zrozumiesz.

Myliłem się. Nick już dostał zapłatę od Dany.

 - Słuchaj, jestem pewien, że ten gość jest czysty. Rozumiesz, moja żona nie zadaje się z kryminalistami. - Zerka na mnie ponad oprawkami swoich połówek. - To moja działka.

Bierze mnie pod rękę i prowadzi w stronę bocznych drzwi, tych, które wychodzą bezpośrednio na korytarz, a nie do poczekalni, gdzie jego klienci tłoczą się jak samoloty nad lotniskiem LaGuardia.

 - Jak dobrze Dana zna tego gościa?

 - Posłuchaj, opowiem ci coś ciekawego. - Nick zmienia temat. To jego specjalność.

 - Parę tygodni temu Dana zabrała mnie na wystawę. Facet, który zbiera najwyższe laury. I uważaj. Jego dzieło sztuki to ściana z tektury, pomalowana na granatowo, z jakimś brokatem na wierzchu. Cała oklejona kondomami, w różnych kolorach, wiszącymi jak sflaczałe słoniowe trąby. Artysta dał temu tytuł: "Żyjące palce." Zapytałem Danę, co to znaczy. Ona na to, że nie ma pojęcia.

 - Może to jest w oku patrzącego - mówię mu.

 - Coś na pewno było w czyimś oku - przyznaje Nick. - Bo jeszcze tego samego wieczora ten Picasso został sprzedany za dwa tysiące siedemset baksów jakiejś starej dupencji w jedwabnej pelerynie i filcowym kapeluszu z piórkiem. Założę się, że uznała, że palce ożyją, kiedy zabierze je do domu. Nie zrozum mnie źle - dodaje. - Cenię sztukę tak jak każdy przeciętny człowiek.

To mówi ktoś, kto w college'u chodził na zajęcia z historii sztuki wcześnie rano, żeby móc spać w ciemnościach podczas pokazów slajdów.

 - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

 - A co to było?

 - Jak dobrze Dana zna tego gościa?

 - Którego, tego który namalował ten obraz?

 - Geralda Metza - mówię.

 - Ach, jego. Ona w ogóle go nie zna. Spotykają się raz w miesiącu. Zadzwoń do niego. A w przyszłym tygodniu pójdziemy na lunch. - Patrzy na mnie swoimi wielkimi, brązowymi oczyma. To ostatnia rzecz, jaką widzę, nim stwierdzam, że stoję tuż za progiem jego gabinetu, a orzechowe drzwi zamaszyście zatrzaskują mi się przed nosem. Kolejne zwycięstwo na koncie Nicka Rusha.
     

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj