szukaj
Fragment książki "Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności"

 
Wprowadzenie

Zatruta studnia powstała z wewnętrznej potrzeby uporządkowania obrazu świata, który kształtował się w latach 1989-2001; był to, wbrew zapewnieniom Fukuyamy, że czeka nas nuda, jeden z najciekawszych etapów historii, czas rewolucyjnego fermentu rodzącego procesy, idee i zjawiska będące fundamentem dla społeczeństwa XXI stulecia, społeczeństwa, jakie powstanie na gruzach wielkich dwudziestowiecznych utopii.

Co wspólnego ma mit Europy Środkowej z wirtualną wojną, a Galileusz z Osamą ben Ladenem? I czy cokolwiek łączy meksykańskich zapatystów z programistami tworzącymi system operacyjny GNU/Linux, a biologa Craiga Ventera z Shoko Asaharą, przywódcą sekty Aum Shinrikyo? Ktoś, kartkując tę książkę, na którą składa się jedenaście rozdziałów opisujących niekiedy bardzo odległe od siebie zjawiska, pomyśli może, że ma do czynienia z jakimś postmodernistycznym eksperymentem, chaotyczną narracją przeskakującą z tematu na temat. A jednak w pewnym momencie w tym pozornym chaosie zaczyna pojawiać się porządek, ujawniają się nici łączące elementy łamigłówki. Raz ustalony związek staje się oczywisty. Lekturę Zatrutej studni należy potraktować jak grę. Rolą autora było tylko ustawienie pionków na planszy i wykonanie pierwszego ruchu. Teraz kolej na czytelnika.

Francis Fukuyama, amerykański politolog, zasłynął tym, że w 1989 roku uśmiercił historię. W letnim numerze pisma „The National Interest” ukazał się jego głośny artykuł Koniec historii?. Znamienne, że tekst ten powstał jeszcze przed 4 czerwca, dniem, w którym mieszkańcy globalnej wioski mogli na ekranach swych telewizorów obejrzeć dwa jakże znamienne spektakle: pierwsze wolne wybory w Polsce i masakrę chińskich studentów na pekińskim placu Niebiańskiego Spokoju.

Kolejne miesiące zdawały się potwierdzać słuszność tezy Fukuyamy: w ślad za Polską poszły Węgry, 9 listopada 1989 roku runął Mur Berliński, przez Czechosłowację przetoczyła się aksamitna rewolucja. Pekińska tragedia wydawała się tylko ostatnim paroksyzmem, przedśmiertnymi drgawkami konającej historii. Nastąpił triumf Zachodu i zachodniej idei. Przejawił się on w sposób najbardziej oczywisty w całkowitym wyczerpaniu się sił żywotnych alternatyw systemowych zachodniego liberalizmu. Tym samym spełniła się zapowiedź Hegla, który pierwsze objawy śmiertelnej choroby historii dostrzegł w 1806 roku, po bitwie pod Jeną. Zwycięstwo Napoleona miało zwiastować nastanie nowej epoki w dziejach ludzkości, której finałem będzie państwo zbudowane na ideałach równości i wolności, rządzone przez ludzi kierujących się wyrokami „trybunału Rozumu”.

Fukuyama jest szczęśliwym uczniem Hegla, szczęśliwym, bo doczekał spełnienia proroctwa swego mistrza. Esej amerykańskiego uczonego kończy się następującą wizją: Koniec historii będzie bardzo smutną epoką. Walka o uznanie, gotowość ryzykowania życia w imię całkiem abstrakcyjnych celów, powszechna wojna ideologiczna, która wymaga śmiałości, odwagi, wyobraźni i idealizmu – wszystko to ustąpi miejsca kalkulacji ekonomicznej, nieustannemu rozwiązywaniu problemów technicznych, zainteresowaniu środowiskiem i zaspokajaniu wyszukanych potrzeb konsumpcyjnych. W okresie posthistorycznym nie będzie ani sztuki, ani filozofii, a tylko stała opieka nad muzeum ludzkiej historii. Przeżywam sam i obserwuję u innych mocne uczucie nostalgii za czasami, w których istniała historia. Nostalgia ta będzie w istocie przez pewien czas nadal podsycać rywalizację i konflikty, nawet w świecie posthistorycznym. Cywilizacja, która powstała w Europie po 1945 roku, z jej północnoatlantyckimi i azjatyckimi odnogami, budzi we mnie bardzo ambiwalentne uczucia, choć jestem świadom, że była nieunikniona. Być może sama ta perspektywa stuleci nudy u kresu historii przyczyni się do tego, że historia rozpocznie się raz jeszcze.

Nastrój endyzmu udzielił się wielu innym myślicielom, którzy w pośpiechu zaczęli dopisywać swoje rozdziały do tekstu Fukuyamy, by zdążyć, nim ktoś krzyknie: koniec czytania! i zgasi światło. I tak Jim Horgan obwieścił koniec nauki, Frances Cairncross, znakomita publicystka brytyjskiego tygodnika „The Economist”, zapowiedziała śmierć odległości, amerykański dysydent-intelektualista Jeremy Rifkin ogłosił koniec pracy, francuski socjolog Alain Touraine uznał, że jesteśmy świadkami końca społeczeństwa oraz postępu, a technologiczny wizjoner Bill Joy, podejmując rozważania nad tym, dlaczego przyszłość nas nie potrzebuje, stwierdził przy okazji, że chyba nadchodzi również koniec samego człowieka. O Bogu nie wspominam, bo uśmiercił Go przed ponad stu laty Fryderyk Nietzsche.

Na tym jednak nie koniec. Złożenie do grobu pewnych idei uruchamia cały łańcuch konsekwencji. Gdy kończy się historia, kończy się również wielka polityka. Jej miejsce zajmuje technika, jako racjonalna metoda rozwiązywania bieżących problemów. W świecie wolnym od miazmatów historii wszystko da się sprowadzić do kwestii ekonomicznych, prawnych, technicznych, naukowych, które na pewno da się rozwiązać, podobnie jak proste równanie matematyczne z jedną niewiadomą. Wynik może być tylko jeden, a skoro tak, to rola polityków i polityki ograniczyć się musi w konsekwencji do prostego zarządzania. A gdy kończy się polityka, kończy się również wojna, która przecież nie jest niczym innym – jak głosił nieśmiertelny Carl von Clausewitz – niż ekstremalnym narzędziem realizowania politycznych celów.

Do takiego wniosku doszedł w dziesięć lat po Fukuyamie inny Amerykanin, Thomas L. Friedman, publicysta z „The New York Times” w bestsellerze Lexus i drzewo oliwne. Otóż jego zdaniem koniec historii oznacza nastanie szczęśliwej epoki globalizacji (oczywiście, nie jest to proces natychmiastowy, budowa społeczeństwa globalnego, podobnie jak kiedyś socjalistycznego, musi nieco potrwać), w której nie ma wojen, a dlaczego – wyjaśnia to teoria złotych łuków. Głosi ona, że kraj o odpowiednio wysokim poziomie rozwoju gospodarczego, z klasą średnią na tyle dużą, by firmie McDonald’s opłacało się w nim otwierać sieć swoich barów, staje się krajem McDonald’sa. A ludzie z takich krajów nie toczą między sobą wojen, gdyż wolą czekać w kolejce po hamburgera.

Znana jest anegdota o Marii Antoninie, która, jadąc przez francuską wieś tuż przed rewolucją, wzruszyła się niedolą głodujących wieśniaków. Na pytanie, co jest przyczyną ich biedy, usłyszała – brak chleba. Niech więc jedzą ciastka! – zadowolona ze znalezionego rozwiązania ruszyła dalej, w kierunku czekającej na nią gilotyny. Dlaczego oni ze sobą walczą? – pyta zatroskany Friedman. Bo są głodni. No to zbudujcie im McDonald’sa.


Nagle więc okazało się, że problemy, nad którymi przez lata łamały sobie głowy setki najtęższych filozoficznych umysłów, można rozwiązać w sposób tak banalny. Oto znów człowiek Zachodu zafundował sobie utopię, po raz kolejny ogłosił możliwość zbudowania raju na ziemi, w którym każdy będzie miał dostęp do Internetu i hamburgerów, a ewentualne napięcia rozwiązywać będą psychoterapeuci i lekarze zapisujący lifestyle drugs (ich przykładem jest Prozac i Viagra), pomagające przeżyć zapowiedzianą przez Fukuyamę nudę bez popadania w splin. Sam Fukuyama zwraca zresztą uwagę na niepokojące zjawisko faszerowania nadpobudliwych dzieci środkami uspokajającymi. Tylko w Stanach Zjednoczonych traktuje się tak ponad trzy miliony maluchów. Powoli zaczyna się potwierdzać opinia niemieckiego socjologa Ulricha Becka, że w epoce ponowoczesnej problemy społeczne rozwiązywać się będzie metodami farmaceutycznymi i psychoterapeutycznymi. Ale czy nie praktykowano już tego w wielu krajach komunistycznych, gdzie dysydentów, ludzi nie wiedzieć czemu niezadowolonych z doskonałego systemu, kierowano na indywidualne leczenie do „psychuszek”?

* * *

Uważny czytelnik Friedmana, któremu euforia nie przeszkodziła kontynuować lektury Lexusa po rozdziale o teorii złotych łuków, odnajdzie kilkaset stron dalej krótki, lecz istotny do niej przypis, świadczący o tym, że amerykański publicysta, choć wierzy w siłę sprawczą obiektywnych procesów dziejowych, sądzi jednak, że należy je aktywnie wspierać: To, że nie zdarzyło się, by dwa państwa, które mają u siebie bary McDonald’sa, toczyły ze sobą wojnę, jest po części wynikiem siły Stanów Zjednoczonych i ich gotowości do użycia swojej potęgi przeciwko tym, którzy mogliby zagrozić systemowi globalizacji – począwszy od Iraku, a na Korei Północnej skończywszy. Niewidzialna ręka rynku nic by nie zwojowała bez niewidzialnej pięści.

A więc zaprowadzimy globalizację choćby na ostrzach bagnetów, doprowadzimy do logicznego końca dzieło, które rozpoczął w 1806 roku Napoleon, wygrywając bitwę pod Jeną. Wiara w koniec historii wynika z przekonania, że to my mamy rację, że nasze wartości są uniwersalne, a kto się im sprzeciwia, jest barbarzyńcą, któremu, dla jego własnego dobra, wartości te należy narzucić siłą.

Z barbarzyńcami, jak zwykle, jest pewien kłopot. Nie wszystkim smakują hamburgery. Oto na przykład Subcommandante Marcos, symboliczny przywódca antyglobalizacyjnego ruchu zapatystów w Meksyku, przekonuje na łamach „Le Monde Diplomatique” z 1997 roku, że przedwcześnie pogrzebaliśmy historię. Trwa bowiem czwarta wojna światowa, wojna biednych przeciwko sile globalnego kapitału i popierającej ją niewidzialnej pięści. Marcos, podobnie jak Fukuyama pilny uczeń Hegla, choć z innej klasy, dowodzi, że wraz z upadkiem Muru Berlińskiego zakończyła się nie historia, lecz zimna wojna, która była w istocie III wojną światową.


  
Według niego projekt socjalistyczny nie upadł na skutek nieubłaganego procesu dziejowego. Upadł, bo poległ w walce z bezwzględną siłą forsowanego przez Stany Zjednoczone globalnego kapitalizmu. Wojny tej jednak nie zakończył ostateczny pokój, lecz stan wojny permanentnej.


Słowa Marcosa z 1997 roku zignorowano, traktując go jako egzotycznego obrońcę praw Indian, bez większego znaczenia dla losów świata. Tymczasem co przenikliwsi socjologowie, jak na przykład Manuel Castells, uprzedzali: rodzi się nowy rodzaj ruchów społecznych, których zapatyści są modelowym przykładem. Model ten powielają dziesiątki innych ruchów: antyglobaliści, ekolodzy i ekoterroryści, ultraprawicowe amerykańskie milicje i niemieccy neofaszyści, a także sieci terrorystyczne, jak japońska Aum Shinrikyo i al-Kaida ben Ladena.

11 września historia głośno przypomniała o sobie. Wydarzenia tego dnia były zaskoczeniem dla wszystkich, którzy ulegli pokusie jednostronnej lektury i zawierzyli Fukuyamie, Friedmanowi, Tofflerom oraz ich hurraoptymistycznym wizjom. Ci, co czytali trochę więcej, zaskoczeni być nie mogli. Nie chodzi tu tylko o możliwość przewidzenia samego ataku – choć przed 11 września istniało odpowiednio wiele opracowań i precedensów, wskazujących, że podobny, szalony rzekomo akt jest jak najbardziej realny (ponadto pojawiają się dokumenty świadczące o tym, że bezwładna biurokracja FBI po prostu zlekceważyła informacje dostarczane przez agentów). Wystarczy nieco pogrzebać w internetowych archiwach instytucji takich jak Rand Corporation lub przejrzeć dostępne w księgarniach książki poświęcone terroryzmowi.

Marcos miał rację, uznały po 11 września Stany Zjednoczone, a wraz z nimi wiele innych państw. Jesteśmy w stanie wojny. Ale czy jest to nadal wojna opisana przez von Clausewitza, wojna, która ma trzy cele: pokonać siłę nieprzyjaciela, zająć jego terytorium, narzucić mu pokój? Obecnie trudności zaczynają się już przy próbie osiągnięcia pierwszego celu. Nieprzyjacielem nie są państwa, lecz procesy, a siła jest ich emanacją. Procesy te są całkowicie chaotyczne, nieobliczalne i nieprzewidywalne, przebiegają na nieokreślonym terytorium. Przekonanie, że można wygrać tę wojnę, prowadząc ją w Afganistanie, to złudzenie. Jak piszą eksperci z Oxford Research Group i co potwierdza amerykański wywiad, operacja w Afganistanie zniszczyła w ciągu pierwszego półrocza trwania zaledwie 20-30 procent potencjału al-Kaidy. Reszta, rozproszona po całym świecie, jest praktycznie nieuchwytna i w każdej chwili zdolna do podjęcia działań. Skoro mamy takie problemy z podstawowymi definicjami, to może po prostu trwająca – dla jednych już ponad dziesięć lat, dla innych dopiero od września 2001 roku – wojna nie jest wojną klasyczną, lecz wojną domową – światową wojną domową, jak nazwali ją publicyści? Cóż jest jej stawką?


* * *

11 września 2001 roku wraz z wieżami World Trade Center w gruzach legła ostatnia wielka utopia zbudowana na optymistycznym projekcie oświeceniowym, definitywnie zakończył się wiek XX – stulecie niespełnionych wizji raju na ziemi. Dobiegła końca euforyczna dekada zapoczątkowana rewolucją polityczną 1989-1991 w Europie Środkowej, kiedy runął Mur Berliński, przestał istnieć Układ Warszawski i rozwiązano Związek Radziecki. Przewrót ten zbiegł się z nową rewolucją naukowo-techniczną: eksplozja Internetu i telefonii komórkowej oraz rozpoczęcie Human Genome Project (projektu poznania genomu ludzkiego), narodziny Nowej Gospodarki i wizji globalnego społeczeństwa informacyjnego zdawały się dowodzić, że w ostatecznym rozrachunku rozum zwyciężył.

Głosiciele tych wizji nie dostrzegali, że społeczeństwo nie rozwija się liniowo, według jednego tylko scenariusza. Coraz większa część społeczeństw Zachodu odrzuca ideę postępu i przechodzi na pozycje postmaterialistyczne, kiedy ważniejszy staje się nie komfort mierzony ilością technologicznych gadżetów, ale jakość życia rozumiana przez pragnienie ciekawej pracy, przebywania w czystym środowisku, możliwość samorealizacji. Pragnienia te są tym silniejsze, im bardziej zaczynamy sobie uświadamiać, że głównym źródłem zagrożenia jest właśnie postęp, którego konsekwencje wymykają się racjonalnej kontroli. Choroba szalonych krów, sprawa krwi skażonej HIV we Francji, afera dioksynowa w Belgii, pavulon i afera łódzkiego pogotowia, finansowe skandale na giełdzie amerykańskiej rozpoczęte upadkiem koncernu energetycznego Enron powodują, że człowiek współczesny przestaje ufać państwu jako moderatorowi postępu oraz instytucjom takim jak Kościół, które miały być depozytariuszami trwałych wartości. Krzyczy więc: stop!, i odkrywa, że ma coraz większą siłę, która znajduje ujście w takich „oddolnych” przedsięwzięciach, jak obrona życia skazanej na ukamienowanie Nigeryjki Safii, protest przeciwko planom zatopienia platformy naftowej przez koncern Shell lub wystąpienia antyglobalistyczne.

Dramat obdarzonego coraz większą siłą współczesnego postmaterialistycznego człowieka Zachodu tkwi w sprzeczności kryjącej się między pięknymi intencjami a ich konsekwencjami. Walczy on na przykład o czystsze środowisko naturalne i myśli, że jest to walka o wartość uniwersalną. Tymczasem mieszkańcy krajów mniej rozwiniętych w pierwszej kolejności chcą się jak najszybciej modernizować, a ponieważ startują z pozycji kilkudziesięcioletniego opóźnienia, nie mogą się unowocześnić bez negatywnej ingerencji w środowisko – w tym przypadku ekologia jest wartością drugorzędną, luksusem, na jaki mogą sobie pozwolić bogaci.

Podobnie nawoływanie do ograniczenia konsumpcji w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Japonia lub Niemcy oznacza w świecie będącym systemem naczyń połączonych, że najbardziej stracą na tym najbiedniejsi. Konsumujący bez opamiętania Amerykanin jest ciągle najlepszym sponsorem ludzi z ubogich krajów, a jego dolary napędzają nie tylko amerykańską gospodarkę.


Przyglądając się paradoksom i sprzecznościom tego świata, nie można uniknąć pytania – co powoduje, że mimo wszystko utrzymuje on ciągle stabilność, że – jak zauważa Ryszard Kapuściński – wbrew temu, co pokazują media, wojna jest w nim wyjątkiem i zdecydowana większość z sześciu miliardów ludzi żyje w pokoju? Thomas L. Friedman nie ma wątpliwości – klejem spajającym świat jest smak hamburgera z McDonald’sa i potęga samolotów F-15 z McDonnell Douglas, marchewka i kij Pax Americana. Czy klej ten będzie łączył nadal, gdy okazało się, jak złudna jest jego siła?

* * *

Ciekawe jest również pytanie, jak mimo postępującego rozkładu wartości społeczeństwa przemysłowego i trwającej postmodernizacji, która prowadzi między innymi do odwrócenia się od tradycyjnych instytucji opartych na autorytecie, jak państwo lub Kościół, ciągle możemy żyć razem? Spoiwem nowoczesnego społeczeństwa jest zaufanie, co wykazał – o wiele bardziej przekonująco niż tezę o końcu historii – Francis Fukuyama w książce Trust, opublikowanej w 1995 roku. Bez zaufania funkcjonowanie wolnych ludzi w systemie demokratycznym byłoby niemożliwe, bo to właśnie wiara we wzajemną dobrą wolę zastępuje pałkę policjanta i umożliwia zgodne współżycie ludzi nawet podczas nieobecności instruktorów mówiących na każdym kroku, co czynić.

Istotę zaufania jako „kleju” łączącego społeczeństwo wolnych ludzi przedstawił doskonale antropolog Erving Goffman, wprowadzając kategorię „uprzejmej nieuwagi”. Uprzejma nieuwaga oznacza, że w warunkach nowoczesności uczestnicy sytuacji publicznych zawierają umowę o wzajemnym rozpoznaniu i ochronie. Ktoś, kto mija na ulicy inną osobę, za pomocą nienachalnego spojrzenia daje wyraz temu, że uważa ją za godną poważania, a następnie odwraca wzrok, żeby zasygnalizować brak agresji, a osoba mijana robi dokładnie to samo.

Anthony Giddens w klasycznym już dziele Nowoczesność i tożsamość tak interpretuje słowa Goffmana: Opisane przez Goffmana codzienne rytuały zaufania i taktu to znacznie więcej niż tylko sposoby ochrony poczucia godności własnej i innych. O ile dotyczą one samej tkanki codziennych interakcji, bo wiążą się z kontrolą gestów, postawy ciała, mimiki oraz użycia języka, o tyle dotykają najbardziej elementarnych aspektów bezpieczeństwa ontologicznego.

W sytuacji zagrożenia terroryzmem wyobraźnię opanowuje strach przed Obcym, uprzejmą nieuwagę zastępuje podejrzliwość. Każdy może być potencjalnym agresorem, w miejsce wspólnoty wolnych ludzi powstaje anomiczna masa wrogo nastawionych do siebie indywiduów.

Gdy nikt nie ufa nikomu, dochodzi do wojny każdego z każdym, jaką opisał Tomasz Hobbes w Lewiatanie, lub zaczynamy żyć w Sartre’owskim piekle. Rozpada się tkanka społeczna, olbrzymie są również koszty ekonomiczne. Najlepiej pokazuje to amerykańska paranoja wąglikowa, która kosztowała Stany Zjednoczone miliardy dolarów wydanych niepotrzebnie na zakup odpowiedniego antybiotyku, detektorów dla poczty, podjęcie nadzwyczajnych środków ostrożności przez władze federalne, stanowe i samorządowe.

Wyraźną erozję zaufania próbuje się zastąpić procedurami, wartość absolutną w roli regulatorów życia społecznego zyskują prawo i ekonomia.


  
Najwyraźniej widać to w Stanach Zjednoczonych, gdzie absolutyzm prawny prowadzi do absurdów, a strach przed możliwością oskarżenia o nieprzewidziane konsekwencje paraliżuje na przykład działalność innowacyjnych firm, które mogłyby dostarczyć nowych technologii do walki z terroryzmem. Coraz częściej w ich kalkulacjach pojawia się obawa, że zamiast na giełdzie, skończą w sądzie, broniąc się przed oskarżeniami ludzi zawiedzionych na przykład skutecznością oferowanej technologii.

* * *

Rok 1989 był dla mnie, podobnie jak i dla innych mieszkańców Europy Środkowej, nie końcem, lecz wskrzeszeniem historii po hibernacji w czasach komunizmu. Przed dziennikarzami otworzyło się wspaniałe pole do eksploracji i analiz, stałem się jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem sprzecznych często procesów ukrytych pod zimnymi technicznymi terminami, jak globalizacja, indywidualizacja, postmodernizacja.

Po bezpośrednich doświadczeniach z miejsc tak różnych, jak francuska Wandea, która z misjonarskim zapałem przyjęła w roku 1989  wycieczkę „Szlachetnych Dzikich” (les journalists de Solidarité, jak nazwano grupkę dziennikarzy polskiej prasy podziemnej), Syberia w przededniu puczu Janajewa, islamizujący się i demodernizujący Uzbekistan czy słowackie Medzilaborce, miejsce kultu Andy’ego Warhola, w pamięci pozostała mi mozaika chaotycznych impresji. Czy w chaosie tym nie można by jednak odnaleźć elementarnego porządku? Czy nie można dopatrzyć się pewnych systematyzujących myśli i idei?

Trudno byłoby je znaleźć, gdyby nie rozpoczęty w 1992 roku w związku z wielkim finałem tak zwanej sprawy Galileusza i zbliżającą się czterysta pięćdziesiątą rocznicą śmierci Kopernika cykl publicystyczny dla „Życia Warsza-wy”. Powstało wówczas kilkanaście tekstów: wywiadów z luminarzami świata nauki i artykułów publicystycznych o współczesnej nauce oraz jej relacjach z wiarą i społeczeństwem. Przygotowanie tego cyklu wymagało wielu lektur z historii, filozofii i socjologii nauki. Szukałem w nich odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że wraz z postępem nauki i techniki narastają postawy irracjonalne? Dlaczego człowiek Zachodu coraz częściej ucieka od Rozumu? Dzięki tym poszukiwaniom uświadomiłem sobie, że kluczy do zrozumienia współczesnego kryzysu szukać należy w wyjaśnieniu konfliktowych przeważnie opozycji wiedzy i władzy, wiary i władzy, wiary i wiedzy.

Na początku lat dziewięćdziesiątych pojawił się jeszcze jeden motyw burzący dotychczasowy porządek świata. To upadek mitu Zachodu, a zwłaszcza Europy, która skompromitowała się zupełnie podczas wojny w Jugosławii. Vukovar, Sarajewo, a zwłaszcza Srebrenica stały się symbolami hańby cywilizacji, która pretenduje do nauczania reszty świata o uniwersalizmie wartości moralnych. Jak zauważył Krzysztof Czyżewski, szef sejneńskiej Fundacji „Pogranicze”, po Jugosławii europejski projekt utracił moralne uzasadnienie, stał się przedsięwzięciem czysto pragmatycznym.

Zatruta studnia powstała z wewnętrznej potrzeby uporządkowania obrazu świata, który kształtował się w latach 1989-2001; był to, wbrew zapewnieniom Fukuyamy, że czeka nas nuda, jeden z najciekawszych etapów historii, czas rewolucyjnego fermentu rodzącego procesy, idee i zjawiska będące fundamentem dla społeczeństwa XXI stulecia, społeczeństwa, jakie powstanie na gruzach wielkich dwudziestowiecznych utopii. Cieszę się, że ten fascynujący moment historii stał się częścią mojej biografii, cieszę się, że przyszłość nie jest podana na talerzu, lecz trzeba ją dopiero stworzyć, cieszę się też, że po raz pierwszy w historii budować ją można na fundamencie jednostkowej podmiotowości i wolności. Zatruta studnia to książka, wbrew tytułowi, optymistyczna. Proponuje ona optymizm aktywny, zgodnie z którym wciąż jest o co walczyć, a wynik walki nie został przesądzony.

* * *

W Zatrutej studni rozwijam wiele tematów, które sygnalizowałem w ciągu ostatniej dekady w publikacjach dla „Życia Warszawy”, „Wiedzy i Życia”, tygodnika „Computerworld”, magazynu „WWW”, a w szczególności dla „Polityki” i „Res Publiki Nowej”. Książka nie jest jednak kolekcją starych artykułów prasowych, ale całkowicie oryginalnym przedsięwzięciem autorskim.

(...)

    
Razem na Marsa

Nie pytaj, a słuchaj – brzmiała podstawowa maksyma człowieka radzieckiego. Słuchaj przełożonego, choćby gadał głupoty; słuchaj milicjanta, choćby nie miał racji; słuchaj profesora, choć się myli. W takiej kulturze nie ma szansy na zaistnienie „inteligencji zbiorowej”, efektu kumulowania się doświadczeń i wiedzy różnych ludzi i łączenia ich w większą, spójną synergiczną całość.

Z obłoku pyłu wynurza się rzężący na niskim biegu ził-cysterna. Uskakujemy na bok, we wzroku kierowcy gruzowika nie widać najmniejszego szacunku dla życia pieszych. Wczepiony w kierownicę, zobojętniały, z niedopałkiem biełomorkanała w ustach, władca ziła wyprowadza maszynę w kierunku bramy jenisejskiego browaru. Już niemal osiąga cel podróży, gdy koła stają w miejscu na nieznoszące sprzeciwu: Kuda jedziosz, jobanyj! Zderzak wyhamowuje na piersi ponadstukilowego monstrum w szarym waciaku i ubłoconych walonkach.

Kobieta-cerber strzegąca wjazdu do browaru, nie przerywając połajanki, rozpoczyna inspekcję. Wielopiętrowy bluzg wylewa się z ust, świecących, jak Moskwa baniami cerkwi, złotymi i srebrnymi zębami. Monstrum zagląda do baniaka cysterny, pod podwozie i do szoferki. Kierowca, przed chwilą pan naszego życia i śmierci, zmalał do rozmiarów niedopałka swego biełomorkanała. Czeka pokornie, aż wyczerpie się piekielna energia. W końcu pada upragnione: Pojechał! Kolej na nas.

Jest nas pięcioro, dwóch Rosjan, dwoje Bułgarów i ja, obywatel Polski. W czerwcowy, upalny dzień 1991 roku zachciało nam się w środku radzieckiej Syberii napić piwa. Choć w Jenisejsku jest browar, to owoców jego pracy w sklepach brak. Objeździliśmy miasto zatrzymanym trzyrublówką autem. Piwa nie ma. W mieście są tylko olbrzymie budynki należące do ministerstwa spraw wewnętrznych, a w nich zarządcy ciągle działających w tym rejonie łagrów. Piwo przelewane do ziłów-cystern przepada gdzieś w bezkresnej tajdze, próżno pytać, kto je wypija. Chcesz się napić, idź do browaru – radzą w sklepach. Idziemy więc. Monstrum w bramie, już spokojniejsze, przegania nas do kantoru: żeby zafasować swój przydział, potrzebna jest bumaga. Bumagę można zdobyć z drugiej strony zakładu, w części biurowej. Po półgodzinie i po uiszczeniu kilku rubli mamy przydział na trzydzieści litrów i kolejny problem: po piwo przyjeżdża się cysterną, my nie mamy nawet jednej manierki.

Budzi się geniusz naszych syberyjskich przyjaciół. Pędzimy do pijalni soków, instytucji wszędzie w Związku Radzieckim popularnej. Soki rozlewa się z pięciolitrowych szklanych baniek. Po chwili negocjacji i zachęcie w postaci banknotu o małym nominale dostajemy sześć baniek. Jest też bumaga. Będzie piwo.

Tym razem przez bramę przedostajemy się bez problemów, nasz mołojecki upór wzbudził chyba szacunek wartowniczki. Wskazała nam drogę do dystrybutora, uprzedzając, żeby nie wdepnąć w którąś z cuchnących kałuży psującej się brzeczki. Podchodzimy do kranu, który standardowo służy do obsługi samochodowych cystern. Innemu, tym razem męskiemu, monstrum w waciaku jest jednak wszystko jedno, gdzie leje. Odkręca kran, piwo rzyga jak ścieki w rynsztoku, na każdy litr zatrzymany w bańce ze trzy lecą na ziemię.

Zbyt wcześnie, by odtrąbić zwycięstwo. Radzieckie bańki do soków zamykane są dużymi, jednorazowymi kapslami. Przy ponownym użyciu nie ma jak ich szczelnie przykryć. Na dodatek niewygodnie się je trzyma, a przed nami ponad kilometr drogi do brzegu Jeniseju, gdzie czeka na nas statek z resztą ekipy. Docieramy spoceni, ze zdrętwiałymi od ściskania baniek palcami, ale szczęśliwi. Witają nas pochrząkiwania pełne aprobaty, serdeczne poszturchiwania, okrzyki: Nu, mołodcy!
  

Sierp, młot i liczydła

Gdy tak przypatruję się tym urzędowym czynnościom, uderza mnie motyw, który, nagle sobie uświadamiam, obecny był we wszystkich miejscach Rosji, do jakich dotarliśmy: w Moskwie, Krasnojarsku, Liesosybirsku, Jenisejsku, Worogowie, Turuchańsku, Dudince i Karaule. Liczydła. Jest rok 1991, a wszędzie w Związku Radzieckim, w tym kosmicznym i nuklearnym mocarstwie, stukają liczydła. W kasach na dworcach, na pocztach, w kantorze browaru i składu rybnego, w recepcji hotelu. Nie komputery, nie kalkulatory, nie elektryczne maszyny do liczenia ani nawet nie mechaniczne arytmometry. Po prostu, drewniane liczydła.

W roku 1986, kiedy wysyłano na orbitę stację kosmiczną Mir, Związek Radziecki dysponował zaledwie pięćdziesięcioma tysiącami kiepskiej jakości komputerów osobistych. W tym samym czasie Amerykanie mieli już ponad trzydzieści milionów pecetów. W roku 1991 cała moc obliczeniowa radzieckich dużych komputerów, na których opierał się między innymi system planowania, była stukrotnie mniejsza od wytwarzanej przez jedną amerykańską firmę Cray Research.


  
Pod względem technologii radziecki przemysł elektroniczny odstawał od zachodniego o ponad dwadzieścia lat.

Wystarczy wziąć do ręki wspomnienia Kenadżana Alibekowa, wicedyrektora Biopreparatu, czyli radzieckiego programu zbrojeń biologicznych, albo porozmawiać z płynącymi na statku specjalistami od przemysłu kosmicznego: komputer osobisty? Nie mieliśmy dostępu. Owszem, do większych maszyn, po złożeniu podania można było się dobić. Moc obliczeniowa była ściśle reglamentowana, podobnie zresztą jak dostęp do publikacji w zachodnich czasopismach naukowych. Kserokopia publikacji rosyjskiej wymagała dwóch autoryzujących podpisów, zagranicznej aż trzech.

Kto chciał przeczytać coś interesującego z zagranicy, składał podanie i po odpowiednim czasie otrzymywał przetłumaczony na rosyjski tekst. Z tego właśnie powodu niemal nikt w Krasnojarsku ani w całym radzieckim przemyśle kosmicznym nie znał angielskiego. Po co? Skoro i tak bezpośrednie kontakty były zakazane, a dostęp do oryginalnych zachodnich publikacji odcięty. Z wiedzą produkowaną na Zachodzie można było się kontaktować tylko przez pośredników: tłumaczy, wydawnictwa tłumaczące na pirackich zasadach co ciekawsze publikacje, w końcu agentów KGB, których zadaniem było wykradanie technologii i konkretnych rozwiązań.

Podobny system kontroli istniał jednak w Związku Radzieckim od początku jego istnienia. W początkowych latach nie przeszkadzał, a być może ułatwił szybką industrializację. W 1917 roku carska Rosja była rolniczym imperium, w którym 84 procent ludności mieszkało na wsi. W latach trzydziestych Związek Sowiecki stał się potęgą przemysłową. Olbrzymie inwestycje w naukę i edukację zaowocowały utworzeniem silnej elity intelektualnej, niezliczonych rzesz inżynierów i naukowców, którzy w latach powojennych potrafili w wielu dziedzinach dogonić zachodnią myśl techniczną.

  
Plan

Gospodarka planowa zmuszała do rozwoju odpowiednich metod matematycznych. W latach dwudziestych matematycy z Gospłanu (Państwowego Komitetu Planowania ZSRR), opierając się na ideach francuskich fizjokratów i Tableau économique, opublikowanego w 1758 roku przez François Quesnaya, zbudowali podwaliny programowania matematycznego, które wyjaśnia Bernard Saint-Sernin: Cel tej metody, schematycznie, jest taki oto: stopniowo i metodycznie dojść do zoptymalizowania empirycznego sposobu postępowania. Na przykład handlowcy dostarczają zamówienia klientom, a poczta kurierom. Jak zrealizować te operacje, minimalizując ich koszt lub przebytą odległość? Albo jak też w kraju z centralnym planowaniem ustalić dla czynników ekonomicznych takie cele, by system, w granicach zasobów, którymi dysponuje, zrealizował najlepsze wykonanie?

Refleksja nad wyzwaniami stwarzanymi przez Plan doprowadziła między innymi Leonida Kantorowicza, petersburskiego matematyka, do napisania fundamentalnej pracy Matematyczne metody organizacji i planowania w przedsiębiorstwie, która stała się niezwykle ważna dla zainicjowania badań operacyjnych. Gospłan, który w latach osiemdziesiątych odpowiadał między innymi za ustalanie cen dwustu tysięcy produktów, oraz Gossnab, biuro zajmujące się kontrolą wszystkich transakcji dokonywanych w ZSRR, bardzo skutecznie promowały rozwój matematyki, a później technologii obliczeniowych.

Pionierskie prace nad komputerami rozpoczął w latach czterdziestych Siergiej Lebiediew w Kijowie. Doprowadziły one do zaprezentowania w 1950 roku, a więc zaledwie cztery lata po Amerykanach, prototypu maszyny MESM. Potem przyszła kolej na następne, doskonałe na tamte czasy konstrukcje: M-20, BESM-3M, BESM-4, M-222 i w końcu, w roku 1968 „superkomputer” BESM-6.

Dla radzieckich biurokratów informatyka była doskonałym narzędziem kontroli państwa i społeczeństwa, wspomagali ją więc, jak mogli. Pisał Stefan Bratkowski w Księdze wróżb prawdziwych: W pamięci radzieckiej maszyny Mińsk-22 znalazły się wszystkie radzieckie akty prawne dotyczące pracy i emerytur; w ciągu ułamka sekundy Mińsk-22 doradza, jaką podjąć decyzję, jak oznaczyć wielkość odszkodowania czy renty, na których przepisach się oprzeć.

Informatyzacja była potrzebna, bo przy rosnącej złożoności kierowania sowieckim imperium, gdyby nie zaczęło się automatyzować procesów zarządzania, w roku 1980 wszyscy obywatele ZSRR musieliby być urzędnikami, jak prognozował w latach sześćdziesiątych akademik Wiktor Głuszkow z Kijowa. Poziom radzieckiej informatyki i elektroniki w latach sześćdziesiątych był na tyle wysoki, że pozwalał snuć wizje w pełni zinformatyzowanego przedsiębiorstwa.

Stefan Bratkowski rozmarzył się wówczas (koniec lat sześćdziesiątych) i z niepoprawnym optymizmem zapewniał: Otóż zastosowanie pakietów (zintegrowane oprogramowanie do zarządzania przedsiębiorstwem – przyp. autora), i to na znacznie szerszą skalę, będzie możliwe wcześniej – u nas, w państwach o ustroju socjalistycznym. Dla wielkich korporacji przemysłowych kapitalizmu jedną z głównych trudności planowania jest konieczność rywalizacji z innymi potęgami w danej dziedzinie produkcji; w naszych warunkach można skoncentrować wszystkie siły na możliwie najlepszym wykorzystaniu tego, co mamy. Jeśli nawet dla niektórych artykułów, na przykład obuwia czy odzieży, wprowadzimy swoistą konkurencję między państwowymi wytwórcami, to nawet i ta konkurencja będzie wkalkulowana w sumujący jej wyniki jeden plan.
  

Dogonić i przegonić

Dziś łatwo pokpiwać z podobnych prognoz, kpina jest jednak nieusprawiedliwiona i nieuczciwa. Warto pamiętać, że w latach pięćdziesiątych średni roczny wzrost gospodarczy ZSRR (liczony bardzo wstrzemięźliwie, przez nieżyczliwe temu państwu źródła) przekraczał 7 procent, w latach sześćdziesiątych utrzymywał się na poziomie około 4 procent. Pod koniec lat sześćdziesiątych zaczęły przynosić efekt reformy Kosygina, po raz pierwszy w historii ZSRR produkowano więcej dóbr konsumpcyjnych niż inwestycyjnych, czyli mówiąc inaczej: ludziom radzieckim zaczęło się żyć lepiej. Gwarantem dalszego rozwoju miały być największe na świecie, licząc w procentach, kadry naukowe i techniczne.

Najlepszym miernikiem nowoczesności i potęgi imperium sowieckiego były, rzecz jasna, zbrojenia i eksploracja przestrzeni kosmicznej. W tych dziedzinach ZSRR nie odstawał od Zachodu, a nawet w wielu przypadkach go przewyższał, czego najlepiej dowodziło symboliczne podwójne pierwszeństwo w kosmosie: wystrzelenie Sputnika w 1957 roku i lot Jurija Gagarina w roku 1961. Towarzyszące tym niewątpliwym sukcesom olbrzymie koszty społeczne, łącznie z ludobójstwem będącym jednym z efektów stalinowskiej modernizacji i późniejszym uciskiem politycznym, racjonalizowali nie tylko dyktatorzy ZSRR, ale i wielu zarówno lewicowych, jak prawicowych intelektualistów Zachodu – statystyka ofiar bladła w porównaniu z rozmiarami osiągnięć. Oto w ZSRR spełniał się oświeceniowy ideał racjonalnego społeczeństwa kierowanego przez sprawną, technokratyczną biurokrację – wcielenie Rozumu.

Po apogeum lat sześćdziesiątych przyszło spowolnienie początku lat siedemdziesiątych, potem stagnacja, a w latach osiemdziesiątych regularny już upadek. Kosmiczna superpotęga nie potrafiła wyprodukować niczego, co można byłoby sprzedać za granicą. 90 procent eksportu stanowiły surowce. Departament Obrony Stanów Zjednoczonych przeprowadził w 1989 roku badania porównawcze potencjału technologicznego przemysłu obronnego USA, innych krajów NATO, Japonii i ZSRR. W piętnastu na dwadzieścia pięć kategorii ZSRR wypadł najgorzej.

Co się stało? Przecież oficjalna doktryna Breżniewa przypisywała kluczową rolę rewolucji naukowo-technicznej, która miała zapewnić Związkowi Sowieckiemu przewagę nad resztą świata. I nie była to tylko czcza retoryka, słowa przekładały się na wielkie inwestycje w działalność badawczo-rozwojową.

  
Początek końca

Model radziecki wyczerpał się w chwili, gdy święcił największe triumfy. Symbolicznym momentem była przegrana w wyścigu na Księżyc. Dokładna analiza tej porażki obnaża mechanizmy, jakie doprowadziły w konsekwencji do upadku całego systemu. Otóż problem nie polegał na tym, że w tym czasie ZSRR dysponował gorszą od Amerykanów technologią. Być może nawet, czego dowodziły wcześniejsze sukcesy, wiele konkretnych rozwiązań górowało nad amerykańskimi. Okazało się jednak, że projekt tak złożony jak lot na Księżyc wymaga zupełnie innej struktury zarządzania i społecznej organizacji. Tak skomplikowanemu zadaniu może podołać jedynie struktura refleksyjna, zdolna do szybkiego identyfikowania błędów i ich korygowania, co w efekcie powoduje, że działa ona jak jeden inteligentny, zdolny do uczenia się organizm.

Refleksyjność nie jest jednak cechą, którą można narzucić rozkazem, wynika z kultury i wartości dzielonych w społeczeństwie. Musi być to kultura otwartości, dyskusji, kwestionowania autorytetów, zdolna do absorpcji innowacji i podejmowania ryzyka.

Nic bardziej odległego od praktyki Związku Sowieckiego.


  
W doskonały sposób wyraził to Ryszard Kapuściński w Imperium: Całe bowiem doświadczenie uczy, że z zadawania pytań nie płynie żaden pożytek, że człowiek i tak dowie się tylko tyle, ile – i bez zadawania pytań – powiedzą mu (albo raczej: nie powiedzą) i że przeciwnie – zadawanie pytań jest bardzo niebezpieczne, bo zadając je, człowiek może ściągnąć sobie na głowę wielkie nieszczęście.

Nie pytaj, a słuchaj – brzmiała podstawowa maksyma człowieka radzieckiego. Słuchaj przełożonego, choćby gadał głupoty; słuchaj milicjanta, choćby nie miał racji; słuchaj profesora, choć się myli. W takiej kulturze nie ma szansy na zaistnienie „inteligencji zbiorowej”, efektu kumulowania się doświadczeń i wiedzy różnych ludzi i łączenia ich w większą, spójną synergiczną całość. Na ten podstawowy mankament społeczeństwa radzieckiego, systemowy brak mechanizmów zapewniających powstanie „inteligencji zbiorowej” (jak na ironię, jednym z prekursorów idei „inteligencji zbiorowej” był radziecki biolog i filozof, Władimir Wiernadskij) zwrócili uwagę już w roku 1970 fizyk Andriej Sacharow, historyk Roj Miedwiediew i matematyk Turczyn w raporcie przedstawionym państwowej „wierchuszce” – Breżniewowi, Kosyginowi i Podgornemu. Autorzy opracowania (które wyciekło do prasy zachodniej) wykazują, że dalszy postęp naukowo-techniczny jest w ZSRR niemożliwy. Również w 1970 roku ukazał się głośny esej Andrieja Amalrika Czy Związek Radziecki przeżyje rok 1984? wskazujący na podobne oznaki początku końca ZSRR.
  

Nieznośna śmieszność bytu

Medzilaborce - Andy Warhol i Matka Boska

Doskonałą ilustracją przełamywania kompleksu peryferyjności są oddalone o siedemset pięćdziesiąt kilometrów na południe od Sejn słowackie Medzilaborce. Do tego sześciotysięcznego miasteczka wjeżdża się od południa, od strony Humennego, szeroką drogą, której wątpliwą ozdobą są stare żółte latarnie z podoczepianymi "szczekaczkami" - głośnikami w dawnych latach służącymi do transmisji głosu władzy ludowej do uszu ludu. Nie tylko głośniki przypominają o starych czasach, tu w ogóle czas jakby stanął w miejscu. Te same sklepy co piętnaście lat temu, a w sklepach te same co wtedy towary, z podobnymi etykietami i w podobnie niewielkim asortymencie. Może nawet jest gorzej, bo widać, że wiele interesów upadło, a bezrobocie jest wielkie.

Medzilaborce to najbrzydsze miasto, jakie można sobie wyobrazić. Wspomniana droga z Humennego wiedzie wzdłuż szarych, nieciekawych budynków, by w pewnym momencie wyprowadzić na dwa niezwykłe okazy architektury. Jeden wznosi się na wzgórzu i króluje nad okolicą - to neoklasycystyczna cerkiew prawosławna. Nieco wcześniej, po prawej stronie, rozpościera się olbrzymia biała bryła, przy której stoją dwie duże puszki z etykietami od zupy Campbell, a napis oznajmia, że w budynku mieści się muzeum sztuki współczesnej rodziny Warholów.

Dalej droga przekształca się w ulicę Andy'ego Warhola, przy której stoi jeszcze kilka sklepów, dawny dom towarowy ozdobiony socrealistyczną mozaiką, poczta, hotel. Ulica rozwidla się, dając możliwość dotarcia do granicy z Polską na dwa sposoby: dawnym Traktem Węgierskim, przez przełęcz Beskid do Jaślisk, albo przez Palotę do Radoszyc. Oba przejścia są niedostępne dla samochodów, można jednak sforsować je na piechotę lub na rowerze. Ostatnia możliwość ucieczki z Medzilaborzec to pociąg, który przedostaje się do Polski tunelem pod Przełęczą Łupkowską i dalej przez Komańczę dociera do Sanoka.

Gdy po raz pierwszy trafiam do Medzilaborzec, powietrze faluje od trzydziestopięciostopniowego upału. Wymarłymi ulicami od czasu do czasu przemyka stara škoda, ludzie chowają się po domach lub zalegają w kilku dosyć obskurnych barach. Zestaw podstawowy gwarantujący przetrwanie spiekoty to pięćdziesiątka śliwowicy i kufel piwa šariš. Wśród klientów dominują Romowie, 30 procent mieszkańców miasta to właśnie oni. Oprócz Romów w Medzilaborcach mieszkają Rusini i Słowacy. Ponadto jest tu stale obecny duch Andy'ego Warhola.

Andy Warhol nigdy na Słowacji, ani tym bardziej w Medzilaborcach, nie był. Ale z pobliskiej wioski Mikova wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych jego rodzice i do dziś żyją w niej bliżsi i dalsi krewni twórcy pop-artowej rewolucji.

Gdy prawdę o pochodzeniu Warhola odkrył Michal Bycko, doktor pedagogiki i teoretyk sztuki, a ponadto Rusin, zapragnął zorganizować w Medzilaborcach muzeum wielkiego "rodaka". Starania podjął jeszcze w ostatnich latach komunizmu, ale wówczas nie miały szansy powodzenia. Cel został osiągnięty w 1991 roku, kiedy przecięciem wstęgi w obecności brata Andy'ego Warhola, Johna, zainaugurowano działalność obiektu, pierwszego na świecie muzeum poświęconego twórcy pop-artu. Bycko był również twórcą Rusinskiej Obrody, jednej z powstałych po 1989 roku niezależnych organizacji rusińskich.

Kim są Rusini? - pytam Byckę. Narodem, którego za kilkadziesiąt lat już nie będzie, odpowiada. Wcześniej, do 1989 roku, Rusini oficjalnie nie istnieli, byli traktowani przez władze jako mniejszość ukraińska. Świadomość rusińskiej odrębności przetrwała jednak, a oficjalne statystyki z 1993 roku mówią, że na Słowacji mieszka blisko dwadzieścia tysięcy Rusinów (nieoficjalnie mówi się nawet o stu dwudziestu pięciu tysiącach). Bycko wyjaśnia: Są wsie, gdzie w ankietach 100 procent mieszkańców deklaruje, że są Słowakami. A w rzeczywistości wszyscy rozmawiają po rusińsku, tylko że im ta świadomość do niczego nie jest potrzebna. Rusini mieszkają także w Polsce (to część naszych Łemków, którzy odrzucają przynależność do narodu ukraińskiego) i na Ukrainie, gdzie ich odrębność nie jest uznawana.

Bycko dystansuje się od tradycyjnych działaczy mniejszościowych, z których zdecydowana większość to jego zdaniem dawni agenci bezpieki, a którzy dziś nie potrafią wymyślić nic nowego, oprócz upartego kultywowania sztuki ludowej i tradycyjnej symboliki. A tymczasem Rusini mają taki skarb jak Andy Warhol.

Bycko pokazuje ekspozycję, muzeum dysponuje kilkunastoma oryginalnymi pracami artysty, jak również egzemplarzami produkcji jego matki, brata i bratanka. Poza tym jest tu całe mnóstwo relikwii: sukienka, w jakiej Warhol był podawany do chrztu, okulary Andy'ego, skórzana kurtka, marynarka. Andrzej Stasiuk, który w czasie swych środkowoeuropejskich peregrynacji trafił i tu, napisał: A w szklanej gablocie wisi jego kurtka z hadovej kozy, czyli wężowej skóry. Nie mogłem uwierzyć, że był tak drobny i szczupły. Jak dziecko. Dwie szare wełniane marynarki przypominały dziecięce komunijne garnitury. W rodzinnych papierach nie nazywał się nawet Andriej, ale Ondriej. To imię w żaden sposób nie pasowało do jego walkmana, do jego aparatu fotograficznego. Pewnie dlatego przez całe amerykańskie życie mówił, że jest człowiekiem znikąd.

Bycko pracowicie dokonuje dekonstrukcji klasycznego, zrodzonego w Ameryce mitu Warhola, tak by można go było przepisać w dostępnym dla wrażliwości Rusinów kodzie, a jednocześnie nie stracić pop-artowej istoty Dzieła Artysty. Sztuki nie trzeba ruszać, nie jest groźna. Lepiej nawet odwrócić sytuację i pokazać, że można w niej znaleźć tutejsze inspiracje. Jakie, pytam. Widać wyraźnie, że Warhol tworzył pod wpływem sztuki ikony, wyjaśnia Bycko. Dowodzi tego sposób idealizacji postaci na obrazach, użycie barw. Ponadto instalacje Warhola przypominają konstrukcję ikonostasu.

Hierarchia centrum - peryferie została odwrócona, to Rusin-Warhol skolonizował barbarzyńską Amerykę, dokonał na niej symbolicznego gwałtu, narzucając nowy sposób ekspresji ducha, mający źródło w rusińskich, a szerzej słowiańskich pokładach duchowości i kultury. Źródeł inspiracji można dopatrzyć się nie tylko w dziele Warhola, ale i w jego prawdziwym życiu osobistym (tu z kolei następuje dekonstrukcja mitu Warhola na potrzeby Rusinów).

Otóż Warhol regularnie uczęszczał do cerkwi, a jego modlitewnik jest wręcz zaczytany. Z matką, która zmarła kilka lat przed nim, rozmawiał zawsze po rusińsku. Mitem w końcu jest jego rozwiązłość seksualna, a tym bardziej homoseksualizm - dokładne studia pokazują, że Warhol był raczej osobnikiem aseksualnym. Tak przetworzony Warhol może bez przeszkód wrócić w rodzinne strony.

Obcować ze sztuką Andy'ego można w medzilaboreckim muzeum przez cały rok, korzysta z tej możliwości kilkanaście tysięcy osób, w dużej mierze Polacy. Lud rusiński woli czcić pamięć odzyskanego świętego podczas odbywającego się co roku festiwalu kultury rusińskiej imienia Andy'ego Warhola, który rozpoczyna się mszą w cerkwi greckokatolickiej. Po niej następują odczyty, prezentacje filmów Warhola, występy zespołów ludowych, a cały czas leje się piwo i smażą kiełbaski. Bycko brzydzi się ludycznymi elementami kultu artysty, ale wie, że nie może się im przeciwstawić. Wie również, że Muzeum Warhola w Medzilaborcach wygląda równie absurdalnie, jak gdyby stało na Marsie. To absurd na miarę rewolucji, jaką w sztuce dokonał Andy - jego powrót w rodzinne strony to ostatni happening, dowód, że być może nie umarł, ale - jak pisał Bohumil Hrabal - został wystrzelony rakietą w kosmos, by rozdawać coca-colę.

Na pożegnanie Michal Bycko daje mi książkę swojego autorstwa: Nočné dialógy s Andym. Odczytuję dedykację, przy dacie nazwa miasta - Warholovce.

Z chłodnego wnętrza muzeum wychodzę na rozpalony plac przed budynkiem. Biel stojącej na wzgórzu cerkwi oślepia jak samo słońce.


  
Na murku pod rzucającą przyjazny cień lipą kilku młodych, rozebranych do pasa Romów rozpija butelkę palinki. Stara kobieta w czarnej sukni i chuście na głowie układa kwiaty u stóp kamiennego bizantyńskiego krzyża chroniącego się w cieniu z drugiej strony lipy. Ulicą Andy'ego Warhola idzie, podpierając się laską, staruszek. Drugą ręką prowadzi na sznurku czarną kozę. Przyglądają się temu dwie wielkie, czerwone puszki zupy pomidorowej Campbell.
  

Nowy, jeszcze wspanialszy świat

Spróbujmy wczuć się w atmosferę roku 1992. Związek Radziecki nagle przestaje istnieć, w USA kończy się recesja i amerykańska gospodarka rusza z kopyta, ciągnąc za sobą resztę świata, władzę w Stanach obejmuje nowa ekipa, po dwunastu latach Demokraci zastępują Republikanów.

Mikrobus sunie powoli po wąskich uliczkach przedmieść Londynu. Tysiące podobnych domów jednorodzinnych z czerwonej cegły otaczają nas jak ściany labiryntu. Jak wy, londyńczycy, znajdujecie drogę do właściwego adresu wśród setek podobnych uliczek? - pytam kierowcę, który z kamienną twarzą skręca na kolejnym skrzyżowaniu. Szofer odpowiada spojrzeniem dającym do zrozumienia, że nie powinienem był pytać, a w chwilę potem zdaję sobie sprawę, że znów przejeżdżamy obok tego samego miejsca.

W końcu dojeżdżamy do budynku wyjątkowego w tej fraktalnej okolicy, gdzie jeden motyw powtarza się w nieskończoność. To dom inteligentny, w którym oprócz tradycyjnej infrastruktury: gazu, wody, elektryczności zainstalowano mnóstwo elektronicznych gadżetów połączonych zintegrowaną siecią komputerową. Sieć za pośrednictwem serwera i rutera podłączona jest do Internetu. Podobno w Epoce Cyfrowej inaczej już żyć nie można, elektronika dostarcza mieszkańcowi wciąż nowych możliwości, a ten, gdy tylko z nich skorzysta, zdziwi się, że dotychczas mógł się bez nich obywać.

Na przykład przez Internet, a więc choćby z pracy, można za pośrednictwem kilku zainstalowanych w domu kamer obejrzeć posiadłość lub sprawdzić, co robią dzieci, jeśli są na tyle nierozsądne, by znaleźć się w polu widzenia. Przez Internet można również skontrolować i regulować parametry domowej automatyki: ustalić temperaturę w poszczególnych pokojach, zasunąć żaluzje, zmieniać oświetlenie, udając przed potencjalnym złodziejem, że ktoś jest w środku.

Dzięki Internetowi można, nie ruszając się z domu, załatwiać sprawy w banku albo w urzędzie. Dostępny w garażu posłuży do zdalnej diagnostyki samochodu - wystarczy połączyć kabelkiem odpowiednie gniazdko pod maską z gniazdkiem sieci komputerowej i "zalogować się" w warsztacie. W podobny sposób można wypełnić opustoszałą lodówkę, która sama kontroluje stan swoich zapasów i upomina się o nowe produkty w supermarkecie. Lodówka jest też na tyle sprytna, że sama zasugeruje przepis na danie, jakie można upichcić z dostępnych w domu składników.

W sieć połączone są wszystkie alarmy, telewizory, wzmacniacze i magnetowidy, którymi można sterować za pomocą bezprzewodowego nawigatora z dowolnego miejsca domu. Przewodnicy zastrzegają, że prezentowany budynek, choć już w pełni funkcjonalny, nie demonstruje wszystkich możliwości, jakie otworzą się przed nami w przyszłości. Większość poleceń będzie można wydawać za pomocą telefonu komórkowego i to głosem. Jadąc z pracy, wystarczy wówczas polecić ekspresowi do kawy, by po powrocie czekał świeży napar, zapalić światła i włączyć ogrzewanie.

Gdy wracam mikrobusem na lotnisko, zastanawiam się, podobnie jak dziesięć lat wcześniej podczas planiorki na "Antonim Czechowie", gdzie przebiega granica między praniem mózgu a rzeczywistością, czy przez przypadek marketingowiec demonstrujący te wszystkie cuda to nie współczesna wersja radzieckiego komsomolca niosącego z podniesionym czołem wizję nowego, lepszego świata. Przejeżdżając obok wiaduktu, mijamy leżącego pod murem, wtulonego w śpiwór kloszarda. Do ucha przytyka komórkę, spod dawno niegolonej brody przeziera szeroki uśmiech - czyżby rozmawiał z ekspresem pełnym kawy?
  

Liczydła i komórki

Dziesięć lat wcześniej, w 1991 roku, cały Związek Radziecki pracowicie stukał na drewnianych liczydłach. Zbyt wiele roboty nie było, bo i liczyć nie było czego. Gospłan ustalał ceny na dwieście tysięcy pozycji asortymentu, który w zdecydowanej większości widoczny był tylko w gospłanowskich statystykach lub na czarnym rynku. W tym samym czasie Polska, już wyzwolona i płynąca na sprzyjającej fali, włączała się do Internetu. W sierpniu 1991 roku, akurat kiedy doszło do puczu Janajewa, który przyspieszył koniec ZSRR, polscy fizycy-zapaleńcy dokonywali pierwszej międzynarodowej transmisji w protokole TCP/IP, czyli mówiąc prościej, włączyli Polskę do globalnej sieci.

W 1991 roku w Finlandii uruchomiono pierwszą sieć cyfrowej telefonii komórkowej. Komórki wraz z Internetem stały się w ciągu kilku lat symbolem nowej rewolucji, tak dynamicznej i dalekosiężnej, że wkrótce znalazło się wielu proroków, którzy socjalistyczne wizje raju na ziemi zastąpili wizjami edenu zbudowanego dzięki technologii.

O tej rewolucji mówiło się już dużo wcześniej, Japończycy zaczęli budować społeczeństwo informacyjne jeszcze w latach sześćdziesiątych. Leonid Breżniew nie miał wątpliwości, że rewolucja naukowo-techniczna jest kluczem do zadania ostatecznego ciosu kapitalizmowi. Wielkie przemiany, będące skutkiem przełomowych odkryć naukowych i wynalazków, zapowiadali też w Stanach Zjednoczonych Alvin i Heidi Tofflerowie, publikując w 1970 roku Szok przyszłości, a w Polsce Stefan Bratkowski w Księdze wróżb prawdziwych. To w tej właśnie książce Bratkowski opisuje komputer K-202 inżyniera Jacka Karpińskiego, który ukazywał nowy paradygmat wykorzystania informatyki i otwierał drogę do idei komputera osobistego. Idea ta była w systemie komunistycznym na tyle niebezpieczna, że Karpiński, zamiast robić na swym pomyśle pieniądze, zmienił branżę i zaczął hodować świnie.

Przypadek Karpińskiego pokazuje tylko, że ziarno najlepszego nawet pomysłu padające na jałową ziemię nie przyniesie owoców. Manuel Castells, badacz społeczeństwa poprzemysłowego, analizował, dlaczego rewolucja informatyczna wybuchła tak naprawdę w jednym miejscu - w kalifornijskiej Krzemowej Dolinie, w latach siedemdziesiątych. Przemysł elektroniczny upatrzył sobie tę lokalizację znacznie wcześniej. Pierwszy "garaż", od którego zaczęła się technologiczna epopeja, należał do Davida Packarda i Williama Hewletta i stał w Palo Alto nad zatoką San Francisco. Taki był rodowód jednej z największych firm komputerowych świata, Hewlett-Packard. Miejsce nadawało się doskonale ze względu na bliskość najlepszej uczelni w Stanach Zjednoczonych, Uniwersytetu Stanforda, który dostarczał doskonałych kadr i wspierał powstawanie firm typu spin-off, przekuwających wiedzę na technologie.

Przez kilkadziesiąt lat Kalifornia zyskała solidną reputację w dziedzinie nauk przyrodniczych i zaawansowanych technologii. W latach sześćdziesiątych stała się też epicentrum innej rewolucji - hippisowskiej alternatywy. To właśnie na kalifornijskich uczelniach miały miejsce najzaciętsze bitwy z policją. Nastąpił mariaż technologii z kontrkulturą. Robert Pirsig w Zen i sztuka obsługi motocykla pisał: Budda, Bóstwo, spoczywa tak samo wygodnie w obwodach komputera cyfrowego czy przekładniach roweru, jak na szczycie góry czy płatkach kwiatu...
  

Technologie kontrkultury

Stąd już tylko krok, by uczynić komputer narzędziem kontrkultury. Erik Davis opowiada w TechGnozie: Niektórzy zwolennicy kontrkultury mieli bardziej polityczne powody zainteresowania się komputerami. W roku 1970 nieformalne ugrupowanie informatyków, którzy wypadli z obiegu, i radykalnych programistów z Berkeley zdało sobie sprawę, że komputery mogłyby stanowić potencjalną alternatywę wobec typowych dla mass mediów technokratycznych instytucji i odgórnej kontroli informacji.

Przy Uniwersytecie Stanforda działał Homebrew Computer Club, do którego zachodził młody geniusz Steve Wozniak i równie młody buddysta, amator LSD Steve Jobs. W garażu wyprodukowali komputer o wdzięcznej nazwie Apple, a logo powstającej firmy - nadgryzione jabłuszko - było czytelną aluzją do grzechu pierworodnego, obietnicy wyzwolenia spod władzy "starego", dotarcia do prawdziwej wiedzy. Z ich doświadczeń i finansowego sukcesu komputerów Apple (które radzieccy inżynierowie, na podstawie przeszmuglowanych przez agentów KGB egzemplarzy, próbowali odtworzyć przez dziesięć lat) narodziła się idea komputera dla "reszty z nas", przyjaznego macintosha. Ujrzał on światło dzienne w orwellowskim roku 1984, a jego inauguracji towarzyszyła reklama autorstwa Ridleya Scotta, w której rozpędzona atletka rozbijała rzuconym młotem ekran Wielkiego Brata. Trzy lata wcześniej IBM, dotychczas kojarzony z wielkimi komputerami typu mainframe, zdopingowany sukcesem Apple wprowadził na rynek maszyny o wdzięcznej nazwie PC, czyli komputer osobisty.

Fenomen wzajemnej inspiracji dwóch kalifornijskich rewolucji, technologicznej i kulturowej, jest niezwykle istotny dla zrozumienia atmosfery technooptymizmu i eschatologicznych wizji tworzonych pod wpływem fascynacji możliwościami techniki.


  
Dotychczas wszelkie kontrkultury nastawione były antytechnologicznie. Wytwory techniki traktowano jako efekt dominacji klas panujących, kapitału nad wyalienowanym społeczeństwem (w kontrkulturowej krytyce relacji społecznych używano zazwyczaj Marksowskiej retoryki). Media masowe miały być instrumentami totalitarnej kontroli cynicznego establishmentu i skorumpowanych polityków nad ludem, kontroli właściwej dla masowego społeczeństwa przemysłowego, w którym sposób komunikacji odzwierciedlał sposoby produkcji.

Sytuacja skomplikowała się, gdy w latach pięćdziesiątych amerykańskie społeczeństwo zaczęło tracić charakter przemysłowy. Coraz mniej ludzi pracowało przy taśmie, coraz więcej przenosiło się do niematerialnych sektorów gospodarki, wytwarzając bogactwo poprzez działania symboliczne, przetwarzanie znaków: w reklamie, rozrywce, mediach, public relations, w usługach. W naturalny sposób samoświadomość takich ludzi była większa niż ogłupiałych od monotonnej pracy robotników. O wiele lepiej zdawali sobie sprawę z technik manipulacji i tego, że - jak pisał w swoich fundamentalnych pracach Marshall McLuhan - agresja symboliczna jest nie mniej groźna i realna niż gwałt fizyczny. Rozziew między praktyką społeczną z innej epoki a świadomością coraz większej rzeszy młodych ludzi żyjących już w zupełnie innym świecie doprowadził do rewolty.

Lata siedemdziesiąte były dokończeniem rewolucji rozpoczętej w Kalifornii pod koniec poprzedniej dekady. Wynalazek komputera osobistego był sygnałem, że nieodwracalnie nadchodzi zmierzch społeczeństwa masowego, jednostka zyskuje nowy oręż na drodze do emancypacji oraz że zmienia się model stosunków społecznych. Oto bowiem pojawiły się, jak nazwał je politolog z MIT, Ithiel de Sola Pool, technologie wolności, łamiące monopol establishmentu na komunikację i kontrolę symboli.

Lata siedemdziesiąte były też zapowiedzią tego, co tak naprawdę miało się wydarzyć dopiero dwadzieścia lat później. Gdzieś w zaciszach laboratoriów uczeni finansowani przez amerykańskie wojsko majstrowali przy Internecie, a przepełnieni ideałami kontrkultury studenci za wojskowe często pieniądze tworzyli pierwsze społeczności hakerskie, wersję high-tech wspólnot pierwotnych opartych na kulturze podarunku i zaufania.
  

Nadchodzi burza

Lata osiemdziesiąte to czas komputerów osobistych, francuskiego Minitela i amerykańskiej rewolucji w sprawach wojskowych (RMA - Revolution in Military Affairs). Pecety, macintoshe, atari i inne maszyny szturmem zdobywały rynek, milionami wypełniając nie tylko biura, ale też prywatne mieszkania i szkoły. Przenikające powoli do Polski komputery pomogły nieco i naszej rewolucji, ułatwiając życie podziemnym wydawnictwom. Gotowy skład czasopism lub książek przewoziło się na dyskietkach, małych i skutecznie chroniących treść przed wścibskim okiem milicjantów.

RMA oznaczało rozpoczętą na początku lat osiemdziesiątych przebudowę doktryny wojskowej Stanów Zjednoczonych. Między innymi pod wpływem Trzeciej fali Alvina Tofflera amerykańscy wojskowi zdecydowali się postawić na najnowsze technologie, w tym informatykę: inteligentne pociski, niewidoczne samoloty, broń elektroniczną (o tym szerzej w rozdziale "Wirtualna wojna").

Wraz z początkiem lat dziewięćdziesiątych świat pogrążył się jednak w recesji, szczególnie dotkliwej w Stanach Zjednoczonych. Firmy sektora zaawansowanych technologii straciły inwestorów i zaczęły bankrutować, podobnie jak w 2001 roku przeinwestowane firmy internetowe, słynne dotkomy. Jean Gimpel, francuski historyk techniki, dobrze oddaje ten nastrój w książce U kresu przyszłości: Przez Krzemową Dolinę, uważaną dotychczas za jeden z cudów naszej planety i skupiającą "drobnych geniuszy" przygotowujących świat jutra, przeszła fala zwolnień z pracy. To już nie jest kalifornijski raj. Spółki ryzyka kapitałowego przestały tu inwestować, a

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj