Fragment książki "Pałac snów"

 
Poranek był mokry. Padał delikatny deszcz ze śniegiem. Okazałe budynki z ciężkimi portalami i jeszcze zamkniętymi okiennicami wznosiły się ponad ruch uliczny, dopasowując się do szarości wstającego dnia.

Mark-Alem zapiął także ostatni guzik palta, ten, który zwykle uciskał go przy szyi, spojrzał na żelazne uliczne latarnie z krążącymi wokół nich pojedynczymi płatkami śniegu i znowu poczuł dreszcze na całym ciele.

Ulica, jak zwykle o tej porze, była pełna śpieszących do pracy urzędników z urzędów centralnych. Parę razy przyszło mu na myśl, że zrobił błąd, nie biorąc dorożki. Do Tabir Saraju było dalej, niż sądził, prócz tego w śnieżnej brei łatwo można było się poślizgnąć.

Teraz przechodził obok Banku Centralnego. Nieco dalej, przed kolejnym wspaniałym gmachem, stał szereg oszronionych powozów. Zastanawiał się, co to może być za ministerstwo. Ktoś przed nim poślizgnął się na chodniku. Mark-Alem widział, jak tamten upadł, próbując w ostatniej chwili złapać równowagę, natychmiast wstał, popatrzył na obryzganą pelerynę i na miejsce, w którym się poślizgnął, i klnąc przez zaciśnięte zęby, ruszył przed siebie, jak opętany. Ostrożnie! powiedział w duchu Mark-Alem, nie wiedząc, czy kieruje te słowa do nieznajomego, czy do siebie.

Właściwie nie miał powodów do niepokoju. Nie tylko że nie miał jakiejś wyznaczonej pory, o której powinien się zgłosić, lecz nie wiedział, czy koniecznie musi zjawić się rano. Nagle zdał sobie sprawę, że nie wie, jakie są godziny pracy Tabir Saraju.

Miał wrażenie, że na jego twarzy wciąż błąka się drwiący grymas, z którym, jak mu się wydawało, obudził się tego ranka. Wstał, by jak najszybciej udać się do Tabir Saraju – słynnego urzędu zajmującego się snem i snami. To wystarczyło, by u każdego, kto znalazłby się na jego miejscu, wraz z niepokojem pojawił się taki uśmieszek. To była ostatnia noc, kiedy spał snem zwykłego śmiertelnika. Od tej pory jego życie miało płynąć inaczej. Był zbyt przejęty, by uśmiechnąć się naprawdę.

Gdzieś z lewej strony, we mgle, zegar uderzył spiżowym dźwiękiem, jakby sam dla siebie. Mark-Alem przyśpieszył kroku. Futrzany kołnierz postawił już wcześniej, lecz teraz jego ręka mimowolnie wykonała ruch, aby go podnieść. Właściwie nie czuł zimna na szyi, lecz gdzieś w okolicy żeber. Wsunął dłoń pod palto, by sprawdzić, czy jest tam jeszcze list polecający.

W pewnej chwili wydało mu się, że przechodniów na ulicy zrobiło się jakby mniej. Urzędnicy są już w swoich biurach, pomyślał z lękiem, lecz natychmiast się uspokoił: to w końcu jeszcze go nie dotyczyło. Nie był jeszcze urzędnikiem.

Z daleka wydało mu się, że dostrzegł skrzydło Tabir Saraju. Gdy podszedł bliżej, przekonał się, że się nie pomylił. To rzeczywiście był Pałac z wyblakłymi kopułami, które wyglądały, jakby kiedyś były błękitne lub przynajmniej błękitnawe, a teraz prawie skryły się pod mokrym śniegiem.

Mark-Alem obszedł prawie pusty plac, na którym stał meczet z zadziwiająco smukłymi minaretami. Oba skrzydła wielkiego gmachu ginęły we mgle, zaś jego środkowa część była wsunięta do wewnątrz, jakby się przed czymś cofała. Mark-Alem poczuł narastający strach. Przed nim ciągnął się długi rząd jednakowych drzwi, ale gdy podszedł bliżej, zobaczył, że wszystkie, wielkie i wilgotne od deszczu, były zamknięte i wyglądały, jakby od dawna nikt ich nie otwierał.

Szedł wzdłuż nich, obserwując je kątem oka, gdy nagle, nie wiadomo skąd, wyrósł przed nim jakiś mężczyzna w kapturze.

– Gdzie jest wejście? – zapytał Mark-Alem.

Mężczyzna wskazał ręką na prawo. Poła jego opończy była tak szeroka, że nawet nie drgnęła przy ruchu ręki, która wydała się karłowata w fałdach potwornego rękawa. Boże, co za dziwny strój, pomyślał Mark-Alem, podążając we wskazanym kierunku. Po chwili obok znowu usłyszał kroki. Był to kolejny zakapturzony mężczyzna.

– Tam – powiedział – wejście dla urzędników jest tam.

Markowi-Alemowi pochlebiło, że tamten wziął go za urzędnika. W końcu znalazł się przed wejściem. Drzwi sprawiały wrażenie bardzo ciężkich. Było ich czworo, wszystkie jednakowe, z ciężkimi mosiężnymi klamkami. Mark-Alem pchnął jedne z nich, które, o dziwo, otworzyły się łatwiej, niż się spodziewał. Wszedł do zimnego korytarza o tak wysokim suficie, że poczuł się jak na dnie wąwozu. Po obu stronach ciągnął się sznur drzwi. Mark-Alem popychał je po kolei, aż jedne z nich otworzyły się i wszedł do następnego, trochę cieplejszego korytarza. Wreszcie za szklanym przepierzeniem zobaczył ludzi. Siedzieli jeden przy drugim i rozmawiali. Wyglądali na odźwiernych albo na pracowników obsługi, ponieważ ubrani byli w coś w rodzaju liberii w kolorze wypłowiałego błękitu, zbliżonym do koloru kopuł Pałacu.

Przez chwilę Markowi-Alemowi wydawało się, że na uniformach zobaczył plamy wywołane wilgocią, podobne do tych, które z daleka dostrzegł na kopułach. Nie miał jednak czasu dobrze się wszystkiemu przyjrzeć, ponieważ ludzie w błękitnych mundurach przerwali rozmowę i spojrzeli na niego pytająco. Mark-Alem otworzył usta, by ich pozdrowić, lecz w ich oczach tak ostentacyjnie malowała się irytacja, że przerwał im konwersację, i zamiast powiedzieć „dzień dobry”, wymienił jedynie nazwisko urzędnika, do którego miał się zgłosić.

– Ach, w sprawie pracy? – powiedział jeden z nich. – Parter na prawo, drzwi jedenaste.

Jak każdy, kto po raz pierwszy przekracza progi wysokiego urzędu, a zwłaszcza gdy przychodzi ze ściśniętym sercem w obawie, czy go przyjmą, Mark-Alem marzył, by nim pójdzie dalej, zamienić kilka słów z pierwszymi napotkanymi tam ludźmi. Ci jednak tak niecierpliwili się, by wrócić do przerwanej rozmowy, że ruszył we wskazanym kierunku, jakby go popchnęli.

– Nie tam, na prawo – usłyszał głos za sobą. Nie odwracając głowy, poszedł przed siebie. Jedynie napięcie i zimne dreszcze przechodzące po całym ciele nie pozwoliły mu poczuć obrazy.

Korytarz na parterze był długi i ponury, z dziesiątkami wysokich, nienumerowanych drzwi. Odliczył dziesięć i zatrzymał się przy jedenastych. Nim zastukał, chciał się jeszcze raz upewnić, czy to rzeczywiście biuro osoby, której szukał. Ale na korytarzu nie było żywej duszy. Mark-Alem wziął głęboki oddech, wyciągnął rękę i lekko zapukał. Z wnętrza nie dobiegł żaden głos. Rozejrzał się na prawo i na lewo, następnie zapukał jeszcze raz, tym razem silniej. Znowu nikt nie odpowiedział. Zastukał po raz trzeci i pchnął drzwi. Ku jego zdziwieniu otworzyły się niezwykle lekko. Przerażony chciał je zamknąć z powrotem, wyciągnął nawet rękę, by przytrzymać skrzydła, które wciąż się uchylały, żałośnie skrzypiąc, lecz w tym momencie stwierdził, że pokój jest pusty. Przez chwilę wahał się, czy wejść. Nie znał żadnych reguł ani wskazówek, jak postąpić w takiej sytuacji. W końcu drzwi przestały skrzypieć. Spoglądał znieruchomiałymi oczami na długie ławy ustawione pod ścianami.

Ociągał się przez chwilę na progu, po czym jego ręka dotknęła listu polecającego. To dodało mu odwagi i wszedł. Ki diabeł! powiedział do siebie. Powrócił myślami do swego wielkiego domu na ulicy Królewskiej, swoich wpływowych krewnych, którzy często zbierali się po kolacji w wielkim salonie. Przypomniał sobie, jak każdego ranka schodził po schodach wysłanych czerwonym chodnikiem, a matka ze służącą czekały na niego ze śniadaniem. Jednak dzisiaj zamiast do jadalni skierował się do biblioteki, której niebieski dywan zawsze koił nerwy. Ale dziś to nie wystarczało. Podszedł do półek z książkami i zaczął szukać, jak robił to zawsze w takich przypadkach, grubego woluminu, na którego okładce pod wielką złotą literą C było napisane Ciuprili od niepamiętnych czasów. Poniżej nieznana ręka, z tych, którym pierścienie przeszkadzają trzymać pióro, dopisała pochyłym pismem francuskie słowo Chronique.

Mark-Alem wziął głęboki oddech, by jeszcze przez chwilę zatrzymać wspomnienie domu, lecz porzucił je szybko, ponieważ znowu chwycił go lęk. Jego uszy złowiły jakieś przytłumione dźwięki, które dochodziły nie wiadomo skąd. Rozejrzał się wokół i zauważył, że w pokoju są jeszcze jedne drzwi i odgłosy zdawały się dochodzić zza nich. Stał przez chwilę, nadsłuchując, lecz szmer był tak samo nieokreślony jak przedtem. Teraz całą swoją uwagę skupił na tych drzwiach, za którymi, myślał, musi być ciepło.

Położył dłonie na kolanach i długo stał bez ruchu. Co by nie mówić, znajdował się teraz wewnątrz budynku, do którego mało komu udało się wejść.


  
Chodziły słuchy, że także ministrowie mogą tu wchodzić jedynie na specjalną przepustkę.

Znowu przypomniały mu się stronice, które przeglądał ukradkiem, jakby opuszki jego palców zachowały zapach domowej biblioteki. Bardziej niż wspomnienie zwartych rzędów pamiętał litery, które różniły się w zależności od rąk, które je zapisały. W większości były to ręce ludzi starych, u schyłku życia, albo na progu nieszczęścia, wtedy, kiedy samo z siebie rodzi się pragnienie, by zostawić świadectwo.

Dwa, trzy razy spojrzał na drzwi, zza których dochodziły głosy, lecz czuł, że nawet gdyby miał spędzić na czekaniu godziny, a nawet dni, nie ruszyłby się, by je otworzyć. Czekałby tam, siedząc na ławie, błogosławiąc los za to, że pozwolił mu dotrzeć aż do tej poczekalni. Nie spodziewał się, że to może być takie proste. Ale czy rzeczywiście było takie proste? Zaczął robić rachunek sumienia: droga przez mokry śnieg, pozamykane drzwi, odźwierni w liberii koloru turkusowego, czy to wszystko było łatwe?

Nie wiedząc czemu, ciężko westchnął.

W tym momencie drzwi się otworzyły i Mark-Alem wstał. Ktoś wysunął głowę, zobaczył go i zniknął znowu, zostawiając uchylone drzwi. Mark-Alem usłyszał, jak mówi:

– Ktoś czeka w poczekalni!

Nie wiedział, jak długo stał. Drzwi pozostały uchylone, lecz ze środka nie dobiegał już teraz żaden ludzki głos, tylko jakieś dziwne skrzypienie. Człowiek, który wreszcie stamtąd wyszedł, był bardzo niski. W jednej ręce trzymał plik papierów, które – jak się Markowi-Alemowi wydawało – na szczęście pochłaniały większość jego uwagi. Mimo to spojrzał na niego pytająco. Mark-Alem pragnął go jakoś przeprosić za to, że wyciągnął go z pokoju, w którym z pewnością było ciepło, lecz karzeł spojrzał na niego takim wzrokiem, że Mark-Alem nie otworzył ust. Tylko jego ręka powolnym ruchem wyciągnęła z kieszeni list polecający i podała go. Tamten wyciągnął rękę i chciał wziąć list, lecz natychmiast ją cofnął, jakby się bał, że się oparzy. Zbliżył jedynie głowę, rzucił na niego okiem i cofnął ją znowu. Markowi-Alemowi zdawało się, że w oczach tamtego dostrzegł drwiący błysk.

– Chodź za mną – powiedział karzeł i skierował się do drzwi prowadzących na korytarz.

Wyszedł pierwszy, a Mark-Alem w ślad za nim. Na początku próbował zapamiętać drogę, lecz potem przekonał się, że było to tyleż bezcelowe, co niemożliwe.

Korytarz był dłuższy, niż mu się początkowo zdawało. Mdłe światło przenikało z bocznych przejść. W jedno z nich w końcu skręcili. Urzędnik zastukał do drzwi i wszedł, zostawiając je otwarte. Mark-Alem chwilę się wahał, lecz tamten dał mu znak, by wszedł.

Nim poczuł ciepło, Mark-Alem wyczuł zapach rozżarzonego węgla. Pośrodku pokoju stał miedziany piecyk. Za drewnianym stołem siedział posępny mężczyzna o końskiej twarzy. Mark-Alem miał wrażenie, że siedział tak i czekał na niego z oczami utkwionymi w drzwi, nim jeszcze przekroczył próg tego gmachu.

Karzeł, który teraz wydał się Markowi-Alemowi bliski, podszedł do tamtego i coś mu szepnął do ucha. Oczy mężczyzny o końskiej twarzy wciąż wpatrywały się w drzwi tak, jakby ktoś w nie bez przerwy pukał. Przez dłuższą chwilę słuchał szeptu urzędnika, potem coś do niego zamruczał, lecz jego twarz pozostawała nieruchoma. Mark-Alem pomyślał, że wszystko na nic, że list polecający i wszystkie inne rekomendacje nie miały znaczenia dla tych oczu, które nie wiedzieć czemu skupiały się jedynie na drzwiach.

Nagle usłyszał, że coś do niego powiedziano. Jego ręka zaczęła nerwowo grzebać po kieszeniach palta i wyciągnęła list polecający, jednak Mark-Alem natychmiast poczuł, że ten ruch tylko pogorszył ponurą atmosferę. Przez ułamek sekundy myślał, że się przesłyszał, i już chciał schować z powrotem list, gdy ręka karła wyciągnęła się po niego. Uspokojony tym, Mark-Alem podał mu kopertę, lecz jego radość okazała się przedwczesna. Urzędnik, tak jak za pierwszym razem, nie dotknął jej. Jego ręka uczyniła jedynie w powietrzu znak, jakby wskazując kierunek, w którym powinien skierować list, by dotarł tam, gdzie trzeba. Mark-Alem, całkowicie zaskoczony, zrozumiał wreszcie, że list powinien oddać bezpośrednio urzędnikowi, który bez wątpienia był znacznie wyższy rangą niż jego towarzysz.

O dziwo, wysoki urzędnik wziął list i odrywając wzrok od drzwi (Mark-Alem przestał już na to liczyć), zaczął czytać. Mark-Alem przyglądał mu się z nadzieją, że dostrzeże na jego twarzy jakiś znak, ale w tym momencie zaczęło się dziać coś, co wprawiło go w przerażenie. Poczuł, jak gwałtownie narasta w nim panika, podobna do tej, jaką zazwyczaj wywołuje trzęsienie ziemi. W istocie to, co się stało, miało związek ze swego rodzaju poruszeniem: pogrążony w lekturze urzędnik o posępnej twarzy zaczął z wolna podnosić się z krzesła. Jego ruch był tak powolny i jednostajny, że przeraził Marka-Alema. Wydało mu się, że to wstawanie nigdy się nie skończy i że głowa potwornego urzędnika, w którego rękach spoczywa jego los, dosięgnie sufitu, zgniecie go, rozwali i całe to rumowisko, wraz z popękanym wapnem, przebije wszystkie piętra i wyleci przez główny komin. Mark-Alem był gotów krzyknąć: Dość, nie chcę tej pracy, proszę mi oddać list, tylko niech się pan tak nie podnosi!, ale w tym momencie urzędnik, jakby słysząc jego wewnętrzny okrzyk, ostatecznie się wyprostował.

Ku zdziwieniu Marka-Alema był jednak niezbyt wysoki. Mark-Alem głęboko odetchnął, lecz jego spokój okazał się przedwczesny. Dostojnik tak samo powoli i jednostajnie ruszył ze swego miejsca i skierował się na środek pokoju. Karzeł, który przyprowadził Marka-Alema, nie wyglądał na zdziwionego i usunął się, by go przepuścić. Teraz Mark-Alem naprawdę poczuł ulgę. Mężczyzna po prostu powstał, by rozprostować ścierpnięte od długiego siedzenia nogi, lub też cierpiał na hemoroidy albo podagrę. On natomiast od razu wpadł w popłoch. Rzeczywiście, ostatnio miał zszargane nerwy!

Po raz pierwszy tego ranka Mark-Alem odnalazł zwykłą pewność siebie i spojrzał swojemu rozmówcy w oczy. Urzędnik trzymał jeszcze w ręce list polecający. Mark-Alem czekał, że mu powie: Tak, wiem wszystko o tobie, jesteś przyjęty do pracy, albo przynajmniej da mu nadzieję, obietnicę na następne tygodnie albo miesiące. Nie na próżno od ponad dwóch miesięcy jego krewni podejmowali wszelkie starania, poruszali niebo i ziemię, by przygotować to spotkanie. Natomiast on, Marek-Alem, niepotrzebnie się przeraził tego dygnitarza, bo być może to właśnie jemu bardziej zależało na utrzymywaniu dobrych stosunków z jego wpływowym rodem niż Markowi-Alemowi na nim. Jakby wraz z echem usłyszał kilka wersów z Chronique. Pierwszym w naszym rodzie, a więc jego założycielem, był Met Ciuprili z Rosznik koło Beratu, w środkowej Albanii, urodzony w 1575 roku. Przyjął stanowisko wielkiego wezyra pod warunkiem, że sułtan nie będzie się sprzeciwiał jego dekretom. Jego najstarszym synem był Fazil Mehmet pasza. Został wielkim wezyrem, jak jego ojciec. Zaatakował Kretę i ustanowił na niej panowanie osmańskie. Kierował wyprawą na Węgry. Walczył przeciwko Polsce i zawładnął połową Ukrainy.

Mark-Alem obserwował urzędnika i uspokoił się już tak, że w pewnym momencie poczuł, iż skóra na jego twarzy rozluźnia się i jest nawet zdolna do uśmiechu. Z pewnością uśmiechnąłby się, gdyby nie stało się coś gwałtownie nieoczekiwanego. Urzędnik ostrożnie rozłożył list polecający i w chwili, gdy Mark-Alem spodziewał się usłyszeć dobre słowo, podarł go. Mark-Alem zadrżał. Otworzył usta, by coś powiedzieć albo tylko zaczerpnąć powietrza, ale urzędnik, jakby tego mu było mało, podszedł do piecyka i wrzucił do niego strzępy listu. Psotny płomyk błyskawicznie poderwał się z uśpionego, posiwiałego od popiołu żaru. Po chwili płomyk przygasł, pozostawiając zwęglone resztki.

  
– W Tabir Saraju nie przyjmujemy rekomendacji – powiedział głosem, który przypomniał Markowi-Alemowi spiżowy dźwięk samotnego zegara o północy.

Mark-Alem skamieniał. Nie wiedział, co ma teraz robić: zostać, natychmiast odejść, wściec się czy prosić o wybaczenie. Jakby czytając w jego myślach, karzeł, który go przyprowadził, wyszedł bezszelestnie z pokoju, pozostawiając ich samych. Stali teraz twarzą w twarz, po obu stronach piecyka. Nie trwało to długo. Swoim powolnym ruchem urzędnik wycofał się na miejsce za stołem. Nie usiadł.


  
Odchrząknął tylko, jakby przygotowując się do przemowy, i spoglądając to na drzwi, to na Marka-Alema, zaczął:

– W Tabir Saraju nie przyjmujemy rekomendacji, ponieważ jest to całkowicie sprzeczne z duchem tej instytucji.

Mark-Alem nic nie rozumiał.

– Fundamentalną zasadą Tabir Saraju nie jest otwarcie na wpływy z zewnątrz, lecz przeciwnie, zamknięcie na nie. Nie przenikanie, lecz izolacja. A więc nie rekomendacja, lecz brak rekomendacji. Mimo to od dzisiaj jesteś przyjęty do pracy w Pałacu.

O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał w duchu Mark-Alem. Jakby chcąc się jeszcze raz upewnić, spoglądał na spopielone resztki listu leżące na już uśpionym żarze.

– Tak, od tej chwili pracujesz tutaj – powtórzył urzędnik, który najwyraźniej uchwycił wystraszone spojrzenie Marka-Alema.

Nabrał powietrza, oparł ręce na stole (dopiero teraz Mark-Alem zauważył, że był zawalony teczkami) i zaczął:

– Tabir Saraj lub Pałac Snów, jak się go nazywa w dzisiejszym języku, jest jedną z najważniejszych instytucji naszego wielkiego imperium...

Zamilkł na chwilę, obserwując Marka-Alema, jakby chciał się upewnić, do jakiego stopnia zrozumiał jego słowa. Jego sposób mówienia był tak nienaturalny, że przypominał mowę na zebraniu. Mark-Alem miał wrażenie, że słucha dalszego ciągu jakiegoś dawno wygłoszonego przemówienia, i to nie przed nowo zatrudnionymi pracownikami, lecz przeciwnie, na pożegnanie tych, którzy odchodzą na emeryturę.

– Świat od dawna zna wagę snów i rolę, jaką odgrywały w losach państw i władców. Być może słyszałeś o wyroczni w Delfach w starożytnej Grecji i o słynnych rzymskich, asyryjskich, perskich, mongolskich i innych wróżbitach. Starodawne księgi opisują wszystko, co oni uczynili, by uprzedzić o nieszczęściach lub im zapobiec, albo też czego nie zdołali zrobić, ponieważ im nie uwierzono lub uwierzono za późno. Inaczej mówiąc, opisują wszystkie te wydarzenia, o których znaki uprzedzały wcześniej i których bieg się zmienił lub nie zmienił po zbadaniu tych znaków. Bez wątpienia, cała ta tradycja jest ważna, lecz blednie ona w porównaniu z działaniem Tabir Saraju. Nasze imperium pierwsze w historii świata zinstytucjonalizowało interpretację snów i wzniosło ją na szczyty doskonałości.

Mark-Alem słuchał oszołomiony słów dygnitarza. Jeszcze nie doszedł do siebie po tym, co wydarzyło się tego ranka, i zdania urzędnika, równie gładkie, co zawiłe, były kroplą przepełniającą kielich.

– Rola Pałacu Snów utworzonego bezpośrednio przez panującego Sułtana polega na gromadzeniu i interpretacji nie pojedynczych snów poszczególnych ludzi, którym w przeszłości z takich czy innych powodów nadano przywileje posiadania, praktycznie, monopolu na przepowiadanie poprzez odczytywanie boskich znaków, lecz Tabiru Totalnego, innymi słowy: wszystkich snów wszystkich bez wyjątku obywateli. To ogromne przedsięwzięcie, wobec którego i wyrocznia z Delf, i przepowiednie całych kast dawnych profetów i magów wydają się małe i śmieszne. Idea utworzenia Tabiru Totalnego opiera się na tym, że Allach rzuca proroczy sen na ziemski glob w sposób beztroski, tak jak rzuca tęczę lub burzę, albo nieoczekiwanie zbliża kometę, którą wyciąga z nie wiadomo jakich tajemnych głębin wszechświata. Wysyła swój sygnał na ziemię, nie dbając o to, gdzie spadnie, ponieważ sam jest zbyt wysoko, by zajmować się takimi drobiazgami.
Naszym zadaniem jest ustalenie, gdzie padło przesłanie, odszukanie go wśród milionów i miliardów innych snów, tak jak można odnaleźć perłę na pustyni. Interpretacja takiego snu, wrzuconego jak zbłąkana iskra do jednego z mózgów milionów śpiących ludzi, może pomóc ustrzec państwo i jego władcę przed nieszczęściem; może pomóc uniknąć wojny lub zarazy albo zrodzić nowe idee. Dlatego Pałac Snów nie ma nic z fantazji, lecz stanowi jeden z filarów państwa. Tutaj lepiej ocenia się prawdziwy stan imperium, niż wynikałoby to z jakiegokolwiek śledztwa, protokołu, donosu lub raportu sporządzonego przez inspektorów policji lub gubernatorów paszałyków. W nocnym królestwie snu mieści się światło i mrok ludzkości, miód i trucizna, jej wielkość i nędza. Wszystko, co mroczne i niebezpieczne lub co okaże się takie po kilku latach lub wiekach, zostawia swój pierwszy ślad w ludzkim śnie. Każda namiętność albo nikczemna myśl, nieszczęście albo katastrofa, bunt albo zbrodnia rzucają swój cień znacznie wcześniej, nim pojawią się w realnym życiu. Dlatego wolą Padyszacha jest, aby żaden sen śniony nawet w najodleglejszych krańcach państwa, nawet w najzwyklejszy dzień, nawet przez najnędzniejszego niewolnika Allacha, nie pozostał nie zbadany przez Tabir Saraj.
Kolejny, jeszcze ważniejszy, imperatorski rozkaz mówi, że obraz powstały w wyniku zebrania, sklasyfikowania i przeanalizowania snów dziennych, tygodniowych i miesięcznych, musi być bezwzględnie dokładny, nie zniekształcony. Dlatego, prócz ogromnej pracy włożonej w opracowanie materiału, sprawą największej wagi jest całkowite odizolowanie Tabir Saraju od jakiegokolwiek obcego wpływu. Wiemy, że na zewnątrz Tabir Saraju istnieją różne siły, które z różnych powodów chciałyby infiltrować go przez swoich agentów po to, by własne cele, idee bądź opinie przedstawiać następnie jako boskie przesłanie, rzucone przez Allacha na uśpione ludzkie mózgi. Oto dlaczego w Tabir Saraju nie są przyjmowane listy polecające.

Wzrok Marka-Alema padł niechcący na zwęglony papier, który, jeszcze cieńszy, tańczył teraz jak cień nad żarem.

– Będziesz pracować w Departamencie Selekcji – ciągnął urzędnik tym samym tonem. – Mógłbyś zacząć pracę na najniższym stanowisku, jak zwykle robią nowi, lecz ty zaczniesz od razu w Selekcji, ponieważ podobasz się nam.

Ukradkiem Mark-Alem zerknął na grę zwęglonego papieru, jakby chciał mu powiedzieć: jeszcze tu jesteś?

– Pamiętaj – ciągnął tamten – tym, czego się od ciebie ponad wszystko wymaga, jest bezwzględne zachowanie tajemnicy. Nigdy nie zapomnij, że Tabir Saraj jest instytucją całkowicie zamkniętą przed światem zewnętrznym.

Uniósł jedną rękę ze stołu i pogroził Markowi-Alemowi palcem.

– Wiele osób i całe frakcje chciały przeniknąć tutaj, do Tabir Saraju, lecz Tabir Saraj nigdy nie wpadł w pułapkę. Stoi samotny wśród ludzkiej ciżby, z boku, z dala od wszelkich klik i walk o władzę, głuchy na wszystko i w nic nie wmieszany. O wszystkim, co ci powiedziałem, możesz zapomnieć, lecz powtarzam, o jednym powinieneś, mój chłopcze, stale pamiętać: musisz dochować tajemnicy. To nie jest prośba. To jest najwyższy rozkaz Tabir Saraju... A teraz idź do pracy. Na korytarzu zapytaj, gdzie jest Departament Selekcji. Nim tam dotrzesz, będą już o wszystkim powiadomieni. Powodzenia!

Na korytarzu Mark-Alem wciąż był oszołomiony. Nie spotkał nikogo, kogo mógłby zapytać o drogę do Selekcji, ruszył więc przed siebie. W uszach dźwięczały mu jeszcze słowa dostojnika. Co się ze mną dzieje? – powiedział do siebie i potrząsnął głową, chcąc się ich pozbyć, ale one zamiast się ulotnić, trzymały się go kurczowo i coraz bardziej uporczywie. Miał nawet wrażenie, że w tej pustce korytarzy odbijane od ścian i kolumn i zwielokrotniane, dźwięczały jeszcze bardziej złowrogo niż przedtem: zaczniesz od razu w Selekcji, ponieważ podobasz się nam...
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj