Fragment książki "Niedojrzałość. Choroba naszych czasów"

 
W liceum nazywaliśmy Piotrusiem Panem kolegę, który ubarwiał nasze marzenia (i starał się je przeżywać), przenosząc je poza ubogą ówczesną rzeczywistość. Kilka lat później nasz Piotruś Pan, Marco R., zastrzelił się i wcześniej od nas dotarł do Nibylandii.

W postaci Piotrusia Pana jest coś diabolicznego. „Nie widać, że to demon, choć ma to być Piotruś” – zawołał James M. Barrie, kiedy zobaczył ckliwą figurę Piotrusia Pana, rzeźbę George’a Framptona, ustawioną l maja 1912 roku w Ogrodach Kensingtońskich. „Ten szatan!” – mówi o nim zrozpaczony ucieczką Piotrusia Pana z jego dziećmi pan Darling w pustym pokoju dziecinnym. Wcale nie jest to latający i zabawny zagubiony chłopiec, lecz dziecko uparte i złośliwe. Piotruś Pan ma krnąbrny charakter i niepokojącą naturę. Już samo jego nazwisko zostało chyba tak przez Barriego dobrane tak, żeby przywodziło na myśl najdawniejsze mity. Piotruś Pan ma w gruncie rzeczy wiele wspólnych cech z bożkiem Panem, synem Hermesa i pewnej nimfy, która porzuciła dziecko zaraz po urodzeniu. Ściśle związany z bezlitosnym Dionizosem Pan jest bóstwem pastoralnym i zarazem istotą ludzką: jest człowiekiem od pasa w górę, a od pasa w dół przypomina kozła. Tę jego dwoistość Platon porównał do dwoistości języka („mowa jest dwojaka: prawdziwa i kłamliwa” – prawdziwa na górze, kłamliwa na dole). To, że jest synem Hermesa, nadaje jego postępkom cechę niejasnego (hermetycznego) przesłania. Wynalazł fletnię („tu po raz pierwszy wywiodła melodię syringa Pana”, pisze Pauzaniasz), umie wywoływać paniczny lęk („ogarniający bowiem bez przyczyny lęk pochodzi – jak mówią – od Pana”), jest towarzyszem i kochankiem „groźnych” nimf, które porywają chłopców i małe dzieci.

Pod koniec XIX wieku pisarze, poeci i malarze odkrywają satyra mającego wygląd kozła w najgłębszych pokładach człowieczego instynktu. Pan staje się, zwłaszcza w Anglii, ulubioną postacią z greckiej mitologii. Piotruś Pan na przykład, jak pisze Barrie w pierwotnej wersji, „jeździ co noc wokół Ogrodów” na kozie.

Na ogół uważa się, że Piotruś Pan uosabia trwałą tęsknotę za radosną nielogicznością dzieciństwa, za jego uniwersum rządzącym się własnymi prawami. Tylko w dzieciństwie – twierdził twórca takiego uniwersum Barrie – ludzie są „weseli, niewinni i bez serca”, ujawniając tym stwierdzeniem, że jego wizja tego okresu życia nie jest bynajmniej idylliczna.

Ale jeśli Piotruś Pan stanowi symbol zjawiska coraz bardziej nasilającego się w ostatnich stu latach, to znaczy tego uporczywego pragnienia, by pozostać dzieckiem, to zarazem uświadamia nam także coś znacznie bardziej niepokojącego: utraciliśmy wzorzec, jakim byli nasi rodzice, zniknęły niezawodne punkty odniesienia, jesteśmy już zdani tylko na siebie, a świat dzisiejszych „dorosłych” coraz bardziej przypomina piekło. Lepiej wobec tego zatrzymać się na jego progu, odmówić przekroczenia go i zaakceptowania bezwzględnych „dorosłych” zasad tego świata. To poczucie nieprzystosowania zazwyczaj powoduje tęsknotę za dzieciństwem, za latami, kiedy przed światem chroniła nas postać ojca.

„Wendy, uciekłem – mówi Piotruś – bo usłyszałem, jak ojciec i matka rozmawiali, kim zostanę, kiedy będę dorosły...”.

Nie przypadkiem historia Piotrusia wiąże się z bożkiem Panem, skoro ulubionym przedmiotem młodego Barriego na studiach w Edynburgu była starożytna greka, a najbardziej wielbionym profesorem – John Stuart Blackie, który nie tylko zaszczepił w nim zainteresowanie światem antycznym, ale też zachęcał do kontynuowania współpracy z teatrem.

Piotruś Pan odsyła nas do tematu podjętego przez Károlya Kerényiego i Carla G. Junga w Einführung in das Wesen der Mythologie (1940–1941; „Wprowadzenie do istoty mitologii”) – chłopca, który jest boskim podrzutkiem. Ten bardzo wczesny archetyp przedstawia porzucone dziecko, walczące niekiedy nawet z piratami. Taką postać „boskiego łobuza” znają wszystkie narody i tradycje ludowe: od starożytnych Greków poczynając, po Chińczyków i Japończyków, od powieści łotrzykowskich, po poliszynela i klauna. Jednym z takich „łobuzów”, szczególnie barwnym i okrutnym, jest bohater opowieści odkrytej w plemieniu Winnebago w środkowym Wisconsin i wschodniej Nebrasce. Ten Mit o łobuzie, spisany przez Sama Blowsnake’a, również został uważnie przeanalizowany przez Kerényiego i Junga, którzy dostrzeg-li w nim wyraz „ducha chochlika”, pojawiającego się zawsze, kiedy trzeba przedstawić chłopców przed wiekiem dojrzewania. Jest to istota w pierwotny sposób „kosmiczna”, o naturze boskiej i zwierzęcej. Lewis Hyde w fascynującej rozprawie Trickster Makes this World. Mischief, Myth, and Art (1998; „Łobuz stanowi świat. Złośliwość, mit i sztuka”) wyjaśnił, że trickster jest postacią istniejącą w każdej kulturze, poczynając od Grecji (Hermes), po Amerykę Północną (Coyote) i Afrykę Zachodnią (Eshu). Tego rodzaju łobuz, zdaniem autora, pojawiał się w historii cyklicznie, a w naszych czasach wcielił się w artystów, takich jak Pablo Picasso, Marcel Duchamp, John Cage czy Allen Ginsberg.

Chłopczyk Barriego jest jednak „sierotą szczególnym”. Odszedł z domu, aby uniknąć zostania dorosłym mężczyzną, a rodzice nie pozwolili mu już powrócić. Kiedy miał siedem dni, uciekł przez okno i odfrunął, gdyż wszystkie dzieci były ptakami, zanim zostały ludźmi, „i bardzo swędzą je miejsca, gdzie przedtem miały skrzydła”. Jego przyjaciele, zagubieni chłopcy, zostali porzuceni w jeszcze gorszy sposób: „Są to dzieci – pisze Barrie w Piotrusiu i Wendy – które wypadły z wózków, kiedy niańki patrzyły w inną stronę. Jeżeli nikt się po nie nie zgłasza w ciągu siedmiu dni, odsyła się je daleko, do Nibylandii” („dla zaoszczędzenia wydatków” – dodaje autor).
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj