Fragment książki "Kino rzeczy znalezionych"

 
W komedii Tadeusza Chmielewskiego Nie lubię poniedziałku (1971) można znaleźć dziwaczną scenę. Oto na ulicznym skrzyżowaniu rozemocjonowana niewiasta pozostawia milicjantowi pod opiekę, niczym skarb, kilka rolek papieru toaletowego nanizanego na konopnym sznurku. Dla współczesnego odbiorcy (niechby urodzonego w roku premiery filmu) będzie to sytuacja całkowicie niezrozumiała. Zgoła inaczej dla kombatantów Peerelu.

Tylko oni, ciężko doświadczeni przez ówczesny – chwilowy – deficyt dóbr powszedniego użytku, potrafią wczuć się w stan ducha bohaterki. Jaką szansę dostała na sklepowej loterii! Jak hojnie wynagrodził ją los – całym zwojem, a nie dwiema rolkami!

Pod przewodnictwem pierwszego sekretarza Władysława Gomułki państwo zwane ludowym wyspecjalizowało się w znojnej walce z trudnościami przez siebie zawinionymi. Właściwie wszystko poza octem, makaronem i marmoladą musiało być zdobywane. O artykułach przemysłowych lepiej już nie wspominać. Już w roku 1954 piątka (chłopaków) z ulicy Barskiej (z filmu Forda) stanęła przed sądem za kradzież kilku kilogramów papy. Ale rzecz dziwna: produkcja niedostępnego papieru szła pełną parą, zakłady mięsne ciągle zwiększały niewidoczną produkcję, fabryki obuwia nieprzerwanie urozmaicały asortyment swoich mitycznych wyrobów. Nasuwa się podejrzenie, że w Peerelu zaistniał konflikt między producentami i wynalazcami z jednej, a ludnością, która nie potrafiła docenić dynamicznego, naukowego rozwoju, z drugiej strony.

Kobieta z papierem toaletowym (tak nazwano tę postać w czołówce filmu Chmielewskiego) też jakby nie zadbała o uzgodnienie swoich niskich potrzeb z teoretycznymi innowacjami. Zmagania przemysłu o higienę i godność obywateli miały swoją chronologię. Modernizacja maszyn papierniczych została zapoczątkowana już w roku 1963. W tym samym czasie wprowadzono maszynę papierniczą z kolorowymi lampkami i rozpoczęto badania nad możliwością obniżenia zawartości hemiceluloz w alkalicelulozie. Prace te nie od razu przyczyniły się do zaspokojenia intymnych potrzeb ludności. Papieru wciąż brakowało. Zmęczeni i rozdrażnieni ludzie nie potrafili właściwie ocenić perspektywy korzystnych zmian w alkalicelulozie. Nie do wszystkich docierała też ciągle ponawiana pociecha, że chwilowy spadek wytwarzania papieru zrekompensowano stałym wzrostem produkcji lokomotyw i maszyn rolniczych. Deficyt celulozowy pozostawał ustrojową tajemnicą. Sprawozdanie z jubileuszu Fabryki Papieru w Myszkowie (1965) zawierało czytelną aluzję, odnoszącą się do niewłaściwej struktury produkcji. Ze zdania głoszącego, iż „mimo występujących ostatnio trudności produkcyjnych załoga wierzy w to, że nastąpi zwrot ku poprawie, zaś słuszna polityka w kierunku poprawienia stanu maszyn i urządzeń pozwoli na osiąganie lepszych wyników”, wynikało, że słusznej polityki nadal nie zabraknie, ale papieru – owszem.

I wcale nie była to jedynie nasza narodowa przypadłość. Papierową mizerię i defetystyczny nastrój dzieliliśmy bowiem z innymi mieszkańcami demoludów. Znany niemiecki dokumentalista i pedagog filmowy Hans-Jürgen Brandt, który za młodu zaznał uroków życia w Niemieckiej Republice Demokratycznej, w programie Bavaria Radio przypomniał anegdotyczną scenę sprzed lat, kiedy to aktywista partyjny, uzbrojony w ideologiczną rację, spotkał się z ludnością zaniepokojoną brakiem papieru. Aktywista: Towarzysze, dzięki budowie elektrowni atomowych zapotrzebowanie na energię elektryczną w ciągu najbliższych pięciu lat zostanie w NRD pokryte w stu procentach.

Głos sali: A co z papierem toaletowym?

Aktywista: Towarzysze, w ciągu najbliższych pięciu lat każde gospodarstwo domowe będzie miało kolorowy telewizor.

Głos z sali: ? A co z papierem toaletowym?

Aktywista: Towarzysze, w nadchodzących dziesięciu latach każdy z was stanie się posiadaczem auta i to bez przydziału.

Głos z sali: A co z papierem toaletowym?

Aktywista: (najwidoczniej przytłoczony ciśnieniem pytań, odpowiada wreszcie klasycznym, acz nieprzyzwoitym cytatem z Götza von Berlichingen) Pocałujcie mnie w d…!

Grubiaństwo uzasadnione stresem, ale po trosze też historycznym rodowodem. Nie na darmo bohater dramatu Goethego zasłynął z szorstkiej szczerości.

Odwołując się do wyników badań naukowych, władze usiłowały dowieść, że chodzi o kłopoty z jakością, a nie z ilością. W 1965 roku Instytut Celulozowo-Papierniczy opublikował cenne wyniki badań Jullandera i Bruna. Renomowani zagraniczni badacze usilnie przekonywali, że żółknięcie mas celulozowych po części jest spowodowane grupami karbonylowymi. Tubylcom trudno było jednak się zamartwiać, że żółknie coś, czego nie ma. Jakby głucha na perswazję przyszła bohaterka filmu Nie lubię poniedziałku kontynuowała – nie ona jedna – desperackie poszukiwania papieru toaletowego. I miotała się w zaciekłym uporze, nie bacząc na dalszy postęp odnotowany w produkcji opakowań z masy falistej, na rozwój badań pomiarów siły między włóknami, na wzrost wytrzymałości mechanicznej cylindrów suszących, na coraz bardziej efektywne sortowanie ścieru.

Wbrew postępom nauki na ulicach przybywało nerwicowców. Prymitywne odruchy zdarzały się w kolejkach coraz częściej. Frustracja niezaspokojonych odsuwała na dalszy plan wszelkie wyjaśnienia. Kobieta bez papieru toaletowego – może przez niedostatek wykształcenia, a może po prostu ze złej woli – zdawała się odrzucać ideę rozprawy Harrisona F. Dunninga o przemyśle celulozowym w USA pod tytułem Przyszłość stawia nam wymagania („Przegląd Papierniczy”, 1966), zaś wypełzająca z kolejkowego tłumu Polka-Afrykanerka z piramidą papieru toaletowego na głowie unosiła swój skarb do domu niepewna, co przyniesie jej jutro. Nie tylko ostrożność, ale i czujność była w cenie. W filmie Bicz boży, pochodzącym z tego samego roku co rozprawa Dunninga, znalazł się charakterystyczny wątek marnotrawstwa. Oto jedna z firm handlowych rozprowadzających wśród ludności cenne żyrandole postanawia je w transporcie zabezpieczyć, owijając papierem higienicznym. Sprawa oczywiście wychodzi na jaw. Marnotrawstwo papieru wykryte przez czynniki społeczne doprowadza do śledztwa i moralnego wyroku, na szczęście nierównoznacznego tutaj z karą śmierci, ferowaną ówcześnie przez Gomułkę wobec winnych w tak zwanej aferze mięsnej.

Dramatyczna aura, trudno w to uwierzyć, utrzymywała się jeszcze do końca lat osiemdziesiątych. W Karierze Nikosia Dyzmy błąka się wspomnienie jedynego spekulanta, którego złapano w stanie wojennym, a który wówczas „robił w papierze toaletowym”. Ceniona była to, jak widać, zawodowa specjalność. Właśnie w tamtych czasach wprowadzono cenną regulację prawną, zezwalającą na pobór papieru toaletowego w zamian za dostawę makulatury, w proporcji wagowej 1:7. Na moich Piaskach taki sezam mieścił się u zbiegu ulic Przybyszewskiego i Księgarzy, w barakowozie, otwieranym wprawdzie w nieokreślonych godzinach, ale zalecającym się uprzejmością kierownika.

Wraz z małym Michasiem odwiedzaliśmy go (sezam, barakowóz, kierownika), unosząc do domu celulozową nagrodę. Młodzież od maleńkości zresztą wdrażano do walki o papierowe trofea. Nawet w „Trybunie”, tak nostalgicznej wobec peerelowskiego świata, można znaleźć obrazek z dzieciństwa warszawiaka rocznik 1979, który zawsze chodził ze sznurkiem w kieszeni, w razie „gdyby przypadkiem pojawił się papier toaletowy. Był bardzo dumny, kiedy raz mu się udało przynieść do domu na szyi dziesięć rolek”. Zdarzało się w tym pokoleniu, że napięcie uśmierzano technikami happeningu. W biografii młodego pisarza Piotra Kofty (ur. 1973) znalazł się epizod z teatru szkolnego. „Gazeta Stołeczna” podaje, że pierwszym utworem ambitnego licealisty był napisany i wyreżyserowany przez niego spektakl poświęcony papierowi toaletowemu. Z dokumentalnego filmu Marii Zmarz-Koczanowicz o samozwańczym majorze Waldemarze Frydrychu i jego „Pomarańczowej Alternatywie” można się dowiedzieć, jaką sensację wzbudziło w 1987 roku rozdawnictwo papieru toaletowego przez bezczelnych pomarańczowych na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu. Niektórzy wrocławianie w pośpiechu wyrywali zdobyczny papier i rzucali się do ucieczki, inni woleli obserwować plac gier i zabaw z bezpiecznego dystansu. Jedni i drudzy zakładali, że do akcji niechybnie włączy się ludowa milicja i zaraz się rozpocznie pałowanie.

Dzisiaj dawno gdzieś się zagubiły pryncypia. Produkcja i dystrybucja pozostają poza kontrolą władz politycznych. Happeningi byłyby niezrozumiałe, bo celulozy jest w bród. Sklepy nęcą gładkimi jak aksamit papierami w kolorach tęczy. Papier o nazwie „Ligni”, ze spóźnieniem wchodzący na rynek, odsyła w telewizyjnej reklamie do skojarzeń z bezgrzeszną naturą, barokową muzyką i malarstwem Watteau. Ale bardzo trudno przebić się nawet towarowi o tak szlachetnej proweniencji. Wszystkiego jest za dużo. Weteranka gomułkowszczyzny bez radości snuje się po supermarkecie w ciżbie zblazowanych przechodniów. Głód nieznanego, energia życiowa, bitewny zapał – wszystko to bezpowrotnie ją opuściło. Dosyt nie daje szczęścia, gdy zbrakło egzystencjalnej przygody. Zdobywczyni importowanego plastikowego sedesu w kwiatki nikt już nie będzie podziwiał tak szczerze jak w Człowieku z M-3.


 
Kobiety z papierem toaletowym po Chmielewskim żaden inny reżyser nie zatrudni już w filmie. W ostatnich miesiącach XX wieku pewna mieszkanka Poznania ofiarowuje zasuszoną rolkę papieru toaletowego „Solali” drugiej klasy na wystawę o dziedzictwie Peerelu. To chyba nie jedyna taka wzruszająca pamiątka. Jak jesienny, złoty liść na podłogę opada wycinek z pamiętnym artykułem z roku 1968: Przemysł papierniczy na tle tez KC PZPR na V Zjazd Partii. Czasem tylko ujawniają się egzotyczne tony. Zwiedziony obiecującym wynikiem Stana Tymińskiego w pierwszych wyborach prezydenckich III RP pan Kazimierz Wojnowski wykupuje cały nakład jego książki Święte psy, licząc na doraźną korzyść, a może nawet na przepustkę do historii. Na dzieła Stana nie znajduje się jednak żaden chętny. Święte psy szczekają coraz ciszej, aż wreszcie pokotem pokładają się na półkach i stopniowo śniedzieją. Bibliofil jest tak rozczarowany, że któregoś dnia oddaje tę klasykę literatury politycznej na przemiał, na papier toaletowy. Zmierzch wartości? Odyseja celulozowa ostatecznie kończy się w kwietniu roku 2004. Podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Warszawie młodzi alterglobaliści pogardliwie obrzucają otaczającą ich policję całymi zwojami papieru toaletowego. Wybaczcie im, bo nie wiedzą, jakim skarbem ten papier był dla ich przodków.

„Gdy wszystko czerwona zeżarła nam pleśń / i w sklepach zabrakło już soli / po mieście cudowna rozeszła się wieść: / kiełbasę sprzedają na Woli” – śpiewał w Balladzie o cudzie na Woli Janusz Szpotański, przywołując jako motto legendę o duchu Bieruta sprzedającym ludności kiełbasę za 26 złotych i to z wolnej ręki. Sukces bohaterki Nie lubię poniedziałku naprawdę doceni tylko ten, kto ma za sobą doświadczenia bitewne. Obfity łup kobiety z papierem toaletowym wskazuje, że dotarła ona do sklepu jako pierwsza i nie musiała stać w kolejce po towar już racjonowany. Okrzyk z Menedżera (1986): „Heniek, podjeżdżaj pod cedet [Centralny Dom Towarowy – przyp. R.M.]! Pralki rzucili!” i obraz ruchu samochodowego zablokowanego przed sklepem to są właśnie pogłosy takiej sytuacji nadzwyczajnej.

Kombatanci peerelowskiego okresu zachowują w pamięci kolejkę jako najbardziej konkretny, a zarazem symboliczny przejaw walki o byt. Obserwator zewnętrzny z reguły nie potrafił uchwycić dramatyzmu sklepowych poszukiwań; tym trudniej było mu ułowić semantykę. W telewizyjnej Wojnie domowej, młody Polak z Anglii przybyły na wakacje do warszawskiego domu wujostwa, chłopak bystry i nieźle już mówiący po polsku, któregoś dnia informuje domowników, że Paweł poszedł na dworzec; po czym wyjaśnia zdziwionej rodzinie, że chodzi tu o wyjście po cukier do kolejki.

Jako stały element pejzażu kolejka wpisywała się w sferę profanum. Nie można było jej uniknąć ani wyminąć, chyba że odgrywając nagłe zasłabnięcie lub kalectwo. Tylko wyjątkowo pomagał wdzięk osobisty, tak jak bohaterowi komedii Och, Karol odgrywającemu w sklepie przed kobietami rolę słodkiego ciamajdy. Źle było widziane wymachiwanie kombatanckimi legitymacjami (skuteczne wykorzystanie martyrologii więziennej bohatera w Obywatelu Piszczyku to tylko ekranowa fikcja). Jeszcze gorzej, gdy ktoś próbował obejść kolejkę, powołując się na swoją wyjątkowość. W filmie Rybkowskiego Ostatni strzał (1959) taka arogancka próba, podjęta w sklepiku przez sławnego w okolicy kryminalistę, omalże nie kończy się tragedią. Staje on oko w oko z pobladłymi z przejęcia, ubranymi na czarno kobietami. Otaczają go niczym sępy i – w przedłużającym się oczekiwaniu na dostawę kiełbasy – sposobią się, żeby go na miejscu rozszarpać. Chojrak ledwo ratuje się ucieczką.

Normalny człowiek nie miał żadnych szans na przechytrzenie sklepowego losu. Gdy w październiku – nie na próżno świętowanym jako „miesiąc oszczędności” – obywatelka Grzelakowa ponownie i bezczelnie ustawiała się w kolejce po deficytową żywność, ekspedientka ją dyscyplinowała, zaznaczając sznurem miejsce w kłębowisku ciał, żeby zapobiec podobnym incydentom przez identyfikację uczciwych i nieuczciwych klientów (O rany, nic się nie stało, 1987). Równocześnie jednak kolejka w perspektywie frontowej była uświęcana jako doświadczenie bohaterskie. To właśnie dlatego w Misiu ustawia się kolejka do ostatniej paróweczki, a po zniknięciu (kradzieży) towaru brygada młodzieżowa zobowiązuje się zaciągnąć wartę przy nowozakupionych parówkach (z baraniej kiszki, niestety). Bareja sygnalizuje również oswojenie kolejki przez oficjalną propagandę. W obliczu nadciągającej – z helikoptera – wizytacji obywatele budują kolejną wieś potiomkinowską. To właśnie kolejka, pozorowana kukłami, ma nadać przedsięwzięciu wiarygodność. Bez kolejki nie ma życia – tłumaczy personelowi zirytowany majster, odsyłając tym samym do lamusa rewolucyjny projekt likwidacji kolejek, zgłoszony w Obywatelu Piszczyku na młodzieżowym zebraniu przez jakiegoś wariata. Niewykluczone, że towarzysz–budowniczy ma również na myśli wtórne, ale cudownie integrujące aspekty kolejki. W szlagierze Bogdan, trzymaj się Jarosław Abramow ustami Bogdana Łazuki opisywał, jakim ważkim zrządzeniem losu może być dla mężczyzny półgodzinny postój w kolejce po cytryny.

Stały niedostatek towarów pierwszej potrzeby peerelowska władza władza starała się przesłonić dydaktyką. W słynnym skeczu kabaretowym Zenon Laskowik jako panisko (kierownik sklepu) udzielał elementarnych nauk Bogdanowi Smoleniowi, kandydatowi na klienta: „Jeszcze przed wejściem do sklepu masz mieć nogi w kolanach ugięte. Niziutko. Skromniutko. Mały szczurek jesteś”. Im mniej było na półkach sklepowych, tym bardziej rozprzestrzeniały się nauki o dobrych formach. Typowe hasło zapisane w Lekarstwie na miłość głosiło, że „estetyka wnętrz wpływa na podniesienie poziomu kulturalnego” – w domyśle: potencjalnych klientów. Felieton z Polskiej Kroniki Filmowej z 1959 roku zachwalał „bogactwo obsługi, wystrój zewnętrzny i wewnętrzny obleganego przez publiczność [wirtualnego – przyp. R. M.] sklepu, w którym popularna aktorka Hanka Bielicka grała rolę ekspedientki”. Klientów niewrażliwych na piękne słowo reedukowano techniką wcale nieodległą od tej pokazanej w Misiu, gdzie świętuje się „dzień pieszego pasażera”, w restauracji „zakład nie odpowiada za rzeczy pozostawione w szatni”. W tym samym filmie grozę budziły talerze przyśrubowane do blatu stolika i łyżki przykute doń wspólnym, przesuwającym się w rytm jedzenia łańcuchem.

Codzienna rzeczywistość sklepowa była nie mniej upokarzająca. W różnych wariantach powtarzała się informacja z Rancha Texas, że brak kaszy gryczanej, pęczak „właśnie wyszedł”, ale za to kto szczególnie głodny może się uszczęśliwić zakupem zagranicznego kremu do golenia. Jan Pietrzak śpiewał o babci kupującej wnukom pierniki w czekoladopodobnej polewie i niepewnej, czy ta zdobycz jest sukcesem (istotnie u schyłku Peerelu zrodził się fenomen tak zwanych wyrobów czekoladopodobnych). W filmie Nic śmiesznego bohater zadośćuczyniał tytułowi, a zarazem sklepowemu inwentarzowi, ograniczając się do zakupu serka topionego, rogala i połówki masła roślinnego. Narastała irytacja, że w osiedlowym sklepie nie przyjmują butelek po soku, choć zawsze przyjmowali, a zamiast tego znów rzucili nieświeże pieczywo (Pani Bovary to ja), że oliwa jest w butelkach zamiast w puszkach (Pingwin), że jak zwykle nie mają nic do picia z wyjątkiem starego kompotu z gruszek (Przeprowadzka). Solidarność upokorzonych na niewiele się zdawała, bo wiadomość przenoszona pocztą pantoflową o pojawieniu się jakiegoś produktu na przykład na Terespolskiej (Miś) szybko dezaktualizowała się na Grochowie, nie mówiąc już mieszkańcach odległych dzielnic.

Forma „oni” – nie przyjmują, nie mają, nie przywieźli – była powszechnie używana. Czasem nosiła znamiona konspiracji: jak w Misiu, gdzie mowa o tym, że tak zwana baba z mięsem (czytaj: wieśniaczka przywożąca do miasta produkty poza oficjalną siecią handlową) „musiała wysiąść na Dworcu Zachodnim, bo na Centralnym strasznie łapią”. Kryła się w tym jednak pewna dwuznaczność, bo zaimek „oni” był bardzo elastyczny. Ci sami „oni”, którzy rzekomo nie mieli towaru, wydzielali go spod lady; ci którzy go nie przywieźli w jedno miejsce, organizowali sprzedaż w drugim. Cały system ufundowano na wypróbowanych radzieckich wzorach. Każdy obywatel zatrudniony w gospodarce uspołecznionej mógł tutaj liczyć na uczestnictwo w wymianie towarowej, jeśli sprawnie czerpał korzyści z zajmowanego przez siebie stanowiska. Nawet podrzędne miejsca pracy miały swoją wagę. Zaprzyjaźniona kioskarka, odkładając pod ladę deficytowy tygodnik lub papier toaletowy, mogła w zamian liczyć na stały dopływ artykułów żywnościowych. Widoki materialnego powodzenia były oczywiście tym większe, im bardziej luksusowymi dobrami się dysponowało.

Liczyła się wszakże dyplomacja. W Misiu Stanisław Tym, uzbrojony w kilogram kiełbasy podwawelskiej, forsował zasieki zagranicznego biura LOT-u opatrzone napisem „biletów brak”. Czy podwawelska miałaby wystarczyć? Nieczytelnym już chyba dzisiaj podtekstem Tymowych kłopotów w opisanej scenie było uprzywilejowanie niektórych stanowisk pracy. Bakszysz jawny i prostacko kiełbasiany raczej źle tu postrzegano. Klient w pośpiechu zapomniał o dobrych manierach. Ranga urzędniczki w zagranicznym oddziale LOT-u była przecież wyższa, niż mogłoby się wydawać, bezczelnego szatniarza (na dwóch etatach) z filmu Sam pośród miasta – też. Pouczającą odprawę dostała bohaterka Rewizji osobistej, powracająca z zagranicy i usiłująca zjednać celnika najpierw talią frywolnych (anno 1973) kart, potem kartonem chesterfieldów, wreszcie butelką likieru, wspólnie nawet rozpijaną ze znienawidzonymi mundurowymi.


  
Darowizna okazywała się niewystarczająca, a forma jej wręczenia wydała się celnikowi podejrzanie demokratyczna. Funkcjonariusz marsowy jak Jowisz, a w istocie złośliwy, nie przyjął więc łapówki, każąc tylko damie po sobie posprzątać. Ciekawe jednak, że zasada uprzywilejowania nie działała zwrotnie. Funkcjonariusz sam ubiegający się o jakieś dobro tracił pozycję dominującą i jako klient mógł liczyć zaledwie na nieznaczne upusty. Tak właśnie należy czytać pamiętną scenę z Misia, gdy Tym jako węglarz Staszek Paluch nielegalny dystrybutor świątecznych choinek – wykupuje się milicjantowi jednym drzewkiem, ale drugiego podarunku – „dla brata” – odmawia, surowo przy tym strofując przedstawiciela władzy, że towar ma swoją cenę.

Z tych względów ludność śmielej nacierała na szeregowych funkcjonariuszy sektora usług. Było zresztą na kogo wyrzekać. Sportretowany przez Dymszę groteskowy kelner ze Sprawy do załatwienia, ekspedientka z Pingwina odbierająca klientce ostatnią nadzieję czy ta z Misia po prostu odmawiająca obsługi („Jem przecież!”) to stale obecne, właściwie ponadczasowe figury Peerelu. Dialog spisany – prosto z życia – przez Stawińskiego w scenariuszu Pingwina oddaje całą nerwicę epoki.

Klientka: (ze zniecierpliwieniem, po pierwszej nieudanej próbie): Pytam panią, czy są jajka?

Ekspedientka: Nie ma jajek.

Klientka: Mogłaby pani trochę grzeczniej odpowiadać. Obrażona królowa – po co do sklepu, lepiej do telewizji na śpiewaczkę. Pytam panią grzecznie, czy są jajka.

Ekspedientka: A ja grzecznie odpowiadam, że nie ma jajek. Wyszły. Pod spódnicę nie chowam, co mi po jajkach.

Klientka: Ja poproszę kierownika.

Ekspedientka: (o antagonistce) Sama kombinuje i ma nieczyste sumienie.

Dzisiejszy odbiorca – oprócz zdumiewającej, a przecież prawdziwej informacji o jajkach, które naówczas ze sklepu wyszły, dostaje tutaj swoisty kondensat emocjonalno-psychologiczny. Wokół pustej – czy na pewno? – półki sklepowej kłębią się namiętności. W pierwszej fazie zmagań klientka manifestuje słuszność i przejrzystość moralną. Jako poszukiwaczka dóbr podstawowych jest w końcu na swoim miejscu. Wydaje się, że naprzeciw siebie ma ustrojowego mutanta: sprzedawczynię-kombinatorkę o manierach arystokratki (uwaga: w ówczesnym rozumieniu błękitna krew płynęła jedynie w żyłach gwiazd telewizji). Ta opozycja zostaje jednak nadwątlona przez pointę rozmowy. Sprzedawczyni zna się na życiu. W nerwowym zachowaniu klientki intuicyjnie wyczuwa agresję drobnego detalisty, któremu nie powiódł się jego własny pokątny interes, albo pośpiech urzędniczki, która właśnie wyskoczyła z pracy („zaraz wracam”, „stoisko chwilowo nieczynne”, „bilety wyszły”, „remanent” itd.). O audiencji u kierownika nie może być więc mowy, bo na nią zasługują tylko jednostki nieskazitelne, a takich przecież nie ma w socjalistycznej gospodarce wyłączonej.

Mogłoby się wydawać, że przemiana systemowa związana z wolnym rynkiem odsunęła w niebyt tamte egzotyczne formy handlu. Istotnie, zmiany są zasadnicze, bo dotyczą innego stylu życia. Rzeczywistość kolejkowa bodaj bezpowrotnie zniknęła, a razem z nią zmalała społeczna rola emerytów i gospodyń domowych. Zdradliwe uroki życia sklepowego przestały już mamić. Dzisiaj zamiast walczyć i na przemian zaprzyjaźniać się ze sprzedawczyniami uczestniczącymi w pierwotnej wymianie handlowej, litujemy się nad ich losem ofiar supermarketowego wyzysku. Męczarnia zakupów zyskała zupełnie inny niż kiedyś wymiar. Jak w Komedii małżeńskiej (1994), gdzie Ewa Kasprzyk, zwycięsko zbuntowana przeciw roli matki-żony-kobiety z papierem toaletowym, wysyła męża (Jana Englerta) na zakupy, a on po powrocie, zziajany, z ciężką siatką w zębach, zastaje ją ćwiczącą aerobik.

A jednak gruczoły uruchomione w Peerelu wciąż są czynne. W komedii Tak, tak (1993) Maria Gładkowska, u progu obiecującego flirtu, nagle ogarnia nieprzytomnym spojrzeniem horyzont. Nie jest to nieboskłon miłosny, lecz sklepowy. Hasło, że oto można zdobyć karpie bez kolejki, mobilizuje młodą kobietę tak samo mocno, jak kiedyś jej babkę i matkę. Nasz stary sklep widocznie przetrwał. Jeszcze u schyłku XX wieku ślini się przed nim pies Pawłowa.
    

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj