Fragment książki "Szminka w wielkim mieście"

 
Fiasko z Shane’em to najprawdopodobniej najbardziej interesująca rzecz, jaka zdarzyła się w tym małżeństwie, tłumaczyła Wendy, usadowiona naprzeciwko Victory. Jej przytrafiało się mnóstwo interesujących rzeczy, uświadomiła sobie jednak ze smutkiem, że Shane’owi raczej nie. Ale przecież to nie jej wina, prawda? Zresztą do cholery, na co się uskarżał? Miał dzieci! Szczęściarz. Spędzał z nimi tyle czasu, ile chciał. Nie rozumiał, jakie to cenne? A mógł robić to dzięki niej.

Victory pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Przy okazji, widziałaś Seldena Rose’a? Wychodził, kiedy ja wchodziłam. Z całą pewnością zrobił coś z włosami. Wyglądają na wyprostowane. To pewnie ta nowa japońska technika, całymi godzinami trzeba siedzieć w salonie…

Na wzmiankę o Seldenie Rosie i o jego włosach Wendy poczerwieniała.

– Selden jest w porządku – oświadczyła. – Bardzo miło zareagował, kiedy opowiedziałam mu o Shanie.

– Sądzisz, że był… zainteresowany?

Wendy gorączkowo pokręciła głową. W ustach miała pełno sałaty.

– Na pewno ma dziewczynę – oświadczyła, przełykając. – A Shane zatrudnił terapeutkę małżeńską!

– Co z Rumunią?

– Może nie będę musiała jechać. Dowiem się na pewno za godzinę albo dwie. Jeśli cholerny reżyser raczy zadzwonić – powiedziała Wendy. Wzięła do ręki komórkę i popatrzyła na nią podejrzliwie, a następnie położyła aparat obok talerza, żeby na pewno usłyszeć dzwonek. – Poza tym to terapia, wiesz? Warczymy na siebie przez godzinę, a potem czuję, że wszystko jest w porządku i jakoś mogę przeżyć następny tydzień. – Telefon zadzwonił, chwyciła go błyskawicznie. – Tak?

Umilkła i spojrzała na Victory, a wyraz jej twarzy wskazywał, że nie o tę rozmowę chodziło.

– Tak, aniele – powiedziała nieco zbyt dziarsko. – To brzmi cudownie. Będzie zachwycona… Nie, jeszcze nie wiem… Tylko na parę dni. Pewnie wrócę w sobotę po południu. – Skrzywiła się. – Aha, dzięki, że się tym zająłeś, aniele. Kocham cię.

– Shane? – zapytała Victory.

Wendy pokiwała głową, a jej oczy się rozszerzyły, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała.

– Planuje wyjechać na weekend do Pensylwanii. Szukać kucyka dla Magdy. – Umilkła i popatrzyła na minę Victory. – Tak będzie lepiej, naprawdę. W zeszłym tygodniu Tyler zrobił kupę w majtki, a to się nie zdarzyło od ponad trzech lat…

Victory ze zrozumieniem kiwała głową. Pewnie lepiej dla Wendy, że Shane wrócił, nawet jeśli był męską odmianą snobistycznej, bogatej i zepsutej gospodyni domowej. Poza samym sobą interesowali go jedynie znani ludzie, których poznawał przez Wendy, a także wspaniałe przyjęcia oraz modne kurorty, gdzie jeździli na wakacje, oraz chwalenie się kosztami tego wszystkiego, co było tym bardziej irytujące, że wiódł boskie życie, choć w żaden sposób na nie nie zapracował. Nawet w restauracji Wendy zawsze za niego płaciła. Podobno ktoś poprosił kiedyś Shane’a o pięć dolarów na napiwek, a Shane wzruszył ramionami i odparł beztrosko: „Wybacz, nie mam ani grosza”.

– Nie miał nawet pięciu dolarów! – wykrzyknęła Nico z niedowierzaniem. – Za kogo on się uważa? Za królową?

Nico i Victory zgodnie stwierdziły, że najgorzej Shane zachował się na swoich zeszłorocznych urodzinach. Wendy kupiła mu skuter marki Vespa i kazała dostarczyć go do Da Silvano, gdzie zorganizowała przyjęcie urodzinowe. Planowanie wszystkiego musiało jej zająć wiele godzin, ale znakomicie wywiązała się z zadania. Gdy w sali pojawił się tort, przed restauracją przystanęła biała ciężarówka z napisem Vespa Motors, drzwi z tyłu się otworzyły i wyłoniła się vespa Shane’a przewiązana czerwoną wstążką. Wszyscy w restauracji zaczęli wiwatować, ale Shane nie był zadowolony. Vespa miała jasnoniebieski kolor, a on oświadczył bezczelnie:

– Cholera, Wen, chciałem czerwoną.

Wendy zawsze jednak powtarzała, że Shane to wspaniały ojciec (czasem nawet skarżyła się, że zbyt wspaniały i dzieci zawsze domagają się jego, nie jej, przez co czuła się jak frajerka) i lepiej, żeby dzieci miały tatę w domu. Wobec tego Victory powiedziała:

– To wspaniale, że przyjęłaś go z powrotem, Wen. Tak trzeba.

Wendy nerwowo skinęła głową. Zawsze się niepokoiła w trakcie kręcenia ważnego filmu, ale teraz była szczególnie podminowana.

– Poprawił się – powiedziała, jakby chcąc przekonać samą siebie. – Może ta terapeutka pomaga.

Victory umierała z ciekawości, ale w tej samej chwili zadzwonił jej telefon.

– Dobrze się bawisz? – zagruchał Lyne Bennett.

Victory rozejrzała się wokół. Lyne siedział dwa stoliki dalej, razem z opasłym miliarderem George’em Paxtonem. Obaj popatrzyli na nią i pomachali.

– Witaj. – Nawet nie była niezadowolona. Nie widzieli się co najmniej od tygodnia, ze względu na nadmiar obowiązków.

– George chce wiedzieć, czy przyjmiemy zaproszenie do jego domu w St. Tropez – oświadczył Lyne niskim, przyjemnym głosem.

– Nie mogłeś podejść i spytać mnie osobiście?

– Tak jest bardziej seksownie.

Victory parsknęła śmiechem i przerwała połączenie.

„Jestem zajeta, pamietasz? Pokaz mody”, napisała w esemesie.

Odwróciła się do Wendy. Rozmawiały przez kilka minut, po czym telefon Victory znów zadzwonił.

– Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że nie znam się na esemesach – oświadczył Lyne.

– Upośledzony technicznie, co? Cieszę się, że istnieje coś, na czym się nie znasz.

– Nie chcę się znać.

– Może poprosisz Ellen, żeby ci pisała esemesy? – Victory odwróciła głowę, żeby Wendy nie widziała jej uśmiechu. Znów się rozłączyła.

Wtedy zadzwoniła komórka Wendy. Podniosła ją i spojrzała na numer. Dzwonili z jej biura.

– To on – powiedziała ponuro.

Wstała, żeby wyjść przed restaurację. Jeśli faktycznie dzwonił Bob Wayburn, reżyser, rozmowa mogła być ostra.

– Tak? – powiedziała.

– Zadzwonił. – To był Josh, jej asystent.

– Bob?

– Nie, Hank.

– Cholera! – Hank był jej zastępcą. Oznaczało to, że reżyser, Bob Wayburn, nie chce z nią rozmawiać, żeby w ten sposób zademonstrować swoją przewagę i zmusić Wendy do przylotu do Rumunii. – Dawaj go.

– Wendy? – Połączenie nie było zbyt dobre, ale i tak usłyszała strach w głosie Hanka. Jeszcze jeden zły znak. – Stoję pod jego przyczepą.

Chodziło o przyczepę Boba Wayburna.

– I? – zapytała.

– Zatrzasnął drzwi. Powiedział, że jest zbyt zajęty, żeby gadać przez telefon.

– Już mówię, co masz robić. – Wendy wyszła na chodnik przed restauracją. – Idź do przyczepy, wyciągnij przed siebie aparat i powiedz Bobowi, że jestem na linii. I że lepiej dla niego, żeby wziął telefon.

– Nie mogę mu tego powiedzieć – oświadczył Hank. – Wyrzuci mnie z planu.

Wendy odetchnęła głęboko, modląc się o cierpliwość.

– Nie bądź mięczakiem, Hank. Doskonale wiesz, że na tym polega twoja praca.


 
– On mi zamieni życie w piekło.

– Ja też mogę – zauważyła. – Wejdź po schodkach i otwórz drzwi. Nie pukaj. Musi wiedzieć, że nie ujdzie mu to na sucho. Poczekam – dodała po chwili.

Potarła ramię, żeby się rozgrzać, i oparła się o ścianę budynku, jakby dzięki temu mogła mniej marznąć. Po Szóstej Alei przejechały dwa wozy policyjne, a ich syreny przeszyły powietrze, podczas gdy tysiące kilometrów stąd buty Hanka stukały na metalowych schodkach prowadzących do przyczepy w górach Rumunii.

Hank ciężko dyszał.

– No i? – zapytała.

– Zamknięte – odparł. – Nie mogę wejść.

Świat nagle złożył się w harmonijkę i Wendy odniosła wrażenie, że spogląda w wielką czarną dziurę. Znowu głęboko odetchnęła, powtarzając sobie, że nie wolno jej wybuchnąć. To nie wina Hanka, że Bob nie chce z nią rozmawiać, chociaż wolałaby, żeby Hank lepiej sobie radził z wykonywaniem obowiązków.

– Powiedz Bobowi, że zobaczymy się jutro – oświadczyła ponuro.

Hank się rozłączył.

– Josh? – powiedziała Wendy do słuchawki. – Jak tam loty?

– O piątej Air France leci do Paryża, o siódmej rano masz przesiadkę do Bukaresztu. Na miejscu jesteś o dziesiątej, stamtąd przewozimy wszystkich helikopterem do Braszowa. Trwa to mniej więcej godzinę. Tym, którzy nie chcą latać trzydziestoletnim rosyjskim gratem, pozostaje pociąg. Ale to zajmie ze cztery godziny.

– Zarezerwuj helikopter i powiedz, żeby mój kierowca był przed restauracją za dwie minuty. Potem zadzwoń do Air France i załatw kogoś od usług specjalnych. Ma na mnie czekać przed wejściem na lotnisko. – Popatrzyła na zegarek. Dochodziła druga. – Nie zdołam tam dotrzeć przed czwartą.

– Jasne, szefowo – powiedział Josh lekceważąco i się rozłączył.

– Rumunia? – spytała Victory, gdy Wendy podbiegła do stołu.

– Przepraszam. O piątej mam lot do Paryża…

– Nic się nie przejmuj, skarbie. Praca przede wszystkim. Idź już – nalegała Victory. – Ja się zajmę rachunkiem. Zadzwoń z Rumunii…

– Kocham cię. – Wendy pośpiesznie uścisnęła Victory.

Gdyby tylko Shane był tak wyrozumiały jak przyjaciółki, pomyślała, łapiąc torebkę i wypadając z restauracji.

Victory wstała i podeszła do stolika Lyne’a. To, że Lyne jadł lunch z George’em Paxtonem, podsunęło jej pomysł na małe śledztwo dla Wendy. Perspektywa była zbyt kusząca, żeby ją zignorować. Historia tego, jak George Paxton usiłował kupić Parador ponad trzy lata wcześniej i został przebity przez Splatch-Verner, była powszechnie znana, ale nie wszyscy wiedzieli, że rzekomy najlepszy przyjaciel George’a, Selden Rose, próbował ubić interes za jego plecami, w nadziei, że zgarnie Parador dla siebie. Nie wyszło: Victor Matrick, prezes zarządu Splatch-Verner i szef Seldena, dowiedział się o jego knowaniach. Choć z chęcią przejął Parador, nie cierpiał nielojalności. Doszedł do wniosku, że skoro Selden wykręcił taki numer najlepszemu przyjacielowi, w końcu załatwi i jego. Wobec tego, żeby na przyszłość wybić Seldenowi z głowy takie taktyki, Victor sprowadził do zarządzania -Paradorem człowieka z zewnątrz. Tym człowiekiem była Wendy. Nico jakoś wyciągnęła tę informację od samego -Victora Matricka, kiedy ona i Seymour w tajemnicy pojechali do domu Dziadka w St. Barts. Naturalnie powtórzyła wszystko Wendy i Victory. Choć George i Selden podobno się pogodzili (najwyraźniej uważali, że w miłości i interesach wszystkie chwyty dozwolone), całkiem możliwe, że ten incydent wciąż irytował George’a. Mimo wszystkich machinacji ani on, ani Selden nie dostali Paradoru, a do tego pokonała ich kobieta.

– Cześć, mała. – Lyne pociągnął ku sobie Victory, żeby ją pocałować.

– Smakuje ci lunch? – zapytała.

– Jak zwykle – odparł. – Ale nie tak jak George’owi. George tyje, prawda?

– Daj spokój – odezwał się George Paxton głosem, który zdawał się dochodzić z głębokiej jamy.

– Z kim jadłaś lunch? – zapytał Lyne, dokładnie tak jak chciała.

– Z Wendy Healy – odparła nonszalancko, patrząc niewinnie na George’a i zastanawiając się, jak on przyjmie tę informację. – Szefową Paradoru.

George zaprezentował Victory oblicze pokerzysty. A więc nadal go to boli, pomyślała z uciechą. Ta informacja mogła się kiedyś przydać.

– Znasz Wendy Healy, prawda, George? – spytał Lyne Bennett od niechcenia, zamieniając konspiracyjne spojrzenie z Victory.

Pomyślała, że sytuacja bawi Lyne’a równie mocno jak ją, bo dzięki tej rozmowie miał okazję wsadzić szpilę George’owi, który z nich dwóch był bogatszy o kilkaset milionów.

– O tak. – George Paxton pokiwał głową, jakby w końcu jednak zdecydował się skojarzyć nazwisko Wendy. – Co u niej?

– Wspaniale – odparła Victory z niezachwianym entuzjazmem, jakby inna możliwość nie wchodziła w grę. – Chodzą słuchy, że w tym roku Parador zdobędzie parę nominacji do Oscara.

Naturalnie nie słyszała o niczym takim, ale koniecznie należało odmalowywać sytuację w jak najjaśniejszych barwach. Poza tym Wendy wspomniała, że może dostaną jakieś nominacje, więc nie było to tak do końca kłamstwo. Poza tym poruszenie na obliczu George’a sprawiło jej przyjemność. Najwyraźniej miał nadzieję, że Wendy sobie nie poradzi.

– No to pozdrów ją ode mnie – powiedział George.

– Nie omieszkam – odparła uprzejmie.

Po czym, wyczuwając, że zrobiła, co się dało, przeprosiła ich i poszła do damskiej toalety.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj