Fragment książki "Anna In w grobowcach świata"

  
Ja, która tłumaczę sny, ja, Anna Geszti, Gesztianna, wiem, jak są w środku zbudowani ludzie – podobni do miasta – wydają się potężni, rozlegli, wielcy, lecz w istocie są krusi, słabi, składają się z samych dziur, z braków, z pustych przestrzeni; to zamczyska z zapałek. Wątłe budowle, prowizorki, niepewne następnej chwili. Cały ich fundament to strach, boją się bólu, starości i śmierci, boją się czasu, boją się własnych ciemności. A każdy z nich w samym środku swojego ciała, w labiryntach mózgu trzyma jedno pytanie, nie do zadania. Bądź odważny, bracie, zadaj mi to pytanie. Odpowiem – tak.

Bardzo proste są moje rachunki, moja Inanno. Mój brat, ten Ogrodnik, zawsze był dobrem kogoś innego. Nigdy nie należał do mnie.

Miasto bez ogrodów – wyobraź to sobie – wyobraź sobie szron rdzy, zgięte palce żelaza, zimne tafle szkła, które odbijają ludzi w postaci duchów, jedyne kolory – z ekranów. Jedzenie w pigułkach: pożywne minerały, sztuczne witaminy. Substancje prawie tożsame, smaki bardzo bliskie, łudząco podobne zapachy – wszystko na niby. Gdy nie będzie Ogrodnika, miasto umrze na głębokie suchoty, na galopującą depresję.

Ostatnio był sobą bardzo przejęty, mój brat, ten Ogrodnik. Każde zdanie zaczynał od „ja”, a potem szło już równo: „o mnie”, „dla mnie”, „moje” i tak dalej. Koniugacje grubości papierowej kartki. To przecież chłopiec, nie nadaje się do grobowców. Niczego się tam nie nauczy, przepadnie w rozpaczy, skruszeje, roztopi się z tęsknoty za sadzonkami i klombami kwiatów. A tu wszystko bez niego będzie nie do życia. I tak jest już ciężko. Wiem to, ja każda, ja, Gesztianna, która tłumaczy sny. Często słyszy się w nocy suchy szelest, głuchy dźwięk ciała, które spada w dół i odbija się od przęseł, od pomostów.

Pójdę za niego, będę drugą zmianą, tą nocną, w fabrykach grobowców; będziemy się mijać w przejściu bez słowa, bo mówić tam nie wolno. Nie wolno się oglądać, patrzeć sobie w oczy. Przejdziemy więc obok siebie ze spuszczonymi głowami, w milczeniu, jak ofiary; jak niewinni, którzy jednak poczuwają się do winy. Mamy po połowie życia, zróbmy więc z niego najlepszy użytek. Dlatego ja pójdę. Tam i z powrotem, na dół i w górę.

Gniew Anny In jest złowrogi jak lśniąca broń, jak ostrze noża, pole bitwy, gdzie zaraz zetrą się w proch wrogie armie; jest wielki jak trzęsienie ziemi – niszczy stary rozkład dolin, wzgórza zmienia w niecki, sady w dzikie pustkowia, koryta potoków ustala na nowo, morze potrafi zamienić w pustynię. Lecą w dół kondygnacje miasta, puszczają spawy i pękają śruby.

Straszny jest jej gniew – nieludzki. Tak jak i jej miłość. A jednak potrzebni nam są żywi bogowie, nie martwi. Potrzebni są nam tacy, którzy sieją chaos, do nas należy ustanawianie porządku. Dlatego pójdę.

Ona pierwsza pokazała drogę, wielką ciężką bramę zmieniła w drzwi obrotowe, w takie, co to ustępują ledwie pchnięte palcem. Pół roku w ciemnościach, w grobie wśród zmarłych. Będę ich pytać o sny, o czym śnią, wiedząc, że umarli. Czy znaleźli spokój, może śmierć w pełni ich zadowala. I może właśnie oddychają z ulgą – nie ma się już czego bać, już nie przeraża pusty pokój ani czyjeś kroki na ulicy, w ciemnym zaułku, ani broń wycelowana w czoło, najgorsze groźby, samotność, opuszczenie, ból ciała, głód, śmiertelna choroba, za nic mają wszelkie tortury, ich ciało teraz nie ma nerwów ani receptorów, ani podatnych na zniszczenie tkanek. Powraca do swojej pierwotnej postaci, staje się ciałem z gliny, z prochu.

Zejdę tam i wszystkiego się dowiem. Przeprowadzę badania, wykreślę tabele. Cóż to znaczy umrzeć – zrobię wywiady. Będę potem chyłkiem wynosić te wszystkie ważne informacje, zaszyte w rękawach, grypsy, szyfry śmierci. Co to znaczy umrzeć? Wreszcie się dowiemy. Moja hipoteza brzmi: Nie może być tak, żeby nas nie było. Dlatego pójdę.

Zanim wejdę w ciemny wilgotny otwór grobowców, w towarzystwie much, oglądam się jeszcze za siebie i widzę, że go rozwiązali. Zdjęli mu z rąk i nóg postronki. Masuje przeguby, w podartej brudnej koszuli patrzy spod oka, jakby go obudzili, wyrwali z najgłębszego snu.

Widok, który oglądam na koniec, jest, niestety, banalny. Ona podchodzi do niego, obejmują się i przytulają. Najbardziej wzruszony jest mały tłumek niewolników, którzy tu zeszli w poszukiwaniu sensacji: rikszarze, służący na płozach i kółkach, jakieś stare zdezelowane sekretarki, niedługo już pójdą na szmelc. Nasi bohaterowie są tak sobą przejęci, że szybko o mnie zapomną.

Ale nie, ona odwraca się i patrzy. Trwa to dłużej, niż jestem w stanie znieść.

Śnieg zniknie, a oni wrócą na górę, znowu rozbłysną lampiony, nie wszystkie zmokły. Przygotowania do festynu tylko na chwilę zostały wstrzymane; teraz dopiero jest prawdziwy powód do świętowania. Piwo chłodzi się w lodówkach, przegryzają się sałatki, oddychają wina, dochodzą do siebie rozpłomienione placki, puchną z podniecenia drożdżowe bułeczki.

Tuż na granicy ciemności, tuż przed zniknięciem, o krok za muchami, ja, Gesztianna, Anna Geszti, oglądam się jeszcze za siebie, jak każdy, kto umiera – i pod moim wzrokiem ta radosna scena, godna pędzla mistrza, kamienieje.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj