szukaj
Fragment książki "Cień Poego"

Znajdowałem się wśród aksamitnej zieloności wersalskich ogrodów, nie w podejrzanej okolicy, gdzie można znienacka stracić język. Wciąż jednak miałem poczucie, jakby się ktoś za mną krok w krok czaił. Pnie drzew i ostro cięte żywopłoty stale mi ujawniały skrawki czyichś twarzy. Minąwszy szereg posągów, waz kamiennych i fontann, stanąłem przed Bachusem, szkaradnym bóstwem, które wyłania się z wody rozpryskiwanej przez delfiny i różne morskie potwory. O ileż raźniej byłoby tam, w pałacu, w otoczeniu turystów i w towarzystwie wścibskiego przewodnika!

Ktoś nagle złapał mnie za rękę.

***

Oto co zdołałem wtedy zapamiętać. Siedziałem w chybotliwej bryczce, pokonując wyrwy w bruku. Naprzeciw mnie zaś jegomość, który mi się objawił w wersalskim ogrodzie, zanim zemdlałem, o gębie tępej, niewzruszonej i surowej. Oj, znałem jego oblicze z wielu pałacowych komnat! Bo on to w rzeczy samej był tam moim cieniem! Oblizawszy dziąsła i zęby, upewniłem się, iż mój język wciąż jest na swoim miejscu.

Nie pomnę, czy coś myślałem, otwierając drzwi pojazdu. Pamiętam, że chwilę potem wylądowałem na jezdni. Gdy zaś mi się jako tako udało powstać z ziemi, najechał na mnie inny powóz i gwałtownym skrętem przyparł mnie do „mojej” dorożki.

— Gare!  — warknął jego woźnica, o żółtym uzębieniu, oklapłej czapce i rozchełstanym kołnierzu. Z okna zaś wychynęło i na mój widok zawyło wielkie psisko.

Wtedy pomknąłem w szczere pole, które rozciągało się przy drodze.

Porywacz mój naturalnie wyskoczył z dorożki, aby mnie odszukać. W tempie zdumiewającym, gdy wspomnę, jak był potężny…

Uczułem silne uderzenie w głowę.

Ręce mi zesztywniały, skrępowane za plecami. Wróciwszy do przytomności, patrzyłem dookoła, choć trzeba może rzec, iż w górę. Oto znalazłem się w szerokim, bodaj na dwadzieścia stóp głębokim rowie. Nade mną górowały mury, lecz zupełnie niepodobne subtelnym budynkom paryskich uliczek. Jak gdyby mnie umieszczono w jakimś obcym świecie, gdzie — niby na pustyni — trwała upiorna cisza.

— Gdzie jestem? Zaraz mówić! — wykrzyknąłem, choć nie było tam żywej duszy.

Wtem odmamrotano mi coś po francusku. Natychmiast więc wykręciłem głowę, lecz nic nie zdołałem dojrzeć. Nic prócz cienia, zdaje się, człeka tego, który mnie porwał.

— Gdzieżeś mnie, draniu, przywiódł? — powtórzyłem.

Na próżno, bo osobnik tamten stał i jedynie czekał. Dopiero gdy z drugiej strony nadszedł mój prześladowca, dotarło do mnie, że cień ów należy do kogoś innego.

Wreszcie cień się poruszył i zaraz do mnie zbliżył.

Oto chyliła się nade mną niewiasta w białym czepcu i prostej sukni, wzięta, rzec można, wprost z paryskich jakichś ogrodów. Stanąwszy przy moim krześle, patrzyła niemal opiekuńczo oczami osadzonymi tak głęboko, jakby wręcz sięgały tyłu czaszki. Dziewczyną, nie kobietą była ona.

— Milczeć!

— Kto pani? — wychrypiałem, umęczony krzykiem.

— Bonjour — tylko odparła, po czym obróciła się i odeszła.

Mimo osobliwości sytuacji odpowiedziałem jej to samo.

— Głupcze — upomniał mnie porywacz, tak żeby ona nie słyszała, bo wtedy cała wina mogłaby przypaść jemu. — Takie jej miano właśnie: Bonjour! 

— Bonjour? — zrazu nie uwierzyłem, lecz zaraz do mnie dotarło, że przecież jest mi znajoma, i to z poprzedniej okoliczności zagrożenia. — A jakże: Café Belge! Ten koszyk! Co panią tam sprowadziło?

— No proszę! — rozległ się głos inny jeszcze, z francuskim akcentem, lecz doskonale płynny. — Czy faktycznie aż tak trzeba powściągać naszego drogiego gościa z Stanów Zjednoczonych?

Ze skromnego brzmienia odpowiedzi na to wywnioskowałem, iż teraz się zjawił ich przywódca. Przybliżywszy się doń, porywacz mój rzekł w zaufaniu, jak gdyby mi nagle odebrano zdolność słuchu:

— Najpierw omdlał w Wersalu, potem wyleciał z dorożki niczym obłąkany. Niewiele brakowało, a zabiłby się…

— Nieważne. Tu już nikomu nic nie grozi. Bonjour, bądź tak miła, proszę…

Dziewczyna zręcznym ruchem uwolniła me nadgarstki.

Dotąd nie zdołałem zobaczyć, kto to taki; udało mi się ledwie dojrzeć białą opończę i cienkie pantalony. Lecz gdy mi oswobodzono ręce, stanąłem twarzą w twarz z tym człowiekiem.

— Niechże pan mi wybaczy aż takie środki zaradcze, monsieur Clark — powiedział, robiąc upierścienioną dłonią ruch taki, jak gdyby rzeczone zajście stało się przez przypadek. — Niemniej, muszę wyznać panu, iż te właśnie straszne twierdze należą do nielicznych zakątków Paryża, gdzie mogę się poruszać we względnym spokoju. A co najważniejsze…

Przerwałem mu:

— Drogi panie! Łotr ten tak mnie potraktował, a teraz jeszcze… No cóż, lecz przede wszystkim chcę wiedzieć, gdzie przebywam oraz po co…! — tu zdławiłem słowa, bo mi się wydało, że skądś się chyba znamy.

— Co, jak powiadam, najważniejsze — ciągnął tonem serdecznym, z uśmiechem na śniadej twarzy — w końcu poznaję pana osobiście.

I ujął moją dłoń, bezwładną wobec prawdy.

— Dupin! — krzyknąłem z niedowierzaniem.
 
 
9

Z pewnością pamiętacie, iż jako potencjalne pierwowzory postaci Dupina rozważałem sobie pięciu czy sześciu gości, nim ich wyeliminowałem na korzyść Duponte’a.

Wśród owych kandydatów znajdował się niejaki Baron Claude Dupin — francuski adwokat, któremu, jak chodziły słuchy, nigdy się jeszcze nie zdarzyło przegrać w sądzie, a który się szczycił swym dalekim pokrewieństwem z rodziną królewską — skąd notabene rzeczony wielce wątpliwy jego tytuł. Od lat zaliczał się do elity jurystów Paryża i — jako że mu się zawsze udawało wybronić rozmaitych oskarżonych, ale i sympatycznych przestępców — traktowany był tu jak bohater. Swego czasu kandydował on nawet na prokuratora generalnego i — przy okazji jakiegoś politycznego wstrząsu tutaj — niewiele brakło, a za sprawą swego okręgu trafiłby do Izby Reprezentantów. Podejrzewany przez wielu o stosowanie niegodnych metod, zrezygnował z działalności na terenie Francji, by podjąć nowe przedsięwzięcia w Londynie. Tam zaś, w czasie gdy obawiano się powstania, został mianowany obywatelem pełniącym doraźnie funkcję policjanta i w tym charakterze poczynał sobie tak dzielnie, iż zdołał zachować owo honorowe uprawnienie.

Wszelkie powyższe informacje zgromadziłem, uważnie przebadawszy francuskie czasopisma. Przed przybyciem moim do Paryża nastąpił moment taki, gdy prawie z pewnością stwierdziłem, iż to ów, nikt inny, stał się pierwowzorem postaci C. Auguste Dupina, toteż posłałem doń kilka listów, wypytując o dalsze szczegóły jego życia, jak również — opisując obecną okoliczność, z jaką w Baltimore przyszło mi się zmierzyć. Wkrótce jednak natrafiłem na artykuły prasowe o Auguście Duponte i zmieniłem swą hipotezę. Gdy Claude Dupin mi odpisał, w odpowiedzi skierowałem doń pismo z prośbą o wybaczenie mej omyłki.

W którymś z francuskich periodyków zamieszczono ilustrowany portret Barona, któremu się przyjrzałem z niezwykłą uwagą. Toteż, gdy mi podał rękę, znałem go już tak, jakbyśmy od dawna pozostawali w przyjaznych stosunkach. No i dlatego również, widząc go, krzyknąłem na poły w niepokoju i zdumieniu:

— Dupin!… Pan jest Claude Dupin!

- Proszę — rzekł wspaniałomyślnym tonem — niechże mi pan mówi „Baron”!


Natychmiast wyrwałem rękę z jego dłoni, bacząc, jak by się stamtąd prędko wyrwać. Dorożka, która mnie zawiodła w ten zakątek, stała w prowizorycznym korytarzu wzniesionym z kamienia, ja jednak żadną miarą nie miałem nad nią władzy, bo mój pierwszy porywacz wrócił do pojazdu i tam czekał.

Rów wokół Paryża stanowił element niedostępnych fortyfikacji, zbudowanych, by zapobiec najazdom na miasto. Nie kończące się niby-ogrodzenie z nasypami dla potrzeb artylerii otaczała sieć okopów i kanałów.

I w takim to pejzażu Dupin, zapewniwszy mnie o mym całkowitym bezpieczeństwie, począł wyjaśniać, iż znajomy jego, Hartwick — jegomość ów, który schwytał mnie w Wersalu i wsadził do swej bryki — chciał najzwyczajniej w świecie, żeby włos mi nie spadł z głowy.

— Hartwickowi by nie dał rady i sam szatan, a raz to niewiele brakowało, a odgryzłby on komuś całe ramię… Choć w ostatecznym rozrachunku człek zeń przyzwoity. Niechże mu pan daruje, bardzo proszę!

— Darować? Wybaczyć napaść?! Oj, jednak pana rozczaruję, Dupin! — zawołałem.

— Doprawdy, wielka to rozkosz już samo z panem obcowanie — odrzekł. — Po długim pobycie w Londynie dawno nie słyszałem, by ktoś me nazwisko wymówił tak poprawnie, jak się to powinno czynić po francusku!

— Mój panie — odparłem wzburzony, acz mile mnie połechtał ten komplement — proszę się mi tu nie przypochlebiać. Skoroś pan chciał rozmowy ze mną, czemu nie w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu?

— Z radością, monsieur Clark, wypiłbym z panem demi-tasse kawy, proszę mi wierzyć. A… mogę się doń zwracać po imieniu? — wyrażał się z fantazją, ale też i z zapałem.

— Nie!

— Spokojnie, upraszam o spokój. Jeśli mi pan pozwoli, to coś mu tu wyłuszczę. Otóż na świecie dają się wyróżnić dwa rodzaje znajomości: pomiędzy przyjaciółmi i wrogami. Jeśli zaś chodzi o Paryż, mam tu i jednych, i drugich. I muszę panu wyznać, że ta druga grupa pragnęłaby mnie widzieć skróconym o głowę Przez wiele lat trwałem w zażyłości z ludźmi, krótko mówiąc, niewłaściwymi, którym przyobiecałem sumy dość pokaźne, w wyniku jednak pewnych gruntownych a niewybaczalnych kalkulacji — do wypłacenia niemożliwe. I ubogi się stałem niby ta mysz kościelna, pan rozumie. Szczęśliwie, choć mi fortuna nie sprzyjała, w Londynie mam dość koneksji, które mi nie pozwolą nigdy zginąć. Tymczasem, sam pan widzisz, gdzie muszę się umawiać, gdy mi się zamarzy wrócić z wizytą do Paryża — dodał, ogarniając ręką nasze otoczenie. — I panu, bracie, również los zaoszczędził przykrości. Chyba się nie mylę? Czy to lukratywny biznes, czyś się pan urodził w czepku może? Zresztą to dla nas nieistotne, prawda?

Zdumiało mnie i cokolwiek wprawiło w pomieszanie, kiedy Dupin wydobył z płaszcza moje listy. Być może, gdy go opiszę, zrozumiecie, jak trudno, mimo niewybaczalnego traktowania, jakie mi on przecież zadał, było się nie zgodzić na dalszą z nim konwersację. Strój miał na sobie kosztowny, a mianowicie: fircykowaty, niemal biały garnitur i najelegantszej klasy rękawiczki, do tego kwiat w butonierce oraz przy doskonałym uczesaniu starannie jeszcze ścięte wąsy. Gors koszuli jego zdobiły lśniące ćwieki i łańcuszek do zegarka, też parę klejnotów, na palcach zaś skrzyły się pierścienie, którymi, to podkreślę, bynajmniej chełpić się nie starał. Buty wypolerowano mu tak idealnie, że się zdawały pochłaniać nie tylko sam blask, lecz i gorąc słońca. Sposób zaś bycia jego nazwałbym otwartym do granic przesady; Dupin był, jednym słowem, niczym model z żurnala.

Przy całej tej manierze cechował go też nadmiar uprzejmości i grzeczności. Jawił się on jako tego rodzaju filantrop, który parę ulicznych dziewek schroni pod własnym dachem. I choć mnie wywiódł na bezludzie, bałem się, by go przypadkiem nie urazić. Toteż spokojnie spytałem, jak mnie znalazł w Paryżu.

— Pośród owych paryżan, których wciąż zaliczam do przyjaciół, jest kilku policjantów trudniących się drobiazgowym sprawdzaniem gości z zagranicy. W ostatnim swym liście nadmieniłeś pan, że się, jak zresztą przypuszczałem, wybierasz poszukiwać tu Duponte’a. Bonjour mi potwierdziła, iż pan już przyjechałeś — uśmiechnął się do piękności, palącej teraz papierosa, a która w pamiętny bilardowy wieczór śledziła mnie w Café Belge.

 — Bonjour to jej prawdziwe imię? — wyszeptałem w lęku, by mnie nie posłyszała, bo mimo wszelkich przeciwności kwestia ta dręczyła mnie nadal.

I nadal też została bez odpowiedzi.

Chociaż uległem chyba nie tylko magii jej przezwiska. Jak cudnie wyraziste były jej drobne usta i ogromne oczy! I mimo że i ja sam, i to, co się dzieje wokół, widocznie jej nie obchodziliśmy — moja nią fascynacja wzrastała z każdą chwilą.

— Ufam, iż nadszedł czas, byśmy dopełnili zobowiązań, bracie — stwierdził, wytrącając mnie z hipnozy, Baron.

I podsunął mi pod nos moje listy.

— Zobowiązań?

— Jakże, monsieur: umowy, w myśl której wspólnie rozwikłamy zagadkę śmierci Poego! — upomniał mnie nachmurzony, jakbym go nagle zawiódł.

Wypowiedział te słowa z taką mocą, iż niemal zapomniałem, że jest to absolutnie niemożliwe.

— Tyle że to pomyłka, moja — oświadczyłem. — Nie pan jesteś, przykro mi, wzorem postaci stworzonej przez poetę. Człowieka rzeczonego bowiem odszukałem. Nazywa się on Auguste Duponte Przecież pan pamięta, bo pisałem o tym na koniec naszej korespondencji…?

— Toś więc pan chciał oznajmić?! A ja sądziłem, iż to tylko żarcik. Zapewne więc Duponte już się zajął owym wstrząsającym zgonem, racja? I pewno chce na wylot sprawę zanalizować…?

— Razem… już się wgłębiamy w pewne sekretne dochodzenia. Nic więcej na ten temat panu zdradzić nie mogę.

To mówiąc, podniecony, obróciłem się na pięcie, lecz bez celu. No i też przekornie, wyznać powinienem, zupełnie mi odjęło ochotę do ucieczki stamtąd. Kiedy to ostatni raz z takim żarem ktoś się wypowiadał o moim idolu…! Dawno już to nazwisko sam przywołałem Duponte’owi, lecz jak przecież wiadomo, nie zyskując nic w zamian.

— A zatem, drogi panie, znalazłeś się w kłopocie — odpowiedział Dupin, składając przy tym dłonie jak w modlitwie i zaraz je ściskając w pięści. — Bo ja jestem ten prawdziwy, któregoś szukał tyle czasu.

— Wierutne kłamstwo!

— Ejże! W Anglii działam jako komisarz. Czyżby to co innego, jak obrona prawdy, monsieur Clark? W życiu mi się nie zdarzyło przegrać sprawy, czego posiadam równie niezbite świadectwa! Kim, wedle pana, jest adwokat, jak nie głosicielem prawdy? To kimże miałby być prawdziwy Dupin? Paramy się tym samym, drogi panie; dziedzina nasza to świat prawodawstwa. Jeśliby nam kazano żyć w epoce Eneasza, to przecież, by wziąć udział w audiencji u Minosa, z pewnością poszlibyśmy i w głąb piekieł, zgoda?

— Owszem — odpowiedziałem. — Choć ja się na co dzień trudnię długami hipotecznymi.

— Czas wobec tego zacząć, lecz wpierw dogadajmy zaproponowane przez pana w liście moje honorarium, a może pan być spokojny, że skorzystamy na tym obaj.

— Rzecz wykluczona, bo jestem, jak powiadam, winny lojalność Duponte’owi. I w prawdę jego tożsamości tylko wierzę.

Bonjour spojrzała na mnie ostrzegawczo.

Dupin zaś westchnął i założył ręce.

— Duponte dawno się wypalił. Cierpi na ostrą dolegliwość, którą precyzją można by nazwać, no i przykłada chorą wagę do wszelkich swych poczynań. Niczym umierający stary malarz, który jeszcze się oszukuje, iż malowidła jego są świeże i ponadczasowe. Kukła, która sama w ruch się wprawia.

— Zajmuje tak to pana pewnie, bo chciałby pan spłacić swoje długi — odparłem w oburzeniu. — Oryginałem Dupina jest Auguste Duponte, Baronie, choćby nie wiem jak jeszcze miał go pan obrażać. Doprawdy, masz pan szczęście, że go tu z nami nie ma.


Baron przystąpił do mnie, tym razem cedząc słowa:

— I cóż by wtedy począł ten pański Duponte, ciekawe?

Chciałem wpierw odpowiedzieć, iżby mu pewnie zmiażdżył czaszkę, po pierwsze jednak nie umiałem tego wysłowić po francusku, po wtóre, nie miałem pewności, czy faktycznie tak by się zachował. Claude Dupin — z niezmiennie lśniącym wąsem oraz biżuterią — uśmiechnął się zaś i nakazał, by mnie Bonjour zaraz powiodła do powozu.

Ująwszy mnie za rękę zaskakująco mocno, tak jak Hartwick, dziewczyna poprowadziła mnie przez wykop. W Paryżu, trzeba zaznaczyć, mężczyźni są w społeczeństwie niemal zbędni. Do chwili, o której opowiadam, widziałem tam niewiasty, które bez męskiego wsparcia działały w charakterze kapeluszników, woźniców, rzeźników, mleczarzy (lub „mleczarek” raczej), spiskowców, właścicieli kantorów wymiany, a nawet i kelnerów w zakładzie kąpielowym. Pamiętam, jak raz w Baltimore pewna mówczyni ogłosiła, iż gdyby kobietom dano pełnić zajęcia przypisane mężczyźnie, to byłyby one znacznie cnotliwsze. To dziewczę chybaby się z owym poglądem nie zgodziło.

Gdyśmy odeszli na tyle, że Baron nie mógł już nas dosłyszeć, zwróciłem się do niej z pytaniem:

— Czemuż to mu pani służy?

— Ktoś panu kazał się odzywać?

Wprawiło mnie w zdumienie, iż coś podobnego mówi dama niewiele lat młodsza od Hattie, o głosie starczo chrypliwym, acz zarazem dziwnie frapującym.

— No cóż, w istocie nikt, ale Bonjour… To znaczy, łaskawa pani… Panienko, powinna się pani strzec tego człowieka.

— Niech każdy pilnuje swego nosa.

Zabrzmiało to nad wyraz bystro, owszem, lecz nie o własne bezpieczeństwo szło mi przede wszystkim. Po błysku w oczach jej poznałem, iż ma w sobie niekłamaną niezależność, przez co odczułem więź z nią niemal w pół sekundy. Jedyną skazą na jej gładkiej skórze była blizna, czy — może nieco ściślej — jak gdyby wklęśnienie biegnące pionowo przez usta, a czarownie się niby krzyżujące z jej uśmiechem.

— Zaraz tu będą! — wrzasnął ktoś na górze po francusku.

Hartwick gnał do swego szefa, dzierżąc w dłoni lunetę.

— Znaleźli nas! — ryknął Dupin. — Wsiadać do powozu!

Widocznie go tu odszukał ktoś z nieprzychylnych znajomych. Jak jeden mąż wszyscy pędem rzucili się w stronę bryki.

— Pospiesz się, durniu, bo czas nagli! — w biegu mi szepnął w ucho Baron.

Wtedy ujrzałem Hartwicka, jak tuż przy pojeździe osuwa się na ziemię na odgłos wystrzału. Chciał wykrzyknąć: „Dupin”, lecz już nie dał rady. I zaraz padł bez życia, a z ucha jego na kamienie trysnęła ciemna czerwień.

I z przerażenia tym widokiem, no i że droga do wozu była stroma, potknąłem się i zjechałem na dół rowu. Pewnie mi to też poczytano za strategię, że tak się usiłuję oddalić od porywaczy. Lecz nie; straciłem równowagę, widząc, jak Baron sięga po pistolet. Ku mnie przylgnęła Bonjour.

— Zostaw! — rozkazał Dupin, a do mnie tak powiedział: — Następnym razem, ufam, spotkamy się w okolicznościach bardziej nam obu sprzyjających, bez perturbacji! Tymczasem życzę, brachu, powodzenia!

A jakże, wiem doskonale, jak się to osobliwe wyda czytelnikom, iż tak właśnie się wyraził, gdy doń strzelano przy ucieczce, a ledwie przed momentem stracił życie jego główny poplecznik. Niemniej spisuję wszystko tak, jak się działo.

Uniosłem nieco głowę, żeby się przypatrzyć sytuacji. Wtedy coś mną szarpnęło i pociągnęło na dół. Padłem przygnieciony ciałem Bonjour, która mi z całej siły wykręciła rękę. Oczami wyobraźni ujrzawszy raptem Hattie, odczułem naraz winę i pokusę. I nie mogąc wymknąć się z potrzasku, wbrew woli trząsłem się pod lekkim a niewzruszonym tym ciężarem.

— Siedź tu — kazała mi dziewczyna po angielsku. — Nawet jak odejdę. Zrozumiano?

Przytaknąłem.

Wtedy to się podniosła i ruszyła za Baronem do powozu, ani raz na mnie nie spojrzawszy. Konie pocwałowały drogą wśród fortyfikacji. Po kilku minutach z łoskotem przetoczył się przede mną drugi pojazd. I znów strzelano do zbiegów — ja zaś osłoniłem głowę ramionami, gdy zewsząd niczym grad sypały się okruchy skały.

Z opresji wybawiła mnie grupa niemieckich turystów w wynajętej dorożce. Przybywszy, żeby zwiedzić umocnienia, uprzejmie się zgodzili wziąć mnie z powrotem do miasta.

Rzecz jasna, zżerała mnie chęć, by o przygodzie czym prędzej dać znać Duponte’owi. Lecz zdałoby się to na nic. Ze spotkania z Dupinem wysnułem bowiem wniosek, że wszystkie me sprawy jedynie ulegają pogmatwaniu. Wybitny analityk nie chciał wesprzeć mnie za żadną cenę, szarlatan zaś pokroju rzeczonego Barona, aby coś zarobić, aż nadto chętny był mi do pomocy. W istocie więc mogłem sobie darować kolejną wizytę u Duponte’a.

Wkrótce się okazało, iż ów przewodnik wersalski miał całkowitą rację, jeśli chodzi o pilnowanie mej tu bytności przez policję. Otóż po opisanym zajściu moje finanse zmalały, tak że się musiałem przenieść do tańszego nieco pensjonatu. I ledwie się zdążyłem tam wprowadzić, już na mnie czekało dwóch grzecznych funkcjonariuszy, by zaraz me mieszkanie wprowadzić do swych rejestrów.

Nie minęły dwa dni, a już — gdy w pewnym zakładzie mi czerniono buty — zmieniłem swą decyzję co do osoby Duponte’a. Z właściwą nacji Francuzów uprzejmością pucybut lekko się skłonił, dając mi do zrozumienia, iż noszę trzewiki mocno zabrudzone. Sięgnąłem po świeży dziennik. Tuż przy ławeczce usytuowano sporych rozmiarów lustro, tak by zajmując się robotą, czyściciel również miał możność lektury. Podobno, dla odpędzenia nudy, spora grupa tutejszych pucybutów nabyła rzadkiej umiejętności czytania wspak tekstów gazetowych. Ja zaś do dnia tego nie wierzyłem, iż talent ów ma rację bytu.

Pospiesznie wertowałem najnowsze doniesienia, gdy tamten mi znienacka przerwał:

— Zechce pan łaskawie wrócić na poprzednią stronę? Czyżby Claude Dupin znów bawił w Paryżu? Ponoć prześladują go tu jak dzikiego zwierza!

Słysząc to, przewróciłem stronicę, by się zapoznać z dziwną opłaconą przez kogoś wiadomością:

Osławiony adwokat Claude Dupin, który nigdy w swoim życiu jeszcze nie przegrał żadnej sprawy, najęty został przez jednego z najpierwszych obywateli Ameryki [to, zdaje się, chodziło o mnie] celem rozwikłania tajemnicy zgonu wielbionego tam, genialnego literata nazwiskiem Edgar A. Poe. I Claude Dupin, nikt inny, stanowił źródło inspiracji rzeczonego autora, i on też był pierwowzorem sławnej stworzonej przezeń postaci „Dupina”, występującej między innymi w Zabójstwie przy rue Morgue, historii znanej powszechnie w angielskiej i w naszej mowie. W związku z powyższym Dupin udaje się do Ameryki, gdzie w ciągu równo dwu miesięcy od dnia dzisiejszego, w 1851 roku, zobowiązał się rozwiązać enigmę ową w zupełności. Do rodzinnego Paryża powróci więc z Nowego Świata obwołany tam najnowszym bohaterem…

Jakby mi coś spęczniało w krtani — i zaraz wyruszyłem do Duponte’a.

Nie poważyłbym się opuszczać Europy w poczuciu, iż ma mnie on za zdrajcę, bo niby — co przecież by wywnioskował z artykułu — zwerbowałem sobie Dupina. W istocie i pewne sformułowania tam użyte były moje, gdyż wprost z mej korespondencji zaczerpnął je Baron. W nadziei, że jednak Duponte tego nie przeczyta, kazałem się natychmiast wieźć do niego, tam zaś, niby w obłędzie, izbę konsjerża minąłem w ćwierć sekundy.

— Stać! — stróż się na mnie zamachnął, lecz na próżno.

W górę leciałem po dwa schody.

Drzwi były uchylone, a wewnątrz nikogo.

Gazową lampkę nad łóżkiem jakby dopiero zagaszono, na kołdrze zaś spostrzegłem dziennik. „La Presse”; nie ten, z którym zapoznałem się przy czyszczeniu butów, acz również otwarty na wiadomym anonsie. Wszelkie inne przedmioty, papiery oraz artykuły zepchnięto na sam kraj mebla. Natychmiast sobie przedstawiłem, jak Duponte pomału się sadowi, strząsając z narzuty leżące tam zazwyczaj rozmaitości i ściskając w ręku owo czasopismo… Jak oczy jego płoną… Cóż by to było? Furia? Gorycz może? Gdy się dowiaduje o zwerbowaniu przeze mnie Dupina. Wszak raz już mi zarzucił zdradę.

— Monsieur! — nagle się zjawił konsjerż.

— A dajże mi pan spokój! — krzyknąłem, sycony gniewem na Barona. — Wyjeżdżam dziś z Paryża, lecz najpierw chcę i muszę odnaleźć Duponte’a. Więc albo pan zaraz mówisz, gdzie się udał, albo pożałujesz!

Konsjerż pokręcił głową, gdy ja — nim zdążył coś objaśnić — niemal go już potraktowałem pięścią.

— Nie ma go — rzekł bez tchu. — Ma się rozumieć: tutaj! Monsieur Duponte wziął bagaż i wyjechał!
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj