szukaj
Fragment książki "Uśmiech Machiavellego"

Uważa się często, że wielkie dzieła o polityce są wytworem obiektywnego, chłodnego rozumu, niezmąconego ludzkimi namiętnościami. To bzdura wymyślona przez akademików. Dzieła prawdziwie wielkie – a tych jest naprawdę mało – rodzą się w bólu, który przeistacza się w słowa tchnące mocą i życiem, łamiące konwencje i przekraczające granice wyznaczone przez mierne umysły. Dzieła są wielkie, ponieważ autor wkłada w nie całą swą energię witalną, świadom, że ją traci. Rozum też jest oczywiście niezbędny, ale rozum wyostrzony uczuciami nie tylko potęgującymi wnikliwość analizy, ale także wzbogacającymi dzieło od strony literackiej, wypełniają je bowiem obrazami, metaforami, napominaniami, te zaś, zawładnąwszy umysłem i sercem czytelnika, przenikają prosto do duszy i tam już pozostają.

Takim dziełem jest Książę – słuszniej byłoby chyba powiedzieć: De Principatibus (O księstwach), bo takim tytułem sam Machiavelli opatrzył tę książeczkę, napisaną w samotni w Albergaccio. Zawarł w niej wyniki swoich badań nad historią starożytną i to wszystko, czego nauczył się przez lata, gdy jako sekretarz Republiki z bliska przyglądał się polityce. Każdy, kto ją przeczyta – pisał do Vettoriego w zakończeniu listu z 10 grudnia 1513 roku – „zobaczy, że piętnastu lat, w czasie których brałem czynny udział w życiu publicznym, ani nie przespałem, ani nie zmarnotrawiłem; każdy też powinien docenić pożytek z usług kogoś, kto zdobył tak bogate doświadczenie kosztem innych”.

Machiavelli pragnął, żeby jego utwór przeczytali Medyceusze rządzący Rzymem za pośrednictwem papieża Leona X, Florencją zaś za pośrednictwem Wawrzyńca (Lorenza), a przede wszystkim Juliana – przebywającego u boku papieża w Rzymie – któremu zamierzał książkę zadedykować. Żywił nadzieję, że czytając ją, zdadzą sobie sprawę, iż on wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak powinien postępować władca, zwłaszcza władca „nowy” (a takimi władcami byli Medyceusze w 1513 roku), aby swą władzę utrwalić. Krótko mówiąc, żywił nadzieję, że Medyceusze powierzą mu jakiś urząd, choćby mało ważny, choćby związany z „toczeniem kamieni”.

Nie wiedział, czy ma pojechać do Rzymu, żeby osobiście wręczyć Julianowi dziełko, czy też przekazać mu je za pośrednictwem Vettoriego. Zwrócił się więc do tego ostatniego o radę i pomoc, bo przecież był on w Rzymie, blisko papieża i Juliana Medyceusza. Prośba o przysługę wiele go kosztowała, lecz zmusiły go do niej okoliczności. Znużony przymusową bezczynnością, bał się, że ubóstwo uczyni go godnym pogardy w oczach własnych i w oczach innych, że dla swojej rodziny stanie się ciężarem, zamiast podporą.

Francesco Vettori, zgodnie ze swoim obyczajem, odpowiedział ogólnikowo – nie dlatego, że był małoduszny, lecz dlatego, że nie potrafił schlebiać możnym i nie naraziłby swej reputacji, aby pomóc przyjacielowi. Odpisał Machiavellemu dopiero 24 grudnia: „Donosisz mi […], że napisałeś książkę o państwach. Jeśli mi ją przyślesz, będę wdzięczny” i wyrażę o niej swoje zdanie, choć brak mi kompetencji. Co się zaś tyczy wręczenia jej Julianowi, zobaczymy później. Swoją opinię Vettori zawarł w liście z 18 stycznia 1514 roku: „Przeczytałem otrzymane rozdziały twojego dzieła, bardzo mi się podobają; nie mogę jednak wydać ostatecznego sądu, dopóki nie poznam całości”.

Tymi kilkoma słowami, w chłodny i formalny sposób Francesco Vettori skomentował jedno z najważniejszych dzieł o polityce, jakie kiedykolwiek powstało. Oczywiście, ani mu w głowie było prosić Juliana lub papieża, by je przeczytali. O całej sprawie nie wspomniał już ani słowem. Kiedy Niccolò pojął, że niepotrzebnie się trudził, że żadne drzwi nie otworzą się przed nim ani w Rzymie, ani we Florencji, ani nigdzie indziej, w liście do Vettoriego, noszącym datę 14 czerwca, dał upust rozpaczy i goryczy – nie po to jednak, aby wzruszyć adresata, lecz żeby pożegnać się z nadzieją:

Zostanę więc tutaj, gdzie jestem, wraz z moimi wszami, bo nie znalazłem nikogo, kto pamiętałby o mojej lojalnej służbie albo uważał, że mogę się na coś przydać. Nie wytrzymam jednak tego długo, za bardzo się zadręczam i wiem, że jeśli Bóg nie okaże się dla mnie łaskawszy, będę zmuszony pewnego dnia ten dom opuścić i zostać guwernerem albo skrybą u jakiegoś kondotiera, jeśli nie znajdę nic innego; albo zagrzebię się w jakiejś zapadłej mieścinie i będę uczył dzieci czytać, zostawiwszy tutaj rodzinę, żeby myślała, że umarłem. Moja paczka lepiej sobie poradzi beze mnie, bo jestem im tylko ciężarem, będąc przyzwyczajony do wydawania i nie umiejąc bez wydawania żyć. Piszę o tym nie po to, byś się o mnie kłopotał i troszczył, ale dlatego, żeby sobie ulżyć i nigdy więcej już nie poruszać tego nienawistnego mi tematu.

Krążące w odpisach, a potem wydane drukiem egzemplarze Księcia znajdowały bardzo niewielu inteligentnych czytelników, którzy doceniali wartość dziełka, i bardzo licznych przeciwników, którzy uważali je za utwór niegodziwy, inspirowany przez samego szatana, utwór, w którym bezbożny autor uczy panujących, jak zdobyć i zachować władzę, posługując się skąpstwem, okrucieństwem i obłudą oraz cynicznie używając religii do utrzymywania ludu w posłuszeństwie. Nie zabrakło i takich, którzy dopatrzyli się w Księciu satyry: autor pod pretekstem uczenia panującego, jak ma zachować władzę, uświadamia ludziom, że rządy władców opierają się na przemocy, okrucieństwie i oszustwie, a więc nawołuje do ich nienawiści. Tych czytelników było jednak niewielu; dla większości Książę pozostał utworem niegodziwym, a jego autor – jak się wyraził jeden z najbardziej bezmyślnych komentatorów – „mistrzem zła”.

Czym Machiavelli wywołał takie oburzenie? Otóż przekonywał, że poglądy myślicieli, którzy przed nim pisali poradniki dla władców i uchodzili za najwyższe autorytety w tej dziedzinie, były błędne czy też sprawdzały się tylko w określonych okolicznościach, w innych zaś nie. Pisarze ci utrzymywali, że rządzący, żeby zachować władzę i okryć się chwałą, musi zawsze podążać drogą cnoty – być roztropny, sprawiedliwy, silny i umiarkowany – oraz posiadać właściwe władcom przymioty: łaskawość, wielkoduszność i uczciwość.

Machiavelli z kolei uważał, że władca – będąc posłuszny takim naukom bez względu na okoliczności – bynajmniej władzy nie zachowa, lecz ją straci, zostanie wyśmiany i popadnie w zapomnienie. Świadomie wypowiadając się przeciwko wielowiekowej tradycji, podtrzymywanej w jego czasach przez znakomitych autorów, Machiavelli pisał w rozdziale XV: Mam nadzieję, że nie będę uznany za „zarozumialca”, jeśli oddalę się od teorii wielu, którzy przede mną na omawiany temat pisali. Jest moim celem – dodał – „rzeczy użyteczne pisać dla tego, kto wie, o co chodzi”, muszę więc udzielać rad zgodnych z rzeczywistością, nie z jej wyobrażeniem. Ci, którzy pisali o przymiotach, jakie władca powinien posiadać, „wyobrażali sobie takie republiki i księstwa, jakich w rzeczywistości ani nie widzieli, ani nie znali”, i uczyli, jak powinien żyć władca dobry, zapominając, że władca, chcąc być zawsze dobry wśród tylu, „co dobrymi nie są”, z pewnością władzę utraci. Z rozumowania Machiavellego płynie zwięzły wniosek: „Otóż niezbędnym jest dla księcia, który pragnie utrzymać się, aby potrafił nie być dobrym i zależnie od potrzeby posługiwał się lub nie posługiwał dobrocią” (P, XV; WP, 190).

Postawiwszy tę ogólną tezę, Machiavelli z odwagą i właściwym tylko wielkim umysłom lekceważeniem autorytetów przystąpił do systematycznego burzenia uświęconej doktryny. Od wieków twierdzono, powtarzając nauki starożytnych, że dobremu władcy nie wolno naśladować ani okrutnego i brutalnego lwa, ani chytrego i podstępnego lisa; powinien rządzić cnotliwie, dbając nie o to, aby poddani go się bali, lecz o to, aby go kochali. Reasumując, najpewniejszy swojego tronu jest władca otoczony miłością poddanych. Z kolei według Machiavellego, władca – zwłaszcza ten, który swojej władzy jeszcze nie utrwalił – „musi dobrze posługiwać się naturą zwierzęcia i człowieka”, a ze zwierząt „wziąć za wzór lisa i lwa, albowiem lew nie umie unikać sideł, a lis bronić się przed wilkami”. Należy zatem „być lisem, aby wiedzieć, co sidła, i lwem, by postrach budzić u wilków” (P, XVIII; WP, 197). Całkiem inaczej, niż utrzymywali pisarze wzorujący się na starożytnych, zwłaszcza na Cyceronie.

Z równą stanowczością odrzucił Machiavelli teorię, wedle której dobry władca powinien być szczodrobliwy, zasypywać przyjaciół darami i dobrodziejstwami oraz żyć w przepychu. Panujący, który zastosuje się do tej rady, chcąc zasłużyć na opinię hojnego, zużyje cały swój majątek na świadczenie dobrodziejstw niewielu ludziom. Wtedy będzie musiał nadmiernie obciążyć poddanych podatkami, co uczyni go nienawistnym i lekceważonym, a jego panowanie poważnie zagrozi. „Przeto rozsądniej jest – konkludował Machiavelli – zasłużyć na miano skąpca, które rodzi niesławę bez nienawiści, niż chcąc uchodzić za hojnego, narazić się z konieczności na miano łupieżcy, które rodzi niesławę, połączoną z nienawiścią” (P, XVI; WP, 193).


Podobnie Machiavelli potraktował problem okrucieństwa. Zgodnie z doktryną klasyczną, władcy bez wątpienia powinno zależeć na opinii litościwego i łaskawego, musi jednak dbać o to, „by źle nie użyć owej litości”. I tak Florentczycy, nie chcąc uchodzić za okrutnych, dopuścili do tego, by walki stronnictw zrujnowały Pistoię, podczas gdy Cezar Borgia, uważany za okrutnika, posłużył się okrucieństwem, żeby uporządkować Romanię, zjednoczyć ją i przywrócić w niej pokój. Zatem władca, zwłaszcza zaś władca nowy, nie powinien dbać o to, że nazywają go okrutnym, dopóki skutecznie zapewnia sobie szacunek i posłuch poddanych (P, XVII; WP, 194).

Dla potwierdzenia radykalizmu Machiavellego w krytyce klasycznej nauki o dobrym władcy wystarczy wspomnieć, iż według Cycerona, którego zdanie powtórzyli potem inni na sto różnych sposobów, „to, co okrutne, nie może nigdy okazać się pożyteczne”* (O powinnościach, III, XI, 4). Tymczasem impertynent Machiavelli twierdził, że trzeba rozróżniać między okrucieństwem „użytym dobrze” i „użytym źle”:

Dobrze użytym można nazwać to (jeśli o złu wolno powiedzieć, że jest dobrem), które popełnia się raz jeden z konieczności dla zabezpieczenia się i nie powtarza się go później, a które nadto przynosi możliwie największy pożytek poddanym. Źle użytym zaś to, które, choć z początku nieliczne, z czasem raczej mnoży się, zamiast ustawać (P, VIII; WP, 169).

Cyceron, a za nim humaniści utrzymywali, że nic na świecie nie służy lepiej obronie i utrzymaniu władzy jak bycie kochanym, nic zaś bardziej jej nie szkodzi jak budzenie strachu. Machiavelli odpowiadał:

Chciałoby się i jednej, i drugiej rzeczy [być kochanym i budzić strach], lecz ponieważ trudno połączyć je, więc gdy jednej ma brakować, o wiele bezpieczniej budzić strach niż miłość (P, XVII; WP, 194).

Podobnie jest z prawością.

Nikt nie przeczy, że byłoby rzeczą dla księcia chwalebną dotrzymywać wiary i postępować w życiu szczerze, a nie podstępnie. Jednakże doświadczenie naszych czasów uczy, że dokonali wielkich rzeczy władcy, którzy małą przywiązywali wagę do dotrzymywania wiary i potrafili chytrze usidlać ludzkie mózgi, a w końcu wzięli przewagę nad tymi, którzy zaufali ich lojalności (P, XVIII; WP, 197).

Żywo, ze swadą i znajomością historii Machiavelli rysuje na kartach książki wizerunek nowoczesnego władcy, który ma „nie odstępować od dobra, jeśli może”, ale także „umieć posłużyć się złem, jeśli musi”, i wykłada, na czym polega sztuka dyplomacji, którą po mistrzowsku opanował. Każdy władca, jeśli pragnie dokonać wielkich rzeczy, musi umieć walczyć z lwami, jak Juliusz II, i z lisami, jak Ferdynand Katolicki, król Hiszpanii, a także z książętami, którzy potrafią być raz tym, raz tym, jak Cezar Borgia. Krótko mówiąc, władca ma zwyciężać, a nie być drugim Pierem Soderinim, który stracił władzę i ojczyznę, bo obawiał się, że uznany zostanie za okrutnika.

Dlaczego władca musi nauczyć się zwyciężać, Machiavelli wyjaśnił w rozdziale ostatnim, zatytułowanym Wezwanie do objęcia przewodnictwa w Italii i uwolnienia jej z rąk barbarzyńców, uważanym przez bardzo wielu, którzy z Księcia nic nie zrozumieli, za niepasujący do reszty tekstu dodatek. Wymarzony przez Machiavellego władca to człowiek wspaniały, wyjątkowy, zdolny wyzwolić Italię od „okrucieństw i zuchwalstwa barbarzyńców”, to znaczy spod cudzoziemskiego panowania. Podobnie jak wielcy wyzwoliciele w starożytności, zwłaszcza Mojżesz, będzie on mógł liczyć na Boże wspomożenie. Jeśli w celu odniesienia zwycięstwa zmuszony zostanie uczynić zło, Bóg go nie opuści i będzie mu sprzyjał, wiedząc, że działa w słusznej sprawie. Machiavelli nigdy nie twierdził, że cel uświęca środki czy że politykowi wolno więcej niż innym. Głosił, że kto dąży do urzeczywistnienia szczytnego zadania – wyzwolenia narodu, zbudowania państwa, ustanowienia prawa i zaprowadzenia pokoju tam, gdzie panuje anarchia i despotyzm – ten nie powinien się obawiać opinii okrutnika czy skąpca, tylko robić to, co konieczne, aby osiągnąć cel. Tak postępują ludzie wielcy. I tak, według Machiavellego, miał postępować nowoczesny władca.

Jak już powiedziano, początkowo Machiavelli zamierzał dedykować Księcia Julianowi Medyceuszowi. Ostatecznie zadedykował go Wawrzyńcowi, bratankowi papieża Leona X, który od sierpnia 1513 roku stał na czele rządu Medyceuszy we Florencji. W napisanej między wrześniem 1515 roku a wrześniem roku następnego dedykacji zaznaczył, że głównym wątkiem książki są czyny wielkich ludzi: „Nie znalazłem pośród swego mienia droższej mi i cenniejszej rzeczy niż znajomość czynów wielkich mężów, nabytą długim doświadczeniem w sprawach nowożytnych i ciągłym rozczytywaniem się w starożytnych”. Kto przeczyta to dziełko – dodał – ten nauczy się „w bardzo krótkim czasie” tego wszystkiego, czego ja „uczyłem się przez tyle lat, a z jakimż trudem i niebezpieczeństwami”. Uprzedził też, że zrezygnował z umieszczenia w książce górnolotnych zdań i literackich ozdobników, a to ze względu na wagę tematu, wymagającego stylu poważnego i jasnego (WP, 139).

Machiavelli wiedział, że Wawrzyniec i inni Medyceusze żywili wobec niego głęboką nieufność wynikającą po części stąd, że należał on do ludu, oni zaś do wielmożów, po części zaś stąd, że był sekretarzem Republiki za czasów Soderiniego, na dodatek oskarżonym później o udział w spisku Boscolego i Capponiego. Aby usunąć pierwszą z tych przyczyn, użył całego swego kunsztu słowa, pisząc: „Albowiem jak ci, którzy rysują kraje, umieszczają się nisko na równinie, gdy chcą przypatrzeć się naturze gór i miejsc wyniosłych, a stają wysoko na górze, gdy chcą przypatrzeć się naturze miejsc niskich, podobnie trzeba być księciem, by dobrze poznać naturę ludów, a trzeba należeć do ludu, by dobrze poznać naturę książąt”. Aby usunąć przyczynę drugą, o politycznym charakterze, oznajmił uroczyście, że jego pragnieniem jest, aby Wawrzyniec „osiągnął tę wielkość, jaką zapowiadają los i własne jego zalety” (WP, 140).

Kiedy Francesco Vettori, który został najbliższym doradcą Wawrzyńca, wręczył mu arcydzieło Machiavellego, ten ledwie rzucił na nie okiem, bez porównania bardziej zainteresowany dwoma psami hodowlanymi, które akurat mu podarowano. Książka taka jak Książę zupełnie go nie obchodziła, zresztą nawet gdyby ją przeczytał, niczego by z niej nie zrozumiał. Nadzieje Machiavellego na jakąś polityczną funkcję znowu się rozwiały; to kolejne rozczarowanie będzie go dręczyło długie lata. Dowodzi tego napisana kilka lat później dedykacja Rozważań nad pierwszym dziesięcioksięgiem „Historii Rzymu” Liwiusza dla przyjaciół – Zanobiego Buondelmontiego i Cosima Rucellaiego. Oświadczył w niej nie bez goryczy, lecz stanowczo, że tym razem nie zadedykował swego dzieła władcy, tylko osobom, które ze względu na swoje liczne zalety „zasługiwałyby na to, aby władcami być”. Ludzie bowiem, chcąc właściwie sądzić, powinni szanować „tych, którzy posiedli wiedzę, a nie tych, którzy nic nie umiejąc, mają sposobność rządzenia państwem” (WP, 232). Rzecz w tym, że zarówno wówczas, jak i dzisiaj na tronach i w fotelach rządowych prawie zawsze zasiadają ci, co nic nie umieją, tych zaś, którzy posiedli wiedzę, albo w ogóle się nie słucha, albo wręcz z nich szydzi.

Wśród tylu trosk trafiła się biednemu Machiavellemu pociecha równie niespodziewana, co zbawienna: nie nowa funkcja czy jakiś dowód uznania z powodu Księcia, lecz wielka miłość. Wiadomo, że Niccolò już nieraz się zakochiwał; pisał o tym także Vettori w liście z 18 stycznia 1514 roku: „Kilkakrotnie widziałem cię zakochanym i sądziłem, że namiętnie”. Dotychczas w listach Machiavellego nie było jednak o tym mowy. Pomijając tajemniczą Jannę czy też Jeanne lub Giannę i jeszcze inną (bezimienną) adoratorkę, o których dowiadujemy się od osób trzecich, wspominał on jedynie Lucrezię zwaną Kędzierzawą, z którą miał romans trwający przynajmniej dziesięć lat. Odwiedzał ją już w 1510 roku, gdy znajdował się u szczytu powodzenia, o czym świadczy list Roberta Acciaiuolego z 7 października tamtego roku, a pozostawał z nią w co najmniej dobrych stosunkach jeszcze w 1520 roku, kiedy przekroczył już pięćdziesiątkę i nie miał ani sławy, ani pieniędzy. Filippo de’ Nerli informował go wtedy, że niejaki Bastiano di Possente zapewni mu dobrą kwaterę w Pistoi „z sympatii do Kędzierzawej i do mnie”. Kędzierzawa była kurtyzaną, a jednak – w przeciwieństwie do wielu mężczyzn – pozostała z nim w przyjaźni także wtedy, gdy opuściło go szczęście.

Wspaniałomyślna i wierna, ale o ostrym języku, umiała z łatwością przywołać Machiavellego do porządku. Kiedy przyjeżdżam do Florencji – opowiadał w liście z 4 lutego 1514 roku – spędzam część czasu w sklepie Donata del Corno, część w domu Kędzierzawej, ale „odnoszę wrażenie, że obojgu już się naprzykrzyłem, bo on nazywa mnie zawadą w sklepie, a ona – zawadą w domu”. Nieszczęsny Niccolò! Bez pieniędzy, bez pracy, zziębnięty i na dodatek nazywany „zawadą”. Biednemu wszędzie bieda, jak mówi przysłowie.


Aby nie stracić gościny u Donata i łask Kędzierzawej, Niccolò próbował przysłużyć się obojgu jako „doradca”. Przez pewien czas dobrze mu nawet szło. Donato pozwalał mu „ogrzewać się przy piecu”, a Kędzierzawa dawała czasami się pocałować, „choć tylko ukradkiem”. Później jednak okazało się, że ma jeszcze większego pecha niż jako doradca książąt. Otóż udzielił Kędzierzawej jakichś nietrafnych wskazówek, a ona, udając perfidnie, że zwraca się do służącej, rzekła mu: „Ach, ci mądrale, ci mądrale, doprawdy nie wiem, co oni mają w głowach; wydaje mi się, że wszystko robią na opak”.

Odwagi, nie przejmuj się – pocieszał go Vettori w liście z 9 lutego. To powiedzenie o mądralach wymknęło jej się w złości, „nie sądzę, by już cię nie lubiła i nie otwarła drzwi, kiedy zapukasz; musiałbym uznać ją za niewdzięcznicę, a przecież dotychczas uważałem ją za życzliwą i miłą”. Wprawdzie jej kochankiem jest teraz ktoś tak ważny, jak Anton Francesco degli Albizzi – kontynuował Vettori – ale z pewnością nie wbiło jej to w pychę.

Kędzierzawa miała naprawdę wielkie serce. Prawie rok później Vettori pisał: „To, co mówisz, napełnia mnie podziwem. Kędzierzawa okazała ci tyle wierności i współczucia, że o ile dotąd byłem jej przyjazny ze względu na ciebie, o tyle teraz, przysięgam, stałem się jej oddanym sługą, ponieważ kobiety najczęściej kochają nie mężczyzn, lecz fortunę, a gdy ta się zmienia, zmieniają się także one” (L, 487).

Można by w tym miejscu z żalem pożegnać się z Kędzierzawą, stwierdziwszy, że urodziwa, wspaniałomyślna, śmiała i niezależna kurtyzana odegrała w życiu Machiavellego ważną rolę, i wyraziwszy nadzieję, że pewnego dnia nowe dokumenty pozwolą dowiedzieć się czegoś więcej o tej fascynującej kobiecie. Nie można jednak przemilczeć kwestii nieco drażliwej, jak zwykło się dawniej mawiać, która dotyczy Machiavellego i Kędzierzawej, a pomijanej przez biografów. Chodzi o anonimowe oskarżenie o stosunek płciowy przeciwny naturze, które 27 maja 1510 roku wpłynęło do Ośmiu, urzędu czuwającego nad wymiarem sprawiedliwości w sprawach kryminalnych. Oto tekst oskarżenia: „Powiadamia się Was, Panowie Ośmiu, że Niccolò, syn messera Bernarda Machiavellego, jebie Lukrecję zwaną Kędzierzawą w tyłek. Wezwijcie ją, a przekonacie się, że to prawda”.

Oskarżenia z pewnością nie wysłała Kędzierzawa, bo przecież przez długie lata przyjmowała potem Machiavellego i pozostała mu bliska. Musiał to uczynić jakiś jego złośliwy przeciwnik. Co się tyczy samego oskarżenia, trzeba wiedzieć, że w owych czasach stosunek płciowy tego rodzaju był karany grzywną, wystawieniem na pośmiewisko i więzieniem; do 1502 roku istniał nawet we Florencji specjalny zespół „urzędników nocnych i kustoszy klasztornych”, którego zadaniem było tępienie tak zwanych aktów seksualnych przeciwnych naturze. W praktyce tolerowano je, stąd też wspomniane oskarżenie nie odniosło żadnego skutku. Jest to więc o epizod bez większego znaczenia, niemniej potwierdzający istnienie ważnego aspektu osobowości Machiavellego: gdy w grę wchodziły namiętności, pragnienia i przyjemności, szedł on wyłącznie za głosem natury – swojej natury – nie troszcząc się o zdanie moralistów i strażników czystości obyczajów. Był równie surowy i pełen poszanowania dla prawa w życiu publicznym, co swawolny i libertyński w swoich zachciankach i igraszkach miłosnych.

A może miewał również stosunki homoseksualne? Poruszamy tę kwestię tutaj, ponieważ oba najważniejsze, znane nam świadectwa na ten temat w jakimś stopniu dotyczą Kędzierzawej. Pierwsze z nich to zdanie samego Machiavellego, zawarte w liście z 19 grudnia 1513 roku do Vettoriego. Opowiedziawszy przyjacielowi o budzącym grozę kazaniu, wygłoszonym przez niejakiego brata Francesca da Montepulciano, Niccolò dodał: „Tak się przestraszyłem, że nie poszedłem do Kędzierzawej, choć zamierzałem iść rano; ale nie wiem, czy bym się wstrzymał, gdyby chodziło o spotkanie z Kędzierzawym”. Drugie świadectwo to wypowiedź Vettoriego zawarta w liście z 9 lutego 1514 roku. Gdyby Kędzierzawa miała zatrzasnąć ci drzwi przed nosem – radził Vettori – „zwróć się do Kędzierzawego, którego powodzenie nie zmienia, bo on ma mocny charakter i pozostaje z przyjaciółmi nie tylko wtedy, kiedy są na wozie, ale także wówczas, gdy są pod wozem”.

Kędzierzawy był młodym fircykiem, który obsługiwał homoseksualnych przyjaciół Machiavellego. Oba listy pozornie dowodzą więc, że Niccolò również cenił sobie jego wdzięki, jednakże w rzeczywistości wskazują raczej na coś wręcz przeciwnego. Żartobliwa wypowiedź Vettoriego miała złagodzić troskę przyjaciela obawiającego się utraty względów Kędzierzawej: jeśli Kędzierzawa cię odtrąci – pisał Vettori – zawsze możesz pocieszyć się z Kędzierzawym. To samo da się powiedzieć o zdaniu z listu Machiavellego, z tą różnicą, że tym razem on sam podkpiwa z siebie, przytaczając dwa oczywiste kłamstwa, które Vettori musiał natychmiast rozpoznać: pierwsze, że kazanie zakonnika przeraziło Machiavellego (podczas gdy w rzeczywistości z pewnością się z niego uśmiał, o ile w ogóle go wysłuchał); drugie, że chociaż z tego powodu nie poszedł do Kędzierzawej, poszedłby chyba do Kędzierzawego, gdyby był z nim umówiony, a to by oznaczało, że nie przejął się ponurym kazaniem mnicha.

Jeśli z kolei przeczytamy uważnie list Machiavellego z 5 stycznia 1514 roku, również adresowany do Vettoriego, dojdziemy do całkiem odmiennego wniosku, mianowicie że Machiavelli ujawnił, iż miewał stosunki homoseksualne z młodymi mężczyznami, jak wielu ówczesnych Florentczyków. Pisał bowiem tak: „Żeby jaśniej rzecz wyłożyć, musiałbym ja,  k t ó r y  m a c a m  i  z a b a w i a m  s i ę  z  k o b i e t a m i  [podkr. autora], zjawić się wówczas [...] i rychło pojąwszy, o co chodzi, powiedzieć: «Ambasadorze, pan się rozchoruje z braku rozrywek. Żadnych chłopców, żadnych panienek, a cóż to za chujowy dom!»”. Jak wykazał Mario Martelli w swojej fundamentalnej publikacji z 1998 roku*, użyty w liście włoski czasownik toccare, przetłumaczony tu jako „macać”, znaczy: „mieć stosunki płciowe z młodymi mężczyznami”. Przytoczone zdanie należy zatem odczytać: „Ja, który uprawiam seks zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami”.

Kłopot – albo wielkie szczęście – w tym, że kiedy się zakochiwał, bez reszty ulegał swojej namiętności. Piękność kobiety zniewalała go i przenosiła w świat równie mu bliski, jak sprawy państwa i polityki – świat poezji. Dziwnym trafem swoją największą miłość przeżywał właśnie wtedy, kiedy jego serce przepełniała gorycz z powodów, które już znamy. Do spotkania doszło bowiem latem 1514 roku, jak sam informował Vettoriego w liście z 3 sierpnia. W poprzedniej korespondencji (z 10 czerwca) wyznawał przyjacielowi, że wskutek krańcowego przygnębienia rozważa możliwość opuszczenia rodziny, żeby uchodzić za zmarłego.

Kobietą, w której się zakochał, była najprawdopodobniej siostra Niccola Tafaniego, mieszkająca w pobliżu Albergaccio; porzucił ją brutalnie mąż imieniem Giovanni, który wyniósł się do Rzymu. Posłuchajmy teraz, co o swojej nowej miłości miał do powiedzenia Machiavelli: „Spotkałem na wsi istotę tak miłą, tak delikatną, tak szlachetnego usposobienia i obejścia, że nigdy nie dość chwalić jej i kochać, jak na to zasługuje”. Rad był opowiedzieć o początkach tej miłości, w jakie sieci mnie schwytała, gdzie je rozciągnęła, z czego je utkała. Dowiedz się, że sieci były złote, rozciągnięte wśród kwiatów, utkane przez Wenus, tak miękkie i delikatne, że serce nieczułe mogło je potargać, ja wszakże nie zamierzałem tego uczynić i rozkoszowałem się nimi tak długo, aż delikatne nici stwardniały i splątały się w nierozerwalny węzeł.

Tym razem nie bał się wyjawić uczuć, przeciwnie, szeroko otworzył swą duszę. To rzadka chwila. Pisał: „Odnajduję w sobie ogromną czułość zarówno za sprawą jej niepospolitej, wdzięcznej powierzchowności, jak i dlatego, że dzięki niej odsunąłem na bok wszelkie moje strapienia; za nic na świecie bym się z nią nie rozstał”. Uroda poznanej kobiety, jej „niepospolita, wdzięczna powierzchowność” dokonała cudu: wygnała z duszy Machiavellego obawy, udręki i smutki, zupełnie tak samo jak obcowanie podczas paru nocnych godzin w Albergaccio z innym rodzajem piękna – z pięknem czynów wielkich mężów dawnych epok i starożytnej historii. Miłość do kobiety okazała się jednak silniejsza od zainteresowania sprawami polityki, pozwoliła zapomnieć o troskach, a także o samej polityce, jakby chciała pozostać jedyną jego władczynią:

Straciłem zainteresowanie dla wielkich i ważnych problemów, nie lubuję się już w czytaniu o sprawach dawnych ani w rozprawianiu o współczesnych. Wszystko zamieniło się w rozmowy pełne czułości, za co dziękuję Wenus i całej wyspie Cypr.


Niccolò liczył sobie wówczas czterdzieści pięć lat, choć zwykł mawiać, że jest „bliski pięćdziesiątki”. Wiedział, że Amor to dziecię niestałe, że „wyrywa oczy, wątrobę i serce”, a niewypowiedzianą słodycz może zamienić w gorzki płacz. A jednak, przynajmniej na początku swojego związku, niczego się nie obawiał. Przeciwnie, czuł w sobie nowe siły. Na spotkanie ze swoją damą wędrował długo „po wertepach” – bądź to w promieniach sierpniowego słońca Toskanii, bądź w ciemnościach wiejskiej nocy. Mimo to wszystko wydawało mu się łatwe i „proste”.

Jego związek z piękną panią Tafani nie należał jednak ani do łatwych, ani do prostych, sądząc po kilku wierszach, które napisał prawdopodobnie w tych właśnie miesiącach 1514 roku. W długiej Serenata (Serenadzie) opiewał niewiastę, „rzadki przykład piękna na ziemi”, „duszę doskonałą, zbiór wszelkiego piękna”, która oczyma „srodze wojuje” z zakochanym. Aby stopić serce pięknej kobiety, stężałe z obawy, „że ktoś mógłby ją skrzywdzić”, kochanek opowiada jej starożytny mit o Anaksarecie zamienionej w kamień, bo pozwoliła, by z miłości do niej umarł Ifi. Przestraszona tym i wzruszona Pomona – która imię swe wzięła od ulubionych, dojrzewających na sierpniowym słońcu jabłek (pomi) – rzuca się wreszcie w ramiona ukochanego (SL, 428–435).

O próżnej boleści i łzach rozpaczy pisał w sonecie, w którym dramaty państw i królestw przyrównywał do miłosnych cierpień, a przyjemność płynącą z myślenia o sprawach wagi państwowej – do słodyczy miłości. Przyczyną tak wielkiej udręki są znowu oczy kobiety:

Gdybyś mi uwierzyła, zniósłbym szczęśliwy
cierpienia, zadawane mi przez twoje oczy;
wszak uwierzyły mi te lasy, znużone
słuchaniem ustawicznych moich skarg
(SL, 427).

Ani ból, ani łzy, ani nawet obawa, że zniewolą go niewieście oczy, którym nie sposób się oprzeć, nie powstrzymały naszego bohatera. Z listu Vettoriego, datowanego 15 grudnia, dowiadujemy się, że Niccolò poprosił go o znalezienie w Rzymie „najwyższej jakości cienkiej przędzy wełnianej w kolorze niebieskim na parę pończoch”. Kuty na cztery nogi Vettori z miejsca pojął, co się za tym kryje, zwłaszcza że właśnie otrzymał drugi list od przyjaciela (cóż za zbieg okoliczności!) z prośbą o interwencję w sprawie rodziny Tafanich. Po dżentelmeńsku zapewniał, że przędzę wyśle już następnego dnia, „nie wnikając, dla kogo jej potrzebujesz, bo rad będę, sprawiwszy ci radość”.

Vettori, niezdolny udzielić Machiavellemu poparcia w sprawach politycznych, okazał się jego gorliwym pomocnikiem przynajmniej w sprawach miłosnych. A przecież obaj mężczyźni – sądząc z ich listów – podchodzili do tej kwestii w całkiem odmienny sposób. 9 lutego 1514 roku Vettori pisał do przyjaciela o udrękach, jakich przysparzała mu piękna córka sąsiadki. Chociaż bardzo go ta dziewczyna pociągała, dręczyły go wątpliwości i obawy. Pisał:

Mam czterdzieści lat, jestem żonaty, mam córki już zamężne lub na wydaniu; zbytnio majętny nie jestem, wszystko, co zaoszczędzę, powinienem odkładać dla nich; podłością byłoby ulec żądzy. Ona [dziewczyna] jest tu blisko, kosztowałaby mnie dużo i miałbym codziennie tysiące kłopotów. Co więcej, jest piękna, młoda i zalotna; spodobała się mnie, spodoba się i innym, lepszym ode mnie. Niewiele bym więc użył i ciągle był zazdrosny.

Vettori podjął decyzję: wyrzeknie się swojej skłonności do tej młódki. Wytrzymał całe dwa dni. Trzeciego dnia przyszła do niego z wizytą matka wraz z córką i po pewnym czasie zostawiła ich samych przy kominku. Wszystkie jego cnotliwe zamiary pierzchły jak poranna mgła w słońcu. „Postanowiłem – pisał do Machiavellego – stać się jej ofiarą, niech mną rządzi i kieruje” wedle uznania. Chwilowo był zadowolony, że uległ pożądaniu: „Nie powiem ci, co się potem stało, dość, że się stało; nie troszczyłem się już o kłopoty i zazdrość”. Wkrótce zmartwienia powróciły. Nie wiedząc, jak postąpić, Vettori dał przyjacielowi do zrozumienia, że potrzebuje rady.

Niccolò nie miał wątpliwości:

Na twój list mogę tylko tyle odpowiedzieć, że powinniście kochać się dalej totis habenis [puszczając wodze], ponieważ rozkoszy, którą odczuwasz dzisiaj, nie odczujesz już jutro, a jeśli rzeczy tak się mają, jak mi opisałeś, zazdroszczę ci bardziej niż angielskiemu królowi. Proszę cię, idź za swoją gwiazdą […], uważam bowiem, uważałem i zawsze uważać będę, że ma słuszność Boccaccio, mówiąc: lepiej robić i żałować, niż nie robić i żałować.

Tych kilka słów: „lepiej robić i żałować, niż nie robić i żałować”, wyraża mądrość Machiavellego. Zarówno wobec kobiecej urody, jak i wobec wielkiej polityki nie pozwala powstrzymać się obawie, że może cierpieć lub przegrać, lecz bez reszty daje się porwać namiętności i wspaniałym marzeniom.

Świadectwem tego, że miłość przeżywał jako całkowite oddanie się namiętności i marzeniom, jest dalsza korespondencja z Vettorim, który 16 stycznia 1515 roku znowu pisał o dokuczającej mu w Rzymie nudzie:

Nie mogę dużo czytać, bo z wiekiem osłabł mi wzrok; pójść się zabawić mogę tylko w towarzystwie, które nie zawsze mam; nie jestem osobą ani tak ważną, ani bogatą, żeby okazywano mi szczególne względy. Kiedy pogrążam się w myślach, te w większości wprawiają mnie w melancholię, czego nie znoszę; trzeba więc ograniczyć się do rozmyślań o rzeczach przyjemnych, a nie znam niczego, o czym przyjemniej myśleć i co przyjemniej robić niż jebanie. Niech sobie ludzie filozofują, ile zechcą, ale taka jest szczera prawda, którą wielu zna, ale o której mało kto mówi.

Niccolò odpowiedział na to sonetem o nieodpartej potędze miłości. Okowy, którymi miłość mnie spętała – pisał do przyjaciela, który wygłosił właśnie pochwałę jebania – są tak mocne, że nie sposób z nich się wyzwolić; ale gdybym nawet to potrafił, nie zrobiłbym tego, bo „są mi miłe i lekkie, choć czasem ciążą”, komplikując uczucia, ale „nie byłbym szczęśliwy, żyjąc innym życiem”. Dodawał, że chciałby mieć Vettoriego we Florencji, żeby śmiał się wraz z nim z jego łez i radości. Pod nieobecność przyjaciela pocieszał się, opowiadając o swoich cierpieniach i radościach Donatowi del Corno i Kędzierzawej, „przyjaciółce, o której już wcześniej pisałem”.

Niccolò dostrzegał w kobietach zniewalającą urodę, niewypowiedzianą słodycz, figlarność i pożądanie, a zarazem widział w nich przyjaciółki, którym wyjawiał najskrytsze radości i cierpienia. A przecież niektórzy pisali o nim, że kobiet nienawidził, że nimi gardził, że wymagał od nich posłuszeństwa i nigdy nie uważał ich za równe, że uciekał od miłości, aby nie zostać niewolnikiem zmysłów. Najlepiej się uśmiechnąć, jak zrobiłby Niccolò, wobec tak zatrważającej ignorancji.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj