Fragment książki "Zamach"

W ciągu kwadransa hol ostrego dyżuru zmienia się w pobojowisko. Stłoczono tu co najmniej stu rannych, większość spoczywa na podłodze. Wszystkie wózki są zajęte przez ciała porozrywane, straszliwie poranione odłamkami, niektóre poparzone w wielu miejscach. Płacz i wycie wypełniają cały szpital. Raz na jakiś czas ponad rwetes wznosi się krzyk oznajmiający śmierć ofiary. Jedna z nich umiera mi na rękach, zanim zdążyłem ją zbadać. Kim daje znać, że blok pęka w szwach, żeby ciężkie przypadki kierować do sali numer 5. Jakiś ranny żąda, żeby natychmiast się nim zajęto. Plecy ma obdarte ze skóry, wystaje z nich goła kość łopatki. Gdy nikt nie przybywa z pomocą, chwyta za włosy pielęgniarkę. Trzeba trzech osiłków, żeby wypuścił zdobycz. Nieco dalej ranny leżący między dwoma wózkami rzuca się jak szalony, aż wreszcie stacza się z noszy. Mimo poharatanego ciała zaczyna młócić pięściami powietrze. Zajmująca się nim pielęgniarka najwyraźniej nie daje sobie rady. Na mój widok jej oczy się rozjaśniają.

– Szybko, doktorze…

Ranny nagle sztywnieje; charkot, konwulsje, wierzganie ustają, ręce opadają na pierś jak u pajacyka, kiedy przecięto sznurki. W ułamku sekundy jego przekrwioną twarz opuszcza ból, ustępując miejsca obłędowi złożonemu z zimnej furii i wstrętu. W chwili, gdy się pochylam, wbija we mnie oczy pełne groźby i układa wargi w grymas oburzenia.

– Nie życzę sobie, żeby mnie dotykał Arab – warczy, odpychając mnie gniewnym gestem. – Wolę zdechnąć.

Chwytam jego nadgarstek i siłą przytrzymuję mu rękę u boku.

– Proszę go mocno trzymać – mówię do pielęgniarki. – Zamierzam go zbadać.
– Nie dotykaj mnie – buntuje się ranny. – Zabraniam ci mnie dotykać.

Pluje na mnie. Jest zdyszany; drgająca, sprężysta ślina opada mu na brodę, a oczy zalewają łzy wściekłości. Rozchylam jego marynarkę. Brzuch zmieniony w gąbczastą papkę ściąga się przy każdym wysiłku. Stracił dużo krwi i krzyki wzmagają krwotok.

– Trzeba go natychmiast operować.

Przywołuję pielęgniarza, żeby pomógł mi przenieść rannego na nosze, potem, odepchnąwszy wózki blokujące drogę, pędzę na blok. Ranny wpatruje się we mnie z nienawiścią oczami niemal stojącymi w słup. Usiłuje protestować, ale walka go wyczerpała. Pokonany, odwraca głowę, by nie mieć mnie przed oczami, i poddaje się ogarniającemu go odrętwieniu.

2

Opuszczam blok koło dziesiątej.

Nie wiem, ile osób przewinęło się przez mój stół operacyjny. Kiedy kończyłem z jedną, drzwi bloku rozchylały się przed kolejnym wózkiem. Niektóre operacje nie zabrały dużo czasu, inne mnie dosłownie wykończyły. Wszędzie mam skurcze, a wokół stawów odczuwam mrowienie. Chwilami widziałem jak przez mgłę i miałem zawroty głowy. Dopiero kiedy o mały włos nie straciłem dzieciaka, uznałem za rozsądne ustąpić miejsca koledze. Kim straciła trzech pacjentów jednego po drugim, jakby jakiś zły urok zawziął się, by obracać wniwecz jej wysiłki. Opuściła salę numer 5, klnąc na samą siebie. Sądzę, że poszła do biura, by wypłakać wszystkie łzy.

Według Ezry Ben Haima liczba zgonów wzrośnie; mieliśmy ich dziewiętnaście – w tym jedenastu uczniów, którzy w wysadzonym fast-foodzie świętowali urodziny koleżanki – cztery amputacje i trzydzieści trzy stany krytyczne. Czterdziestu pacjentów zabrały rodziny, inni wrócili do domu na własnych nogach po otrzymaniu pierwszej pomocy.

W holu krążą lunatycznym krokiem zatroskani bliscy. Większość zdaje się nie ogarniać rozmiarów tragedii, która ich dotknęła. Przerażona matka o ostrym spojrzeniu czepia się mojego ramienia: „Co z moją córeczka? Czy wyjdzie z tego?”… Pojawia się przede mną ojciec ratowanego chłopca; chce wiedzieć, dlaczego operacja trwa tak długo. „Jest tam od tylu godzin. Co z nim robicie?” Także pielęgniarki są oblegane. Z gorszym lub lepszym skutkiem próbują uspokajać ludzi, obiecując uzyskać żądane informacje. Do natarcia rusza rodzina, która mnie spostrzegła, gdy pocieszałem pewnego staruszka. Salwuję się ucieczką: żeby dostać się do biura, muszę wyjść przez wewnętrzny dziedziniec i obejść cały budynek.

Kim nie ma w jej pokoju. Sprawdzam u Ilana Rosa. Ros jej nie widział. Pielęgniarki też nie.

Przebieram się, żeby wrócić do domu. Po parkingu krążą policjanci w swoiście wyciszonym szaleństwie. Ciszę przepełniają trzaski krótkofalówek. Jakiś oficer wydaje rozkazy z dżipa, karabin maszynowy położył pod szybą.

Podchodzę do samochodu oszołomiony wieczorną bryzą. Nissan Kim stoi tam, gdzie go widziałem rano. Szyby są opuszczone do połowy ze względu na upał. Wnioskuję, że Kim wciąż jest w szpitalu, ale jestem za bardzo zmęczony, by jej szukać.

Na zewnątrz szpitala miasto wydaje się spokojne. Tragedia, która dopiero co nim wstrząsnęła, nawet nie zadrasnęła jego zwyczajów. Niekończący się sznur samochodów szturmuje wyjazd w stronę Petah Tikwa. Kawiarnie i restauracje są pełne ludzi. Na chodnikach tłoczą się nocne marki. Jadę aleją Ewen Gewriol aż do centrum prasowego Bet Sokołow, gdzie ustawiony po zamachu posterunek zmusza kierowców do objazdu Ha-Kirji, którą drakońskie środki bezpieczeństwa odcięły od reszty miasta. Udaje mi się dotrzeć do pogrążonej w kosmicznej ciszy ulicy Haszmonaim. W oddali widzę fast food zmieciony przez samobójcę. Służby kryminalistyczne dzielą miejsce dramatu na kwadraty operacyjne i pobierają próbki. Witryna restauracji jest całkowicie zniszczona. Nad południowym skrzydłem zawalił się dach, pozostawiając na chodniku ciemne smugi. Wyrwana z posad latarnia leży w poprzek jezdni usłanej najróżniejszymi szczątkami. Wybuch musiał mieć niezwykłą siłę: w okolicznych domach popękały szyby, na niektórych fasadach kawałkami odpadł tynk.

– Proszę stąd odjechać – nakazuje policjant, który wyłonił się nie wiadomo skąd.

Oświetla samochód latarką; kieruje ją na tablicę rejestracyjną, potem na mnie. Instynktownie uskakuje do tyłu i drugą ręką sięga po pistolet.

– Żadnych gwałtownych ruchów – ostrzega. – Ręce trzymać na kierownicy. Co pan tu robi? Nie widzi pan, że to miejsce jest zamknięte?
– Wracam do domu.

Z odsieczą przychodzi drugi policjant.

– Jak się tu dostał?
– Nie mam pojęcia – mówi pierwszy.

Teraz drugi gliniarz przesuwa po mnie światło latarki, nieufnie mierzy spode łba.

– Dokumenty!

Podaję. Sprawdza je, oświetla mi twarz. Niepokoi go moje arabskie nazwisko. Zawsze tak jest po zamachu. Gliny są podminowane i podejrzane twarze wzmagają ich drażliwość.

– Wysiadać – rozkazuje pierwszy policjant. – Stanąć twarzą do samochodu.

Robię to. Rzuca mnie brutalnie na samochód, stopą nakazuje rozstawić nogi i metodycznie rewiduje. Drugi gliniarz sprawdza zawartość bagażnika.

– Skąd pan jedzie?
– Ze szpitala. Doktor Amin Dżafari, zatrudniony w szpitalu Ichilow jako chirurg. Przed chwilą opuściłem blok operacyjny. Jestem skonany i chcę wrócić do domu.
– W porządku – mówi drugi policjant, zatrzaskując klapę bagażnika. – Tu nic nie ma.

Ten mój nie kwapi się mnie puścić. Odchodzi na bok i podaje centrali moje nazwisko, dane z prawa jazdy i legitymacji służbowej. „To Arab z izraelskim obywatelstwem. Twierdzi, że właśnie wyszedł ze szpitala i że jest chirurgiem… Dżafari… Sprawdź w Ichilowie…” Po pięciu minutach wraca, oddaje mi papiery i nieznoszącym sprzeciwu tonem każe odjechać, nie oglądając się za siebie.

Docieram do domu koło jedenastej, nieprzytomny ze zmęczenia i złości. Po drodze zatrzymały mnie i przeczesały cztery patrole. Na próżno okazywałem dokumenty i powtarzałem, kim jestem. Gliny interesowała tylko moja twarz. W pewnej chwili młodzik, który nie mógł znieść moich protestów, wycelował we mnie broń i zagroził, że mi rozwali łeb, jeśli się nie zamknę. Oficer musiał użyć siły, żeby go okiełznać.

Ulżyło mi, gdy dotarłem na moją ulicę cały i zdrowy.

Siham nie otworzyła. Nie wróciła z Kafr Kanna. Nie pojawiła się też sprzątaczka. Łóżko jest niepościelone, takie, jakim je opuściłem rano. Sprawdzam telefon: żadnej wiadomości na sekretarce. Po tak męczącym dniu nieobecność żony niespecjalnie mnie martwi. Zwykła niespodziewanie przedłużać pobyty u babki. Siham uwielbia farmę i chętnie przesiaduje do późna na pagórku skąpanym w spokojnym świetle księżyca.

Idę się przebrać w sypialni, długo patrzę na zdjęcie Siham królujące na szafce przy łóżku. Uśmiech jest szeroki jak tęcza, ale nie sięga oczu. Życie jej nie rozpieszczało. Matka osierociła ją, gdy Siham miała osiemnaście lat. Umarła na raka. Ojciec zginął w wypadku drogowym kilka lat później. Upłynęła cała wieczność, nim się zgodziła mnie poślubić. Bała się, że zawzięty los znów ją wysadzi z siodła. Po z górą dziesięciu latach małżeństwa, mimo miłości, którą ją otulam, wciąż drży o swoje szczęście, pewna że może je stracić przez byle głupstwo. A przecież los bezustannie nam sprzyja. Kiedy została moją żoną, za cały majątek miałem psującego się co pięć minut, astmatycznego gruchota. Zamieszkaliśmy w robotniczym osiedlu, gdzie mieszkania nie miały nic do pozazdroszczenia klatkom dla królików. Meble były z płyty wiórowej, a w oknach brakowało zasłon. Dziś mamy wspaniały dom w jednej z szykowniejszych dzielnic Tel Awiwu i pokaźne konto w banku. Każdego lata odwiedzamy krainy mlekiem i miodem płynące. Byliśmy w Paryżu, Frankfurcie, Barcelonie, Amsterdamie, w Miami i na Karaibach. Mamy mnóstwo przyjaciół, których kochamy tak, jak oni nas. Często przyjmujemy gości i bywamy w wielkim świecie. Dzięki licznym nagrodom za prace naukowe i osiągnięcia zawodowe zyskałem solidną reputację w okolicy. Wśród przyjaciół i ludzi zaufanych moich i Siham są notable, przedstawiciele władz cywilnych i wojskowych, także kilka grubych ryb show-biznesu.


– Uśmiechasz się jak dobry los, kochanie – mówię do portretu. – Gdybyś tylko od czasu do czasu mogła zamknąć oczy.

Całuję palec, kładę go na ustach Siham i pędzę do łazienki. Spędzam około dwudziestu minut pod parzącym prysznicem, potem owinięty w szlafrok idę do kuchni zjeść kanapkę. Po umyciu zębów wracam do sypialni, wślizguję się do łóżka i łykam proszek, żeby spać snem sprawiedliwego…

Dźwięk telefonu wgryza się w moje ciało jak młot pneumatyczny, przeszywając mnie od stóp do głów niczym elektrowstrząs. Ogłuszony macam w poszukiwaniu włącznika światła, nie mogę go znaleźć. Dzwonek nadal kąsa moje zmysły. Rzucam okiem na budzik i stwierdzam, że jest dwadzieścia po trzeciej. Znów wyciągam rękę w ciemnościach, nie wiedząc właściwie, czy mam odebrać, czy zapalić światło.

Przewracam coś na szafce i muszę sięgać kilka razy, by pochwycić słuchawkę. Cisza, która zapada, prawie mnie otrzeźwia.

– Halo?
– Tu Naweed – odzywa się człowiek na drugim końcu linii.

Rozpoznanie zdartego głosu Naweeda Ronnena, wysokiego stopniem funkcjonariusza policji, zajmuje mi kilka chwil. Zażyty proszek zamula umysł. Mam wrażenie, że wiruję w zwolnionym tempie, że zawieszony między odrętwieniem a bezwładem sen rozwiewa się w onirycznej gmatwaninie, dziwacznie deformując głos Naweeda Ronnena, który tej nocy zdaje się dobiegać z dna studni.
Odpycham kołdrę, by usiąść. W skroniach pulsuje mi krew. Muszę zebrać wszystkie siły, by uspokoić oddech.

– Tak, Naweedzie?…
– Dzwonię ze szpitala. Jesteś tu potrzebny.

W mroku sypialni fosforyzujące wskazówki budzika obracają się, pozostawiając za sobą zielonkawe smugi. Słuchawka ciąży mi w ręku jak kowadło.

– Dopiero co się położyłem, Naweed. Operowałem cały dzień i jestem wykończony. Dyżur ma doktor Ilan Ros. Jest świetnym chirurgiem…
– Przykro mi, ale musisz przyjechać. Jeśli nie czujesz się dobrze, poślę kogoś po ciebie.
– Nie sądzę, by to było konieczne – mówię, przeczesując włosy palcami.

Słyszę, jak Naweed odkasłuje, dociera do mnie urywany oddech. Powoli odzyskuję zdolność myślenia i zaczynam rozumieć, co się dzieje wokół. Przez okno widzę, jak nitkowaty obłok próbuje przesłonić księżyc. Powyżej tysiące gwiazd udają świetliki. Ciszy ulicy nie mąci nawet najcichszy dźwięk. Jakby miasto ewakuowano, kiedy spałem.

– Amin?
– Tak, Naweedzie?
– Nie jedź za szybko. Mamy czas.
– Jeśli to nie nagły wypadek, to o co chodzi?…
– Proszę cię – przerywa. – Czekam na ciebie.
– Zgoda – mówię, nie starając się zrozumieć. – Możesz mi wyświadczyć drobną przysługę?
– Zależy…
– Zgłoś mój przejazd punktom kontrolnym i patrolom. Twoi ludzie wydawali mi się mocno podenerwowani, kiedy wracałem.
– Wciąż masz tego białego forda?
– Tak.
– Szepnę im słówko.

Odkładam słuchawkę, przez chwilę się w nią wpatruję, zaintrygowany powodem wezwania i tajemniczym tonem Naweeda, potem wkładam kapcie i idę do łazienki obmyć twarz.

Na dziedzińcu izby przyjęć dwa wozy policyjne i karetka mrugają do siebie światłami kogutów. Po zgiełku ubiegłego dnia szpital odzyskał wygląd umieralni. Gdzieniegdzie trwają na posterunku umundurowani policjanci; jedni łapczywie zaciągają się papierosami, inni siedzą w wozach, nerwowo obracając kciukami. Ustawiam samochód na parkingu i kieruję się do recepcji. Noc nieco się ochłodziła, znad morza wieje podstępna bryza skażona słodkawymi zapachami. Rozpoznaję niezgrabną sylwetkę Naweeda Ronnena stojącego na schodku. Jego ramię pochyla się wyraźnie ku prawej nodze, krótszej o cztery centymetry po wypadku, który go spotkał dziesięć lat temu w trakcie czynności służbowych. Sprzeciwiłem się amputacji. Dopiero co długie starania i wiele pomocnych interwencji przyniosły mi chwalebny etat chirurga. Naweed Ronnen był ujmującym pacjentem. Miał żelazną siłę ducha i poczucie humoru wprawdzie wątpliwe, ale za to niezłomne. To on mi opowiedział pierwsze ostre kawały o policjantach. Później operowałem jego matkę, co jeszcze bardziej nas zbliżyło. Teraz, jeśli trzeba operować kolegę lub członka rodziny, powierza ich mnie.

Za nim, o framugę głównego wejścia opiera się doktor Ilan Ros. Światła holu podkreślają jego grubo ciosany profil. Z rękami w kieszeniach fartucha i brzuchem wylewającym się na kolana, wpatruje się w ziemię z nieobecną miną.

Naweed schodzi ze schodka. On też trzyma ręce w kieszeniach. Unika mojego wzroku. Sądząc z jego zachowania, czeka nas długa noc.

– No dobra – rzucam natychmiast, żeby rozwiać przeczucie, które mnie nagle tknęło. – Biegnę się przebrać.
– Nie ma potrzeby – odpowiada Naweed głuchym głosem.

Nieraz, kiedy przywoził na wózku kolegów, miał przygnębioną minę, ale teraz przechodzi samego siebie. Po grzbiecie przebiega mi dreszcz, który wpełza na pierś.

– Pacjent zmarł? – pytam.

Naweed w końcu podnosi na mnie oczy. Rzadko widywałem ludzi równie nieszczęśliwych.

– Nie chodzi o pacjenta, Aminie.
– Skoro nie trzeba operować, to po co mnie wyciągasz z łóżka o tej porze?

Naweed nie wie, jak zacząć. Jego zakłopotanie udziela się doktorowi Rosowi, który wierci się nieprzyjemnie. Patrzę na ich obu coraz bardziej zirytowany tajemnicą, którą podtrzymują z rosnącym zakłopotaniem.

– Czy ktoś mi wreszcie wyjaśni, co się dzieje? – pytam.

Doktor Ros odbija się tyłkiem od ściany i wraca do recepcji, gdzie dwie najwyraźniej przerażone pielęgniarki udają, że patrzą na monitor. Naweed zbiera się na odwagę i pyta:

– Siham jest w domu?

Nogi uginają się pode mną, ale szybko wracam do siebie.

– Bo?
– Czy ona jest w domu, Aminie?

Ton jest natarczywy, ale oczy uciekają. Lodowate szpony szarpią mi wnętrzności. Uwięziona w gardle grdyka nie pozwala mi przełknąć.

– Jeszcze nie wróciła od babki – mówię. – Trzy dni temu pojechała do Kafr Kanna pod Nazaretem z rodzinną wizytą… Do czego zmierzasz? Co próbujesz mi powiedzieć?

Naweed podchodzi o krok. Zapach jego potu mąci myśli, powiększa ogarniające mnie wzburzenie. Mój przyjaciel nie wie, czy przy

Trzymać mnie za ramiona, czy zapanować nad rękami.

– Co jest, na miłość boską? Przygotowujesz mnie na najgorsze, czy co? Autobus, którym Siham jechała, miał po drodze wypadek? Przewrócił się, o to chodzi? To chcesz mi powiedzieć?
– Nie chodzi o autobus, Aminie.
– Więc o co?
– Mamy na karku nieboszczyka i potrzebujemy go zidentyfikować – mówi krępy mężczyzna o wyglądzie chama, który wyrósł za mną jak spod ziemi.

Zwracam się gwałtownie ku Naweedowi.

– Myślę, że chodzi o twoją żonę, Aminie – ustępuje – ale potrzebujemy ciebie, żeby zyskać pewność.

Czuję, że się rozpadam…

Ktoś chwyta mnie za łokieć, żebym nie upadł. W ułamku sekundy znikają wszystkie moje punkty odniesienia. Kompletnie się gubię, nie rozpoznaję nawet murów, w których tak długo robiłem karierę chirurga… Podtrzymująca ręka pomaga mi przemierzyć zacierający się korytarz. Biel światła szarpie moim mózgiem. Mam wrażenie, że się przedzieram przez mgłę, że stopy zapadają mi się w ziemię. Kiedy docieram do kostnicy, czuję się jak skazaniec na szafocie. Jakiś lekarz czuwa przy ołtarzu… Ołtarz przykrywa prześcieradło poplamione krwią… Pod prześcieradłem splamionym krwią rysują się ludzkie szczątki…

Nagle zaczynam się bać kierowanych na mnie spojrzeń. Modlitwy rozlegają się echem w całym moim jestestwie jak jakiś podziemny pomruk. Lekarz czeka, aż odzyskam trochę trzeźwość myślenia, i wyciąga rękę ku prześcieradłu, czekając na sygnał chama, żeby je unieść. Policjant robi ruch brodą.

– Boże! – krzyczę.

Widziałem w życiu okaleczone ciała, dziesiątki z nich składałem. Niektóre były tak poharatane, że identyfikacja nie wchodziła w rachubę. Ale poszarpane szczątki, które mam przed sobą na stole, przechodzą wszelkie pojęcie. To horror w czystym stanie ohydy… Z kupki strzępów wyłania się tylko głowa Siham, dziwnym sposobem nietknięta spustoszeniami, które zniweczyły jej ciało. Zamknięte oczy, uchylone usta, rysy spokojne, jakby uwolnione od nękających ją lęków… Tak jakby spokojnie spała i miała zaraz otworzyć oczy z uśmiechem dla mnie.

Tym razem nogi uginają się pode mną i ani obcej ręce, ani ręce Naweeda nie udaje się mnie podtrzymać.


 
3

Straciłem wielu pacjentów na stole. Z takiej porażki nie wychodzi się bez śladu. A to nie koniec ciężkiej próby: trzeba jeszcze przekazać smutną wieść bliskim zmarłego, którzy krążą nerwowo w poczekalni. Nigdy nie zapomnę lęku w ich oczach, kiedy wychodziłem z bloku operacyjnego. Było to spojrzenie natrętne, a zarazem dalekie, pełne nadziei i strachu, zawsze to samo, potworne i głębokie, jak towarzysząca mu cisza. W takich chwilach traciłem pewność siebie. Bałem się własnych słów, wstrząsu, który wywołają. Zastanawiałem się, jak rodzina przyjmie cios, o czym przede wszystkim pomyślą, gdy pojmą, że nie stał się cud.

Dziś ja muszę przyjąć cios. Kiedy uniosło się prześcieradło nad tym, co zostało z Siham, czułem, że wali się na mnie niebo. Ale paradoksalnie nie myślałem o niczym.

Teraz, zapadnięty w fotelu, wciąż o niczym nie myślę. W głowie mam próżnię. Nie wiem, czy jestem w moim biurze, czy może u kogoś innego. Widzę dyplomy na ścianach, zaciągnięte zasłony w oknie, cienie przemierzające korytarz tam i z powrotem, ale wszystko to zdaje się należeć do jakiegoś równoległego świata, w który mnie wrzucono bez uprzedzenia i bez zachowania żadnej miary.

Czuję się rozbity, znarkotyzowany, pozbawiony życia. Jestem kupką nieszczęścia skuloną pod przywalającym ją ołowiem. Nie umiem powiedzieć, czy pojmuję tragedię, która na mnie spadła, czy może już mnie nie ma.

Pielęgniarka przyniosła mi szklankę wody i odeszła na palcach. Naweed długo ze mną nie został. Przyszli po niego podwładni. Odszedł z nimi bez słowa, z brodą wbitą w szyję. Ilan Ros wrócił na dyżur. Ani razu się nie zbliżył, by podnieść mnie na duchu. Dopiero po dłuższym czasie zorientowałem się, że w biurze jestem sam. Ezra Ben Haim pojawił się dziesięć minut po mojej wizycie w kostnicy. Był w stanie skrajnego wyczerpania, padał na nos. Wziął mnie w ramiona i mocno uściskał. Nie znalazł słów, jakby miał kamień w gardle. Potem Ros wziął go na bok. Widziałem, jak się spierają w korytarzu. Ros coś mu szeptał do ucha, a Ezra miał coraz większe trudności z przytakiwaniem. Musiał się oprzeć o ścianę, żeby nie upaść, potem straciłem go z oczu.

Słyszę wjeżdżające na dziedziniec samochody, trzaskanie drzwiczkami. W korytarzu rozlega się odgłos kroków spowity w szelesty i pochrząkiwania. Dwie pielęgniarki przechodzą w pośpiechu, pchając przed sobą widmowy wózek. Na piętrze rozlega się skrzypienie podeszew. Wypełnia sobą korytarz, zbliża się. Ludzie o surowych twarzach zatrzymują się przede mną. Od grupki odrywa się kurdupel na krótkich nóżkach z zaczątkiem łysiny nad czołem. To cham, który się skarżył, że ma na karku nieboszczyka, i żądał ode mnie pomocy w identyfikacji.

– Kapitan Mosze.

Towarzyszy mu Naweed Ronnen. Trzyma się dwa kroki za nim. Mój przyjaciel Naweed ma nietęgą minę. Wydaje się pokonany, wygryziony. Zwierzchnik sprowadzony do roli figuranta.

Kapitan macha jakimś papierem.

– Mamy nakaz przeszukania, doktorze Dżafari.
– Przeszukania?…
– Dobrze pan słyszał. Zechce pan udać się z nami do domu.

Szukam jakiegokolwiek światełka w oczach Naweeda. Mój przyjaciel wbił wzrok w podłogę. Zwracam się ku kapitanowi:

– Dlaczego do domu?

Kapitan składa dokument na czworo i wsuwa do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Według wstępnych ustaleń śledztwa obrażenia ciała pańskiej żony są typowe dla islamskich terrorystów samobójców.

Choć doskonale słyszę słowa policjanta, nie potrafię nadać im sens. Coś się we mnie kurczy, zamyka, jak muszla w obliczu zagrożenia. Wyjaśnienia bierze na siebie Naweed.

– To nie była bomba, lecz zamach samobójczy. Wszystko wskazuje na to, że osobą, która wysadziła się w restauracji, jest twoja żona, Aminie.

Ziemia usuwa mi się spod stóp. Nie przewracam się jednak. Na złość. Nie poddaję się. Nie chcę słyszeć ani słowa więcej. Nie poznaję świata, w którym żyję.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj