szukaj
Fragment książki "Historia Lisey"

Tłum sunie przez parking tuż za egzekutywą... z jednym wyjątkiem. Blondas nie sunie przez parking. Blondas stoi na parkingu, przy spłachetku ziemi. Parę osób wpada na niego i jest zmuszony jednak się cofnąć, na tę spieczoną suchą ziemię, gdzie około 1991 roku stanie biblioteka Shipmana (o ile można wierzyć przysięgom głównego budowlańca). Potem zaczyna brnąć pod prąd, jego dłonie się rozplatają, dzięki czemu może odepchnąć z drogi dziewczynę po lewej, a potem chłopaka z prawej. Nadal porusza ustami. Lisey początkowo myśli, że odmawia modlitwę, a potem dociera do niej urywany bełkot – jak kiepskie naśladownictwo Jamesa Joyce’a – i po raz pierwszy ogarnia ją prawdziwy strach. Nie wiedzieć czemu, dziwne niebieskie oczy Blondasa są wbite w jej męża, w niego i nikogo innego, ale Lisey wie, że nie chodzi mu o dyskusję o pozostałościach ani zaszyfrowanych religijnych podtekstach powieści Scotta. To nie jest zwyczajny Kosmiczny Kowboj.

– Dzwony kościelne spadają na ulicę Aniołów – mówi Blondas, mówi Gerd Allen Cole, który jak się okaże, przez prawie cały siedemnasty rok życia bawił w kosztownym szpitalu psychiatrycznym w Wirginii, skąd go zwolniono jako wyleczonego i zdolnego do życia w społeczeństwie. Lisey słyszy każde słowo. Tną rosnący zgiełk tłumu, te szumy rozmów, jak nóż jakieś lekkie, słodkie ciasto. – Ten bebechowy dźwięk, jak deszcz na blaszanym dachu! Brudne kwiaty, brudne i słodkie, tak brzmią dzwony kościelne w mojej piwnicy, jakbyś nie wiedział!

Ręka, złożona jakby z samych długich bladych palców, sięga pod połę długiej białej koszuli i Lisey dokładnie wie, co się tu dzieje. Informacja przybywa do niej w skondensowanej postaci obrazów telewizyjnych (George Wallace Arhur Bremmer) z dzieciństwa. Spogląda na Scotta, ale mąż rozmawia z Dashmielem. Ten spogląda na Stefana Queenslanda, zirytowany grymas na jego twarzy świadczy, że ma już Dość! Fotografów! Jak! Na! Jeden dzień! Piękne dzięki! Queensland patrzy w wizjer, robi jakieś poprawki, a Anthony „Tąne” Eddington pisze w notesie. Lisey wypatruje ochroniarza, tego w uniformie khaki i bombastrasznie ogerooomnym egzemplarzu dziury; ten popatruje na tłum, ale nie na tę smerdoloną część, co trzeba. Niemożliwe, żeby widziała jednocześnie ich wszystkich i jeszcze Blondasa, ale tak jest, naprawdę, widzi nawet, jak usta Scotta formują słowa „uważam, że poszło całkiem nieźle”, co stanowi pytanie kontrolne, jakie często rzuca po takich uroczystościach i o Boże, o Jezusie Maryjo i Józiu Cieślo, Lisey usiłuje krzyknąć imię Scotta, żeby go ostrzec, ale jej gardło się zaciska, staje się wysuszoną na pył skarpetą, nie może z niego nic wycisnąć, a Blondas podnosi połę tej swojej wielkiej białej koszuli, a pod spodem są puste szlufki i płaski nieowłosiony brzuch, brzuch pstrąga, a na białej skórze spoczywa rękojeść broni, którą on chwyta i słyszy, jak mówi, docierając do Scotta od prawej strony: „Jeśli to zamknie usta dzwonom, zadanie wykonane. Przepraszam, tato”.

Przepraszam, tato.

Lisey rzuca się do przodu, albo przynajmniej próbuje, ale przydarza się jej bombastrasznie ogerooomny problem z ołowianymi nogami i czyimiś ramionami przed nią – studentki o budowie zapaśniczki, z włosami związanymi szeroką białą jedwabną wstążką z napisem NASHVILLE, niebieskie litery z czerwoną obwódką (jak to możliwe, że wszystko dostrzega), a Lisey odpycha ją ręką trzymającą srebrną łopatkę, a studentka skrzeczy „Ej!”, ale brzmi to wolniej i rozwleklej, jakby to słowo nagrano na 45 obrotach, a puszczono na 33 1/3 albo nawet 16. Cały świat zmienia się w płynną smołę, a studentka-zapaśniczka z NASHVILLE we włosach przez całą wieczność zasłania jej Scotta; Lisey widzi tylko ramię Dashmiela. I Tony’ego Eddingtona, wertującego ten swój cholerny notes.

Potem studentka wreszcie odsłania widok, i kiedy Dashmiel i jej mąż znowu stają się widoczni, Lisey spostrzega, że nauczyciel angielskiego podrywa głowę, a jego ciało przechodzi w tryb alarmowy. Wszystko dzieje się w ułamku chwili. Lisey widzi to, co Dashmiel. Widzi Blondasa z bronią (później okaże się, że to ladysmith kaliber 22, made in Korea, zakupiony podczas garażowej wyprzedaży w South Nashville za trzydzieści siedem dolarów) wycelowaną w jej męża, który wreszcie dostrzegł niebezpieczeństwo i zatrzymał się. W liseyowym czasie wszystko to dzieje się bardzo, bardzo powoli. Nie widzi kuli wylatującej z lufy dwudziestkidwójki – nie dokładnie – ale słyszy, jak Scott mówi, bardzo łagodnie, jakby rozciągnął te słowa na dziesięć czy nawet piętnaście sekund:

– Porozmawiajmy o tym, synu, dobrze?

A potem widzi kwiat ognia w lufie niklowanej broni, nierówne żółtobiałe płatki. Słyszy trzask – głupi, nieistotny, jakby ktoś strzelił z nadętej papierowej torby śniadaniowej. Widzi Dashmiela, tę południową trzęsidupę, który śmiga jak trzmiel na lewo. Widzi Scotta, chylącego się w tył. A jednocześnie jego broda unosi się do przodu. Połączenie obu ruchów jest dziwne i wdzięczne, jak baletowa pozycja. Z prawej strony letniej kurtki otwiera się czarna dziura.

– Synu, przecież tego szczerze nie chcesz robić – mówi Scott rozwlekłym głosem z liseyowego czasu i nawet w liseyowym czasie słychać, że jego głos staje się z każdym słowem cieńszy, aż brzmi jak głos pilota testowego w komorze ciśnieniowej. A jednak Lisey uważa, że on nie wie, iż dostał. Jest niemal pewna. Jego kurtka rozchyla się jak brama, kiedy wyciąga rękę we władczym geście typu „natychmiast przestań”, a Lisey uświadamia sobie dwie rzeczy na raz. Po pierwsze, że koszula pod kurtką zrobiła się czerwona. Po drugie, że w końcu zdołała rzucić się do czegoś w rodzaju biegu.

– Muszę skończyć to ding-dong – mówi Gerd Allen Cole z całkowicie trwożną klarownością. – Muszę skończyć z tym ding-dong dla frezji.

A Lisey nagle nabiera pewności, że kiedy Scott umrze, kiedy szkoda się stanie, Blondas albo się zabije, albo będzie udawać, że próbuje. Jednak na razie musi załatwić tę kwestię do końca. Kwestię literacką. Blondas lekko obraca nadgarstek, tak że dymiąca lufa ladysmitha kaliber 22 celuje w lewą stronę piersi Scotta; w liseyowym czasie ten ruch jest powłóczysty i powolny. Załatwił już płuco, teraz ustrzeli serce. Lisey nie może do tego dopuścić. Jeśli jej mąż ma mieć jakąkolwiek szansę, ten świrnięty morderca nie może władować w niego więcej kul.

Gerd Allen Cole mówi, jakby z niej drwił:

– To się nie skończy, dopóki nie odejdziesz. To przez ciebie te wszystkie powtórki, staruszku. Jesteś piekłem, jesteś małpą, a teraz jesteś moją małpą!

To już najbliższe sensu ze wszystkiego, co powiedział, a zrozumienie jego słów daje Lisey dość czasu, by się zamachnąć srebrną łopatką – ciało wie, co ma robić, ręce już znalazły dobre miejsce na niespełna metrowym stylisku – i zadać cios. Ale wszystko dzieje się w ułamku chwili. Gdyby to były wyścigi końskie, na tablicy pewnie by się wyświetliło OGŁOSZENIE WYNIKÓW PO WYŚWIETLENIU NAGRANIA. Lecz kiedy w wyścigu mierzą się mężczyzna z bronią i kobieta z łopatką, nie trzeba żadnego nagrania. W zwolnionym czasie Lisey widzi, jak srebrne ostrze uderza w broń i unosi ją w momencie, gdy ognisty kwiat rozkwita znowu (w tym czasie widać go tylko częściowo, a sama lufa jest ukryta za ostrzem łopaty). Widzi, jak metal ceremonialnej łopatki sunie do góry, a drugi pocisk bezboleśnie przeszywa rozpalone sierpniowe niebo. Wi-dzi, jak broń wylatuje w niebo. Jeszcze ma czas, żeby pomyśleć: „Ja smerdolę! A to mi się udało!”, po czym łopata wbija się w twarz Blondasa. Jego ręce nadal tam są (trzy długie szczupłe palce będą złamane), ale srebrne ostrze łopaty uderza z taką siłą, że łamie nos Cole’a, roztrzaskuje mu prawą kość policzkową i kość wokół wytrzeszczonego prawego oka, i dziewięć zębów na dodatek. Mafijny goryl z kastetem nie sprawiłby się lepiej.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj