Fragment książki "Sherlock Holmes i kod wszechświata"


 
Spis rzeczy


Prolog 9

1 Mord rytualny 15

Hipparch 40

2 Fałszerstwo doskonałe 49

Klaudiusz Ptolemeusz 85

3 Morderstwo w łupince orzecha 97

Mikołaj Kopernik 121

Tycho Brahe 138

4 Nieupilnowany rękopis, jezuici i polowanie na czarownice 153

JOHANNES KEPLER 180

5 Królewski łącznik 201

William Herschel218

6 Nieistniejące planetki prawdziwego księcia 229

7 Napoleon zbrodni 243

8 Poeta, który stworzył Wielki Wybuch 265

Sztukmistrz z Odessy 288

Nota bibliograficzna dla ciekawego Czytelnika 302

Źródła ilustracji 304

Indeks osób, dzieł i postaci fikcyjnych 305


******

Prolog


ROK 1926 OKAZAŁ SIĘ FATALNY dla amerykańskich milionerów. Tytusa P. Tranta, króla miedzi, znaleziono w jego własnym basenie. Utonął, a raczej został utopiony. Brian Horder spadł ze skały, na której wznosiła się jego nadmorska rezydencja. Brandera Mertona wbita w szyję strzała przyszpiliła do fotela w posiadłości chronionej jak twierdza. Obok na stoliku stała starożytna Koptyjska Czara, jaśniejąca w promieniach słońca niczym święty Graal. Niemy świadek zbrodni, zaprojektowanych i przeprowadzonych z żelazną konsekwencją przez Anglika, Gilberta Keitha Chestertona.

Milionerzy postradali życie w czasie niezwykle ważnym dla ludzkości. Właśnie astronomowie obserwujący odległe galaktyki i fizycy badający konsekwencje nowej teorii grawitacji Alberta Einsteina zaczynali dochodzić do wspólnych wniosków na temat wszechświata, w którym przyszło nam żyć. Okazał się on znacznie większy, niż sądzono jeszcze w pierwszych latach XX wieku. Ale naprawdę niezwykłe było odkrycie, że przestrzeń kosmiczna szybko się rozszerza. Tak więc wszechświat rósł, nadymał się, puchł, rozbiegał się we wszystkie strony... Już nazwanie tego zaskakującego zjawiska sprawia sporo kłopotu, a co dopiero jego dogłębne zrozumienie.

Kolejne dziesięciolecia przyniosły jeszcze bardziej zdumiewające fakty. Nabraliśmy pewności, że wszystko, co obserwujemy - od najbliższego otoczenia na wyciągnięcie ręki po najdalsze galaktyki, uciekające od nas z prędkościami sięgającymi dziesiątków tysięcy kilometrów na sekundę - wyłoniło się dawno temu z supergęstego, piekielnie gorącego i niewyobrażalnie małego praatomu, nazywanego Wielkim Wybuchem. Odtąd składniki wszechświata rozbiegały się coraz dalej od siebie. O ile jednak ustalenie początku świata, czyli właśnie Wielkiego Wybuchu, dokonało się stosunkowo łatwo, o tyle wciąż nie wiadomo, jaki los czeka rozszerzający się wszechświat. Wyszło też na jaw, że nasze ciała nie zostały ulepione z gliny, lecz z pierwiastków, które powstały w przestrzeni kosmicznej i we wnętrzach gwiazd. Dowiedzieliśmy się również, że życie na Ziemi pojawiło się dość dawno, bo ponad 3 miliardy lat temu. Zanim jednak zadomowiło się tu na dobre, zapewne kilkakrotnie ginęło, bezwzględnie eliminowane przez kosmiczne katastrofy.

Innymi słowy, w wyniku tych wszystkich odkryć wszechświat zrobił się olbrzymi, a my, ludzie, siłą rzeczy staliśmy się czymś jeszcze mniejszym niż pyłek. Co więcej, pojawiła się niepokojąca myśl, że jesteśmy kosmicznym produktem ubocznym, uformowanym dość przypadkowo z gwiezdnych odpadów. I nie możemy być pewni, co nas czeka w stale zmieniającym się wszechświecie. Steven Weinberg, wybitny fizyk współczesny, laureat Nagrody Nobla, w zakończeniu swojej słynnej książki Pierwsze trzy minuty tak wyraził te nastroje:

W naszej naturze tkwi podświadoma wiara, że łączą nas z wszechświatem jakieś szczególne więzi i że życie ludzkie nie jest jedynie mniej lub bardziej groteskowym skutkiem ciągu przypadkowych zdarzeń [...]. Chcemy wierzyć, że nasze istnienie było "wbudowane" we wszechświat od samego początku. Piszę te słowa w samolocie, na wysokości 10 tysięcy metrów nad Wyoming, w drodze z San Francisco do Bostonu. Ziemia wydaje się stąd spokojna i piękna - puszyste obłoki, śnieg różowiejący w zachodzącym słońcu, drogi ciągnące się od miasta do miasta. Bardzo trudno wyobrazić sobie, że wszystko to stanowi jedynie maleńki fragment przygniatająco wrogiego wszechświata. Jeszcze trudniej uwierzyć, że obecny wszechświat ewoluował od tak niezwykłych warunków i że czeka go zagłada w wiecznym zimnie lub potwornym żarze. Im bardziej wszechświat wydaje się zrozumiały, tym bardziej wydaje się pozbawiony celu. [...] Próba zrozumienia wszechświata jest jedną z bardzo niewielu rzeczy, dzięki którym życie ludzkie przestaje być farsą i nabiera wdzięku tragedii (tłum. Aleksander Blum).

Weinberg nie był pierwszym, który postulował rozdział między ludzkim życiem i wszechświatem na poziomie emocjonalnym. Prawdę powiedziawszy, propozycję taką sformułowali już w odległej starożytności najpierw grecki filozof Epikur, a później rzymski poeta Lukrecjusz. Skoro jednak Weinberg powtórzył te postulaty z takim zaangażowaniem pod koniec XX wieku, musimy uznać, że dwa tysiące lat to za mało, by człowiek zobojętniał wobec wszechświata i zaczął traktować go jak obiekt poddawany metodycznej wiwisekcji zimnymi narzędziami nauki. I wydaje się, że najbliższe dekady także nie przyniosą w tej kwestii istotnych zmian. Dlaczego? Cóż, najwyraźniej nie umiemy (nie możemy? nie chcemy?) uwolnić się spod wpływu, jaki kosmos wywiera na nasze uczucia i wyobraźnię.

Oto garść przykładów. Mikołaj Kopernik, zanim wyłożył matematykę nowego systemu świata, wykrzyknął na kartach swojego wielkiego dzieła: "A cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko, co piękne?!". W dzienniku pisanym podczas podróży na Bliski Wschód Juliusz Słowacki, pozostając pod wrażeniem krystalicznego nieba południowego i duchów starożytnej nauki, zanotował: "astronomia muzyką inteligencji". Natomiast znany już nam Chesterton wyznał:

Jestem wewnętrznie przekonany (choć urojenie to może wydać się głupie), że cały porządek rzeczy i ich liczba są romantyczną pozostałością po statku Robinsona Crusoe. Istnieją dwie płcie i jedno Słońce, tak jak były dwie strzelby i jedna siekiera. Nie ulegało wątpliwości, że żadnej z rzeczy nie powinno się zgubić; jednocześnie w jakiś zabawny sposób niczego nie mogło już przybyć. Drzewa i rośliny są jak rzeczy uratowane z wraku; a kiedy zobaczyłem Matterhorn, ucieszyłem się, że nie zapomniano o nim w tym zamieszaniu. Myślę o gwiazdach w kategoriach ekonomicznych, jakby były szafirami (zostały tak nazwane w Raju Miltona); ciułam góry. Albowiem wszechświat jest klejnotem. I wprawdzie mówienie o klejnocie, że nie ma sobie równego i że jest bezcenny, to rzecz naturalna i banalna, w przypadku tego klejnotu jest to absolutna prawda. Ten wszechświat rzeczywiście nie ma sobie równego i jest bezcenny. Bo innego wszechświata być nie może.

Kosmos, ciała niebieskie, zjawiska astronomiczne tkwią w naszym świecie, w kulturze, a nawet życiu codziennym znacznie głębiej i na szerszą skalę, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Ów kod wszechświata jest niemal wszechobecny. W pracowniach uczonych, ale także w dziełach literatury, sztuki, w systemach religijnych i kompozycjach muzycznych - najróżniejszego autoramentu. Siłą rzeczy trafia więc do miliardów ludzi. Nie zawsze jednak udaje się go dostrzec, a jeśli nawet, to często odczytujemy go z błędami.

Przyczyny tego są różne. Dzieła sztuki i nauki, które podziwiamy dzisiaj, jak również idee, które zgłębiamy i rozwijamy, powstały tysiąclecia i wieki temu. Obecny w nich kod wszechświata został zapisany w języku i za pomocą pojęć tamtych czasów. Poza tym szyfrujący tłumaczyli ów kod, świadomie lub nie, na własne systemy znaków. Niekiedy perfidnie rzecz gmatwali, czyniąc z kosmicznego kodu trudno dostępną tajemnicę. Wreszcie, większość współczesnych interpretatorów dzieł, które na trwałe wrosły w naszą kulturę, nie ma odpowiednich narzędzi albo kwalifikacji, by dostrzec w nich obecność kodu i go zrozumieć. Wtajemniczeni są nieliczni.

Jak widać, sprawa jest znacznie poważniejsza i bardziej skomplikowana niż rozwikłanie zagadki Koptyjskiej Czary i gwałtownych śmierci amerykańskich milionerów, zagadki, z którą dość szybko uporał się detektyw ksiądz Brown w opowiadaniu Strzała z niebios. Nie ulega wątpliwości, że poznanie tajemnicy kodu wszechświata oprócz wszechstronnej wiedzy wymaga również intuicji i daru dedukcji. Dlatego dla uchylenia rąbka tej tajemnicy z niezliczonej ilości wątków, tematów i dzieł wybrałem te przypadki, które można by określić mianem astronomii detektywistycznej. Od czegoś przecież trzeba zacząć, a metody wypracowane przez Sherlocka Holmesa i Edgara Allana Poe są nie do pogardzenia.

I jeszcze jedno. Mistrzami kodu wszechświata zawsze byli badacze kosmosu. Bez nich człowiek do dzisiaj odbierałby teatr zjawisk niebieskich dość powierzchownie: napawając się urodą gwiazdozbiorów, drżąc ze strachu przed złowróżbnymi kometami, z niepokojem oczekując, czy znowu przed wschodem Słońca pojawi się Gwiazda Poranna... Astronomowie i kosmolodzy odkryli trzeci wymiar wszechświata i kosmiczne przestrzenie, a w końcu zrozumieli znaczenie czasu w życiu całego kosmosu i jego poszczególnych składników. Z każdym stuleciem rozwoju naszej cywilizacji kod wszechświata okazywał się coraz bardziej fascynujący i - abstrakcyjny. Z tego powodu przedstawione tu przypadki zostały uzupełnione sylwetkami uczonych, dzięki którym nasza wiedza o kosmosie uległa istotnym przemianom, stając się fizyką wszechświata, opisywaną językiem matematyki.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj