Fragment książki "Ostatnia wieczerza"

(…)

Zadzwonił telefon komórkowy księdza Nienałtowskiego. Po krótkim “tak, niesłychane, taak, co za bezczelność, no nie, dobrze, dobrze, tak, oczywiście, że czekamy!” rozłączył rozmowę i zakomunikował głośno:

– Wiecie, co się stało? Mateusz został aresztowany! We własnej pracowni! Ze trzy godziny temu… Przed chwilą go dopiero wypuścili! Pędzi taksówką, o ile przez te straszne korki można pędzić.

Wszyscy spojrzeli pytająco na księdza Krzysztofa.

Ale ja przeczuwałem, co się mogło stać. Gorąca linia policyjna działała od przedpołudnia i skorzystali z niej zapewne sąsiedzi Mateusza, państwo Zielenkowie, informując, że nad ich głowami, w lokalu numer trzy, dzieją się bardzo podejrzane rzeczy. Musieli być wiarygodni w tym donosie, skoro do pracowni włamała się ekipa antyterrorystów i bez słuchania jakichkolwiek racji zawiozła skutego Mateusza na komendę. Dopiero po wstępnym przesłuchaniu i telefonach do i od rektora Akademii puszczono go, bez słów przeprosin oczywiście.

 – No, niesłychane – kończył ksiądz Nienałtowski. – Pytali go kilka razy, gdzie przechowuje materiały wybuchowe. Wyobrażacie sobie?
 – Zupełnie jak w wojennym stanie – powiedział ponuro Maciej Kurzawa, rzeźbiarz. – Tyle że wtedy bili jużna wstępie.
 – Tak jest zawsze – dodał z melancholijnym uśmiechem profesor Janusz Cytryński. – Terroryści odlatują spokojnie, a zatrzymuje się zupełnie przypadkowych ludzi.
 – Dokąd odlatują, gdzie odlatują? – zaniepokoił sięMarian Małkowicz, ówcześnie adiunkt psychopatologii.
 – Może należy ich zatrzymać?!
 – Czy ja wiem? Dokądkolwiek. – Cytryński wzruszyłramionami. – Na przykład do Frankfutru, a stamtąd do Dubaju...

W tym momencie na salę prób wkroczył ksiądz Monsignore. Akurat elektryk puścił mocne, trupio blade światło i kiedy wielebny sługa Boży zaczął iść przez scenę, jego śnieżnobiała sutanna stała się bielsza od Chrystusowych szat na Górze Przemienienia. Rzecz jasna, był to efekt niezamierzony i trwał zaledwie moment, ale i tak poraził zebranych. Ponadto nikt się nie spodziewał w tym gronie takiego właśnie gościa. Zobaczyłem, jak Siemaszko pochyla się do ucha Berdy, ten zaś kiwa potakująco głową: zapewne przypomnieli sobie telefoniczną perorę Inżyniera. Lewada zacisnął szczęki i podszedł do Awistowskiego, który jakby ostentacyjnie, na skraju pomieszczenia, gdzie stałkubeł z wodą i petami, zapalił papierosa.

– Za dużo światła – powiedział Monsignore, stając na środku sceny. – Nie oślepiać!

A kiedy elektryk przesunął dźwignię prawie do zera i zostaliśmy wszyscy niemal w ciemności, oświetleni jedynie małymi kinkietami, na salę wkroczyło dwóch asystentów księdza Monsignore pobrzękujących dwudziestoma czterema butelkami wina w czterech kartonach.

 – Na stół – polecił im pryncypał. – Ile to może potrwać? Światło wróciło do średniego stanu. Pytanie skierowane było do wszystkich i jakby do nikogo. Wreszcie kłopotliwe milczenie przerwał profesor Janusz Cytryński, mówiąc uprzejmie:
 – Nikt tego nie wie. Czekamy tylko na Mateusza.
 – To ten... artysta. – Ksiądz Monsignore podszedł do profesora. – A co on namalował do tej pory?

 Zobaczyłem, jak ksiądz Nienałtowski wpisuje gorączkowo esemesa i mogłem się domyślać, o czym i do kogo.

 – Na ogół same gołe baby – warknął rzeźbiarz Kurzawa niby tylko do siebie i pod nosem. – Od święta tylko świętych.

Nie było to miłe dla żadnej ze stron: rozmowa wyraźnie się nie kleiła, a oczekiwanie na Mateusza mogło jeszcze potrwać.

Fotograf postanowił działać: ustawił krzesła z jednej strony stołu i prosił, byśmy siedli – tak jak chcemy.

– A kto ma być kim? – zapytał ksiądz Monsignore. – To nie jest ustalone?
 – Nie – odparł Jerzy Zając – każdy powinien zostać sobą.
 – Nikt nie wie, kim będzie w tym wcieleniu. – Siemaszko wyraźnie się ożywił. – Ksiądz Monsignore nie wierzy w wędrówkę dusz? W reinkarnację? Ja sądzę, że w poprzednim byłem kapłanem boga Ra, w Memfis.
 – Posłuchajcie, posłuchajcie. – Dopiero teraz zauważyłem, że adiunkt psychopatologii ma na uchu małą słuchawkę i przez cały czas odbiera radiowe wiadomości.
 – Znaleźli winnego tych wybuchów, no, sam się zgłosił! Niesamowite, słyszycie? Anonimowy alkoholik Andrzej K. zgłosił się na policję. Niepijący od dwudziestu lat, twierdzi w zeznaniu, że widok nieszczęśliwych twarzy w nocnych sklepach, a także sama woń tych przybytków, wysoce specyficzna, ów smród upadku – jak to ujął
 – tak prześladował go przez wszystkie lata abstynencji, że wreszcie postanowił działać. Podają wszystkie stacje! Trwa dalsze przesłuchanie.
 – To Araby – powiedział ksiądz Monsignore. – Bzdura, że alkoholik. Nasz by tego nie zrobił.
 – Jeżeli nawet niepijący alkoholik – Berdo spojrzałw kierunku białej sutanny – to musiał mieć wspólników. Nie mówią nic o tym? – zwrócił się do Małkowicza.
 – Nie – odparł krótko psychopatolog – ale mówią, że zgłosił się już następny, niezależnie od tego pierwszego, też podobno członek AA.
 – Epidemia – westchnął Wybrański. – Do nocy na pewno się nasili.

Fotograf pstryknął kilka próbnych zdjęć, bez ustawiania światła.

 – A ja słyszałem, jak na mieście mówią, że to sprawka księdza. – Głos doktora Lewady zabrzmiał prawdziwie scenicznie. – No bo nie wszystkie sklepy chciały przyjmować wino Monsignore!
 – Ee tam. – Wielebny machnął ręką i zabębnił palcami w stół. – Niech gadają! Jak będę reklamował dynamit, to panu prześlę paczkę gratis, panie doktorze.

Ta odpowiedź rozbawiła przynajmniej część zebranych. I właśnie wtedy gdy nad białym obrusem milkłmoże nie szaleńczy, ale jednak całkiem głośny chichot – na scenę wkroczył, a właściwie wbiegł Mateusz.

Pamiętasz jego ulubione powiedzenie, które przytoczyłem już w tej kronice? No właśnie – nie inaczej było teraz. Stał na środku sceny i powtarzał, trzymając się oburącz za głowę: “Koszmar! Zgroza!”. Jednakże tym razem nie chodziło o znalezienie szklarza w sobotnie popołudnie. Aresztowanie, przesłuchanie, jazda taksówką przez gigantyczny korek, nasłuchiwanie wiadomości o zamachach, spóźnienie się na sesję, niepewność, czy też wszyscy dotrą  – wszystko to razem mogło zdenerwować Mateusza, jednak nie aż tak bardzo jak obawa, a raczej pewność, że nie poradzi sobie z wyproszeniem księdza Monsignore. Dosłownie jak nakręcony bąk zrobił po scenie kilka kółek i nagle, jakby wypadł z toru, zbliżył się do stołu.

 – Czy mogę z księdzem porozmawiać na stronie? – zapytał, pochylając się nad białą sutanną.

Wyglądało to na spowiedź: w kącie sali szeptało dwóch stojących naprzeciwko siebie mężczyzn, przy czym głos Mateusza ze zdania na zdanie brzmiał coraz głośniej i wyraźniej. Zapewne ksiądz Monsignore nie upierał się, aby zostać apostołem, jednakże chciał usłyszeć jakieś logiczne wyjaśnienie dyskomfortowej dla niego sytuacji i tutaj nie mogli się zrozumieć. Parę razy padało nazwisko Inżyniera, równie wyraźnie usłyszeliśmy, że jest to spotkanie o charakterze przyjacielskim i prywatnym, wreszcie Mateusz podniósł głos i stwierdził: “Ksiądz sięnawet na Judasza nie nadaje!”, co oczywiście rozstrzygnęło sprawę. Kiedy cała trójka wychodziła, Monsignore wymamrotał: “Jeszcze komuś dokopie”. Mateusz – jużna granicy furii – podbiegł do młodych asystentów, zawrócił ich od drzwi i pokazując na kartony wina stojące pośrodku stołu, krzyknął: – Zabierać mi to stąd!

Potem przez chwilę stał na scenie, chyba niepewny, co robić dalej.

 – Ustawiaj światło – powiedział do fotografa i wybiegłz sali prób.
 – Chyba nie będzie go przepraszał. – Wątpliwość Macieja Kurzawy nikogo nie rozbawiła. – Po co za nim leci, skoro mu tak nawrzucał?

Fotograf po raz drugi poprosił, aby wszyscy zajęli miejsca, tym razem jednak co rusz kazał nam się przesiadać – ten tu, ten dalej, nie, może jednak tu. Elektryk na zmianęoświetlał kolejne ustawienie raz mocnym, to znów rozproszonym światłem: siedziałem – patrząc od obiektywu – trzeci od lewej, tuż obok Jana Wybrańskiego i Jerzego Zająca.

Przymknąłem oczy przed ostrą klingą reflektora i znów ujrzałem światło takie jak w Jerozolimie w miesiącu Tamuz, w którym rozpoczynają się upały: wyszedłem z konferencyjnej sali, kiedy profesor Aristoteles Demetrios kończył swój wykład poświęcony jednemu tylko papirusowi, słynnej Relegatio in Oasin, czyli listowi prezbitera Psenosirisa do prezbitera Apollona, którego nazywa “ukochanym bratem w Panu” i któremu donosi o smutnych wydarzeniach, a mianowicie że grabarze przynieśli do Toeto kobietę o imieniu Politike, tę samą, którą“urząd namiestnika wysłał do Oazy”.

“Kiedy przyjedzie jej syn, Nejlos – pisze prezbiter Psenosiris do prezbitera Apollona – zaświadczy ci o tym, co z nią zrobili”. Prawdopodobnie z powodu tortur doznanych w śledztwie, już w drodze na wygnanie z Aleksandrii do Oasin, Politike zmarła: musiano ją zabalsamowaći w takiej formie dostarczyć na miejsce przeznaczenia, zgodnie z rozporządzeniem najwyższej władzy. O tym, co z nią zrobili, nigdy już i niczego się nie dowiemy: syn Politike – Nejlos – prawdopodobnie też chrześcijanin, zniknął w piaskach pustyni podobnie jak inne osoby tego niejasnego dramatu najdalej na początku czwartego wieku, na konferencji usłyszałem, że papirus odnaleziono na początku dwudziestego stulecia: zatem tysiąc sześćset–tysiąc siedemset lat leżał konserwowany przez pustynię, profesor Aristoteles Demetrios cytował też artykuł naszego uczonego Adama Łukaszewicza, którego ustalenia co do kobiety imieniem Politike wniosły do badań nowe światło: byćmoże była męczennicą skazaną za swoją wiarę na przymusową prostytucję, co często stosowano jako karę; wówczas jej śmierć nabrałaby jeszcze innego charakteru.

Miałem siedem godzin do wyjazdu na lotnisko, chciałem raz jeszcze przejść przez stare miasto, spojrzeć z Wieży Dawida na kopułę Bazyliki Świętego Grobu, dojść do Wieczernika, popatrzeć na Oliwną Górę i dolinę Cedronu, zatrzymać się przez moment przy bazylice Ormian, ponieważ czułem, że drugi raz zapewne już tego wszystkiego nie zobaczę: puentę wykładu o jednym z najsłynniejszych papirusów poświęciłem więc na rzecz pożegnania świętego miasta, wszystkiego dotykałem wzrokiem w ostrym, niemal oślepiającym świetle samego południa. Już powiedziałem ci, że był to miesiąc Tamuz – druga połowa naszego czerwca: zdawało się, że żar pustyni Negew wypełnia gorącym podmuchem uliczki wszystkich dzielnic: żydowskiej, arabskiej i chrześcijańskiej, więc dodam jeszcze tylko, że właśnie wtedy, wracając do Bra-my Jaffy, skąd wziąłem do hotelu taksówkę, kupiłem na ulicznym straganie z pamiątkami długi i wąski poster, barwną reprodukcję widoku Jerozolimy autorstwa Davida Robertsa, o którym pomyślałem, otwierając oczy na małej scenie sali prób naszego teatru, że był wspaniałym rysownikiem. Teraz już wiesz, gdzie byłem we śnie, kiedy mnie obudziłaś telefonem.

Mateusz wprowadził Dwunastego. Wyglądał jak człowiek trochę z innej bajki: szczególnie niebieski balonik wprowadzał w jego aurę coś, co w zderzeniu z eleganckim garniturem i ciemnymi okularami mogło budzić niepokój. Prawie się nie odzywał, ukłonił się tylko wszystkim, burknął:

 – Niech będzie pochwalony – i zajął miejsce wyznaczone przez Mateusza.
 – Nie każesz mu zdjąć tych okularów? – zapytał go fotograf.
 – Nie, tak jest dobrze.

W tym momencie Dwunasty zdjął ciemne szkła. Na fotografii, którą ci posłałem, możesz studiować jego uśmiech. Zwróciłaś uwagę, że ma podniesione kąciki ust, ale oczy są nieporuszone, to jest – chcę powiedzieć – oczy się nie śmieją? Mateusz dopiero teraz dał nam szkołę: musieliśmy zmieniać miejsca nieustannie i także nieustannie zmieniało się oświetlenie. Migawka pracowała raz za razem. Czy już wówczas Dwunasty miał swój plan? Wątpię. Wszystko wskazuje na to, że działał spontanicznie, pod wpływem chwili. Do kogo zresztą miał wystrzelić w tamtej sali, przy stole z białym obrusem? Może jużpo ostatnim zdjęciu, kiedy inspicjent przyniósł wino, kiedy staliśmy w grupkach, rozmawiając, może więc wtedy – gdyby ktoś z nas zatrzymał Dwunastego – nie doszłoby do dramatu. Wyszedł niepostrzeżenie. Wsiadł koło dworca do autobusu, który zawiózł go pod dom na wzgórzu. Prawdopodobnie, kiedy schodziliśmy do baru Maska, stał nad stawem. Tam w gąszczu wrotyczu ujrzał kobietęz papierosem w ustach i z butelką w dłoni. Nikt nie wie, czy z nią rozmawiał. Zapewne rozpoznał w niej WielkąNierządnicę: oddał dwa strzały z bliska i unoszony przez euforyczne poczucie wypełnionej misji uznał, że teraz może wrócić do domu na wzgórzu taflą jeziora, po wodzie. Następnego dnia, około południa, strażacy wyłowili jego ciało przy wylotowej śluzie. Prąd spychał zwłoki, aż zatrzymały się na kratownicy. Ale to przecież było później. Siedząc z nami na scenie, przy długim stole, przy którym środkowe krzesło pozostawało ciągle wolne, musiał czuć, że doświadcza tego, o czym powiedział mu głos.

– Teraz, na koniec, jeszcze jedno zdjęcie. – Mateusz stał obok statywu. – Najpierw wyłączymy wszystkie światła, potem proszę, żebyście się nie ruszali, aż nie zgaśnie błyskowa lampa.

Siedziałem, tak jak na początku, między Wybrańskim a Zającem. Światło schodziło powoli, łagodnie, w lewej kulisie ujrzałem twarz Nowika i nie byłem pewien, czy przyszedł teraz, na tę ostatnią scenę, czy może oglądałnas już dłużej. Nie miało to zresztą znaczenia: zapanowały egipskie ciemności rozcięte nagłą błyskawicą flesza.

– A gdzie jest Jezus? – zapytał ktoś niezbyt głośno.

Przez długi moment elektryk nie rozjaśniał sceny. Tkwiliśmy nieruchomo w najgłębszym mroku i nikt nie powiedział słowa.

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj