szukaj
Fragment książki "Karambol"

Chłopak, który wkrótce miał umrzeć, zaśmiał się i wyzwolił z jej objęć. Strzepnął okruszki chipsów z koszuli i podniósł się.

 - Muszę już iść - powiedział. - Naprawdę. Ostatni autobus będzie za pięć minut.
 - Chyba rzeczywiście musisz - przyznała dziewczyna. - Boję się pozwolić ci, żebyś został na noc. Nie wiem, co powiedziałaby na to mama. Wróci za kilka godzin, dzisiaj pracuje do późna.
 - Szkoda. - Chłopak wciągnął przez głowę gruby sweter. - Fajnie byłoby u ciebie zostać. Nie moglibyśmy zrobić tak, że… że…

 Zawahał się, nie wiedząc, jak to ująć. Uśmiechnęła się i wzięła go za rękę. Była pewna, że właściwie nie mówi poważnie. Była pewna, że to jedynie poza. Nigdy by się nie odważył, pomyślała. Nie poradziłby sobie z taką sytuacją… Przez krótką chwilę bawiła się myślą, żeby się zgodzić. Pozwolić mu zostać.
 Tylko po to, by zobaczyć jego reakcję. Czy stawiłby temu czoła, czy stracił rezon.
 Tylko na sekundę pozwolić mu uwierzyć, że zgodziła się położyć z nim nago do łóżka.
 Bez wątpienia byłoby ciekawie. Mogłaby sporo się o nim dowiedzieć, ale zrezygnowała. Porzuciła tę myśl; nie zachowałaby się zbyt ładnie, a za bardzo go lubiła, żeby okazywać egoizm i wyrachowanie. Lubiła go wręcz szalenie, kiedy dokładniej się nad tym zastanowiła, więc pewnie prędzej czy później tym się skończy. Że będą leżeć nadzy pod jedną kołdrą… tak, tak to w ostatnich tygodniach odczuwała, nie było powodu, by temu zaprzeczać.
 Ten pierwszy. On miał być tym pierwszym. Ale nie dzisiaj.

 - Innym razem - powiedziała, puszczając go. Przeciągnęła rękami po włosach, żeby pozbyć się naelektryzowania od gładkiego materiału kanapy. - Myślicie tylko o jednym, cholerni samcy.
 - Ech. - Próbował przybrać minę wyrażającą zawód.
 Wyszedł do przedpokoju. Poprawiła sweterek i poszła za nim.
 - Moglibyśmy zachowywać się cichutko i udawać, że śpisz, a potem bym się wymknął nad ranem, zanim twoja mama się obudzi… - powiedział, żeby jednak za wcześnie się nie poddać.
 - Innym razem. W następnym miesiącu mama pracuje w nocy, może wtedy?
 Skinął głową. Wciągnął kozaki i zaczął szukać szalika i rękawiczek.
 - Kurde, nie wziąłem książki do francuskiego. Przyniesiesz mi?

 Przyniosła. Kiedy zapiął budrysówkę, znowu przytulili się do siebie. Przez warstwy materiału czuła jego twardy członek; przywarł do niej i na moment owładnęła nią wibrująca omdlałość. Przyjemne uczucie, jakby człowiek spadał, ale nie musiał martwić się upadkiem; zrozumiała, że te połączenia między rozsądkiem a zmysłowością, między głową a sercem, są właśnie tak słabe, jak twierdziła jej mama w czasie ostatnich poważnych rozmów przy kuchennym stole.
 Niezbyt można na nich polegać. Rozsądek to tylko chustka, w którą później wyciera się nos, powiedziała jej mama - wyglądała na taką, która wie, co mówi.
 I oczywiście wiedziała. Miała trzech facetów, a z tego, co ona zrozumiała, żaden nie był wart zatrzymania. A jej ojciec najmniej. Zagryzła wargę i odsunęła od siebie chłopaka. Zaśmiał się, lekko zakłopotany.

 - Lubię cię, Wim - powiedziała. - Naprawdę. Ale teraz musisz już iść, bo ucieknie ci autobus.
 - Bardzo cię lubię. Twoje włosy…
 - Moje włosy?
 - Masz niesamowicie piękne włosy. Gdybym był maleńkim zwierzaczkiem, chciałbym w nich zamieszkać.
 - No nie… - Uśmiechnęła się. - Chcesz powiedzieć, że mam wszy?
 - Skąd. - Rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. - Tylko tyle, że jak umrę przed tobą, zamierzam odrodzić się w postaci małego stworzonka i zamieszkać w twoich włosach. Dzięki temu mimo wszystko będziemy razem.

 Spoważniała.

 - Nie wolno mówić o śmierci w ten sposób. Bardzo cię lubię, ale nie mów tak lekko o śmierci, proszę cię.
 - Przepraszam. Zapomniałem o…
 Wzruszyła ramionami. Jej dziadek zmarł przed miesiącem, rozmawiali o tym trochę.
 - Nie szkodzi. I tak cię lubię. Zobaczymy się jutro w szkole.
 - Do jutra. Naprawdę muszę już iść.
 - Może odprowadzę cię na przystanek?
 Pokręcił głową. Otworzył drzwi na klatkę schodową.
 - Nie żartuj. To przecież tylko dwadzieścia metrów.
 - Lubię cię - powiedziała dziewczyna.
 - Ja też cię lubię - odparł chłopak, który wkrótce miał umrzeć. - Bardzo.
 Objęła go ostatni raz. Zbiegł po schodach.

 Mężczyzna, który wkrótce miał zabić, marzył o domu.
 O łóżku albo o wannie, nie był pewien o czym.
 O jednym i drugim, uświadomił sobie, zerkając ukradkiem na zegarek. Najpierw porządna gorąca kąpiel, potem łóżko. Dlaczego mówić albo-albo, skoro można mieć i to, i to? Jezu, przesiedział z tymi neptkami ponad cztery godziny… cztery godziny! Powiódł wzrokiem wokół stolika, zastanawiając się, czy któryś z pozostałych ma podobne odczucia. Jest równie znudzony jak on.
 Nie wyglądało na to. Wesołe i rozbawione twarze, oczywiście trochę dzięki trunkom, ale widać było, że lubią ze sobą przebywać. Sześciu panów w sile wieku, zadowolonych z życia, pomyślał. Robiący karierę i zamożni - mierząc w każdym razie rozsądną miarą - stąpający mocno po ziemi. Może Greubner sprawiał wrażenie nieco zmęczonego i oklapniętego, ale pewnie znowu szwankowało jego małżeństwo… małżeństwo albo firma. A dlaczego albo-albo, a nie jedno i drugie?

 Nie, już dosyć, zadecydował i dopił duszkiem koniak. Wytarł serwetką kąciki ust i zrobił minę sygnalizującą, że chce wstać od stolika.
 - Na mnie… - zaczął.
 - Już? - zdziwił się Smaage.
 - Tak. Jutro też jest dzień. Dzisiaj chyba nic więcej nie mieliśmy?
 - W takim razie strzemiennego, hę? - zaproponował Smaage.
 Mężczyzna, który wkrótce miał zabić, podniósł się.
 - Na mnie już… - powtórzył, celowo nie kończąc zdania. - Życzę panom dobrej nocy i nie wysiadujcie za długo.
 - Twoje zdrowie - powiedział Kuijsmaa.
 - Pokój, bracie - dołączył Lippmann.

 W holu poczuł nagle, iż rzeczywiście wypił, ile dał radę. Miał wyraźne kłopoty z nałożeniem płaszcza, do tego stopnia wyraźne, że wytatuowany osiłek z szatni zadał sobie trud, aby wyjść zza kontuaru i mu pomóc. Niewątpliwie było to trochę krępujące, więc pośpiesznie zszedł po schodkach; owionął go orzeźwiający nocny chłód.
 Deszcz wisiał w powietrzu, a błyszczący czernią bruk placu świadczył, że nie tak dawno musiała tędy przejść ulewa. Niebo wyglądało na niespokojne, więc zapewne można było spodziewać się kolejnych. Zawiązał szalik, włożył ręce do kieszeni i ruszył wzdłuż Zwille w stronę placu Grote, gdzie zaparkował. Niegłupia rzecz taki mały spacer, pomyślał. Wystarczy zaledwie kilkaset metrów, żeby człowiekowi nie kurzyło się tak z głowy. Dobrze mi to zrobi.
 Zegar na centrum handlowym Boodwick wskazywał dwadzieścia po jedenastej; minął oświetlone wejście, ale Ruyders Plejn był pogrążony w ciemności i wyludniony, jak zapomniane cmentarzysko. Nad Langgraacht kładła się mgła i kiedy przechodził przez most Eleonory, parę razy się pośliznął; najwyraźniej temperatura była bliska zeru. Upomniał się w duchu, żeby ostrożnie prowadzić - gołoledź i alkohol we krwi nie stanowiły dobrej kombinacji. Przez krótką chwilę rozważał nawet, żeby zatrzymać taksówkę, ale w pobliżu żadnej nie dostrzegł i porzucił tę myśl. Zwłaszcza że potrzebował samochodu z samego rana, poza tym zostawienie go na noc na placu Grote nie było najlepszym pomysłem. Całkiem niedawno zamontował wprawdzie drogi alarm, ale wiedział, jak się sprawy mają. Wprawnym złodziejom dostanie się do samochodu, zabranie stereo i ukrycie się, zanim ktoś zdążyłby zareagować, nie sprawiłoby najmniejszego kłopotu. Jest, jak jest, skonstatował ze stoicyzmem i skręcił w Kellnerstraat.
 Zresztą, co może warte odnotowania, prowadził już na rauszu. Nie raz i nie dwa i nigdy nie było żadnych problemów. Idąc przez plac w stronę czerwonego audi, próbował policzyć, ile wypił w trakcie wieczoru, ale część zamazała mu się w pamięci i do jednoznacznego wyniku nie doszedł. Otworzywszy samochód pilotem, usiadł wygodnie za kierownicą. Włożył do ust cztery pastylki na gardło, zapalił silnik i zaczął myśleć o kąpieli z dużą ilością piany.
 Eukaliptus, zadecydował. Spojrzał na zegarek. Dwie minuty po wpół do dwunastej.

 Autobus przejechał w tej samej chwili, kiedy Wim wyszedł na chodnik.
 Najpierw podniósł rękę, odruchowo próbując zatrzymać kierowcę. Potem puścił wiązankę, widząc tylne światła znikające na niewielkim podjeździe prowadzącym w stronę uniwersytetu.
 Cholera! - pomyślał. Dlaczego akurat dzisiaj musiał trzymać się rozkładu jazdy co do sekundy? Jak na złość. Typowe.
 Chociaż kiedy spojrzał na zegarek, zobaczył, że było prawie pięć minut po czasie, czyli mógł mieć pretensje wyłącznie do siebie.
 Do siebie i, nie zapominajmy, do Katriny. Myśl o niej podniosła go trochę na duchu. Zdecydowanym ruchem poprawił plecak, naciągnął kaptur i ruszył na piechotę.
 Miał przed sobą czterdzieści pięć, pięćdziesiąt minut marszu, ale na pewno dotrze do domu tuż po dwunastej. Nie tak strasznie. Mama będzie siedziała w kuchni i na niego czekała, tego mógł być pewien. Popatrzy na niego z bezradnym wyrzutem, co z biegiem lat doprowadziła do dramaturgicznej perfekcji. Ale to nie koniec świata. Każdemu mógł uciec ostatni autobus, zdarzało się w najlepszych rodzinach.
 Przy Cmentarzu Keymerskim zawahał się, czy przezeń pójść. Zdecydował się go okrążyć; niezbyt mu się uśmiechało wchodzenie między groby i kaplice, zwłaszcza w tym zimnym mroku z lodowatymi płatami mgły nadciągającej przez zaułki i ulice, i znad czarnych kanałów. Jakby dążyła do tego, by spowić miasto ostatecznym nocnym całunem. Raz na zawsze.
 Wzdrygnął się i przyśpieszył kroku. Mógłbym zostać, przyszło mu nagle do głowy. Zadzwonić do mamy i zostać u Katriny. Przez chwilę oczywiście by się złościła, ale co miałaby zrobić? Ostatni autobus przecież pojechał. Taksówka była za droga, a pora ani pogoda nie były odpowiednie na samotny spacer dla młodego chłopaka.
 Ani dla matki, żeby go do tego nakłaniała.

Ale tak tylko myślał. Zdecydowanym krokiem szedł naprzód. Przez miejski lasek, skąpo oświetloną ścieżką dla rowerów i pieszych, niemal przebiegł truchtem i do głównej drogi dotarł szybciej, niż się spodziewał. Wziął głęboki oddech i nieco zwolnił tempo. Już tylko ostatni kawałek, pomyślał. Długi, monotonny marsz wzdłuż głównej drogi; też niezbyt przyjemny odcinek, jeśli miał wybrzydzać. Mało miejsca dla rowerzystów i pieszych. Zaledwie wąski pasek między przydrożnym rowem a jezdnią, a samochody jeździły szybko. Nie było ograniczenia prędkości.
 Dwadzieścia minut marszu ciemną szosą w listopadzie. Nie uszedł nawet kilkuset metrów, jak zerwał się zimny wiatr i rozwiał mgłę; złapał go deszcz.
 Cholera, pomyślał. Mógłbym teraz leżeć w łóżku Katriny. Nagi z przytuloną Katriną, czując ciepło jej ciała, delikatne dłonie, jej nogi, jej piersi, na których prawie mógł położyć rękę… ten deszcz musi być znakiem.
 Ale nie przerwał marszu. Szedł dalej w deszczu, wietrze i mroku i myślał o tej, która będzie pierwsza.
 Byłaby pierwsza.
Zaparkował trochę krzywo, musiał wycofać i dokładnie w chwili, kiedy pomyślał, że akurat się zmieścił, uderzył prawym błotnikiem w ciemnego opla.
 Szlag by trafił, pomyślał. Dlaczego nie wziąłem taksówki? Otworzył ostrożnie drzwi i zerknął w tył. Skonstatował, że było to bardzo lekkie uderzenie, nic, czym należałoby się przejmować. Błahostka. Zamknął z powrotem drzwi. Tłumaczyło go też to, przekonywał się, że szyby były zaparowane, a widoczność minimalna.
 Nie troszczył się już o sprecyzowanie, w jaki dokładnie sposób go to tłumaczyło, tylko wyjechał szybko z placu i bez problemów wjechał na Zwille. Ruch był niewielki, wyliczył sobie, że powinien być w domu za kwadrans, góra dwadzieścia minut. Czekając na zielone światło przy Alexanderlaan, zaczął się zastanawiać, czy została mu jeszcze eukaliptusowa pianka. Kiedy zmieniło się światło, nie nadążył, zgasł mu silnik. Szybko ponownie zapalił, dodał gazu… to ta cholerna wilgoć. Następnie skręcił nieco za ostro na skrzyżowaniu i zahaczył o wysepkę.
 Tylko przednim kołem. Nic poważnego się nie stało… zupełnie nic, jeśli być precyzyjnym. Pozostaje uśmiechnąć się i jechać dalej, wmawiał sobie, ale nagle zrozumiał, że jest znacznie bardziej pijany, niż sądził.
 Cholera, pomyślał. Muszę uważać, żeby trzymać się drogi. Nie byłoby dobrze, gdyby…
 Opuścił boczną szybę o jakieś dziesięć centymetrów i włączył na całego nawiew, żeby przynajmniej mieć niezaparowane szyby. Potem przez długą chwilę jechał z przykładnie niską prędkością przez kręte uliczki Bossingen i Deijkstraa, na których drogówka nie pokazała się przez ostatnich trzydzieści pięć lat, a kiedy dotarł do głównej drogi, spostrzegł, że obawy co do gołoledzi były nieuzasadnione. Za to mocno się rozpadało; włączył wycieraczki i po raz pięćdziesiąty tej jesieni przeklął własne lenistwo, z powodu którego ich nie wymienił.
 Jutro, pomyślał. Jutro pierwsze, co zrobię, to podjadę na stację. To szaleństwo jeździć, nie mając dobrej widoczności…
Później nigdy nie potrafił rozstrzygnąć, czy pierwsze było wrażenie wzrokowe, czy słuchowe. Miękki, głuchy odgłos i lekkie szarpnięcie kierownicą było tym, co najwyraźniej utkwiło mu w pamięci. I powracało w snach. Nie od razu dotarło do niego, że to, co w ułamku sekundy przekoziołkowało na skraju jego pola widzenia po prawej stronie, miało związek ze wstrząsem i tą drobną wibracją, jaka przeszła przez jego ręce. A w każdym razie nie na płaszczyźnie świadomości.

 Dopóki nie zaczął hamować.
 Dopóki - po pięciu czy sześciu sekundach, które upłynęły, zanim udało mu się zatrzymać samochód - nie zaczął biec z powrotem po mokrej jezdni.
 Biegnąc, myślał o swojej matce. Jak kiedyś, gdy chorował - musiało to być w pierwszych latach szkoły - siedziała przy nim, trzymając chłodną dłoń na jego czole, a on wymiotował, ciągle wymiotował: żółtozieloną żółcią do czerwonego plastikowego wiaderka. Piekielnie bolało, a ta dłoń była taka chłodna i przyjemna. Zastanawiał się, dlaczego, na Boga, przypomniało mu się to właśnie teraz. Było to wspomnienie sprzed ponad trzydziestu lat, lecz nigdy wcześniej nie pojawiło się w jego pamięci. Matka nie żyła od ponad dziesięciu lat, więc niewątpliwie było zagadką, dlaczego pomyślał o niej akurat teraz, i o tym, jak…

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj