Fragment książki "Magnetyzer"

Kolejka elektryczna linii EKD z narastającym wizgiem rozpędzających się motorów przecięła ulicę Chałubińskiego i, energicznie łoskocząc, pomknęła Nowogrodzką ku stacji końcowej przy Marszałkowskiej. Policjant kierujący ruchem zagwizdał, machnął ręką i na torach dostojnie zaklekotały dwize dorożki. Z donośnym warkotem minęła je ciężarówka z reklamą proszku ,Persil pierze wszystko" na drewnianej burcie.

Jerzy ruszył na drugą stronę Nowogrodzkiej, stwierdzając ze zdziwieniem, że spora część oczekujących na przejściu dla pieszych, przeważnie dzieciaków, ale też niemało dorosłych, nie ruszyła się z miejsc. Widać przyjezdni z prowincji, przyszli popatrzeć na elektryczny pociąg i czekali teraz na rychły powrót składu. Wybudowana w zeszłym roku podmiejska kolej dojazdowa, łącząca Podkowę Leśną i Grodzisk ze śródmieściem Warszawy, wciąż jeszcze budziła duże zainteresowanie. Była zdecydowanie szybsza od tramwaju, a dodatkowy respekt budziły futurystyczne kształty wagoników.

W grupie gapiów zwietrzyła interes podwórkowa śpiewaczka w postrzępionej, zielonej spódnicy i pąsowej chuście na głowie, taszcząca na ramieniu obdrapaną harfę, kiedyś zapewne złoconą. Artystka przystanęła pod murem kamienicy, wcisnęła stopkę harfy między chodnikowe płyty i szarpnęła struny, wydobywając z nich skoczną melodię:

Czy znacie mnie panowie,
I piękne damy?
Jam Anka z rogu Sowiej,
Gdzie norę mamy!

- zawodziło wrzaskliwie dziewczynisko, przytupując do taktu męskim buciorem.

Mnie znają wszystkie dzieci
I wszystkie chłopy.
Gdy skinę, wszystko leci,
Choć bierz na kopy!

Chwila została wybrana idealnie - cała uwaga amatorów elektryfikacji kolei momentalnie skupiła się na śpiewaczce. Także Jerzy przystanął, święcie przekonany, że zmuszona do przesadnej ekspresji struna zaraz jak nic strzeli dziewczynie w brudnych palcach. Aż do tej chwili gotów był przyjąć każdy zakład, że harfa jest ostatnim instrumentem nadającym się do jazzowych aranżacji, i dobrze, że tego nie zrobił. Niby z życiowej oraz profesjonalnej praktyki wiedział, że stolica już nie takie kombinacje widziała, ale własnym uszom nie wierzył. A jednak słyszał swing:

Lecz ja się tylko śmieję,
Gdy ci się bractwo leje,
A niech się, co chce dzieje,
Ja powiem wam!
Ja mam Wiktora, swego bandziora,
Co jest jak zmora
I krwawą sławę ma!

Jerzy spochmurniał. Dwa lata minęły, a zapomnieć nie sposób. Bandycka sława Wiktora Zielińskiego, nazwanego przez brukowce Postrachem Warszawy alias Krwawym Wiktorem, rosła z każdym kolejnym miesiącem od policyjnej obławy, która przynosząc kres doczesnemu żywotowi gangstera, w zamian przypieczętowała jego uliczną legendę. A także, co tu kryć, zapewniła Jerzemu nadzwyczajnie szybki awans na komisarza. Odruchowo wsunął rękę do kieszeni płaszcza i pogładził kolbę samopowtarzalnego colta wzór 1911, który tak dobrze się wtedy sprawił. Półcalowy pocisk z łatwością przebił dębowe drzwi, za którymi Zieliński spodziewał się znaleźć kolejne wyjście z matni.

Mam Wiktora, swego bandziora,
Przez pysk ma szramę, bo to o damę
Tak się z Antkiem grzali fest!
Bon vivru ma knajacki on, gdzieś z Grójca gest!

Posterunkowy ze skrzyżowania zdecydował położyć kres bezczelnej prowokacji, godzącej w praworządność, ład publiczny i dobre imię policji państwowej. Ruszył przegonić dziewczynę, ale spostrzegłszy Jerzego, zawahał się, przystanął i spojrzał na niego pytająco. Musiał poznać opisywanego w swoim czasie w gazetach, najmłodszego w stolicy komisarza Drwęckiego, choć sam Jerzy nie przypominał sobie, czy gdzieś się spotkali. W odpowiedzi tylko pokręcił przecząco głową i mundurowy zaraz wrócił na swoje miejsce.

Milcząca scena nie uszła uwagi śpiewaczki. Odgadła, że jegomość w długim płaszczu i kapeluszu jest oficerem policji, więc odstawiła harfę, wzięła się pod boki i tańcząc wokół Jerzego, zanuciła drugą zwrotkę:

Gdy pierwsze słońce błyśnie,
Sprzedaję kwiaty
I często dłoń mi ściśnie,
Gdzieś pan bogaty
I szepnie: Pójdźże mała,
Ja dam rozkosze
I dam co będziesz chciała,
No chodź, ja proszę!

Dzieciarnia parsknęła śmiechem, uśmiechnął się też sam Jerzy. Rzucił dziewczynie całe pięćdziesiąt groszy, a niech wie, że państwowa policja też ma swój honor. Z kurtuazją trącił rondo kapelusza i nie oglądając się, ruszył swoją drogą. Podwórkowa primadonna znów chwyciła harfę, dalej mocując się ze strunami, jakby chciała je powyrywać. W rytmie murzyńskiej muzyki rzuciła za odchodzącym:

Mam Wiktora, swego bandziora,
Co krwawą sławę w mieście ma
I ciupę zna!

Skończyła refren i zaczęła trzecią zwrotkę. Musiała przy tym cały czas patrzeć za Jerzym, bo gdy on skręcił w prawo, w ulicę Oczki, śpiew urwał się, jak nożem uciął. Domyśliła się, kim jest, a teraz zgadła, dokąd idzie, i jej wesołość prysła nieodwracalnie. Czym prędzej odwróciła głowę i mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak zaklęcia odczyniające urok, zaczęła skwapliwie zbierać należne datki.

Tymczasem komisarz Jerzy Drwęcki wkroczył do królestwa nagłej śmierci. Bynajmniej nie mrocznego, nie posępnego, jak można by oczekiwać zgodnie z gotycką modą. Cicha, ocieniona licznymi drzewami uliczka aż prosiła się na trasę rodzinnych spacerów. Zaraz za rogiem lśnił żółtym tynkiem i świeżą, ceglaną czerwienią Zakład Medycyny Sądowej, pobudowany ledwie rok temu. Nowiutka klasycystyczna fasada rzucała wyzwanie tajemnicom śmierci i rozkładu, jedynie przez kontrast budząc pierwsze tchnienie nienazwanego niepokoju.

Ponury pedel przy wejściu już nie łamał gotyckiej konwencji. Popatrzył na Jerzego z taką miną, jakby na końcu języka miał słowa: "Żywych nie obsługujemy!", ale usłyszawszy nazwisko, zrobił wyjątek i łaskawie skierował przybysza do biblioteki. Tam, bawiąc się trzymanym w dłoniach melonikiem, w tę i z powrotem spacerował jegomość pod pięćdziesiątkę w rozpiętym płaszczu z futrzanym kołnierzem o kroju zdradzającym przybysza z Galicji. Drwęcki poznał go natychmiast i szczerze się zdziwił. To miało być ponoć egzaltowane, pensjonarskie samobójstwo do rutynowego zepchnięcia z biurka. Czyż po to ściągano by z Krakowa czołowy krajowy autorytet w dziedzinie medycyny kryminalnej?

- Pan profesor tutaj? - Jerzy zdjął kapelusz. - Cóż sprowadza do stolicy?
- Aaa! - profesor Jan Olbrycht popatrzył badawczo na komisarza. - A tak! Poznaję, młody człowieku, poznaję! Drwęcki, nieprawdaż? Specjalista od topienia wisielców.

Wspomnienie tamtego blamażu na egzaminie sprawiło, że Jerzego zapiekły uszy. Do tej pory nie rozumiał, jak mógł się tak głupio pomylić. Bez wątpienia profesor Olbrycht w tej mierze całkowicie się z nim zgadzał i nie przewidywał rozgrzeszenia.

- Rozumiem, panie komisarzu - Olbrycht spoważniał - że pierwsze koty za płoty i lepiej, by tam zostały. A odpowiadając na pańskie pytanie, informuję, że korzystając z mej obecności na stołecznej konferencji, kolega Grzywno-Dąbrowski poprosił mnie tu na konsultację. O ile wiem, poza mną oczekiwaliśmy jedynie na pana.
- Całe szczęście, że się nie spóźniłem - odparł z godnością Jerzy.

Postanowił nie pytać, co to za historia, w którą na dodatek zaangażował się osobiście kreator i zwierzchnik tego przybytku. Zamiast dyrektora Dąbrowskiego w bibliotece zjawiło się dwóch posługaczy. Młodszy odebrał od gości okrycia i kapelusze. Drugi, znacznie starszy, łysy, o obliczu wygarbowanym oparami formaliny i przypominającym zelówkę, pozostał przy drzwiach, krzyżując żylaste ramiona na gumowym fartuchu pokrytym ciemnymi zaciekami. W milczeniu odczekał, aż towarzysz zrobi swoje i odejdzie. Wtedy przybrał postawę zasadniczą i pryncypialnie zaanonsował:

- Pan profesor oczekuje wielmożnych panów w prosektorium. - Zrobił krok w bok i wskazał kierunek.
- Prowadź, mój Charonie - odrzekł profesor Olbrycht.

Wyszli na korytarz, skręcili w drzwi po prawej i ruszyli schodami w dół, zstępując w piwniczny chłód. Jerzy przypomniał sobie, że w takich okolicznościach należy całkowicie przestawić się na oddychanie ustami, ale postanowił, że zrobi to dopiero w ostateczności. W obecności byłego egzaminatora nie chciał pokazać po sobie żadnych emocji. Szedł na końcu z kamienną twarzą.

Pierwsza ogarnęła ich fala woni karbolu - jak w szpitalu, ale tu zapach był intensywniejszy. Sekundę później poczuł w nozdrzach ostry sztych formaliny oraz nutę tego nieuchwytnego czegoś, co najpierw wyczuwa się przez skórę karku, na której zaczynają podnosić się drobne włoski. Zapach śmierci w swej pierwszej, jeszcze nieskonkretyzowanej postaci. Konkret przychodzi dopiero z następnym wdechem jako posmak stęchłej słodyczy, która najpierw dotyka czubka języka i rozpełzając się stopniowo, nieubłaganie wpycha go coraz głębiej w gardło, by wreszcie dobić obuchem zgnilizny.

Lecz nie. Do ostateczności jednak nie doszło. Kiedy otworzyły się drzwi prosektorium, wszystkie pozostałe zdominował zapach octu. Woń była tak silna i tak ostra, że mogła oszołomić każdego, kto znał jedynie niewinny zapach marynat czy nóżek w galarecie. Dopiero to skojarzenie sprowadzało wstrząs poznawczy.

Źródłem octowych oparów był leżący na kamiennym stole bladosiny trup młodej kobiety, rozpłatany w wielkie, czerwone Y, zaczynające się od wzgórka łonowego i sięgające końcami ramion. Głowę zmarłej dokładnie ogolono, ciemne pukle leżały obok. Jerzy spojrzał na twarz i aż się wzdrygnął - samobójczyni mogła być siostrą śpiewaczki z harfą. Oczywiście była to jedynie autosugestia. Drugie spojrzenie na zwiotczałe rysy upewniło go, że podobieństwa nie ma żadnego. Stojący obok zwłok korpulentny człowieczek w okrągłych, czarnych okularach i z dużym pieprzykiem na lewym policzku z wprawą ściągał gumowe rękawice. Mógł być rówieśnikiem profesora Olbrychta.

- Wiktorze.
- Janie!

Profesorowie uścisnęli sobie ręce.

- Komisarz Drwęcki - przedstawił się Jerzy gospodarzowi.
- Młoda podpora krajowej kryminalistyki - Wiktor Grzywno-Dąbrowski skinął głową z uznaniem. - Czytałem gazety, i owszem. Miałem też zaszczyt podziwiać pańskiego autorstwa rany postrzałowe, które mi tutaj zwieziono. Nietypowa broń, duży kaliber. Ma pan może przy sobie?
- Niestety, panie dyrektorze. Zostawiłem w płaszczu.
- To może później, jak będzie okazja. A co to jest, jeśli można zapytać? Kule były systemu Colta, znaczy się rewolwer?
- Nie, panie dyrektorze, pistolet samopowtarzalny, naprawdę dobry. Prezent od przyjaciela z błękitnej armii, który służył wcześniej w amerykańskich czołgach pułkownika Pattona.
- Ci Amerykanie. - westchnął profesor Grzywno-Dąbrowski - wszędzie mają skłonność do przesady. Obym tylko nie musiał widywać tu częściej rezultatów ich megalomanii.
- Obawiam się, panie dyrektorze, że nie da się tego uniknąć - odparł Jerzy. - Słyszałem, że nasi inżynierowie Wilniewczyc i Skrzypiński noszą się z zamiarem wykonania doskonalszej, polskiej wersji tego colta.
- To może chociaż zmniejszą kaliber. Choćby na dziewięciomilimetrowy nabój systemu Parabellum. Ten jest już wystarczająco niehumanitarny, wiem, co mówię, panie komisarzu.
- Nie wątpię - zgodził się Drwęcki.
- Panowie! - zmitygował ich profesor Olbrycht. - Pacjentka gotowa poczuć się zaniedbywaną.
- Słusznie, panie kolego - dyrektor skinął na posługacza, który przyniósł dodatkowy gumowy fartuch i parę rękawic, a następnie pomógł się ubrać gościowi z Krakowa. Tymczasem gospodarz ponownie założył własne rękawice. Jerzy stanął w nogach denatki.
- Zgaduję, że nieszczęśnica wypiła esencję octową - zaczął Olbrycht, pochylając się nad zwłokami. - Bardzo, ale naprawdę bardzo przykra śmierć.
- Dorota Borek, lat siedemnaście, panna z dobrego domu, gimnazjalistka - zreferował Grzywno-Dąbrowski.
- Zatem podstawową znajomość chemii posiadała - zdziwił się Olbrycht. - Powinna była wiedzieć albo przynajmniej domyślać się tego, że octowa esencja o mocy osiemdziesięciu procent nie zabija jak trucizna, lecz wskutek ciężkich oparzeń i perforacji organów wewnętrznych. Tylko nieuczone pokojówki i kobiety z nizin społecznych, nie przewidując czekających je cierpień, zwykły sięgać po tak straszne środki jak ocet lodowy czy kwas siarkowy. - końcowe pouczenie skierowane było bez ogródek do Jerzego. Najwyraźniej profesor Olbrycht wciąż nie miał zaufania do kompetencji młodego komisarza.
- Ano właśnie - skwitował gospodarz.
- Zgaduję, że jest coś jeszcze?
- Ocet znajdował się nie tylko w obrębie traktu pokarmowego, ale też w narządach płciowych. Wypiła, a ponadto użyła irygatora - poinformował Grzywno-Dąbrowski. - Przemyła sobie też oczy.
- O mój Boże! - profesor Olbrycht kolejno uniósł powieki zmarłej, po czym spojrzał w dół brzucha. - Macica, jak widzę, wypreparowana. W stanie dziewiczym czy brzemiennym?
- Ani to, ani to. Usuwała ciążę.
- Kiedy?
- Nie sposób określić. Kwas zmacerował bliznę po wyłyżeczkowaniu. Proszę. - dyrektor przeszedł do pobliskiego stołu i podał koledze emaliowaną miskę. Jerzy wolał tam nie zaglądać, ale nie dano mu na to żadnej szansy.
- W istocie. - profesor Olbrycht wyjął rozciętą macicę i uniósł ją do światła. - Gdybyśmy jednak. - myślał głośno - umieli określić wpływ stężonego kwasu octowego na tego rodzaju zranienia i blizny.
- Owszem - skinął głową Wiktor Grzywno-Dąbrowski - moglibyśmy ustalić przybliżony czas aborcji, gdyby wcześniej, w toku kariery, któryś z nas zetknął się z choćby jednym takim przypadkiem. Wszakże ja się nie zetknąłem.
- Ja też nie, panie kolego - przyznał z powagą Jan Olbrycht. - Ani, obawiam się, nasz drogi nestor, profesor Wachholz.
- Odnoszę także wrażenie, że i wypitego kwasu było więcej niż w podobnych przypadkach - dodał gospodarz.
- Znacznie więcej - zgodził się z nim Olbrycht, badając szczątki żołądka i dwunastnicy. - Ciało bez mała zamarynowane. Jakby zawiódł odruch wymiotny. Czy we krwi znaleziono alkaloidy opiumowe? Albo inne substancje znieczulające?
- Nie. Też o tym pomyślałem. Analiza nie wykazała niczego, co mogłoby złagodzić ból.
- Nie widzę żadnych śladów przemocy.
- Tego się właśnie obawiałem - westchnął ciężko gospodarz. - Liczyłem, że może szanowny kolega wypatrzy jednak coś, co mojej uwadze umknęło. Dlatego prosiłem o konsultację.

Jan Olbrycht jeszcze raz, metodycznie, centymetr po centymetrze obejrzał zwłoki. Trwało to długo, na koniec przecząco pokręcił głową.

- W grę wchodziłoby obłąkanie - mruknął.
- Brak danych po temu.
- Zatem to bodaj pierwszy przypadek w historii medycyny sądowej, gdy samobójca niezdradzający jawnych oznak choroby psychicznej sam siebie torturował przed śmiercią. - zadumał się Olbrycht. - Jesteśmy w kropce.
- Czy nie prościej założyć, że ktoś ją jednak dręczył? - zapytał Jerzy.
- Ktoś, kto umiał zataić ślady?
- Nic na to nie wskazuje, panie komisarzu - odparł stanowczo Grzywno-Dąbrowski. - Nie ma absolutnie żadnych śladów użycia przemocy. Ba, nawet pamiątek typowych dla tak okrutnej agonii, jakimi są zwykle połamane paznokcie i powstałe wskutek konwulsji stłuczenia.
- Ktoś musiał jej to zrobić! - wybuchnął Drwęcki. - Jak to możliwe, żeby normalna dziewczyna z premedytacją wypaliła sobie kwasem oczy, wnętrzności i przyrodzenie? I jeszcze zniosła to z anielskim spokojem?!
- Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to histeria albo hipnoza - odparł gniewnie Olbrycht. - Jednak proszę nie liczyć, że potwierdzę taką diagnozę oficjalnie.
- Doradzałbym sprawdzić, panie komisarzu, czy zmarła istotnie była normalna - rzekł dyrektor. - Histeria wydaje się prawdopodobna. Jednak tu trzeba uwzględnić jeszcze coś.

Drwęcki i Olbrycht popatrzyli badawczo.

- Otóż w ciągu ostatniego półrocza zmuszony byłem odnotować w Warszawie wzmożoną śmiertelność wśród młodych kobiet - oznajmił Wiktor Grzywno-Dąbrowski. - Dlatego pozwoliłem sobie niepokoić władze policyjne - spojrzał znacząco na Jerzego. - Nie chcę panu nic sugerować. Wszelkie dane statystyczne i akta czekają w sekretariacie.
- Dziękuję, panie dyrektorze. Czy jestem tu jeszcze potrzebny?
- Z całą pewnością nie! - sarknął profesor Olbrycht.

Drwęcki skłonił się bez słowa i wyszedł z prosektorium.

- Liczyłem, że przyślą kogoś poważniejszego - usprawiedliwił się Olbrycht przed gospodarzem. - Nie młokosa, który cały rozum ma w pistolecie!
- Ufajmy, że ten młody człowiek ma jeszcze ukryte zalety - odparł z powagą dyrektor. - Ale zostawmy to już. Mam tu kilka bardzo ciekawych przypadków, które powinny kolegę zainteresować.

Jerzy z wdzięcznością przyjął zaproszenie na kawę, którą zaproponowała mu zarządzająca sekretariatem pani Grzywno-Dąbrowska. Tylko za cukier stanowczo podziękował. Sama myśl o słodzeniu zamieniła mu żołądek w spłoszoną łasicę. Sącząc z ulgą cierpkogorzki napój, przez godzinę analizował sprawy. Wypadki, samobójstwa, morderstwa. Niby nic nadzwyczajnego jak na wielkie miasto, ale rzeczywiście, w stosunku do stanu z poprzedniego półrocza było tego wyraźnie za dużo. Zbyt wiele nawet jak na fluktuację statystyczną. Krzywe na załączonych rozkładach prawdopodobieństwa sprawiały wrażenie, jakby je kto naprężył i nagiął.

Szczególnie te nagłe zgony, zakwalifikowane jako ,śmierć czynnościowa", co oznaczało wstrzymanie pracy serca pod wpływem wielkiego przestrachu lub rozkoszy cielesnej. Statystycznie zdarzały się raz na pół wieku w populacji miliona mieszkańców. Tu były trzy w ciągu pięciu miesięcy! Histeria. Drwęcki zmarszczył brwi. Intuicja szeptała, że to właściwy trop, ale jak tego dowieść i na czym by miała ona polegać?

Jerzy zdecydował, że też potrzebuje konsultacji. Poprosił o przesłanie akt do urzędu śledczego na Daniłowiczowską i wypisał rewers. Część dokumentów postanowił jednak zabrać ze sobą. Życzliwa gospodyni wypożyczyła Jerzemu starą teczkę męża i tak się rozstali.

Na ulicy Drwęcki głęboko odetchnął świeżym powietrzem. Uznał, że musi spokojnie zebrać myśli, więc ruszył spacerkiem w kierunku placu Starynkiewicza. Tam wziął dorożkę i kazał się wieźć na uniwersytet.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj