szukaj
Fragment książki "Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall"

Powiedziała pani kiedyś: „Być może istnieje związek między moim dzieciństwem a późniejszym pisaniem”. Jak wyglądało pani dzieciństwo?  

Było smutne.

To może chociaż początek, może da nam pani swój początek.

Mój prawdziwy początek to II wojna światowa, ale nie chce mi się opowiadać o własnym smutku, a już na pewno nie w pierwszej osobie. Opowiadam o nim czasami, ale w trzeciej.

Czy to mniej boli?   

Mniej. Smutek musi mieć jakąś formę, jakiś rytm. Smutek bez formy jest bezwstydny.

Czy radość też musi mieć formę?  

Pewnie też, ale radość nie jest moją specjalnością.

„Gdy ktoś nie ma w sobie smutku, nie ma też radości” – powiedziała pani kiedyś.

Jeśli cały świat stara się rozweselać ludzi na wszelkie możliwe sposoby, to wydaje mi się, że ja mogę zaproponować małą porcję smutku. Myślę, że bez niego ludzie nie byliby ani lepsi, ani mądrzejsi. To normalne, że człowiek uchyla się od smutku, chce być jak najdalej, ale i tak by go dopadł. Tak, myślę, że kiedy zna się cierpienie, to można wyraziściej przeżywać radość. I to tę najprostszą, najoczywistszą. Moim bohaterom nie trzeba palm, wakacji na Majorce, nie trzeba Bóg wie czego – wystarczy, że jest świat i że my jesteśmy. Nie każdy ma świadomość, jaka to frajda – żyć. Ja mam. Zawdzięczam to II wojnie światowej, którą przeżyłam.

Jaki wpływ na twórczość mają pani przeżycia? 

Mojego własnego doświadczenia nigdy nie opisałam wprost, ale to doświadczenie pozwala mi zrozumieć moich bohaterów. Podczas wojny byłam małym dzieckiem, ale zdążyłam się o nią świadomie otrzeć, zostałam w nią wyposażona. Przyjaźniłam się z Krzysztofem Kieślowskim, który był ode mnie młodszy zaledwie o parę lat, ale dzięki tej różnicy ja pamiętałam wojnę, a on jej nie pamiętał. Czułam się dzięki temu starsza o dziesięciolecia, o doświadczenie pokoleń. Coraz częściej myślę jednak, że istotne jest nie to, jakie mamy doświadczenia, tylko z jaką siłą je przeżyliśmy. Z jaką siłą weszło w nas to cierpienie.

Zamieniłaby pani swoje dzieciństwo na inne? 

Nie zamieniłabym mojego dzieciństwa na żadne inne. Przygotowało mnie na całą resztę życia, dzięki niemu coś rozumiem z tego świata. Dzięki niemu wiem, czym jest strach, wiem, czym jest odwaga. I nie gorszę się byle czym. Byłabym nieporównanie głupsza, gdybym tego wszystkiego nie przeżyła. Zresztą wszystkie dzieci wychodzą z wojny roztropne i dorosłe. Żeby przeżyć, wszystkie musiały być mądre: polskie, żydowskie... Jestem pewna, że każde dziecko w Bośni i w Czeczenii jest mądre i dorosłe. Byłam odizolowana od świata. Jeżeli nawet czasami do niego zajrzałam, to najwyżej przez jakąś szczelinę. Potem nastąpił długi okres domu dziecka. Pisałam o nim w Sublokatorce. Jest tam dziwny dom dziwnych sierot, które wcale nie były dziećmi. To byli ludzie dorośli i bardzo dużo wysiłku wkładali w to, żeby udawać dzieci. Czasami dorośli ludzie na to się nabierali.

Co sprawiło, że zdecydowała się pani na reportaż, skąd ten rodzaj pisarstwa? 

Ponieważ przez całe prawie dzieciństwo izolowano mnie od świata, byłam tego świata ogromnie ciekawa. Czy to wystarczający powód, żeby być reporterem? Kiedy skończyła się wojna, pierwszego dnia po jej zakończeniu zrozumiałam, że przeżyłam, że żyję, i to życie uważałam za wspaniały prezent od losu czy od Boga, zatem czymś powinnam się wypłacić. Wybiegam w przyszłość. Poczucie, że muszę się życiu zrewanżować – przyszło później.

Kiedy zyskała pani poczucie, że może pani żyć, jak chce, jak sama pani wybiera? 

Dopiero na studiach, na Wydziale Dziennikarskim Uni-wersytetu Warszawskiego. Mieszkałam wtedy na warszawskiej Pradze, na Targowej, i jechałam na egzamin wstępny na uniwersytet. Jechałam tramwajem, ubrana w białą bluzkę i w spódniczkę z przenicowanej przedwojennej spódnicy mamy. Przejechałam już most Poniatowskiego, Solec, już się zbliżałam do Nowego Światu, i nagle ogarnęła mnie straszna radość. Stałam na pierwszym pomoście – to, niestety, jest kicz okropny – gdy ogarnęła mnie wielka fala szczęśliwości. Pomyślałam: „Teraz wszystko się zaczyna”. Nie wiedziałam dokładnie co, ale miałam poczucie wolności i że wszystko jest przede mną. Daję słowo honoru: między mostem Poniatowskiego a Nowym Światem nabrałam pewności, że skończę studia, zostanę reporterką, będę pisać. Co właściwie wtedy się zaczęło? Po prostu ja się zaczęłam! Czy to możliwe, że tak mało potrzeba, że między mostem a Nowym Światem człowiek w jednej chwili się zaczyna? W każdym razie ze mną tak było.

 
Jaki będzie reportaż w XXI wieku? 

Nie wiem. Zauważyłam tylko, że reportaż jest coraz bardziej zachłanny i wchodzi w rewiry zastrzeżone dotychczas dla literatury pięknej. Okazuje się, że o mrocznych sekretach duszy można pisać również reportaże. Nie wyobrażałam sobie nigdy, że można pisać o tym, o czym piszą Wojtek Tochman czy Mariusz Szczygieł. Oni poszerzają granice gatunku. Ja tym tropem nie idę, ale mam poczucie, że ta ich odwaga wzbogaca mnie i moje pisanie.

To oddech na plecach...

To nie są wyścigi. Mnie zachwycają i cieszą ich książki. Myślę, że i ich cieszy, kiedy ja coś niezłego napiszę.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj