Fragment książki "Rynek w Smyrnie"

Najbardziej lubiliśmy – my, bo przyjeżdżało tam więcej dzieci, przeróżnych kuzynów i kuzyneczek, dzieworódczego, moim zdaniem, potomstwa ciotek; każdy z kuzynów, do każdej z cioć zwracał się per „ciociu”, dzięki czemu niektóre z nich były ciotkami podwójnie, potrójnie lub poczwórnie – a więc najbardziej lubiliśmy tę chwilę, kiedy tuż po obiedzie pomagaliśmy zbierać ze stołu kilkanaście różnych talerzy, kilkanaście różnych widelców, łyżek i noży. Dwór na Kordeckiego bowiem, będący od lat zamieszkany wyłącznie w lecie, posiadał niesłychanie zróżnicowaną flotę sztućców i naczyń; były tam stuletnie talerzyki z angielskiego fajansu malowanego w zielone kwiaty, były platerowane łyżki z secesyjnymi trzonkami, które z czasem straciły miejscami srebrzynkę i stały się dwubarwne, co uwypukliło delikatny wzór kielichów lilii, był nóż przywieziony przez kogoś z Rosji, na którym drobniutkimi ukłuciami wytatuowano napis „siódme” z jednej i „nie kradnij” z drugiej strony, choć przykazanie, jak widać, nie poskutkowało, były plastikowe miski i aluminiowe widelczyki, a także jakieś resztki rodowych sreber w postaci sześciu łyżeczek z drobnymi monogramami.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną