Fragment książki "H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu"

Dość długi esej Michela Houellebecqa "H. P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu" to tekst niezwykły, w którym refleksja krytyczna miesza się ze zdecydowanie subiektywnymi sądami i pełnym życzliwości spojrzeniem na biografię - to raczej rodzaj miłosnego listu erudyty, pierwsze prawdziwe wyznanie cerebralnej pasji. Czy jednak temat, który staje się na ogół przedmiotem nudnych, usianych przypisami rozpraw, zasługuje na tak nieoczekiwaną eksplozję kreatywności? Czy ten od dawna nieżyjący Johnson dworcowej literatury zasługuje na tego rodzaju Boswella? Tak, odpowiada Houellebecq, dla którego Howard Phillips Lovecraft ma ogromne znaczenie nawet w XXI wieku.

Sądzę, że Houellebecq ma absolutną rację.

Baliście się kiedyś?

Oto pytanie, które stawia się bez końca wszystkim pisarzom, których twórczość dotyka zjawisk tajemniczych, nadnaturalnych czy makabrycznych. Jestem pewien, że Lovecraft musiał na nie odpowiadać i że czynił to z właściwą sobie powagą i grzecznością za każdym razem, gdy mu je stawiano. Na pewno nigdy nie odpowiedziałby tak, jak pewien pisarz podczas światowego kongresu literatury grozy, w którym parę lat temu uczestniczyłem. Otóż zadał on inne pytanie: „A czy kiedyś sikałem?"

Riposta wulgarna, zapewne, lecz wcale nie najgorsza. Gdyż każdy pisarz, mający choć trochę do czynienia z tego rodzaju literaturą, musiał się bać. Górnicy, którzy spędzili życie w kopalni, kaszlą. Gitarzyści mają stwardniałe opuszki palców. Urzędnicy po pięćdziesiątce chodzą często zgarbieni. To ryzyko zawodowe. Autor horrorów zaś naraża się na strach, który pojawia się czasem, gdy wyobraźnia funkcjonuje zbyt dobrze. To część naszego zawodu i chyba nikt, kto go uprawia, nie przywiązuje do przelotnego dreszczyku emocji większej wagi niż górnik do kaszlu czy gitarzysta do stwardniałych palców.

Rodzi to jednak kolejne pytanie. Zapytajcie pisarza horrorów, czy kiedykolwiek wpadł na pomysł zbyt straszny, by ośmielił się go podjąć, a oczy mu rozbłysną. Nie będzie bowiem już chodziło o ryzyko zawodowe, co jest rzeczą banalną, lecz o warsztat, a to zupełnie inna sprawa.

Miałem przynajmniej raz tego rodzaju pomysł. Przyszedł mi do głowy podczas pierwszej Światowej Konwencji Fantastyki, w której brałem udział w odległym już i mglistym 1979 roku. Owa konferencja odbywała się właśnie w Providence, mieście Lovecrafta. Gdy pewnego sobotniego popołudnia wyszedłem na przechadzkę (zadając sobie pytanie, czy Lovecraft chodził tymi samymi ulicami), stanąłem nagle przed witryną lombardu. Wypełniał ją typowy, lśniący asortyment: elektryczne gitary, radia z budzikiem, elektryczne golarki, saksofony, pierścionki, naszyjniki - a przede wszystkim broń, broń, broń.

Gdy kontemplowałem całą tę rupieciarnię, Pan Mam Pomysł odezwał się nagle, rozparty w głębokim fotelu wewnątrz mojej głowy, jak to się czasem zdarza z powodów, których żaden pisarz chyba do końca nie rozumie. Pan Mam Pomysł powiedział: „A gdyby w tej witrynie leżała poduszka? Zwykła, stara poduszka w nieco przybrudzonej bawełnianej poszewce? I gdyby ktoś - na przykład pisarz jak ty - chciał się dowiedzieć, dlaczego taki przedmiot znalazł się na wystawie, gdyby wszedł i zadał pytanie właścicielowi lombardu, a ten odparłby, że to poduszka Lovecrafta, na której co noc spał, na której roił wszystkie te fantastyczne sny**, na której może umarł?"

Drogi Czytelniku, nie pamiętam, by przez ostatnie ćwierć wieku jakiś pomysł tak bardzo mnie zmroził. Poduszka Lovecrafta! Na której spoczywała jego wąska czaszka, kiedy pogrążał się w nieświadomości! Poduszka Lovecrafta to miał być, rzecz jasna, tytuł historii, którą chciałem napisać.

Ruszyłem do hotelu, zdecydowany zrezygnować ze wszystkiego, co miałem uprzednio w planach (dwie panelowe dyskusje i kolacja), i od razu zabrać się do pracy. Nim dotarłem na miejsce, widziałem już wyraźnie całą masę detali. Lekko żółtawy odcień materiału; dziwną, brązowawą plamkę, może ślad śliny sączącej się z kącika wąskich, uśpionych warg; widziałem teżślad ciemniejszy, z pewnością krwi, która wyciekła z nozdrzy. I słyszałem zduszony krzyk snów uwięzionych w poduszce. Tak! Słyszałem gwar koszmarów Love-crafta...

Gdybym od razu przystąpił do pisania, tak jak zaplanowałem, jestem niemalże pewien, że skończyłbym tę historię, lecz kiedy korytarzem na jedenastym piętrze zbliżałem się do drzwi mojego pokoju, jakiś wesołek otworzył sąsiednie drzwi i wciskając mi piwo w dłoń, zaciągnął do grupy rozradowanych, gawędzących pisarzy. Potem były - koniec końców - dyskusje panelowe, kolacja (a jakże), a po niej (naturalnie) wielkie ilości drinków i (to się rozumie) dalsza paplanina. Zresztą mówiło się dużo o Lovecrafcie i dyskutowałem z przyjemnością, ale nigdy nie napisałem tej historii.

Później, leżąc w łóżku, znowu zacząłem o tym myśleć i to, co wydawało mi się cudowne w świetle popołudnia, okazało się straszne w ciemnościach. Gdyż zacząłem myśleć o historiach zamkniętych w jego wąskiej czaszce, o horrorach, które oddzielała od poduszki jedynie cienka ścianka kości. Najlepsze z nich - te, które Houellebecq nazywa „wielkimi tekstami" - są najbardziej przerażające w całej amerykańskiej literaturze i w całości zachowały swą moc. Jak na ironię losu, jedynym rywalem Lovecrafta na polu stylistycznym w połowie XX wieku był może czarny pisarz David Goodis, którego język jest całkowicie różny, który jednak dzieli z Lovecraftem tę niezdolność powstrzymania się, powiedzenia „dość", który odczuwał tę samą neurotyczną potrzebę, by drążyć bez końca fundamenty rzeczywistości. Goodis poszedł jednak w zapomnienie, Lovecraft nie.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj