Fragment książki "Wicekról Ouidah"

Tragarze byli gotowi do wyruszenia z wyprawą w góry. Porucznik i profesor położyli się na hamakach w biało-niebieskie pasy. Tragarze dźwignęli ich jak piórko, po czym ekspedycja ruszyła przy wtórze gongów i trąb z kości słoniowej. Ostatnią rzeczą, jaką widziała, był rękaw koloru khaki machający jej na pożegnanie. Przez trzy tygodnie jej nastrój oscylował między euforią a rozpaczą. Wreszcie, pewnej nocy, przybiegł chłopak z domu pana Townsenda: młodszy biały wrócił z wyprawy bardzo ciężko chory, a profesora zatrzymał u siebie król.

Twarz chorego stała się bielsza niżzasłony wokół łóżka. Oczy pożółkły, w kącikach zszarzałych ust zbierała siępiana. Chory bełkotał imiona, ale one nic jej nie mówiły. Pan Townsend orzekł atak malarii, który mógł byćśmiertelny. Skończyła mu się chinina, jednak okazał sięna tyle rozsądny, że nie wzgardził lekarstwem, które przyniosła od zielarza. Pan Townsend siłą wepchnął je do gardła choremu, a ten wyzdrowiał. Gorączka spadała, a porucznik histeryzował: 

-Zabierzcie mnie stąd! Zróbcie coś!

-Kiedy zaś pan Townsend powiedział mu o holenderskim brygu stojącym na kotwicy, rozkazał:

-Zanieście mnie na pokład!

Żaden poddany nie mógł opuszczać Dahomeju bez zgody króla, musiała więc zejść na plażępod strażą. Porucznik zachowywał się poprawnie, lecz jego głos brzmiał zimno: z Anglii przyśle pieniądze na podróż oraz należność za narzeczoną.

Dzień był szary i bezwietrzny, ale rozbijające się fale poruszały podmuch powietrza, aż jej muślinowa sukienka łopotała między nogami. Łódź odbiła od brzegu, a ona pomachała szalem na pożegnanie. Porucznik nie machał, tylko patrzył na stojący w oddali statek. Czekała sześć miesięcy, rok, dwa lata. Od wyzwolonej niewolnicy z Bahii nauczyła się koronkarstwa. Razem robiły czepki, halki i serwety. Bardzo zależało jej na tym, by posiąść wszystkie możliwe umiejętności.

Nauczyła sięczytać. Udawała, że czyta, ale chociaż potrafiła odróżnić jedną stronę od drugiej, chociaż zapamiętała wszystkie litery, nie umiała odcyfrować sensu słów. Z nadzieją, że nauczy się lepiej angielskiego, co czwartek chodziła śpiewać pieśni religijne do kościoła metodystów. Wielebny Barnabo, Mulat z Sierra Leone, odebrał wykształcenie w Anglii i nosił bokobrody a la lord Dun-dreary. Nauczył jągam na brzękliwym pianinie i wkrótce, w rytm tykania metronomu, grała Trwaj przy mnie! albo Oczy me widziały chwałę przyjścia Pana!

Córki misjonarza ją uwielbiały. Wszystkie ubierały sięna biało, a kiedy śpiewały, przy wejściu do kościoła zbierał siętłum gapiów. Ogromnie zmartwiła ją wiadomość, że dziewczęta prostytuują się, żeby zarobić na alkohol dla ojca. Zaczęła chodzić na długie samotne spacery. W burzowe popołudnia, kiedy na niebie piętrzyły się zwały chmur, wędrowała przez palmowe zagajniki na lagunę i patrzyła, jak czarno-białe zimorodki furkoczą nad ciemną wodą. Czasami szła w głąb lądu do obozowisk ludu Peul. Ci jasnoskórzy ludzie sypiali pod gołym niebem i zachowywali urodędo późnej starości. Harmattan wyganiał ich z sawanny na wybrzeże. Ich bydło o rogach w kształcie liry szło z chrzęstem przez trawę.

Nadejście ludu Peul budziło jej radość, ponieważw porze suchej przypływali też Europejczycy. Pytająco patrzyła na pana Townsenda, ale duma nie pozwalała jej pytać. Pan Townsend jej unikał, zażenowany grubiaństwem swego rodaka. Dopiero kiedy został odwołany ze stanowiska, zdobył sięna odwagę, by powiedzieć jej o liście profesora: porucznik zrezygnował ze służby, ożenił sięi osiadł w Somerset.

-Ach tak! -powiedziała.

Pan Townsend spodziewał się wybuchu żalu i wyciągnął rękę, żeby jąpocieszyć. Ona jednak spojrzała na niego jak na szaleńca i uciekła, śpiewając i tańcząc na piasku, tam gdzie marynarze wyładowywali ze statku puste beczki po oleju palmowym. Z upływem lat rysy jej twarzy zastygły w kanciastych płaszczyznach. W kącikach oczu pojawiły sięzmarszczki. Skóra napięła sięna nosie i kościach policzkowych, ale na szyi opadała luźnymi fałdami. W wieku trzydziestu lat była starą panną, ale później jej wygląd już niewiele się zmienił: Wybrzeże Niewolników pochłania swe ofiary w młodym wieku albo konserwuje je do późnej starości.

Krąg jej znajomych stopniowo zawęził siędo służącej, młodego niewolnika z plemienia Mahi, jej ojca oraz rudego nieznajomego. Nie potrafiąc rozróżnić pomiędzy rzeczywistym a nadprzyrodzonym, nie rozróżniała między żywymi, nieobecnymi a zmarłymi. Jeśli o nią chodziło, to krewni byli maskami z koszmaru. Z kolei Da Silvowie patrzyli z podszytą przesądami bojaźnią na białą bezdzietną kobietę. Podejrzewali jąo złe oko. Zwracali uwagę na to, by palić jej obcięte włosy i paznokcie. Kobiety mówiły, że nocą grasowała po Simbodji i wygrzebywała ziemię zapłodnioną ich śliną. Ponieważ nikt nie chciał z nią spać pod jednym dachem, zostawili jej do dyspozycji stojącą w głębi podwórza starą willę Joaquima da Silvy. Kupiła belę czarnego materiału, którym udrapowała pokój. Sama zaczęła się ubierać na czarno -w sztywną sukniędo łydek i koronkowy czepek zawiązany pod brodą.

Całymi latami darzyła uczuciem należącą do ojca żółtoskrzydłą arę, humorzastą papugę imieniem Ze Piranha, która dziobała obcych i własne pióra, ażw końcu zdechła z wycieńczenia. Wtedy przeniosła miłość na parchatą sukę z zapaleniem sutka, która całymi dniami wylegiwała sięw cieniu bananowca, a o zachodzie słońca siadała na schodach i wyła. Simbodji popadało w ruinę. Dachy się zapadały, mury sypały. Wściekłe zielsko tłamsiło sterty gruzu, na których panowały jaszczurki, skorpiony i węże. Pozbawieni wpływów z handlu niewolnikami, Da Silvowie pogrążyli sięw tropikalnym otępieniu. W 1882 roku w zabudowania Dom Francisca uderzyło tornado, zerwało holenderskie dachówki i porozrzucało po miasteczku. W roku 1884, kiedy pewna dziewczyna prażyła orzechy nerkowca, jeden z nich wyskoczył z piecyka i wzniecił pożar na dachu. Trzynaście domów doszczętnie spłonęło.

W 1887 roku Candido da Silva, jeden z najmłodszych synów Dom Francisca, został wybrany na głowę rodu z uwagi na talent, z jakim odbudował rodzinny majątek. Udało mu się nawet skłonić króla Dahomeju do postawienia krzyżyka pod dokumentem, na którego mocy Ouidah stawała się protektoratem Portugalii. Kolonizatorzy przypłynęli z wyspy Sao Tome z orkiestrą wojskowąi wyznaczyli miejsce na koszary. Król wystosował do Candida pochlebne zaproszenie do Abomeyu. W mundurze portugalskiego pułkownika Candido wyruszył wraz z żonami, dziećmi, nosicielami parasoli, muzykami i gwardią honorową amazonek. Nigdy więcej nie wrócił. Majora armii portugalskiej, który zaczął się dopytywać o swego towarzysza broni, zaprowadzono do glinianej chaty. Po obu stronach drzwi wisiały topory katowskie. Honorowy pułkownik, w epoletach, z żelaznym łańcuchem na szyi i drewnianym kneblem w ustach, siedział przywiązany do europejskiego krzesła. U jego stóp stała srebrna misa pełna bzyczących much.

-Do tej misy wpadajągłowy wszystkich ludzi, którzy przysparzają kłopotów królestwu -usłyszał oficer. Dziewięć dni później do Simbodji wpadł oddział amazonek w mundurach z krokodylimi insygniami ich brygady. Amazonki wystrzeliły z muszkietów w powietrze, odtańczyły taniec ścinania głów i ostrzegły Da Silvów, że jeśli ośmielą się sprzedać choćby ziarenko dahomejskiej ziemi, ich dom zostanie zburzony i zrównany z ziemią, a oni zostaną zesłani do pracy na królewskich plantacjach albo będą mieli okazję opowiedzieć przodkom króla o sprawach tego perfidnego świata.

Przez wiele miesięcy w Simbodji panowała grobowa cisza. Korzystając z katastrofy, senhorinha Eugenia zaczęła wynosićz domu pamiątki po Dom Franciscu, jak gdyby miała nadzieje, że zabierając jego rzeczy, zdoła przywrócićgo do życia. Wzięła posrebrzane pudełko na cygara, nocnik z różowych opali, żelazo do piętnowania niewolników inicjałami F.S. z rączką z kości słoniowej, różaniec z orzechów kopernicji, kawałki papieru z jego odręcznym pismem, litografię przedstawiającą cesarza Dom Pedra II, rysunek brazylijskiego domu oraz szczególnie krwawy obraz Judyty odcinającej głowę Holofernesowi. W plądrowaniu domu pomagał Eugenii dziesięcioletni syn Candida da Silvy, Cesario. Kiedy rodzice wyruszyli do Abomeyu, zostawili chłopca. Teraz był sierotą. W zielonookim chłopcu z szopą jasnych włosów odezwała się dawna gałąź rodziny. Podobnie jak pisklęta wyrzucają albinosa z gniazda, koledzy uprzykrzali Cesariowi życie, obrzucając go śmieciami i zgniłymi owocami. 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj