Fragment książki "Wyspa"
Onieśmielona życiem praktykantka fryzjerska z Wągrowca, ciężka trochę od snu, słodyczy i pierwszej młodości, postanowiła wraz z przyjaciółką, zresztą za jej namową, spędzić wakacje w jednej z odnych miejscowości nadmorskich.
 
Kurort był na miarę jej wyobrażeń o wielkim świecie i taki też okazał się Sylwek, przystojny rzydziestolatek, rozwiewający wokół siebie zapach powodzenia, pieniędzy, pewności siebie i wody olońskiej Paco Rabanne. Sylwek i jego kumpel Kapiszon to królowie życia. Markowe ciuchy, dobre papierosy, drogie alkohole, bransolety na przegubach dłoni i boskie odżywki na każdą okoliczność.
 
Monika była pod wrażeniem chłopców i świata, jaki przed nią uchylili, tak że poderwana gdzieś na plaży, bez szczególnego zamiaru, nawet przekonania, w chwili nudy najpewniej lub bezmyślnej
swawoli, oddała się namiętnie wakacyjnemu romansowi.
 
Zbyt zachłanna na szczęście, by ostentacyjna bezkarność, z jaką młodzi mężczyźni i ich kompani
używali życia, w jakikolwiek sposób ją powściągały. Knajpiane burdy, brawurowe piruety na
skuterach wodnych, ostry hazard w przedpremierowym kasynie, które nim dojrzało, już zgniło, nocne rajdy samochodowe po uliczkach zastraszonego miasta czy wreszcie plugawy, podmiejski język, jaki przebijał się niczym zatrute źródło przez cienką powierzchnię bajeranckiej poprawności, nie wytrącały dziewczyny z zauroczenia.
 
Odwrotnie, im impet tego życia wzbierał, a działo się tak z dnia na dzień, tym apetyt Moniki na nie rósł. Nie ma co ukrywać, dziewczyna zbyt młoda była, głupia i nieczuła, by ślad refleksji naruszył jej fascynację. Tym bardziej że sama nabierała blasku, przepoczwarzając się z szarej myszy w uświadamiającą sobie własne powaby zakochaną kobietę.
 
Tak jak blasku nabierał kurort, stając się w oczach dziewczyny Hollywoodem, Monakiem, San
Remem, znanymi jej dotychczas z kronik towarzyskich ilustrowanych magazynów.
Czuła się trochę ich bohaterką.

Ale wakacje, nim rozpędziły się na dobre, dobiegły końca, jak dzieje się to z każdą pomyślnością.
 
Kochankowie się rozjechali. Monika do Wągrowca, Sylwek, ma się rozumieć, do stolicy. Obiecali sobie regularną korespondencję i odwiedziny tak częste, jak to będzie możliwe. Monika nie wróciła już do swojej roboty, bo nie wraca się z raju do prowincjonalnego zakładu fryzjerskiego, a od księcia z bajki do nudnych, nieznających rozkoszy klientek.

O czym zresztą miałaby z nimi rozmawiać? A rozmowy przecież stanowiły istotę i sedno jej pracy.
Zamierzała rozejrzeć się za czymś stosowniejszym. Póki co, czas mijał jej na marzeniach i listach. Przytyła mocno od chipsów i coca-coli, pokancerowała się od kłótni z rodzicami.

Dotychczas niepewna swego na zewnątrz, ostrożna i przyczajona, rekompensowała to sobie większym obszarem domowej niezależności, niż wynikałoby to ze statusu dziecka niesamodzielnego. Teraz zależności, chociażby z braku pracy, pogłębiły się, lecz arbitralnie przyznana sobie autonomia zbrunatniała od chamstwa. Raniła nim rodziców, bez względu na okoliczności.

Ci, otwarci dotychczas, nieustępująco cierpliwi, zamknęli się w milczeniu, które Monika raz z nudów, raz z samonapędzającej się złości, brutalnie przełamywała. Nie bez powodzenia, gdy chamstwo zderza się z bezbronnością ludzi prostych, pracowitych, odpowiedzialnych, zdumionych czasami i niezależnie od nich, gotowych do uczuć.
 
Co do korespondenci natomiast, to szła ona tylko w jedną stronę. Na coraz niecierpliwsze listy Monika nie otrzymywała odpowiedzi. Bywały takie dni, kiedy myślała o samobójstwie, i takie, kiedy wakacyjne wspomnienia rozpromieniały jej duszę, jedno i drugie jednak płynęło tym samym potokiem gorączkowej euforii, jakby myśli o śmierci i życiu prowadziły ku temu samemu.
 
Od czasu do czasu, głównie przez telefon, dzieliła się swoim stanem z przyjaciółką, Ewą, która wykazała więcej umiaru w swoich nadziejach, nie porzuciła pracy, zamieniła wakacyjny romans z papiszonem na zażyłość z człowiekiem żonatym, zasobnym i miała się dobrze.
 
Minęły dwa miesiące. Dni nastały szare i krótkie. Myśli gorsze przybrały, lepsze się cofnęły.
Przyjaciółka namawiała Monikę na działanie. Nie powinna trwać w niepewności. śycia szkoda. Albo
umie sobie powiedzieć, było, minęło, albo nie umie i niech wyciągnie z tego wnioski.
Na pytanie Moniki, na czym te wnioski miałyby polegać, Ewa zaczęła działać sama. Nie bez trudności zlokalizowała kolegę Sylwka i trochę potrzymawszy Monikę w niepewności, dała jej namiar na swego letniego, zapomnianego już kochanka.
 
Nie przyszło to Monice łatwo, ale po Zaduszkach ogarnęła się, ściągnęła rodzicom z konta
oszczędności, wsiadła w pociąg i ruszyła do stolicy. Kapiszon umówił się z dziewczyną w jednym z klubów, który przypominał szczurzą norę, niewiele od niej zresztą większy, cały w spazmach psychodelicznej muzyki. Kłębił się tam tłum strasznych młodych ludzi, którzy strasznym językiem mówili o strasznych sprawach, a Kapiszon z tą nieukrywaną nadzieją przelecenia jej gdzie bądź, przy barze, w toalecie, w aucie, na ulicy, wydał się Monice najstraszniejszy.
 
Zwodził ją, kołował, ironizował, zamawiał kolejne piwa, nie odpowiadał na pytania lub niepytany o czymś zawiadamiał, a po dwóch godzinach mordęgi, które wydały się dziewczynie wiecznością,
odpuścił, sflaczał, wyłączył się, podyktował dziewczynie adres i przepadł. Jakby sprężyna się w nim rozkręciła.
  
Obsuwające się w slumsy blokowisko na peryferii miasta nie przygnębiło dziewczyny, gdyż
przyjechała tam już o zmroku. Podobnie rzężąca winda wspinająca się z mozołem na X piętro, bo nie była oświetlona, ani zapuszczone mieszkanie, do którego weszła po kilkunastu dzwonkach, bo
oświetlało je tylko miasto. Nawet człowiek, który otworzył drzwi, w istocie wychudzony, brudny,
znarkotyzowany i przerażony śmieć, bo go nie rozpoznała. Szok nastąpił, gdy mężczyzna się odezwał. Bo to był głos Sylwka.
 
Więc nora, z której ciągnęło smrodem potu i niepranych rzeczy, to było jego mieszkanie. Prowadził doń niekończący się korytarz, nasiąknięty lizolem i wszelkim ludzkim niespełnieniem, wszelką biedą, frustracją, złą myślą, wydobywającymi się z mieszkań, jak z niedokręconego słoika, których nie był w stanie wywiać nawet przeciąg z rozbitego okna. A oskalpowana z paneli winda ze zwęglonymi przyciskami i raną po lustrze to była winda, która ją tu wyniosła. Tak jak pięć minut wcześniej taksówka, z której wysiadła pod dziesięciopiętrowym blokiem, w sąsiedztwie identycznych, nierozpoznawalnych, mimo przejawów życia, wymarłych, z hulającym między nimi listopadowym wiatrem.
 
Zobaczyła to wszystko jak na scenie, gdy Sylwek zapytał ją, kim jest. Szok trafił ją natychmiast, na furię musiała zaczekać, ale drugie nie wzięło się z pierwszego. Szok bolał, furia, która ją zaskoczyła, dała ulgę. Nigdy nie była gotowa na taką emocję. Dąsy, fumy, wszelkie odcienie złości, to owszem. Chamstwo, jak najbardziej, ostatecznie zaprawiała się w nim od kwartału, ale furia?
 
To było coś nowego. Tak jak wszystko, co od tej chwili miało ją spotkać. Krzesło, bodajże jedyny kompletny mebel, poszło w drzazgi pod kopniakami dziewczyny, potem połowa regału wymiecionego z książek i co tam jeszcze zostało z życia, kiedyś w miarę pewno normalnego. Ale dużo tego nie było, więc niewyzwolona z emocji, przykucnęła pod ścianą i zmiażdżyła w palcach torebkę, jedyny bagaż, jaki zabrała ze sobą w podróż. Sylwek osunął się pod ścianą naprzeciwko. Między nimi rumowisko. I milczenie.

Był już wieczór, kiedy dziewczyna podniosła się z podłogi, podeszła do Sylwka, pochyliła się nad nim i szepnęła słowo zaklęcie, jeden z tych odlotowych szyfrów, którym młodzi mężczyźni tak bardzo oczarowywali Monikę nad morzem: It's okay. Ma się rozumieć, nic takiego nie przyszło jej do głowy, lecz przebiegając w myślach po boskich odżywkach, jakimi przerzucali się podczas wakacji Sylwek z Kapiszonem, ta właśnie wydała się jej najmniej niestosowna.

Sylwek odezwał się po jakimś kwadransie, tyle mu zajęło widać zebranie myśli. Niefart polegał na tym, że nie rozliczył się z kumplami na czas. Wziął towar, rozprowadził go i zawalił. Wczoraj, jak raz, minął jedyny i ostateczny termin zwrotu kasy. Brakuje mu. Kiedy zadzwoniła do drzwi, był pewien, że to oni.

-Którzy? -zapytała Monika, nie po to, by się dowiedzieć, lecz by nie milczeć. Dwie godziny ciszy
między ścianami wyczerpały ją.
-Poznałaś ich.
-Nad morzem?
Sylwek potwierdził. Zapytał Monikę, czy ma papierosy. Zaprzeczyła. Zapytał, czy nie zeszłaby na dół, do osiedlowego marketu, odpowiedziała, że to wykluczone.
 
Odmowę przyjął z pokorą.A może z obojętnością. Tak czy owak, dziewczyna była górą. Wcale jej to jednak nie cieszyło.
 
Gdyby na nią wrzasnął, dał w twarz, co nad morzem dwukrotnie się zdarzyło, gdyby chwycił ją za
kark i przygiął do podłogi albo wypchnął za drzwi, to miałaby cień złudzenia, że przyjechała do
kogoś, kogo pamięta, kto, nie ukrywajmy, jest w opałach, ale tylko chwilowych.
 
Myśl, że Sylwek mógłby z podobną pokorą przyjąć jej każdą inną reakcję, dobrą, złą, słuszną,
niesłuszną, nieważną lub ważną, że mógłby się poddać ze strachu, słabości, a choćby tylko świętego spokoju, zabolała ją bardziej niż ta cała obrzydliwość, której właśnie doświadczała.
Rzekła cicho:
 
-Myślałam, że to twoi przyjaciele.
-Kto? -zapytał martwo Sylwek.
-Kapiszon, Arek, Gruby, Robin, no wiesz, ci wszyscy kolesie, z którymi balangowaliśmy po pubach,
imprezowali po dyskotekach, palili gumy na stritach, wywijali na skuterach. Przecież było tak, nie?
 
Sylwek potwierdził.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj