Fragment książki "Morderstwa między nożem a widelcem"

O tym, że Ewald był świnią, wiedziałam już od dawna. W końcu byłam jego żoną przez dwadzieścia cztery lata i znałam go lepiej niż ktokolwiek na świecie, nawet jeśli nasz związek przez ogromną większość tego czasu polegał tylko na głębokiej niechęci, która z czasem zmieniła się wręcz w cielesne obrzydzenie.

To, że Ewald uganiał się za naszymi pokojówkami, także nie było dla mnie nowością. Zawsze taki był, odkąd sięgam pamięcią. Już przed tym jak się pobraliśmy, potem podczas naszego miesiąca miodowego, moich ciąż, wtedy kiedy dzieci były małe, a także później jak już trochę podrosły i na to wszystko patrzyły. Po prostu nie był w stanie odpuścić żadnej spódniczce.

Jednak to, że w biały dzień, w naszej wspólnej kuchni, napastował piekącą chleb Teresę, było dla mnie czymś nowym.

Weszłam właśnie do kuchni kiedy ciężko dysząc przyparł ją do kuchennego stołu i ociężale gramolił się na nią, jednak ona - ledwie docierało do mnie to, co się dzieje - chwyciła ostry ciężki nóż kuchenny leżący na stole i wbiła mu w plecy. Odrobina krwi wypłynęła z rany, ale żaden dźwięk nie wydobył się z ust mojego blednącego małżonka. Zwalił się jak worek kartofli na podłogę, z obnażonym opadającym członkiem, kierując zdziwione spojrzenie w sufit. Odszedł od nas nie powiedziawszy ostatniego słowa. W sumie piękna śmierć.

Teresa odskoczyła przerażona od stołu kuchennego. Ledwo trzymała się na nogach. Na twarzy wyskoczyły jej rumieńce, nie ze wstydu ale ze strachu i wściekłości na tak ohydną próbę gwałtu. Odzyskawszy poczucie rzeczywistości wyciągnęłam nóż z rany i zapięłam trupowi rozporek. Ciężko się go wyciągało - jakby ze zbyt mocno spieczonej pieczeni wołowej. W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi i usłyszałam jak służący wpuszcza kogoś do środka.

Teresa doprowadziła się szybko do porządku. Ja natomiast wcisnęłam szybko nóż w ciasto na chleb, które Teresa zdążyła jeszcze uformować, zanim mój niecny mąż postanowił skorzystać z jej kształtów. Pasował świetnie. Zrolowałam ciasto jeszcze raz, ponacinałam grzbiet,  po czym włożyłam do gorącego pieca, zamknęłam klapę i otworzyłam szeroko tylne drzwi do ogrodu. W tym właśnie momencie otworzyły się drzwi kuchenne i stanął w nich mój syn, żywy obraz zmarłego. Wchodząc do kuchni prawie potknął się o zwłoki tatusia, odskoczył z przestrachem kiedy zobaczył cienką strużkę krwi, która zdążyła już namalować ciekawy wzorek na białej koszuli dokładnie w tym miejscu, gdzie znajdowała się rana.

- Tata! - krzyknął. - Tato, co z tobą?! - Teresa cofnęła się w głąb kuchni. Podeszłam do syna kryjąc twarz w dłoniach.
- Napad, złodziej, wybiegł do ogrodu, może jeszcze go dogonisz! - Mój dzielny syn wybiegł w mrok.

Pół godziny później cały dom roił się od policjantów. Urzędnicy w mundurach przeszukiwali nasz ogród, policjanci w cywilu przesłuchiwali moją rodzinę, pomoc domową, sąsiadów a także przechodniów. Specjaliści z laboratorium zajęli naszą kuchnię i nie pozwolili nikomu wejść, a nawet wyjść. Ledwie zdążyłam wyciągnąć chleb z pieca, zanim było za późno. Trochę już nawet zdążył poczernieć, chociaż to pewnie dlatego, że był większy niż zwykle. Położyłam go na kuchence, żeby ostygł.

Około północy wysłałam Teresę i dzieci do łóżka. Biedaczka skarżyła się na silne bóle głowy i była tak blada, że dałam jej szklankę wina na wzmocnienie. Następnie przyrządziłam delikatną przekąskę dla detektywów i policjantów, którzy siedzieli w salonie, palili, wypijali drogą whisky mojego eksmałżonka i debatowali na temat całego zajścia.

Oczywiście nie znaleziono żadnego pewnego tropu przestępcy, nie mówiąc o narzędziu zbrodni. Na szczęście ogrodnicy, którzy tydzień wcześniej przycinali drzewka owocowe, pozostawili po sobie tyle śladów, że ich dokładne zbadanie zajmie policji co najmniej kilka tygodni. Jeden z sąsiadów twierdził nawet, że widział jak ktoś w pośpiechu przeskakiwał przez żywopłot za naszym domem.

Kiedy nakrywałam do stołu, jedyna kobieta spośród grona policjantów, pani nadkomisarz, bardzo szczupła, wysportowana, z króciutko ostrzyżonymi włosami, zaoferowała mi swoją pomoc. Jak to kobieta. Wysłałam ją do kuchni, żeby przyniosła przygotowane już przeze mnie talerze z przekąskami. Byłam już tym wszystkim zmęczona. No i śmierć małżonka nie była mi przecież obojętna. Wprost przeciwnie. Po prawie dwudziestu pięciu latach najzacieklejszych walk przy użyciu najbardziej intymnych metod, mogłam wreszcie wypatrywać z zadowoleniem spokojnego życia w dobrobycie. Przeciwnik został pokonany i leżał w skromnej cynowej trumnie w kostnicy medycyny sądowej. Byłam wolna.

Pani nadkomisarz wróciła z dużym talerzem przekąsek w jednym ręku i moim świeżo upieczonym chlebem w drugim. - Domowy wypiek - zachwycała się. - Moja mama zawsze piekła chleb. Z ziarnami słonecznika i z siemieniem lnianym lub z rodzynkami. Nie ma nic lepszego. Używa pani mąki grahamskiej?

Potrząsnęłam delikatnie głową nie wypowiadając słowa. Po co miałam jej mówić, że kupowałam tylko najtańszą mąkę w supermarkecie i przez te wszystkie lata piekłam chleb tylko ze względu na Ewalda, ponieważ jego matka tak robiła i tego samego wymagał od swojej żony. Smarował jeszcze ciepłą pajdę smalcem, który też musiałam mu sama robić, i posypywał solą na grubość pół centymetra. Poskromiłam w duchu złość i poprosiłam gości do stołu. Panowie z policji kryminalnej rzucili się łapczywie na stojący z boku już pokrojony chleb z pobliskiego sklepu.

- Czy mogłabym ukroić sobie kromkę pani wypieku? - Pani komisarz skierowała w moją stronę pytanie wraz z proszącym spojrzeniem.
- Ależ proszę bardzo - odpowiedziałam. - Przyniosę pani nóż z kuchni.
- Proszę się nie fatygować - odpowiedziała komisarz i próbowała uporać się z chlebem tępym nożem do masła. Bez powodzenia. Nóż omsknął się na twardej skórce i prawie zaciął dłoń pani komisarz.
- Pobiegnę szybko po nóż do kuchni - powiedziałam i opuściłam towarzystwo. W kuchni oparłam się na chwilkę o drzwi, wypowiedziałam w próżnię niemą modlitwę i wróciłam do salonu. - Nóż do chleba zniknął. - Wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Zdziwienie szybko przerodziło się w podniecenie.
- To z pewnością nóż, którym zabito ofiarę! Kiedy widziała pani nóż po raz ostatni? Jak wygląda? Gdzie go pani kupiła? Czy rozpoznałaby go pani? - Przekrzykiwali się wszyscy.

W międzyczasie pani komisarz poczęstowała się krojonym chlebem z pobliskiego sklepu. Twardy jak kamień bochenek leżał niezauważony, nietknięty, niczym mała skrzynka skarbów w koszyku na chleb. Przysiadłam się cicho do moich gości pogrążonych w debacie na temat rangi znaczenia narzędzia zbrodni, śladów i wypowiedzi świadków, i popijałam spokojnie wino. Położę ten bochenek w spiżarni obok innych starych bochenków, pomyślałam sobie. Będzie leżał tak długo aż stanie się twardy jak kamień. Pewnego dnia może go po prostu wyrzucę. Tak to przecież czasem jest w dużych rodzinach, że chleb się po prostu starzeje.



Ulubione potrawy Ewalda:

Chleb

600 g mąki pszennej
600 g mąki żytniej
1 łyżeczka soli
pół litra wody
1 kostka drożdży
250 g zaczynu
1 łyżeczka cukru

Mąkę wsypać do dużej miski. W środku zrobić wgłębienie i dodać rozkawałkowane drożdże. Posypać cukrem i wszystko wymieszać dolewając odrobinę wody. Przykryć i zostawić na 15 minut.


Dodać sól, zaczyn i resztę wody a następnie ugniatać aż powstanie jednolita nie klejąca się masa. Pozostawić na noc w ciepłym miejscu. Ponownie ugnieść dodając odrobinę mąki i uformować chleb. Pozostawić na godzinę. Piec w temperaturze 200-220 °C, nie krócej niż 40-50 minut.



Smalec ze skwarkami

1 kg słoniny, pokrojonej w kostkę
500 g tłuszczu drobiowego (z kaczki)
200 g cebuli, pokrojonej w kostkę
2 jabłka, pokrojone w kostkę
1 łyżeczka majeranku

 
Na wolnym ogniu rozpuścić tłuszcz ciągle mieszając aż skrawki zabarwią się na złoty kolor. Tuż przed końcem smażenia stopniowo dodawać cebulę i jabłka oraz doprawić majerankiem.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj