Fragment książki "Wstyd"

W dzień po pogrzebie Lucy zbudziła się jak co rano pół godziny przed mężem i dziećmi. Podłączyła termę, obejrzała sobie w lustrze podbródek i wory pod oczami, naciągając skórę palcami, jakby mogła w ten sposób przesunąć tłuszcz na właściwe miejsca. Potem zaparzyła kawę, nastawiła tosty, włożyła kanapki z jajkiem na twardo i tuńczykiem do torebek dla dzieci do szkoły, wyprasowała niebieską koszulę, zanotowała w pamięci, że trzeba wypolerować kafelki w kuchni, wyciągnęła Sergia z łóżka i obudziła Marianę, zapukała do drzwi Dziadzia, znowu wyciągnęła Sergia z łóżka, obudziła Alfreda, kolejny raz wyciągnęła Sergia z łóżka, sprawdziła, czy w łazience są ręczniki, usłyszała, jak Alfredo marudzi, że wolałby białą koszulę, w trzydzieści sekund wyprasowała białą koszulę, pomogła Sergiowi przy myciu zębów, zebrała na kupkę pigułki Dziadzia, wysłuchała skarg Mariany, że kanapki z jajkiem i tuńczykiem w torebkach śmierdzą, zapukała do drzwi łazienki, żeby Alfredo wreszcie wyszedł, podała Dziadziowi jego pigułki i szklankę wody, znalazła teczkę, którą Alfredo zostawił w pralni, powiedziała Dziadziowi, żeby lepiej wykąpał się po powrocie z porannego spaceru, przypomniała Alfredowi o wizycie u lekarza, odłączyła termę, pożegnała się ze wszystkimi, rozdając całusy i kanapki, zamknęła się w łazience i się rozpłakała. Nie wiedziała, że może aż tak płakać. Dawno tego nie robiła i wydawało jej się, że nie potrafi.

Kiedy się już uspokoiła, wzięła prysznic i pozwoliła, żeby woda spłukała z niej niepokój i ściekła z nim do odpływu. Lubiła, jak strumień wody spada jej na kark i strużki spływają jej po ramionach i plecach. Nie zakręciła kranu, kiedy woda zaczęła stygnąć. Choć na zewnątrz panował chłód, Lucy musiała się odświeżyć. Wychodząc spod prysznica, ponownie przejrzała się w lustrze. Zauważyła, że pierś jej zwisa - a raczej obwisa - tak jak wory pod oczami. Sięgnęła do torebki po brązowy błyszczący cień. Służy nie tylko do podkreślenia oczu; odrobina nałożona między piersiami sprawia, że wyglądają jędrniej i pełniej.

W torebce znalazła kartkę, której w ogóle nie pamiętała. Może to jakieś notatki przypominające, żeby coś zrobiła w ciągu dnia, albo lista zakupów, albo adresy, pod które miała pójść, żeby sprzedać kosmetyki. Nie miała zwyczaju robienia zapisków, chociaż pamięci też zbytnio nie ufała. Rozłożyła kartkę i przeczytała:

Chciałbym cię lizać od szyi po stopy. Chciałbym, żebyś została moją prywatną dziwką. Będę na targu o 11.30. Czekam.

Lucy rozejrzała się wokoło, miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Odruchowo owinęła się szczelnie ręcznikiem. Ponownie przeczytała liścik, zmięła go i wyrzuciła do śmieci. Poczuła się skalana. Kto mógł wsunąć jej coś takiego do torebki? I gdzie? Na pogrzebie? W takim razie nie dość, że to nieprzyjemne, to jeszcze perwersyjne. Mężczyźni mogą opowiadać sobie sprośne kawały, ale podrzucanie takich liścików do torebki zamężnej kobiety jest już chore.

A jeśli to sam Alfredo? Dwa dni temu Lucy pokazała mu artykuł w „Cosmopolitan" o odnawianiu związku poprzez kreatywne inicjatywy seksualne. Lucy uważała się za nowoczesną i kreatywną i nie miała oporów przed rozmawianiem o seksie, ale czy tak Alfredo wyobraża sobie podniecającą inicjatywę? Nie wystarczyłoby zaprosić żonę na kolację czy coś takiego? A jeśli on ją poddaje próbie, sprawdza, jak zareaguje na zaproszenie sekretnego wielbiciela? Tyle że Alfredo nie ma wystarczająco bujnej wyobraźni, żeby uknuć tak zawiły plan. Najprawdopodobniej to nie on.

No, ale w takim razie kto? To musiał być jakiś przyjaciel rodziny. Roberto? Lucy zawsze miała wrażenie, że Roberto patrzy na nią w dziwny sposób, z tym że nie do takiego stopnia. Germán? Nie, Germán nie dopuściłby się niczego takiego w pobliżu swojej żony. Może odważyłby się w barze albo teatrze, ale nie tam, z Mildred u boku. Może. A jeśli to jakaś kobieta? Lucy zagryzła wargi i odszukała kartkę w koszu. Rozprostowała ją i próbowała wydedukować, czy to męskie, czy kobiece pismo. Zdała sobie sprawę, że jeśli się pisze „on" albo „ona", trzeba określić płeć, ale jak się mówi „ja" albo „ty", nie jest to konieczne. Tacy ja albo ty mogą być mężczyznami, kobietami albo czymkolwiek. Od tej subtelności słów przeszedł ją dreszcz grozy.

Poza tym pomyślała, że nie dość, że nie wie, kto jest autorem, to jeszcze nie może mieć pewności, czy to ona jest adresatką. A jeśli to pomyłka? Wszystkie torebki na pogrzebie są czarne, może autor wsunął liścik do niewłaściwej. A może kartkę napisano do mężczyzny, w końcu ktoś zdolny do napisania czegoś takiego jest zdolny do wszystkiego, mógłby nawet poprosić mężczyznę, żeby stał się jego dziwką. Dwie pozostające w kontakcie osoby, nawet jeśli ze sobą nie rozmawiają, zakładają, że znają wzajemnie swoją płeć. A to nie zawsze jest takie jasne.

Wyszła z łazienki i wsłuchała się w ciszę domu. O 11.30, głosił liścik. Tak. To na pewno błąd, ale w tej sytuacji zabawnie będzie pojawić się na targu o 11.30 i zobaczyć, kogo tam zastanie. Może uda się jej wygospodarować chwilę czasu między wizytą u Mari Pili i odebraniem syna ze szkoły. Zaczęła układać w głowie plan dnia. Nagle usłyszała głuchy i krótki hałas dochodzący gdzieś z domu, jakby syk.


- Alfredo? Zapomniałeś czegoś? - zawołała.


Alfredo nie odpowiedział. Nikt nie odpowiedział.

Lucy weszła do swojego pokoju. Przez kilka ostatnich dni czuła dziwny zapach wilgoci, nieświeżą woń czegoś za długo trzymanego w piwnicy. Kupiła specjalne torby z Telezakupów, żeby przechowywać w nich zimowe ubrania, ale woń nie ustępowała. Kupiła pochłaniacz wilgoci, wbrew zażartemu sprzeciwowi Alfreda. Ale choć wydała na niego mnóstwo pieniędzy, odór nie ustępował, jakby to był naturalny zapach przedmiotów. Postanowiła wybrać, w co się ubierze. Może różowa bluzka i buty pod kolor. 11.30. Jeśli chce tam iść, ma jeszcze czas. Albo może niebieski komplecik.

Wtedy nagle hałas się powtórzył.


- Sergio?


Wyszła na korytarz i lekkim pchnięciem otworzyła drzwi od dziecinnego pokoju. Jak zwykle zabawki Sergia leżały porozrzucane po podłodze, a w poduszce była dziura. Za to rzeczy Mariany leżały w porządku, ułożone w pozamykanych na klucz szufladach, żeby Sergio niczego nie dotykał. Lucy próbowała trochę sprzątnąć, ale potem uznała, że Sergio sam musi to zrobić. Dźwięk znowu się powtórzył, tym razem dwa razy z rzędu, gdzieś na zewnątrz. Lucy opadł z piersi ręcznik. Pomyślała, że jeśli w domu jest jakiś napastnik, bardzo głupim pomysłem byłoby szukanie go bez ubrania. Jakby go mogła wystraszyć, okładając nago ręcznikiem. Uspokajała się jednak, że nikogo nie ma, na pewno nikogo nie ma. 11.30. Poprawiła ręcznik i wyszła na korytarz. Uchyliła drzwi od łazienki dla gości. Była to malutka łazieneczka, jak pułapka na myszy.

W łazience był tylko zaciek na prysznicu. Wyszła. Znalazła się w salonie.

Zrozumiała, że złodziej może bez trudu odciąć jej drogę ucieczki, gdyby próbowała biec do sypialni. Ale nie miała innej opcji, a na ulicę przecież nie wyjdzie. Przypomniały się jej zamki przeciwwłamaniowe, które oferował łysy sprzedawca w krawacie z Diabłem Tasmańskim. Wtedy bardziej bała się perwersyjnego spojrzenia sprzedawcy niż groźby włamania. Mogła kupić te zamki. Obiecała sobie, że to zrobi, jeśli sprzedawca wróci, a ona jeszcze będzie żywa.


(...) Z kuchni dobiegł kolejny hałas, jakby ktoś czymś potrząsał. Lucy nie mogła tego dłużej wytrzymać, rzuciła się z zamkniętymi oczami na kołyszące się drzwi kuchenne i krzyknęła:


- Precz! Czego tu szukasz?! Preeeeecz!


Na podłodze obok lodówki kot wylizywał swoją pustą miskę i stając na tylnych łapach, próbował sięgnąć do torebki z biszkoptami, która leżała na blacie. W tym porannym zamieszaniu Lucy o nim zapomniała. Odetchnęła z ulgą. Ale on miauknął nienawistnie. 

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj