Fragment książki "Kobiety uczą Kościół"

Do lat sześćdziesiątych XX wieku kobieta w Kościele postrzegana była jedynie przez pryzmat dwóch ról: matki i żony podporządkowanej mężowi. Jak łatwo się domyślić, jedno nie istniało bez drugiego. Matka była zarazem żoną. Żona musiała być przede wszystkim matką. Jest oczywiste, że Kościół - chcąc bronić tak rozumianej roli kobiety - odrzucał wszelkie ruchy emancypacyjne. A to dlatego, że - jak przekonywał Pius XI w encyklice o małżeństwie chrześcijańskim Casti connubii z 1930 roku - emancypacja prowadzi do upadku „kobiecego charakteru i macierzyńskiej godności" oraz grozi „zburzeniem całej rodziny". Emancypację oskarżano także i o to, że - zdaniem papieża - „mąż tracił żonę, dzieci matkę, dom i rodzina cała czujnego zawsze stróża".

Tyle że z punktu widzenia kobiet emancypacja była pierwszym krokiem na drodze ich wyzwalania. Jej cel stanowiło wyrwanie się spod panowania mężczyzn. A także walka o równouprawnienie obu płci wobec prawa. Stąd ruch wyzwoleńczy kobiet z natury rzeczy musiał podważać „stary" porządek. Kobiety niejako z konieczności wkraczały w świat, który do tej pory zastrzeżony był dla mężczyzn. Czyniły tak nie tyle z wyboru, ile właśnie z konieczności. Jednak papież Pius XI, broniąc chrześcijańskiego rozumienia rodziny, w ostrych słowach pisał o tych, którzy próbowali sprzyjać ruchom emancypacyjnym kobiet:

„Ci sami nauczyciele fałszu, którzy słowem i pismem zaciemniają blask małżeńskiej wierności i czystości, podkopują także wierne i godziwe podporządkowanie się żony wobec męża. Wielu z nich przezywa posłuszeństwo małżonki zuchwale niegodnym niewolnictwem. Obu małżonkom równe rzekomo przysługują prawa, a że wskutek tego niewolnictwa jednej strony prawa są umniejszone, z wielką pewnością siebie obwieszczają emancypację niewiast, po części już dokonaną, po części na dokonanie czekającą".

W oczach Piusa małżeństwo to nie jedyna ofiara wyzwolenia kobiet. Emancypacja sieje dewastację także na innych polach ludzkiej aktywności. „Emancypacja ta jest potrójna i odnosi się do zarządzania domem, zarządzania majątkiem i zapobiegania i spędzenia płodu; nazywają ją emancypacją społeczną, gospodarczą i fizjologiczną. Emancypacja fizjologiczna polega na tym, że niewiasty, gdy sobie tego życzą, wolne być mają od obowiązków małżonki, a więc małżeńskich i macierzyńskich (a wykazaliśmy już dostatecznie, że tego nie można zwać emancypacją, lecz zbrodnią przewrotną). Gospodarcza zaś emancypacja dąży do tego, by żona bez wiedzy i wbrew woli męża swobodnie mogła swoimi zająć się interesami, prowadzić je i niemi zarządzać, z uszczerbkiem oczywiście dla dzieci, męża i całej rodziny. Społeczna emancypacja na tym się zasadza, żeby żona, wolna od zajęć domowych już to około dzieci, już też około rodziny, swoim własnym mogła żyć życiem i również publicznym się urzędom i obowiązkom poświęcać" (rozdz. II: Poniżenie małżeństwa, nr 3; Przeciw wierności małżeńskiej).

Encyklika Piusa XI jest jednak ostatnim dokumentem w najnowszej historii Kościoła, który tak stanowczo odrzuca idee głoszone przez ruchy kobiece. Pius XI zapewne w najczarniejszych wizjach nie przewidywał, że proces emancypacji kobiet - mimo ostrych słów i przestróg, jakie kierował do chrześcijańskiego świata - nie zostanie zahamowany. Co więcej, już niebawem - oczyma papieża Jana XXIII - Kościół dojrzy w ruchach kobiecych także aspekty pozytywne.

Kluczowy dla zmiany stanowiska Kościoła katolickiego wobec świata, a więc i wobec ruchów kobiecych, które się w nim zrodziły z poczucia kobiecej krzywdy i poniżenia, jest pontyfikat Jana XXIII. Dobry Papież, jak mówili o nim wierni, miał nie tylko odwagę zwołać w 1962 roku II Sobór Watykański, który w powszechnej opinii okazał się „przewrotem kopernikańskim" w Kościele, ale sam w swych wystąpieniach podejmował, by tak rzec, palące kwestie. Do tych palących spraw papież zaliczył także promocję kobiet.

Jan XXIII, zgodnie ze swoją logiką rozumienia Kościoła, który ma czytać „znaki czasu", uznał ruch kobiecy za taki właśnie „znak czasu". W encyklice Pacem in terris z 1963 roku napisał: „Udział kobiet w życiu publicznym jest już faktem dokonanym i oczywistym. Upowszechnia się on może szybciej wśród narodów wyznających wiarę chrześcijańską, a wolniej, chociaż też powszechnie, w narodach będących spadkobiercami innych tradycji i cywilizacji. Ponieważ kobiety są z każdym dniem bardziej świadome swej godności ludzkiej, nie zgadzają się na traktowanie ich jako istot bezdusznych czy też jakichś narzędzi, lecz domagają się praw i obowiązków godnych ich ludzkiej osobowości, tak w życiu domowym, jak i publicznym" (nr 41).

Ten sam papież w roku 1970 po raz pierwszy w historii nadał godność Doktora Kościoła, czyli świętego nauczyciela Kościoła powszechnego, wyróżniającego się w swych pismach prawowiernością i wybitną wiedzą teologiczną, dwóm świętym kobietom: Teresie Wielkiej i Katarzynie ze Sieny. Co więcej, w 1997 roku do tych wybitnych kobiet dołączyła trzecia - uznana za Doktora Kościoła przez Jana Pawła II - święta Teresa od Dzieciątka Jezus.

Sprzeciw większości katoliczek i katolików wobec idei feministycznych w Polsce może dziwić, tym bardziej że przecież zwolennikiem większego zaangażowania kobiet w życie nie tylko Kościoła, ale i społeczeństwa jest Jan Paweł II. Przemawiając do studentek w brazylijskim Belo Horizonte w 1980 roku, papież po raz pierwszy - w sensie pozytywnym - użył zwrotu „nowy feminizm".

 

Potem, w ważnej z punktu widzenia nauczania Jana Pawła II encyklice Evangelium vitae z roku 1995, wprost nawołuje do budowania „nowego feminizmu": „W dziele kształtowania nowej kultury sprzyjającej życiu kobiety mają do odegrania rolę wyjątkową, a może i decydującą, w sferze myśli i działania: mają stawać się promotorkami «nowego feminizmu», który nie ulega pokusie naśladowania modeli «maskulinizmu», ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego, działając na rzecz przezwyciężania wszelkich form dyskryminacji, przemocy i wyzysku".

Trzeba jasno powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, z punktu widzenia młodych, niezależnych kobiet głos Jana Pawła II i zwrot, jakiego w sprawie ruchów kobiecych i równouprawnienia dokonał Kościół, jest spóźniony. Z drugiej strony żaden z poprzedników polskiego papieża nie poświęcił kwestii kobiecej tyle uwagi i nie mówił o niej z taką aprobatą - ucząc się od katolickich teolożek feministycznego sposobu myślenia i języka. Czy zatem słowo Jana Pawła II jest ostatnim słowem, jakie Kościół ogłosił w sprawie kobiet? Bynajmniej, sam papież miał świadomość, że - jak mówił - ścieżka wiodąca do wyzwolenia kobiet to „proces trudny i złożony, czasem nie wolny od błędów, ale zasadniczo pozytywny, choć do dziś nie zakończony" (Orędzie na 28. Światowy Dzień Pokoju, 1995).

 

A nie może być zakończony tym bardziej, zdaje się myśleć Jan Paweł II, jeśli kościelna świadomość nie zostanie oczyszczona z fałszywych, historycznych przeświadczeń na temat kobiet. W słynnym Liście do kobiet z 1995 roku papież notuje ważne słowa: „Z pewnością niełatwo ustalić odpowiedzialność za ten stan rzeczy, z uwagi na głęboki wpływ wzorców kulturowych, które w ciągu wieków kształtowały mentalność i instytucje. Ale jeśli, zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad tym ubolewam. Niech to ubolewanie stanie się w całym Kościele bodźcem do odnowy wierności wobec ducha Ewangelii, która właśnie w odniesieniu do kwestii wyzwolenia kobiet spod wszelkich form ucisku i dominacji głosi zawsze aktualne orędzie płynące z postawy samego Chrystusa".

 

Tak oczyszcza się kościelną świadomość z historycznych i kulturowych złych nawyków, które prowadziły w przeszłości do poniżania kobiet. Bijąc się w piersi, jak uczynił to Jan Paweł II w 2000 roku. W Roku Jubileuszowym, w bezprecedensowym dla Kościoła wyznaniu win i prośbie o przebaczenie za grzechy popełniane w historii przez „synów Kościoła", papież wyraził także żal z powodu dyskryminacji i poniżania kobiet. Tylko wyznając winy i prosząc o przebaczenie, Kościół staje się wolny i wiarygodny. Zarazem chce powiedzieć, że nic podobnego nie może się zdarzyć w przyszłości.

 

Jednocześnie papież daje zielone światło aktywnej działalności kobiet na rzecz kobiet. Można w tym dostrzec nawet wezwanie do „siostrzanej solidarności", gdyż papież pisze, że wyraża „podziw dla kobiet dobrej woli, które poświęciły się obronie kobiecej godności, walcząc o podstawowe prawa społeczne, ekonomiczne, i które podjęły tę odważną inicjatywę w okresie, gdy ich zaangażowanie było uważane za wykroczenie, oznakę braku kobiecości, a nawet grzech!". Czy głos papieża został w Polsce usłyszany? Czy i jak jego nauczanie znalazło odbicie w codziennej praktyce duszpasterskiej? To pytania, na które w dużym stopniu odpowiadają bohaterki tej książki.

 

Dla mnie jest jasne, że Jan Paweł II poświęca kwestii kobiecej tyle miejsca i uwagi, gdyż widzi w niej szansę na pełniejszy udział kobiet w życiu Kościoła i społeczeństwa. Jest też pewien, że „nowa świadomość kobiet pomaga również mężczyznom poddać rewizji swoje schematy myślowe, sposób rozumienia samych siebie i swojego miejsca w historii, organizacji życia społecznego, politycznego, gospodarczego, religijnego i kościelnego" (Vita consecrata, nr 57).

  
 

Reinterpretacja dziejów i teologicznej spuścizny, jakiej coraz odważniej dokonują kobiety - nie tylko katoliczki - stwarza możliwość radykalnego przemyślenia natury doświadczenia religijnego i kościelnego, przed którym stajemy być może pierwszy raz od początku chrześcijaństwa. Może więc warto nastawić uszu, by posłuchać, co o Kościele i swojej w nim roli mówią nam dziś kobiety.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj