Fragment książki "Excentrycy"

Zadzwonił dzwonek, z gmachu zaczęli wysypywać się młodsi uczniowie. Nad gromadką dziewcząt wypłynął również czarny kapelusz Modesty. Zobaczyła jego i vauxhalla, najpierw chciała skręcić w przeciwną stronę, potem przejść przez ulicę, w końcu jednak podeszła prędkim, drapieżnym krokiem, z wściekłą miną.

- Mówiłam: koło teatru, a nie tu! Wstyd mi pan przynosi, cholera jasna!

- To niech pani wskakuje szybko.

Trzasnęła drzwiami, naokoło rozległa się owacja, śmiech i bicie brawa przypatrujących się dziewczyn. Fabian ruszył, jechali wolno aleją w kierunku kościoła.

- Zawsze, kiedy się spotykamy, najpierw na siebie krzyczymy, dopiero potem rozmawiamy.

- Proszę, to są pańskie pieniądze. Rozmawiać nie mamy o czym. Proszę mnie zawieźć do domu.

- Ale ja nie przyjmę żadnych pieniędzy, niech mi pani zabiera ten papier. To pewnie cała pani pensja.

- Co pana obchodzi moja pensja!

Jeździli tak w kółko: Kościuszki, Mickiewicza, ulicą Widok i Zdrojową, później Traugutta i Warzelnianą naokoło parku, a nowiutka, szeleszcząca, brązowa pięćsetka z górnikiem przefruwała z jednych kolan na drugie kolana i z powrotem.

Wreszcie Fabian zatrzymał samochód koło poczty.

- A może by tak oddała mi pani ten dług... w nieco inny sposób?

Spojrzała na niego piorunująco, z błyskawicą w czarnych, wilgotnych oczach, potem z politowaniem, na końcu parsknęła śmiechem.

- Panie kochaniutki!... A ciekawi mnie niezmiernie, jakiż to „inny sposób" wykoncypował sobie pan dobrodziej? Oceniając wszelkie przymioty pańskiego ducha, ciała, umysłu i charakteru, byłabym w stanie zrobić dla pana tylko jedno - beret na drutach.

- Zaśpiewa pani z big-bandem.

Zaniemówiła.

- Tak jest, zaśpiewa pani z moim big-bandem. Po angielsku.

- W porządku, zaśpiewam - zgodziła się od razu, innym tonem, bez zdziwienia, bez krygowania, zaskakując Fabiana jeszcze bardziej niż on ją przed chwilą. „Przecież to zwyczajna wariatka" pomyślał.

- No to niech pani schowa w diabły ten banknot. Moglibyśmy sobie teraz pojechać na obiad do Torunia, „Pod Orła", to głupie dwadzieścia minut drogi. Uprzedzam - ja będę płacił. Bez żadnych zobowiązań - żeby nie było wątpliwości.

- Niech pan się nie wysila, mister-fister. Nie jadę. Nie chce mi się nigdzie z panem jeździć.

- Well. To w takim razie - czy gustuje pani w spelunkach?

 

 

Zamieszanie wywołane wkroczeniem do „Współczesnej" Fabiana w towarzystwie Modesty nie mogło się równać z konsternacją po jego pierwszym wejściu z umundurowanym Stypą.

Spojrzenia mętne, bure i przekrwione wbijały się w nich jak śrut z wiatrówek strzelających ze wszystkich kątów, głosy grube, piskliwe i charczące utknęły w krtaniach, „pięćdziesiątki" zawisły w połowie drogi do spalonych papierosami gardeł, grudy rozgotowanych, wystygłych kartofli pospadały z widelców.

- No i coś pan tak paszczę rozdziawił, panie Cuber! Jak kaszalot! - wrzasnął Habertas na kelnera, który zastygł w pół kroku z tacą pełną szklanek kompotu rabarbarowego. Nie przepuścił też drugiemu: - A pan, panie Ostaszewski?! Pan chociaż wiesz, jak pan dziś wyglądasz? Pan jesteś podobny do kapoty mojego dziadka, co jeszcze wisi na strychu od powodzi ciechocińskiej! Siano byś pan sobie z kudłów wyczesał, ziemię zza pazurów wyczyścił, bo się konsument jeden z drugim porzyga!

- Do ziemi to sam pan se możesz iść! Najwyższa pora! - bełkotliwie pyskował Ostaszewski, rzeczywiście tego dnia słaby na nogi, wymięty jak stara gazeta i pożerający w kuchni garściami kiszoną kapustę prosto z kamionki.

Pora była obiadowa, więc przy stoliku za węgłem zastali cały komplet. Gdy Fabian przedstawiał Modestę Stypie i Vogtowi, uprzytomnił sobie, że przecież nie zna jej nazwiska. Wyręczyła go zgrabnie, dopiero wtedy usłyszał, że nazywa się Nowak.

Zuppe natomiast oszalał, takiego go jeszcze nie widzieli. Na widok Modesty jakby puściła w nim nagle zakręcona dawno temu na amen, zardzewiała śruba. Szastał się naokoło stołu jak wielki człekokształtny pająk, odskakiwał, przyskakiwał, poprawiał wyplamiony obrus, popielniczkę, kubki, strzepywał krzesło, na którym miała usiąść, nieustannie obcałowywał ją po rękach i śliniąc się, wykrzykiwał zadziwiające komplementy:

- Co za rysy! Co za głębia! Nefretete! Tak jest, Nefretete! Bogini! Królowa! Zupełnie jak w gablocie, w Berlinie, w tym tam muzeum... Jesienią trzydziestego pierwszego wszedłem znudzony, wyszedłem zakochany! Tfu, co ja gadam! Przepraszam panią! Jakie tam muzeum, jaka tam gablota... Tfu! Przepraszam jeszcze raz. Pani jest tak piękna, że na pewno nie może pani być kobietą wyzwoloną. Nie jest pani, prawda? Czy nie mam racji? Głowę daję!

- Pomidorówkę bierzcie, dobra, gulaszu, broń Boże, nie bierzcie, jakieś białe, oślizgłe na nim wylazło, kucharka musiała wrzątkiem parzyć! - Habertas jak zwykle pochylił się nad Stypą. - Rosół sama woda, kwaśny, ocet prawie, schabowych też nie bierzcie, jak podeszwa listonosza, świnia chyba stuletnia była! Pierogi bierzcie, mięso to nawet jeden czy drugi bandzior wczoraj schował, żeby wynieść, ale w ostatniej chwili w skrzyni na węgiel znalazłem, kurwa ich mać!

Modesta nie chciała niczego do jedzenia. Jej uroda olśniła nawet zblazowanego Ostaszewskiego, który zapomniał o innych stolikach, łaził tylko obok w tę i z powrotem, wreszcie przemógł się, zaszedł ją od prawej, wykonał coś w rodzaju dygnięcia i zachrypłym półszeptem wykrztusił:

- Czy pani może się czegoś napije?

- Tak. Wódki. Czystej.

- Pani pije wódkę? - gorszył się Vogt.

- Owszem, piję. W pewnych okolicznościach. To się nazywa imperatyw kulturowy, miły panie.

- O! Co to, to nie, królowo! - protestował Zuppe, mamlając pełnymi ustami. - Co prawda nawet Makuszyński gdzieś kiedyś napisał, że idioci piją wodę, kobiety terpentynę, stróże nocni wódkę, a mędrcy i poeci wino, ale ja się z tym nie zgadzam. Co znaczy „imperatyw kulturowy"? Że samo miejsce narzuca wybór? Twierdzi pani tym samym, że jak już w mordowni, to można tylko wódkę, w cukierni wyłącznie likier jajeczny, na dancingu wino słodkie „Mistella", w bufecie na dworcu, no, to chyba piwo!

- Piwa nie ma! - machinalnie zareagował podsłuchujący z boku Ostaszewski.

- To są wszystko fanaberie i fochy! Co wypada, a co nie. Trunek przywiązany do miejsca, zachowanie przywiązane do sytuacji, w końcu - człowiek przywiązany do światopoglądu, żeby zawsze miał taki sam, broń Boże, inny we czwartek i inny w sobotę! Trunek to tylko pretekst. Tak naprawdę wychodzi tu obłuda, dziedzictwo skrępowania zasadami, z którym nawet marksiści nie mogą się uporać! - Zuppe płynął już w żywiole, oczy iskrzyły, koło nosa wykwitły fioletowe place. Skończył pomidorową z makaronem, odsunął talerz, usadowił się wygodniej i wywodził dalej: - Wódka wódką, kultura kulturą. Te słowa mają ze sobą związek wyłącznie w społecznościach zniewolonych. Właśnie. A propos kultury i zniewolenia człowieka. Czy słyszeli państwo, że Leśmian był pedałem?

Jak zwykle zrobił pauzę, przeciągnął wzrokiem po słuchaczach i w duchu już zacierał ręce do odpierania ataków.

- Panie Zuppe, dałbyś pan tym razem spokój, przy kobiecie. Strasznie pan dzisiaj gadatliwy. Pan Cuber mówi, że pan już rano pił! - denerwował się Vogt.

- Oszczerstwo! Wstąpiłem tylko, żeby zobaczyć, co na obiad. Dobrze „Wolna Europa" gada, że każdy kelner to szpicel!

- Znowu pan bredzi - wtrącił Stypa. - Ja tego Leśmiana nie czytałem, ale akurat kiedy umarł, trąbiłem w „Arizonie" u Freda Melodysty. Słynna awantura, kochanka porwała karawan z nieboszczykiem żonie i córkom sprzed nosa, policja ich goniła na motorze aż gdzieś na rowy marymonckie, cała Warszawa o tym plotkowała. I to miał być pedał?

- To sprawa uczuć kochanki, a nie jego. Żaden argument - wzruszył ramionami Zuppe.

- Przecież pisał namiętne erotyki do kobiet!

- I co z tego? Pisał. Ale czy to, co się rozmyślnie drukuje po książkach i gazetach, może być dowodem? Dowody mam ja, proszę państwa, zbieram je do odpowiednich teczek, analizuję, zestawiam, porównuję indukcyjnie, a jak trzeba, to i dedukcyjnie. Wyciągam wnioski...

- Niech pan mówi, niech pan mówi! Jakie to ciekawe! - Modesta oparła policzki na dłoniach i wlepiła oczy w tajemniczy uśmieszek Zuppego. Fabiana ogarnęła nagle głupia fala zazdrości.

Mile połechtany staruszek wyjął najpierw okulary, popluł na nie, przetarł ceremonialnie, sięgnął do jednej kieszeni smokinga, potem do drugiej, udając, że sprawdza, czy nie zapomniał fiszki. Później dla spotęgowania napięcia, milcząc, bawił się jeszcze przez chwilę tekturową karteczką.

- Mówili państwo o erotykach. Ale na pewno państwo nie znają poematu Niespodzianiec. Zresztą, skąd by państwo mieli znać? Proszę, wystarczy pierwsza strofa.

Czytał ostentacyjnie, ze staroświecką aktorską starannością, gładko wymawiając „ł" i każdy wyraz obłupując z nieczystych dźwięków:

 

Kto chędożył pastucha na wskroś, z lasu strony,

że z odgłębi studziennej sam był chędożony?

Kto dąb dębiną drzewił, który popod lasem,

wzwyż niebo rozzieleniał sękatym...

 

Tu, wznosząc intonację, nieoczekiwanie zawiesił głos.

- Kutasem! - dźwięcznie dopowiedziała Modesta. Zabrzmiało jak podszept szatana w narodowym arcydramacie.

- Otóż i właśnie! Otóż i dowód! - triumfował Zuppe, surowo przy tym spoglądając to na Vogta, to na Fabiana i jednocześnie popatrując, czy deklamacja nie zrobiła aby jakiegoś wrażenia na Ostaszewskim, który zadumany stał przy oknie i grzebał sobie w uchu.

- Natrętny, chorobliwy fallocentryzm. Nawet gdyby w oryginale było zapisane co innego, to przecież na myśl przychodzi jedynie to słowo, tylko ono jedno samo się tu wymusza, ono jedno logicznie wypełnia rym! A co to znaczy „chędożyć pastucha na wskroś"? Tego już nie powiem, darują państwo, przy królowej-bogini Nefretete nie powiem!

Zuppe zabrał się do pierogów, które osobiście podsunął mu Habertas. Rozgniatał je bokiem koślawego widelca i z namaszczeniem unosił do ust. Fabian, Stypa i Vogt również w milczeniu opróżniali swoje talerze.

- Niech pan powie! No! „Chędożyć na wskroś!" „Pastucha chędożyć!" Ależ to takie ciekawe! - niecierpliwiła się Modesta.

- I tak najbardziej pornograficzną, obrzydliwą wymowę ma pozornie niewinne wyrażenie „z lasu strony". Jest to właściwie dowód najistotniejszy, klucz do wszystkiego - Zuppe ukradkiem ocierał kapiące z podbródka krople tłuszczu. - Nic państwo nie rozumieją? Naprawdę nic? Czytać poezji państwo nie potrafią! Otóż jeżeli pastuch w letni dzień pasie krowy na łące pod lasem, to musi te krowy widzieć, żeby gdzie w szkodę nie wlazły, a więc jak leży? Leży w cieniu na trawie, w „stronę lasu" odwrócony. Czem odwrócony? Z przeproszeniem - niumą odwrócony. No i wszystko jasne. Proszę sobie teraz zestawić wyrazy: „na wskroś", „chędożyć" i wypięty w gęstwinę pni o fallicznych przecie kształtach, wiejski, zadziorny, pastuszy zad, młody i jędrny jak wschodząca seradela. Najohydniejsze obscena płciowe, jakie znam!

Zza ceratowej zasłony wiszącej w przejściu do kuchni wynurzył się Cuber i pociągnął Fabiana za rękaw, obwieszczając, że jest do niego telefon. Aparat był w kantorku Habertasa, kelner zaprowadził go tam przez korytarzyk, gdzie walały się nadgniłe marchewki i buraki, a opary z kuchennych saganów stały gęste jak londyńska mgła.

- Jakem tu przez cztery lata robił, nikt nigdy nie dzwonił do klienta! - ekscytował się Cuber.

- Czy pan Apanowicz? - chrząknęło w słuchawce i ktoś zaraz wyrecytował: - W nieodległej wsi spłonęła dzwonnica, dymu nie widać.

Przypomniał sobie mizernego osobnika sprzed drzwi Wandy, potem konduktora, który uciekał przez cały pociąg.

- Czego pan chce?! A w ogóle: kto pan jest?

- W nieodległej wsi spłonęła dzwonnica, dymu nie widać.

- Spieprzaj, kutafonie! Następnym razem, jak to usłyszę, od razu walę w mordę, żebyś wiedział, ty luju krakidalski!

Rąbnął pięścią po widełkach, aż na biurku boleśnie jęknęły Habertasowe liczydła.

Tymczasem na dworze coraz bardziej tężał mróz, trzeba było skrobać szyby samochodu, to uspokajało. Wracali we dwoje, jadąc wolno białymi, śliskimi, zupełnie pustymi uliczkami. Reflektory wygarniały z ciemności pnie drzew, fragmenty murów i ogrodzeń - wszystko jakby kompozycja tysięcy zlepionych, połyskliwych paciorków, żywa przez sekundę, pogrążająca się w niebycie, gdy minie ją snop światła. Radio dudniło ciężką, klasyczną muzyką, Haydnem albo Beethovenem, profil Modesty majaczył w półmroku, zielonkawym od świecących zegarów.

Stanęli przy krawężniku, pod willą „Konstancja".

- Bardzo panią przepraszam za tego starego kretyna.

- Nie ma za co. Nareszcie coś się działo, nie było nudno. Doskonale się bawiłam - mówiła znowu po angielsku.

- Sam już nie wiem, kiedy pani mówi serio, a kiedy sobie kpi! „Jakie to ciekawe! Jakie to ciekawe!" - skrzywił się ze złością i przedrzeźniał ją damskim głosem.

- Tak panu zależy? Taki pan podatny na kpiny? Wiadomo, „artysta polski"! Wrażliwy jak dmuchawiec na krowim gównie!

- Nie pani jedna ze mnie kpi. Ciągle obcy ludzie robią sobie cyrk, zaczepiają mnie, gadają o jakichś „wsiach", „dymach", „dzwonnicach, co spłonęły". Już sam nie wiem, może za ten koncert na balkonie pierwszego dnia? Wykurzyć mnie stąd chcą czy co? Teraz sobie powiedziałem: z miejsca, bez słowa walę w ryj, nosy łamię, zęby wybijam, szczęki miażdżę!

- Boże, master-taster, jaki pan groźny! Jak pan się sam przed sobą tym upaja, hoho! Może wyobraźnia zbyt muzyczna, może wódeczki za dużo? Może pan przesadza? Ten Zuppe w gruncie rzeczy bardzo podobny do pana.

- Też sobie pani wymyśliła.

- Taki sam mister-twister. Kręci się tylko i puszy, wszystko robi, żeby go ludzie zauważali i chcieli podziwiać. Ze dwa razy starszy od pana. Że mu się jeszcze nie znudziło.

- Pani ma dziwny dar. Rzuca pani mnóstwo obraźliwych słów, a nie można się na panią obrazić.

Niespodziewanie poczuł ciepło jej ręki na swojej, odruchowo chciał cofnąć, ale przytrzymała ją miękkim uściskiem.

- Wie pan co? Nie mogę się doczekać, kiedy będą już święta i zaczną się fajfy. Uwielbiam tańczyć, dziko, ostro, mambę, dżajwa. Nigdy z nikim nie tańczyłam tak jak z panem, master-blaster. Dopiero w tańcu prawdziwy z pana Humphrey Bogart. Rzadko spotyka się kogoś takiego, faceci to w większości mendy, pierdziele i fajtłapy. Idę już. Dobranoc. Niech pan mi się tylko nie nadstawia do całowania.

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj