Fragment książki "Zły Tyrmand"

"Dziennik 1954" zadedykowany jest Stefanowi Kisielewskiemu.


„Był w moim życiu obecny, czasem nawet potrzebny. Często był tak mały jak my wszyscy, lecz fakt, że miałem mu to za złe, czynił go jakoś większym, zaś mnie wprawiał w lepsze samopoczucie" - napisał Tyrmand.


Poznali się w redakcji „Słowa Powszechnego", niedługo po wojnie. Kisiel szedł do należącego także do PAX-u tygodnika „Dziś i Jutro", gdy nagle rzucił się na niego jakiś obcy facet.


- Pan pisze dokładnie to, co ja myślę - powiedział. - Tylko pan to potrafił zdefiniować, a ja nie umiałem.


Był to referent sportowy „Słowa Powszechnego", Leopold Tyrmand. Kisiel redagował wtedy „Ruch Muzyczny" i wkrótce pojawił się na łamach pisma pierwszy chyba po wojnie artykuł teoretyczny poświęcony jazzowi. Autorem był Leopold Tyrmond (sic!). Stefan Kisielewski nie pamięta już dobrze, czy to on jest winnym przekręcenia nazwiska, czy Tyrmand naprawdę tak się wtedy podpisywał.


- To był niezwykły człowiek - mówi Kisiel. - Przez wiele lat był nędzarzem, często nie miał nawet pieniędzy na obiad, ale gdy chcieliśmy mu pożyczyć, mówił, że nie potrzebuje.


A jednocześnie, dodaje, gdy tylko pieniądze miał, natychmiast kupował whisky. Kisiel sądzi, że w całej wschodniej Europie nie było drugiego takiego człowieka jak Tyrmand. Który siedziałby w tej swojej Ymce, demonstrował, że ma komunistów i ich ustrój w dupie, i nie dawał się wyrzucić. Choć wielu ludzi uważa, że był jeszcze co najmniej drugi taki człowiek. Nazywał się Stefan Kisielewski.


Zaprzyjaźnili się właśnie dlatego, że nie akceptowali tego, co działo się wokół i byli liberałami. Założyli nawet Partię Wariatów Liberałów, a kiedy Tyrmand za relację z zawodów bokserskich wyleciał z „Przekroju", „Tygodnik Powszechny" za namową Kisiela zaproponował mu posadę reprezentanta pisma na północną Polskę.


- W czasie walk Polaków z Rosjanami ludzie krzyczeli: Bij go za Katyń, bij go za węgiel, zabij, bo przegrasz, a Tyrmand napisał, że publiczność była sprawiedliwa i znająca się na boksie - wspomina Kisiel.


Po meczu trzysta osób aresztowano, a Tyrmand stracił pracę.


W okresie tygodnikowym przyjeżdżał do Krakowa dość często. Dzwonił wtedy do Kisielewskich, pytał, czy może przyjść i czy będzie fasolka po bretońsku albo śledź i kartofle w mundurkach. To były jego najbardziej ulubione potrawy.


- Był niemal członkiem naszej rodziny - mówi Lidia Kisielewska - Dla nas był bardzo sympatyczny, ale innych, zwłaszcza nowych, trzymał na dystans. Miał dokładnie wyliczone grono przyjaciół.


Kisiel dodaje, że Tyrmand w Dzienniku 1954 nakłamał, pisząc, że on dłubie w nosie.


- Sam pan widzi, że nie dłubię - mówi i dłubie w nosie.


Stefan Kisielewski, który pod względem stroju był absolutnym abnegatem („Ubiera się jak pracownik poczty w Kłaju, o którego dba żona, żeby się nie przeziębił" - pisał Tyrmand), kpił z wagi, którą Tyrmand przywiązywał do ubiorów.


- Był zawsze bardzo czyściutki - wspomina Lidia Kisielewska. - Buty i skarpety mógł nosić przez parę lat i zawsze wszystko wyglądało na nim jak nowe. Natychmiast po powrocie do domu zmieniał wizytowe ubranie na zwykłe, żeby tamto się nie niszczyło.


Kisiel uwielbiał przychodzić do jego schludnego pokoiku w Ymce w ubłoconych butach i patrzeć, jak Tyrmand miota się ze złości.

  
    

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj