szukaj
Fragment książki "Dom Małgorzaty"

Nad brzegiem zimnego morza przycupnęło Miasto.

Rodziło się - jak większość miast - niemal niedostrzegalnie. Niepewnie i zrazu jakby od niechcenia: jedna czy dwie chylące się chałupy - bezbronne i wydane na pastwę wichury, przewalających się sztormów; łódź nieporadnie sklecona i po powrocie z łowiska wyciągana na jasny piasek, daleko od linii brzegu, tak by woda nie pochwyciła jej żarłocznie; szamotanie się w sieci pierwszej złowionej ryby.

Tak. To mogło stanowić zapowiedź Miasta.

Chociaż niewykluczone, że zaczęło się Ono jeszcze wcześniej. Kto wie, czy wszystko nie zostało przesądzone raz na zawsze w chwili, kiedy czyjeś uważne spojrzenie jęło  przeradzać się w przekonanie i dojrzałą pewność, że właśnie TO miejsce jest odpowiednie, lepsze od większości innych, widzianych przez całe dotychczasowe życie. Że warto pozostać tu dłużej, cokolwiek owo „dłużej" miałoby oznaczać.

Jednak wszystko mogło było się zacząć i zdarzyć bez tej pewności. U początków Miasta mogło wszak lec zwykłe znużenie, zniechęcenie tak wielkie, że niepodobnym stało się pójście gdziekolwiek dalej: zmęczone oczy zmęczonego człowieka nie próbowały nawet znaleźć cokolwiek, co mogłoby stanowić uzasadnienie takiego wyboru. Znużenie zadecydowało jak ślepy los, bez rozstrzygania wszystkich za i przeciw.

To wielce prawdopodobne, że miasta rodzą się z takich właśnie spojrzeń, bo tak naprawdę jedynie spojrzenia maja w sobie moc wystarczającą do tego, aby zakładać miasta, potem wznosić mury, obwarowywać puste miejsca w twierdze, zaludniać wąskie strumyki  uliczek plaśnięciami kroków. Same jednak rozpływają się bezpowrotnie, co najwyżej żyjąc jakiś czas kruchym życiem wspomnienia. Lecz kiedy odejdą, nikt o ich nie pamięta.


Pierwsze ulice, mieszkańcy, w najlepszym wypadku pierwszy dom lub domy - to granica, poza którą pamięć nie sięga. Wszystko, co było wcześniej, kurczy się, by ostatecznie zniknąć.

Raz na zawsze.

I

1. Muzyka kieliszków na cienkich nóżkach


Dom stał przy głównej ulicy, która była stworzona przede wszystkim po to, aby doprowadzić Miasto na sam brzeg morza, złapanego u jej kresu w pułapkę portu.

Biegła ona przez Miasto leniwym meandrem brukowanym kocimi łbami; gromadząc po obu swych stronach sklepy i niewysokie kamienice; pyszniąc się fontanną z dwoma pyzatymi aniołkami, parkiem, w którego sercu błyszczał mały stawek okolony balustradą; dźwigając kościół - strzelistą wieżą celujący prosto w niebo.

Ulicę swego czasu nazwano dumnie imieniem Wodza, jednakowoż Dom wymykał się jej, ponieważ - w odróżnieniu od innych, posłusznie ustawionych w równym szeregu - rozsiadł się nieco w głębi, co mogło sprawiać wrażenie, że zagapił się, kiedy inne domy zajmowały miejsca wzdłuż ulicy - i dla niego nie starczyło już miejsca. Wobec czego pozostał z tyłu.

Albo jakby to nieśmiałość nakazywała mu trzymać się na uboczu - o ile oczywiście domy mogą być nieśmiałe.

Jakkolwiek było - dzięki takiemu położeniu Dom, chroniony dodatkowo czymś w rodzaju potrójnego zabezpieczenia - stawał się niewidzialny dla ciekawskich spojrzeń kierowanych z ulicy w tę stronę.


Najpierw więc była brama i to na niej zatrzymywało się wścibskie oko. Wprawdzie jej ażurowa konstrukcja pozwalała wślizgnąć się spojrzeniu, jednak parę metrów dalej uderzenie oczu intruzów więzło na dobre pośród czarno-białej, nieregularnej szachownicy stodoły, zbudowanej z pruskiego muru i postawionej w tym miejscu niczym ponury, przysadzisty obrońca albo jak warowne mury. Trzecie zabezpieczenie stanowiły wreszcie solidne, wysokie na dwa metry wrota z desek o nieokreślonym kolorze, zbitych ciasno, jedna przy drugiej. Wobec ich burej obojętności i chropowatego nieprzeniknienia natrętne oczy wycofywały się w przeświadczeniu, że wrota są niczym innym jak granicą, poza którą ulica nie sięga.


Przed domem rozpościerało się podwórko - miejsce, w którym czas domowy i czas świata zewnętrznego mieszają się ze sobą, będąc w połowie i jednym, i drugim - wieczną i niedokończoną formą przejściową. Oddychało się tu swobodnie powietrzem, w którym koła przejeżdżających furmanek stukały stłumionym echem a uliczne głosy mieszały się - będąc ledwo słyszalne.


Tym, co dobiegało ze świata z całą wyrazistością, były żałosne wrzaski mew, leniwe gdakanie kur, wybuchające oburzeniem, gdy w okolicach kurnika dało się posłyszeć miauknięcie rudego kota, poruszającego się po dwakroć bezszelestnie: ze względu na aksamitną delikatność kocich łapek i przez wzgląd na miękką trawę, która panoszyła się na podwórku. Wiosną trawa ta była tak zielona, że rudy kot brodząc w niej mrużył żółte ślepia, prychał zniecierpliwiony, kiedy delikatne źdźbła muskały jego nastroszone wąsy, jakby chciał dać do zrozumienia, że ma światu za złe całą tę jego zieloność. Od wycierania się w trawie na futerku kota pojawiały się brudnozielone plamy, który pieczołowicie zlizywał potem ostrym językiem.


Jesienią trawa rudziała i czekała na złoto-czerwone liście dzikiego wina, które spadały i spadały, i spadały, i w końcu całe podwórko wyglądało jak wielkie skrzydło martwego motyla, dopóki czyjaś ręka uzbrojona w grabie nie wypowiedziała wojny zeschłym liściom i nie przywróciła podwórku należycie schludnego wyglądu.

Niekiedy znienacka pojawiały się wichury, które wznosiły liście wysoko i zawieszały je na krzakach bzu - albo też ciskały nimi w okna domu, aż kwiaty stojące na pokojowych parapetach drżały w przestrachu i przestawały rosnąć.

Dom był podobny do wielu domów kreślonych dziecięcą rączką na kartach papieru: nieduży domek za spiczastym dachem, z kominem pykającym strużką dymu, oknami ułożonymi symetrycznie po dwóch stronach masywnych drzwi, w których uwięziona była ogromna - wypolerowana od kładących się na niej dłoni - mosiężna klamka. Takie domy - jeśli spojrzeć na nie z oddali, przelotnie i w zamyśleniu - przypominają smutne ludzkie twarze.

I ten dom też był taki. Opuszczona w dół klamka tkwiła w drzwiach jak wieczny grymas niezadowolenia.

Dom zbudował mężczyzna imieniem Fritz.

Wybudował go dla siebie, dla żony Hildegard, dla swych synów i -taką żywił nadzieję - dla dzieci swych dzieci. Stawiał go razem z bratem - ponurym olbrzymem o dłoniach jak łopaty; cieślą Horstem - nie wiedzieć czemu znanym jako Czarny Horst, chociaż od dawna był łysy jak kolano - i starym Peterem Kruppe, w obecności którego psy kuliły się ze strachu; być może dlatego, że jego lewe oko miało barwę jasnozieloną, a prawe - tak ciemnobrązową, że właściwie było zupełnie czarne. Peter Kruppe budował domy od niepamiętnych czasów. Od zawsze domy w okolicy, w sąsiednich wsiach i miasteczkach rosły pod jego dwukolorowym spojrzeniem.

- Ten dom stawiał Peter Kruppe - mawiali miejscowi - Oo, ten dom to postoi. Przeżyje was i waszych wnuków.


Albo też przestrzegali:


- Dom Braunów & Taak. Ten dach nie wygląda dobrze & No, ale cóż - to nie jest dom spod ręki Kruppego.

Kiedy nad morzem zaczynał się sztorm, w powietrzu dudniły wściekłe uderzenia fal przewalających się ponad molami a całe niebo pokrywało się poszarpanymi strzępami chmur, wyglądającymi jak rozbita i wniebowzięta piana - wtedy to strużka dymu z komina nagle zmieniała swój bieg i próbowała sunąć w dół do domu, wciskać się z powrotem do pieca. Kuchnia wypełniała się wówczas gryzącym zapachem i przy naprawdę wielkiej wichurze gaszono kuchenne palenisko i piece w pokojach.. Po takich swawolach wiatru w domu prano zasłonki kuchenne, wykrochmalone zazwyczaj do granic wytrzymałości i wiszącą w rogu kuchni serwetę, z wyhaftowanym granatową nicią napisem „Zimna woda zdrowia doda", ażeby nie przechował się nigdzie zapach dymu, żeby - Boże broń - nie wślizgnął się na pokoje, gdzie z całą pewnością zadomowiłby się na dobre w obiciach kanapy czy foteli.


Pokoje były cztery, nie licząc oczywiście dwóch pokoików na piętrze, jako że z pozbawionej ogrzewania góry korzystało się wyłącznie latem. Wdrapywało się tam, pokonując trzeszczące schody z dębowych desek Z nastaniem chłodów górę zajmowały usypiające w szparach desek motyle ze skrzydłami złożonymi jak do modlitwy, słoiki z zaprawami i skostniałe z zimna strachy.

Ten, który budował dom, rozmieścił cztery dolne pokoje na podobieństwo paciorków nanizanych na sznurek: przedzielone dwoma korytarzykami i kuchnią opasywały dom, pozwalając na swobodną po nim wędrówkę - przywołującą na myśl ruch wskazówek zegara. Wyruszając więc z kuchni drzwiami skierowanymi na zachód wchodziło się do pokoju nazywanego przez domowników Pokojem z Biurkiem. Ten przysadzisty mebel z orzechowego drewna, przechowujący w swym, pociętym szufladami i przegródkami, wnętrzu wszystkie możliwe dokumenty, akty własności, listy, wyblakłe fotografie stał nobliwie pod oknem, ustawiony tak specjalnie po to, aby siedząc przy nim w wygodnym fotelu móc zerkać przez okno ku bramie. Na blacie przykrytym wystrzępioną podkładką stały przybory do pisania: pióro, kałamarz oraz radio z zielonym okiem. Wobec okazałości tego sprzętu pozostałe meble traciły blask: ani kanapa otulana atłasową kapą, ani stół z lnianym obrusem, ani też komoda przykrywana klockowymi serwetami nie miały w sobie tego daru przykuwania spojrzeń, jaki posiadało orzechowe biurko.

Pokój ów łączył się z Pokojem Stołowym, gdzie królował wielki czarny kredens zdobiony motywem winorośli. Gdy ktoś otwierał jedne z jego trojga drzwiczek kredens brzęczał cichą muzyką kieliszków na cienkich nóżkach. Ten sam dekoracyjny motyw winorośli pysznił się na nogach rozkładanego stołu i krzeseł cisnących się wokół niego. Drugie drzwi wyprowadzały na korytarz i stawiały przed takim oto wyborem: można było wyjść z domu- przez drzwi ze smutną klamką lub też przejść do kolejnego pokoju, tego, w którym rozpychały się kwiaty na parapecie i gdzie w kącie posypiał obity zielonym pluszem tapczan. To tutaj w czasie sztormów najgłośniej w całym domu huczało morze i - bez względu na otwieranie okna i mycie podłóg - bezustannie utrzymywała się nikła woń soli i morskich wodorostów.

Czwarty pokój stanowił końcowe ogniwo kolistej amfilady: mijając go - dwa łóżka ustawione zagłówkami na wschód, toaletkę z marmurowym blatem, szafę podzieloną na dwie sprawiedliwe części dla rzeczy letnich i zimowych - powracało się do kuchni.

Wielka, zbierająca dla siebie najlepsze światło z południowych okien, kuchnia jak chroniąca i czuła matka strzegła swoich odgłosów: tykania zegara, postękiwania fajerek, buzowania ognia w kuchennym palenisku. Zamykała je ścianami, zatrzymywała na biało-granatowych kafelkach, ustawionych karnie i równiutko, czystych i błyszczących. Granatowo-biały deseń, granatowo-biały rytm ustalał ostatecznie porządek, dzielił dzień na pory posiłków, zawstydzał tego, kto usiłowałby tu wejść wprost z dworu w buciorach, nie zmieniwszy ich uprzednio na domowe pantofle.

Nic dodać, nic ująć.

Człowiek patrzy na takie domy i przychodzi mu na myśl, że ich mieszkańcy - zamknięci w klatce ścian - poruszają się w środku zgodnie z naturalnym rytmem wschodów i zachodów słońca. Że w kuchni - której okna wychodzą na południe - kroją chleb i układają kromki na talerzach odbijających słoneczne promienie; że budzą się wraz ze światłem we wschodnim pokoju a przed ułożeniem na spoczynek sprawdzają w północnych drzwiach, czy klucz jest należycie przekręcony.

Można zrozumieć to myślenie. Jak również wynikające zeń niezmącone niczym przekonanie, że dom jak ten - tak przezornie i rozumnie zaprojektowany - uchroni tych, którym daje schronienie od wszystkich -dużych i małych - nieszczęść tego świata. Że dach nie runie człowiekowi na głowę. Że podłoga nie ucieknie spod stóp. Że ściany dadzą osłonę przed wiejącymi od morza wiatrami i przed zimnem, które tylko czeka, żeby zaszyć się gdzieś pod skórą. Że dzięki swej stabilności nie pozwoli, aby człowieka wziął we władanie Przypadek.

Hildegard Bauske, od kiedy została sama, wiedziała, że to nieprawda. Mogła - nawet w środku nocy, wybudzona z Bóg wie jak głębokiego snu - recytować cała litanię różnorakich zagrożeń i nieszczęść czyhających na człowieka, niezależnie od tego, dokąd ów desperacko będzie próbował przed nimi uciec, gdzie będzie próbował się skryć. Wiedziała, że nie ma takiego miejsca. Że żaden dom nie ukryje ani jej, ani nikogo innego, kiedy przyjdzie to, co nieuniknione.

Wiedza ta przyszła do niej w chwili, kiedy przestała rano kroić chleb na czternaście kromek: cztery dla Willa, cztery dla Johanna, cztery dla Fritza i dwie dla siebie. I przestała układać je na talerzach jaśniejących od słońca.

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj