Recenzja książki: Jarosław Iwaszkiewicz, "Dzienniki 1911–1955"
List do samego siebie
'Dzienniki' Jarosława Iwaszkiewicza czyta się jednym tchem. A potem wraca do fragmentów, smakując język, podziwiając umiejętność budowania nastroju, sztukę pisania.

O tym, że Jarosław Iwaszkiewicz (1894–1980), jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy minionego stulecia, prowadził – choć, niestety, niesystematycznie – dziennik, było wiadomo jeszcze za jego życia. Fragmenty dotyczące tygodni poprzedzających wybuch II wojny światowej i lat 1939–1945 były przygotowane do publikacji jeszcze przez samego pisarza. Niektóre zapiski wcześniejsze publikował w „Miesięczniku Literackim”. Dawało to przedsmak tego, czym jest ten diariusz.

Tom pierwszy dotyczy ponad połowy długiego życia Iwaszkiewicza, dwa zapowiedziane – dwóch ostatnich dekad. W czasie historycznym tom pierwszy rozpoczyna się w okresie zaborów, gdy nikt rozsądny, poza garstką romantyków, nie wierzył w odrodzenie Polski, która jednak powstała i przez ponad 20 lat istniała na europejskich mapach. Następnie dramat okupacji i powojenne lata zaciskającej się obroży systemu stalinowskiego. Tom pierwszy jest więc chronologicznie niejednorodny, dziejąc się w trzech całkowicie odmiennych epokach. Dwa pozostałe dotyczą Polski poststalinowskiej, wciąż wszakże rządzonej przez PZPR.

Sens diariusza jest w jego szczerości. W odwadze opisywania siebie, własnych przeżyć wewnętrznych. Andrzej Gronczewski, w znakomitym wstępie do tego tomu, nazywa „Dzienniki” Iwaszkiewicza gigantycznym, ciągłym listem do samego siebie. „O sobie pisząc – stwierdza – włada Iwaszkiewicz tak wieloma językami skromności i wstydu, tak często zmienia rejestry emocjonalne, tak chętnie ucieka od reguł dyplomacji, tak świadomie stroni od ostrożności w doborze epitetów, od precyzji w szlifowaniu, że mamy tu właściwie wszystko: żarliwą skargę, grymas nagłego bólu, toksyczną ironię, brutalność wobec siebie, wielkopańską nonszalancję wobec własnych dokonań. Wreszcie – żal starego człowieka, któremu wydaje się, że jego dłonie są puste. Że obszary dookolne muszą być martwe, obojętne, skażone, wrogie”.

Są w tych zapiskach fascynacje erotyczne autora wrażliwego na piękno mężczyzn, są dramaty wynikające z tych związków, są wreszcie notatki niepozbawione ironii, jak ta uczyniona 10 stycznia 1955 r. w Sejmie: „Każda epoka ma swój styl, nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy realizować. Mogłem w maju 1936 r. chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani w 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, a gdzie Iwaszkiewicz? Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Karczmy Babińskie”.

Wątek homoseksualny, tak ważny dla zrozumienia autora „Dzienników”, pojawia się w wielu miejscach, co potwierdza zapewnienia córki pisarza Marii Iwaszkiewicz, że w publikowanym tekście „Dzienników” nie dokonano żadnych opuszczeń.

Ponad połowa tego tomu dotyczy dziesięciolecia 1945–1955. Iwaszkiewicz w Polsce Ludowej uplasował się nieźle. Udało się zachować Stawiska, w których mieszkał z rodziną od 1928 r. Nowe władze starały się pozyskać ludzi kultury, stwarzając im w pierwszych latach Polski Ludowej dość szerokie możliwości działania. Ta polityka, poza nielicznymi wyjątkami, znajdowała w środowiskach artystycznych i naukowych pozytywny odzew. Odbudowa zniszczeń wojennych, zarówno w sensie materialnym, jak i duchowym była zadaniem pierwszoplanowym. Nie istniała zresztą żadna realna alternatywa. Rachuby na wybuch trzeciej wojny światowej były mrzonkami. Świetnie rozumiał to najwyższy wówczas autorytet Kościoła kardynał Adam Sapieha, inspirując powstanie „Tygodnika Powszechnego”, którego pierwszy numer ukazał się 24 marca 1945 r. w Krakowie.

„Dzienniki” zaledwie muskają ten pierwszy rok, a potem jest długa przerwa do kwietnia 1949 r., do opisu podróży na Sycylię. Potem Rzym, Paryż, znowu Rzym, a później nawet Chile, co w owych latach było podróżą całkowicie egzotyczną. W początku lat 50. tylko nieliczni mogli wyjechać na Zachód. Iwaszkiewicz do nich należał, szczególnie gdy stał się komiwojażerem walki o pokój. Z „Dzienników” wynika, że naprawdę bał się kolejnej wojny. Znajdował więc wspólny język z podzielającymi ten lęk zachodnimi intelektualistami. Dochodziła do tego niechęć do amerykańskiej kultury, również dzielona z europejskimi intelektualistami. 

O polityce niewiele, ledwie napomknienia. Pojawia się jej nieco więcej dopiero w zapiskach z 1955 r., czasu, który zwykliśmy nazywać odwilżą. Raz tylko autora ponosi temperament przy lekturze „Poematu dla dorosłych” Adama Ważyka, który nazywa ohydnym. „Jestem oburzony na człowieka, który brał taki udział w »budowie socjalizmu« i realizmu socjalistycznego w literaturze, a potem pisze takie okrutne rzeczy (...). Wiem, co to jest Nowa Huta i co to są hotele robotnicze, i wiem, że konduktorkę autobusu między Nową Hutą a Krakowem zgwałciło siedemnastu robotników (Zygmunt Mycielski powiedział Sokorskiemu: jak będzie gwałciło dwóch, to będziemy mogli wtedy mówić o upowszechnieniu kultury) – ale jednocześnie widzę dużo, dużo innych rzeczy”.

Bardzo ułatwiają lekturę znakomicie opracowane przypisy.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, wstęp Andrzej Gronczewski, Czytelnik, Warszawa 2007, s. 576

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj