Fragment książki "Dzienniki 1911-1955"

Wizyta u Benedetta Croce

Przejeżdżamy autobusem przez cały Neapol i znajdujemy się w jakiejś nieznanej dla mnie dzielnicy, dość wysoko w górze. Jedno dla mnie jest jasne, że to jest stara część miasta. Mijamy trójkątny plac z barokowym monumentem i odnajdujemy wąską, ożywioną uliczkę. Jedną jej stronę zajmuje stare, ciężkie, czarne pałacysko, całkiem nieoświetlone. Tam właśnie mieszka Croce.

Po szerokich i płaskich renesansowych schodach drapiemy się na bardzo wysokie drugie piętro. Po drodze dowiaduję się, że samego Crocego nie zobaczę. Nie wychodzi on już ze swojego pokoju i tylko rzadko kogo przyjmuje u siebie. Ma on obecnie osiemdziesiąt sześć lat i chociaż umysł jego pozostał zupełnie jasny, rozmowa, a zwłaszcza z cudzoziemcami, męczy go bardzo. Croce ożenił się późno z jedną ze swoich uczennic i mimo podeszłego wieku ma cztery młode córki. Trzy z nich mieszkają z nim razem lub w Neapolu i stanowią najbliższy sztab współpracowniczek wielkiego uczonego. Są jego sekretarkami, maszynistkami, u­rzędniczkami, a przede wszystkim czcicielkami. Otwiera nam drzwi stara służąca i odbiera od nas okrycia. Mieszkanie wydaje się olbrzymie i zajmuje całe piętro ponurego pałacu. Pokoje są duże i wysokie i światła wydają się czy są przyćmione. Ma się wrażenie przygnębiającego półmroku. W pokojach, przez które przechodzimy, stoją olbrzymie szafy pełne zakurzonych książek. W jednym z tych pokojów pod kątem do siebie stoją dwie czarne szafy różne od innych. Rena pokazuje mi je i mówi, że to są wszystko dzieła Crocego - „pana senatora", jak się mówi w domu - oryginały i przekłady na języki obce. Napisał całą bibliotekę. Przede wszystkim zaczął od historii, on pierwszy że tak powiem „postawił na nogi" historię Neapolu i to mnie właśnie tu sprowadza w związku z moimi pomysłami powieściowymi. Czytałem już w Rzymie Uomini e cose della vecchia Italia, dwa tomy znakomitych esejów, w znacznej mierze historii Neapolu poświęconych. Poza tym ma Historię Neapolu, którą czytałem, Historię Republiki Partenopejskiej, co mnie głównie interesuje, album ilustracji dotyczących rewolucji neapolitańskiej, wygnania Burbonów, itd., itd. Potem dopiero przeszedł do tej swojej filozofii, starając się stworzyć coś w rodzaju syntezy wiedzy i filozofii europejskiej. Olbrzymia erudycja, światopogląd typowy dla dziewiętnastowiecznego liberała, pracowitość i sumienność: wreszcie wspaniałe, ale to wręcz wspaniałe rzemiosło pisarskie składają się na sylwetkę tego człowieka i twórcy. W zmurszałym zamku neapolitańskim, w przyćmionym mieszkaniu, olbrzymim i pełnym cieniów rzucanych przez secesyjne graty, z ciemnymi obrazami - niekoniecznie starymi - na ścianach, przytłoczony masą zakurzonych książek, staje mi się on symbolem starej, przemijającej, rozsypującej się już kultury europejskiej.

Rena uprzedza mnie, że w tym domu panuje wielkie skąpstwo i że gościom podają kiepskie cinzano i więcej nic.

Witają nas zrazu dwie córki Crocego. Jedna z nich jest mężatką i mieszka w Neapolu. Druga, najmłodsza, Silvia jest panną lat około dwudziestu ośmiu, bardzo miła. Marzeniem Reny jest, aby Kocik się z nią ożenił i błaga mnie, abym Kocikowi powiedział, że ona mi się podoba. Niestety Silvia jest bardzo brzydka i nie mogę dać słowa honoru, że będę chwalił jej urodę. Po chwili zjawia się mąż starszej córki.

Stara służąca przynosi jednak nie cinzano, ale herbatę, ciastka i doskonałe cukierki. Rena rzuca na mnie wzrok porozumiewawczy, że to niby na moją cześć odstępowanie od zasad „przyjęciowych". Wjeżdża jednak i wermut, moim zdaniem wcale nie taki kiepski, ale ja się na tym nie znam.

Oczywiście od razu rozumiem, że jestem tu pewnego rodzaju curiosum, człowiek zza żelaznej kurtyny! Rozmowa toczy się po francusku, chociaż obie panie twierdzą, że francuszczyzna ich zardzewiała. Rzeczywiście ja mówię (nie mówiąc już o Renie) lepiej od nich. Staram się jednak przez uprzejmość wtrącać wyrazy i całe zdania po włosku, aby wywołać odpowiedzi włoskie, aby nie tylko ułatwić konwersację, ale aby umożliwić obu paniom Croce mówienie rzeczy bardziej interesujących, niż się mówi w niedostatecznie opanowanym języku.

Zjawia się wreszcie trzecia panna Croce, Alda. Właściwie już nie jest panną Croce, gdyż kiedyś tam wyszła za mąż (jest starsza od Sil­vi), ale była bardzo niedługo mężatką. Porzuciła męża i wróciła do ojca, widocznie nie mogła wyżyć poza cieniem tego wielkiego człowieka. Alda jest najbardziej interesująca, najinteligentniejsza, ale widać, że ta jest całkowicie wyssana z indywidualności przez potężną osobowość ojca. Wszystkie trzy wymawiają słowo „papa" w sposób specjalny, ale u niej nabiera ono takiego znaczenia, w jakim wierzący prałat używa słowa „Bóg". Bo to i przyjaciel, i bliski znajomy, i ten przed czyim ołtarzem odprawia się mszę i którego się jest najbliższym krewnym - a poza tym wszystkim „wielki pan" i stworzyciel świata. Alda podoba mi się najbardziej.

Oczywiście strasznie się interesują sytuacją w Polsce i moją osobą na tym tle. Widzę od razu, że moja postać, moja francuszczyzna, moja kultura, moja erudycja (wiem, na przykład, dość dużo o historii Neapolu i rewolucji neapolitańskiej) zaczynają je bardzo interesować. Naturalnie ja sam najlepiej się orientuję, jakie to jest wszystko powierzchowne, ale również wiem, że zawsze robię dobry efekt za pierwszym spotkaniem. A ponieważ one już nie będą się mogły rozczarowywać (jak inni) przy następnych spotkaniach, więc chyba pozostawię im dobre wspomnienie. Bardzo mi o to chodzi, nie ze względu na Polskę Ludową, ale po prostu na Polskę, którą bądź co bądź reprezentuję.

Mówię bez zahamowań o mojej pracy w Polsce, o odbudowie Warszawy, potrącam o wspomnienia okupacyjne. Korzystam z tego, że Rena wychodzi na chwilę do miasta po jakiś sprawunek, aby poruszyć z tymi paniami kwestię nicości emigracji. One zdają sobie z tego sprawę. (Croce nie emigrował w epoce faszyzmu - chociaż mógł się spodziewać prześladowań). Zdają się aprobować moją teorię potrzeby przeżywania z narodem wszystkich jego losów i możliwości pomnażania jego kultury tylko wewnątrz jego granic. W pewnym momencie ktoś wzywa Aldę, ona zrywa się natychmiast i żegna się ze mną:

- Il faut que je travaille. Papa m'appelle.

To papa m'appelle brzmi jak rozkaz kategoryczny i na który nie ma rady. Wychodzi.

Po wyjściu Aldy siedzę długo, bo Rena nie wraca z miasta, a ja bym nawet nie wiedział, jak ruszyć się po wyjściu z czarnego pałacu. Zresztą rozmowa ani chwili nie ustaje i jest wciąż ożywiona. Próbuję nawet mówić jakieś dowcipy po włosku.

Przychodzi jeszcze jakiś pan, dość zabawny. Zdaje się, że to jest dawny służący Crocych, który był wyjechał do Ameryki, a teraz nieco opierzony wrócił do Neapolu na stałe i przyszedł odwiedzić swoich dawnych chlebodawców. Oczywiście rozmowa z nim schodzi na sprawy całkiem potoczne, zdrowie dzieci, pogodę, klimat, sprawy mieszkaniowe. Mówi się też wyłącznie po włosku.

Mnie to nie nudzi. Obserwuję zachowanie się tych pań. Ogromnie lubię włoskie kobiety. Mają swój specjalny miły styl, swobodny i wyrobiony, bez francuskiego poloru tak strasznie powierzchownego, bez tego co mają paryżanki, które cokolwiek by mówiły, zawsze się zdaje, że to jest tylko przedłużone comment allez-vous? i nie wymaga żadnej odpowiedzi. Tę łagodną uprzejmość i prostotę konwersacji zauważyłem już u de Sanctisowej. Tutaj oczywiście wzmożone to jest przez dużą kulturę, wykształcenie i inteligencję. Wszystkie trzy córki mimo wszystko, mimo swego fizycznego zdrowia i silnych głosów, robią na mnie wrażenie wyrosłych w cieniu wielkiego dębu wątłych kwiatów.

Panie pokazują mi książki ojca i album dotyczące rewolucji 1799 roku. Proponują mi, abym korzystał z ich biblioteki, co oczywiście jest niemożliwe, bo wyjeżdżam za dzień: trochę się dziwią mojej lekkomyślności, że chcę pisać o Neapolu po jednodniowej w nim wizycie i widać wymagają ode mnie ojcowskiej gründlichkeit. Nie mogę im wytłumaczyć, że czasami takie jedno ogólne wrażenie jest dla pisarza ważniejsze niż długotygodniowe studia. Conrad napisał Nostromo po jednodniowym postoju w porcie Wenezueli, a cóż to za synteza znakomita Południowej Ameryki i sił ścierających się na tym gruncie. One mnie wciąż namawiają na zwiedzanie bibliotek i muzeów, czego w gruncie rzeczy nienawidzę. Inna rzecz, że powinienem zwiedzić to muzeum na górze w Castel Sant'Elmo, rodzaj Musée Carnavalet. W takim muzeum czasem jeden szczegół, jeden przedmiot może zapłodnić myśl, jak ta suknia George Sand w czarne kłosy na białym tle, jaką właśnie w Musée Carnavalet widziałem. Ale chyba nie będę miał czasu.

Wreszcie wraca Rena. Wybieramy się już do domu, wizyta trwa około dwóch godzin. Kiedy jesteśmy już w przedpokoju, nagle Silvia się pyta: „Może by pan chciał zobaczyć mojego ojca?". Odpowiadam, że byłoby to dla mnie szczęściem prawdziwym.

Silvia puka do przyległych drzwi i potem mnie wpuszcza do wielkiego, mocno nagrzanego pokoju oświetlonego tylko lampą stojącą na biurku. Ściany tego pokoju okryte półkami pełnymi książek, jakieś czarne obrazy. Z jednej strony biurka siedzi Alda, notując coś, i jakiś młody ksiądz w sutannie. Maszynistka pisze na boku. Z drugiej strony niewielkiego biurka siedzi - Benedetto Croce.

Jest to ciemna wielka góra. Masa ciała ludzkiego, która robi wrażenie czegoś porośniętego pleśnią. Wielka, olbrzymia głowa pokryta brązowymi łuskami na skutek jakiejś choroby skóry. Małe oczy zwracają się na mnie, jak gdyby przychodziły z jakiejś dalekiej odległości, jakby odrywały się od kontemplacji nieskończoności.

Silvia przedstawia mnie w kilku uprzejmych słowach. Croce, nie wstając od biurka, nie poruszając swej góry ciała, podaje mi rękę.

Jest w powieści, którą napisał Johannes V. Jensen, Upadek króla, taka scena, kiedy za sklepem czarodzieja i astrologa, zresztą robiącego dobre interesa, znajdują człowieka potwora, który jest właściwym spiritus movens czynności astrologa i wróżbity. Potwór ten stanowi tylko olbrzymią głowę, potężny mózg, do którego doczepiony jest bezkostny tułów.

Miałem wrażenie, patrząc na Benedetta Croce, że widzę owego duńskiego człowieka - mózga. Porośnięty mchem, okryty łuskami jak wąż, mędrzec siedział w kształcie ropuchy przed biurkiem, coś dyktując. Ale na mnie robił wrażenie owada wysysającego krew z Aldy i młodego księdza.

Zwrócił się do mnie z kilkoma banalnymi pytaniami. Głos jego (mówił po francusku) także jak gdyby dolatywał z wielkiej odległości.

Spytał mnie: czy dawno przyjechałem? Czy na długo? Jakim środkiem komunikacji? I czy wracam do Polski?

Na moją twierdzącą odpowiedź na to ostatnie pytanie w jego wężych, głęboko osadzonych oczach, zamigotało coś w rodzaju starczego niepokoju. Z głębi jego ciała wydobył się głuchy odgłos:

- No, a jakże wy sobie dajecie radę? Kłopot macie z tą Rosją...

O ile na poprzednie pytania odpowiedziałem z wielką precyzją i dość głośno, tutaj wybełkotałem jakieś niewyraźne zdania:

- Że niby i owszem... dajemy sobie radę... że socjalizm... itd.

Po spojrzeniu Aldy zrozumiałem, że audiencja jest skończona. Znowu głęboko się skłoniłem i trzymając w ręku olbrzymią i szorstką łapę „ostatniego Europejczyka" powiedziałem:

- Dziękuję panu za prawdziwy honor i szczęście, że mogłem uścisnąć dłoń pańską.

Potem zacząłem się wycofywać tyłem jak na audiencji u koronowanej głowy. Przy drzwiach gabinetu dopadła mnie jeszcze Alda w towarzystwie księdza, aby mi powiedzieć, jaką przyjemnością dla niej i dla jej ojca były moje odwiedziny i na zakończenie rzec serdecznie i po prostu „do widzenia".

Silvia odprowadziła nas do drzwi wyjściowych. W drodze przez pustawe już o tej porze ulice i place Neapolu mówiłem raczej sam do siebie niż do Reny:

- Wielki, postępowy człowiek! Senator! Napisał całą bibliotekę książek. Antyklerykał i pewnie mason, wchłonął całą wiedzę europejską, poznał całą kulturę zamierającego kontynentu... I zadaje takie pytanie: jak radzicie sobie z Rosją? Pojęcia o tym nie ma. Nie wie nic, co to jest Rosja, co to jest komunizm, co to jest droga do socjalizmu... nie rozumie nic z najistotniejszych zagadnień kontynentu europejskiego w ostatnim półwieczu. I jak gasnące słońce siedzi potworny za swoim biurkiem i dyktuje ostatnie europejskie słowa córkom, z których wypompował wszystkie soki życia.

Wracamy z Reną do pensjonatu na obiad. Wypijamy przy skromniutkim obiedzie butelkę czerwonego wina. Towarzystwo w pensjonacie okropne. Rozpytuję się, jak można pojechać do Ravello, co jest moim marzeniem od wielu lat. Gospodarz ani powołani do tego eksperci w postaci młodych mieszkańców pensjonatu nie umieją mi tego wyjaśnić, natomiast wszyscy mi radzą Pompei, do której czuję jakąś odległą antypatię. Postanawiam sam sobie załatwić sprawę wycieczki. Widziałem dziś w dzień jakieś biuro turystyczne w Palazzo di Provincia, modernym, faszystowskim widać gmachu, na jednym z placów w pobliżu Municipio. Postanawiam tam pojechać jutro z samego rana. Z Reną się żegnam. Ma ona jutro jechać do Rzymu, do Kota. Zresztą wszystko zależy od pogody, która nie zapowiadała się dobrze z wieczora. Kładąc się spać, otwieram okiennicę i widzę wysoko nad Castel Sant'Elmo puszyste, wyraźne gwiazdy na tle ciemnego, ale przejrzystego (trudno to wytłumaczyć temu, co nie widział nieba na południu) firmamentu. Jeszcze jedna myśl o domu. Te gwiazdy to dobra wróżba

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj