Recenzja książki: "Opowiadania szkolne"
"Opowiadania szkolne", czyli jak upupić literaturę
Wtajemniczenia w dorosłość.

Pomysł to nienowy, aby kilku czy kilkunastu pisarzy wypowiedziało się na zadany temat czy też w ramach pewnego gatunku. Czytelnicy mogą już to sięgnąć po zbiór „najlepszych" opowiadań detektywistycznych, już to zapoznać się z twórczością „najwybitniejszych" przedstawicieli fantasy. Na Boże Narodzenie proponuje się im kupno „Opowiadań wigilijnych" (nie mylić z „Opowieścią"), zaś walentynki powinni uczcić lekturą wydanego z tej okazji tomu opowiadań o miłości.

W tym roku na początku września rozpoczął nie tylko nowy rok szkolny, ale również sprzedaż świeżo wydanych „Opowiadań szkolnych". Osiemnaście opowiadań, dziewiętnastu pisarzy, ponad trzysta zadrukowanych stron - rozmach przedsięwzięcia imponuje liczbami. Tyle tylko, że to, co w zamierzeniu miało stać się atutem wydawnictwa, mimowolnie pogrzebało jego walory estetyczne. Można nawet pominąć literacką wartość poszczególnych utworów (chociaż niektóre trudno czytać inaczej niż tylko z obowiązku), ale trudno nie zauważyć, że taka liczba opowiadań raczej rozprasza, niż kumuluje wszystkie efekty literackich powrotów do szkolnej ławki.

Problem nie polega na tym, że nowele przeczą sobie albo rozwijają antagonistyczne idee. Chodzi o to, iż kolejni autorzy powielają te same schematy kompozycyjne czy fabularne. Ile razy bez irytacji można czytać o tym, że w szkole uczą tylko życiowi nieudacznicy albo idealiści, co na dobrą sprawę oznacza prawie to samo? Ile razy trzeba się przekonywać, że sprytny uczeń wywiedzie w pole najsurowszego i najbardziej uprzykrzonego nauczyciela? Ile razy można pozwolić sobie na sprzedawanie historii o tym, jak przedstawiciel „aparatu władzy ludowej" musiał w szkole przełknąć gorycz porażki agitacyjnej"...

Z drugiej strony, to właśnie opowieści sięgające w przeszłość bardziej przykuwają uwagę czytelnika (np.: J. Majewski, „Mała matura"; I. Mentzel, „Salon literacki profesora Chruścika"; E. Ostrowska, „Bardzo długa lekcja"). Nie bez znaczenia jest tu zapewne aura egzotyki, którą roztaczają wspominki narratorów-bohaterów sprzed czterdziestu i więcej lat. Rzeczywisty jednak atut wymienionych nowel polega na wprowadzeniu do nich zawsze atrakcyjnego motywu wtajemniczenia w dorosłość, kiedy to przed młodym człowiekiem otwierają się dotąd niedostępne obszary doświadczenia.

Na odmianę można odnieść wrażenie, że o współczesnej szkole nie potrafimy opowiadać, tak jak nie mamy pomysłu, jak ją dobrze zreformować. Próby oddania mentalności współczesnych nauczycieli (G. Bąkiewicz, „Dzień jak co dzień", Z. Górniak, „Trauma") czy uczniów (K. Grochola, „Powrót taty", I. Sowa, „Po dzwonku") grzeszą schematyzmem pokazanych charakterów i opisanych sytuacji. Opowiedziane zdarzenia i scenki tym bardziej wydają się sztuczne, im usilniej autorzy próbują narzucać z ich pomocą mało oryginalne tezy. Owszem, przemoc w szkole, brak autorytetów akceptowanych przez młodzież, przepracowanie źle wynagradzanych nauczycieli - to istotne bolączki współczesnej edukacji, lecz nie wystarczy o nich wspomnieć, aby uczynić utwór atrakcyjnym poznawczo i intelektualnie niepokojącym.

Błędu tego nie popełnił J. Klejnocki w „Złamanym sercu", bo choć przeniósł akcję opowiadania w czasy powstawania wolnej Polski w roku 1989, to jednak podjął zagadnienia aktualne i dyskutowane obecnie. Na tle tego utworu tym wyraźniej rysują się niedostatki innych opowiadań. A co poza tym? Zwracają uwagę teksty feminizujące: I. Matuszkiewicz „Bal przebierańców" (dyskretnie) i M. Mostowik, „Szkoła kobiecości" (manifestacyjnie). Nieraz szkolny temat okazuje się tylko pretekstem do uzewnętrznienia innych zainteresowań, jak to ma miejsce w przypadku Z. Mossakowskiej („Lekcja mistrza Leonarda") czy M. Rusinka i A. Turnau („Plan awaryjny"). Bardzo często mowa o odrzuceniu przez zbiorowość innych, niekorzystnie wyróżniających się ubiorem, zachowaniem, zainteresowaniami. Nieakceptowani mogą być zarówno uczniowie, jak i nauczyciele. Drastycznego przykładu dostarcza tutaj bohaterka noweli „Bardzo długa lekcja" E. Ostrowskiej.

To ostatnie opowiadanie otworzyć może jeszcze jedno pole do dyskusji, dla kogo przeznaczony jest ten zbiór: dla dorosłego czy młodzieżowego czytelnika? Ten ostatni rozwiązanie „Bardzo długiej lekcji" uzna z pewnością za zaskakujące i pouczające, dojrzalsi czytelnicy będą się raczej spodziewali takiego obrotu wydarzeń, a samo opowiadanie uznają za nieco zdezaktualizowane. Do wyraźnie młodszego odbiorcy skierowane są bez wątpienia takie pozycje, jak „Rybaki" D. Odiji, „Wiadukt" M. Przepiery, „Projekt Patryka" B. Świderskiego czy „Historia spisana na glinianej tabliczce" M. Wardy.

Innymi słowy, dla zgromadzonych w „Opowiadaniach szkolnych" utworów byłoby lepiej, gdyby nie zebrano ich razem i na siłę nie objęto tym samym szyldem, który uwypukla ich braki, a zaciera walory. O czym zapewne wiedzą wszyscy czytelnicy takiej „szkolnej" historii, jak „Ferdydurke" W. Gombrowicza.

Maciej Pabisek, FA-art
 

Opowiadania szkolne, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2007, s.318.

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj