szukaj
Recenzja książki: Małgorzata Szejnert, "Czarny ogród"
Giszowiec, czyli wszechświat
Fascynująca tkanka codzienności.

Historia spółki węglowej pożywką dla literatury? A jednak „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert zachwyca od pierwszych stron, na których protoplasta rodu Giesche, niczym lisowczyk Rembrandta, jedzie na koniu przez Śląsk, zrujnowany przez wojnę 30-letnią. Jego potomkowie stworzą węglowe imperium.

Powstanie Gieschewald (dziś Giszowiec, dzielnica Katowic), miasto-ogród, którego nowoczesne domy zbudowane są na wzór chłopskich chałup. Nietrudno się domyślić, ile wysiłku kosztowało autorkę zebranie materiału (w tym zdumiewających fotografii). W swej fizycznej postaci, życiowych przypadkach, myślach i uczuciach, stają przed nami konkretni ludzie: górnicy, urzędnicy, przemysłowcy, z których większość nie żyje od kilkudziesięciu lat.

Augustyn Niesporek, który porzucił pracę w kopalni, by oddać się fotograficznej pasji. Rozalka Kajzerówna, która pływała tak dobrze, że wysłano ją na olimpiadę do Amsterdamu. Bolesław Sulik, którego zafascynowała wiedza ezoteryczna. I setki innych. Ludzkie losy splatają się i rozchodzą, tworząc tło dla fascynującej tkanki codzienności. Ale „Czarny ogród” ma jeszcze dodatkowy bieg – metafizyczny. Realizuje marzenie poetów o apokatastazie, czyli przywróceniu do istnienia każdej ulotnej chwili, którą porwała ze sobą rzeka czasu.

Do tego wątku rzeczywistość dopisała ironiczny komentarz. Gdy Małgorzata Szejnert kończyła pisać książkę, spółka Giesche zbankrutowała. Ale „Czarnego ogrodu” nikt nam nie odbierze. Trwa, nie mija.
 

Małgorzata Szejnert, Czarny ogród, wyd. Znak, Kraków 2007, s. 552
 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj