szukaj
Fragment książki "Strach"
Przejmowanie żydowskiej własności przez osoby prywatne

Plądrowanie własności pomordowanych Żydów to zjawisko rozpowszechnione podczas okupacji. W oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku „zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku" - zanotował Zygmunt Klukowski. „Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle" - stwierdzał z gorzką ironią.

I rzeczywiście, w październiku, po którejś „akcji", kiedy doktor Klukowski znowu podejmie wątek rabunku, zanotuje w Dzienniku..., że ludność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików".

Na drugim końcu Polski, w Jedwabnem, 10 lipca 1941 roku „jeszcze dopalała się stodoła, kiedy część mieszkańców rzuciła się na mienie pożydowskie".

Przechodzenie własności żydowskiej w ręce Polaków podczas okupacji to zjawisko rozłożone w czasie i nieograniczone bynajmniej do aktów grabieży przy okazji likwidacji gett lub mordów zbiorowych popełnianych przez ludność autochtoniczną. Większość wymuszonych okolicznościami transakcji między Żydami i miejscową ludnością - kiedy Żydom nakazywano przeprowadzkę do wyznaczonych gett, dajmy na to - miało dokładnie takie same skutki. Także i po śmierci Żydzi byli obiektem zainteresowania osób pragnących się szybko wzbogacić. Po wojnie rozkopywano zbiorowe mogiły pomordowanych w poszukiwaniu kosztowności.

Ilu ludzi w jakiejś mierze skorzystało na czystce etnicznej przeprowadzonej podczas okupacji przez Niemców - nie wiadomo. Wojciech Lizak ocenił na pół miliona liczbę „następców prawnych w pożydowskich sztetlach". Miał zapewne na myśli raczej mieszkania, sklepy, warsztaty, domy czy pola uprawne przejęte przez ludność miejscową niż to, co Klukowski nazywa „nędznym żydowskim dobytkiem". Ale przecież meble, sprzęty gospodarskie, przedmioty użytku domowego, zabawki, pierzyny, poduszki, ubrania (o których często mówiono „żydowskie łachy") nie znikły z powierzchni ziemi i tylko w drobnej części zostały wysłane jako zdobycz wojenna do Niemiec.

Zabór żydowskiego mienia był zjawiskiem na tyle powszechnym, że pociągnął za sobą wyłanianie się norm regulujących sposoby, w jakie robiono z niego użytek. Nastąpiła redystrybucja dóbr i, jak zawsze w takich okolicznościach, powstały mechanizmy sankcjonujące praktykę społeczną z nim związaną. I tak na przykład w sierpniu 1941 roku Helena Klimaszewska pojechała z Goniądza do Radziłowa „w celu wyszukania mieszkania dla rodziców męża, gdyż wiedziała, że po likwidacji Żydów są tam wolne mieszkania...". W Radziłowie dowiedziała się, że „mieszkaniami pożydowskimi rządzi Godlewski". Zwróciła się więc do niego, żeby dał jedno jej rodzinie. „Na powyższe Godlewski odpowiedział »Ani mi się ważcie« - opowiadała Klimaszewska, której relację przytacza Andrzej Żbikowski. - Kiedy powiedziałam, że pan Godlewski ma do dyspozycji cztery domy, a ja żadnego, to odpowiedział: »Gówno to was obchodzi, do mnie ma przyjechać z Rosji brat, gdzie przez Sowietów był odwieziony, i musi posiadać dom«. Kiedy ja nadal domagałam się o to mieszkanie, to ten odpowiedział: »Jak trzeba było likwidować Żydów, to nikogo nie było, a teraz chcecie mieszkania«". „Na to - jak pisze historyk IPN - zareagowała ostro jej teściowa: »nie chcą dać mieszkania, a wnuczka mego [Józefa Ekstowicza] posłali do oblewania benzyną stodoły«". (Ekstowicz z kolegą wdrapali się w Radziłowie na dach stodoły, w której zamknięto kilkuset Żydów, i oblali go naftą, po czym podpalono budynek). I tak oto jesteśmy świadkami rozmowy, której przesłanką - implicite przyjmowaną przez jedną starszą panią, jedną w średnim wieku i jednego pana - jest uznanie, że tytułem do objęcia w posiadanie cennych dóbr jest udział w wymordowaniu ich właścicieli.

„Urzeczowienie" Żydów jeszcze i na tym polegało, że za życia traktowani byli jako, można by rzec, tymczasowi depozytariusze własności „pożydowskiej". „Buty to mogłaby mi paniusia już zostawić" - powie do Miriam Rosenkranz niejaka Józefowa, która z nią razem pracowała przy skubaniu pierza, w dniu kiedy już wyglądało na to, że będą likwidować getto. Z podobną propozycją przyszła do Chai Finkelsztajn tak zwana przyzwoita osoba, sąsiadka, sugerując na samym początku pogromu w Radziłowie, żeby jej oddała lepsze rzeczy, bo przecież zaraz zginie wraz z rodziną i wtedy jacyś źli ludzie wszystko sobie wezmą. Zięć gospodarza ukrywającego w Węgrowie Fajwela Bielawskiego zaproponował, żeby ten oddał mu buty z cholewami, to on go będzie dobrze wspominał - bo przecież prędzej czy później Bielawski i tak zostanie zabity. Wychodziło na to, że Żyd, jeśli chciał zostawić po sobie przynajmniej dobre wspomnienie, powinien był po sąsiedzku oddać to, co miał, znajomemu Polakowi.

Istniała też jakaś społecznie usankcjonowana granica, której nie należało przekraczać, wzbogacając się na Żydach. Kiedy sołtys wsi, w której Finkelsztajnowie ukrywali się po ucieczce z Radziłowa, dowiedział się o ich miejscu pobytu, zażądał, aby się przeprowadzili. Nie dlatego - wyjaśnia Chaja Finkelsztajn w obszernej relacji zdeponowanej w Yad Vashem - że ich obecność zagrażała bezpieczeństwu mieszkańców, tylko dlatego, tłumaczył jej sołtys, że jeśli za długo będą mieszkać u tego samego gospodarza, to on za bardzo na tym skorzysta. Kto i jak wzbogacił się kosztem Żydów, pozostanie długo po wojnie przedmiotem rozmów i konfliktów między sąsiadami w prowincjonalnych miasteczkach.

Choć w rezultacie przejęcia własności żydowskiej wytworzył się „nieistniejący przedtem polski stan trzeci" (używam znowu sformułowania ostatniego delegata rządu londyńskiego), to przecież w każdej społeczności lokalnej byli również ludzie, którzy nie wykorzystywali w żaden sposób żydowskiego nieszczęścia. Wiele zależało od nastawienia przedstawicieli miejscowych elit, ale nawet w najbardziej antysemickich i zdominowanych przez endecję okolicach trafiali się ludzie inaczej myślący. „- Jesteś w stanie ocenić, ilu naszych, z Radziłowa, brało w tym udział? - spytał Jana R. Jan Skrodzki. - Spytaj, kogo nie było, łatwiej mi będzie policzyć. Ale uczestniczyli różnie. Jedni jako aktywni, inni jako półaktywni, jeszcze inni jako gapie. Pamiętam kobietę, która szła za Żydami i płakała". W ostatecznym rozrachunku ostracyzm, któremu poddawano ludzi pomagających Żydom, jest zrozumiały tylko wówczas, gdy czystka etniczna, jaką przeprowadzili niemieccy okupanci - dając w ten sposób okazję do przejęcia żydowskiej własności - została przyjęta przez polską ludność z zadowoleniem.

Przejmowanie żydowskiej własności odbywało się też w wyniku, należy się domyślać, przyjacielskich transakcji między dobrymi znajomymi. Żydzi oddawali majątek na przechowanie Polakom, do których mieli zaufanie. W wielu wypadkach dawało to zbawienne rezultaty, bo mieli w ten sposób środki materialne niezbędne do utrzymania się przy życiu po tak zwanej aryjskiej stronie. Ale niejednokrotnie polscy znajomi nie dotrzymywali umowy i nawet po wojnie nieliczni ocalali z Zagłady musieli zwracać się do sądów, aby odzyskać zawłaszczone mienie. Podanie do sądu grodzkiego Jochwety Rozen stein brzmi jak wiele innych, których odpisy znajdujemy w archiwach CKŻP:

„Za czasów okupacji w 1942 r. oddałam na przechowanie obywatelce Ludwice Chrapczyńskiej zam. w Ożarowie 2 pierzyny i 4 poduszki. Obywatelka Chrapczyńska odmawia mi zwrotu tej własności [...]. Sprawę proszę rozpatrzeć nawet w razie mej nieobecności".

Można zrozumieć, naturalnie, że - podobnie jak mieszkaniec domu żydowskiego felczera spod Krakowa (z cytatu otwierającego ten rozdział) - Chrapczyńska była rozgoryczona widokiem powracającej do Ożarowa Jochwety Rozenstein. Ostatecznie znakomita większość miejscowych Żydów zginęła i przeżycie właśnie tej osoby, której pierzyny i poduszki miała w depozycie, mogła traktować jako złośliwość losu. I uznać, że skoro inni okoliczni mieszkańcy, którzy posiadali własność jakichś innych Żydów, mieli święty spokój, to „niesprawiedliwe", żeby akurat ona oddawała cokolwiek. Łatwo zrekonstruować ten tok rozumowania.

I łatwo też możemy sobie wyobrazić, że powrót Rozenstein był niemiłym przypomnieniem dla wszystkich innych w okolicy, którzy mieli u siebie jakieś żydowskie rzeczy, że „ich" Żyd też mógł jakimś cudem przeżyć wojnę. Należało więc zadbać o to, żeby Żydzi raczej nie wracali, nawet jeśli się uratowali z Zagłady. Dlatego prawdopodobnie ostatnie zdanie w skardze Rozenstein było takie, a nie inne: „Sprawę proszę rozpatrzyć nawet w razie mej nieobecności". Ktoś już jej pewnie dał do zrozumienia, że powinna się stamtąd zabierać, bo inaczej będzie z nią źle. Takie zdanie często pojawiało się w żydowskich skargach o zwrot mienia.

Wreszcie ostatnią formą przywłaszczania sobie żydowskiej własności przez polską ludność, o której tu należy wspomnieć, było rabowanie trupów i prochów pomordowanych. Odbywało się to na wielką skalę w miejscach straceń, na wysypiskach ludzkich popiołów w Treblince czy w Bełżcu, a także na żydowskich cmentarzach i wszędzie tam gdzie rozkopywano po wojnie zbiorowe mogiły pomordowanych.

Pierwszą oficjalną wizytę na terenie obozu zagłady w Treblince złożyła Polsko-Sowiecka Komisja do Zbadania Zbrodni Niemieckich 15 września 1944 roku. „Uczestnicy wizytacji postulowali w sprawozdaniu, aby zebrać i zachować dokumenty znajdujące się na tym terenie, odkopać wspólne groby w celu ujawnienia tajemnicy dokonanych tam zbrodni niemieckich". Ale przez następny rok nie zrobiono w tej sprawie zupełnie nic. Kolejna relacja z Treblinki pochodzi od Michała Kalembasiaka i Karola Ogrodowczyka, którzy tam dotarli 13 września 1945 roku:

Po przybyciu na miejsce stwierdziliśmy, iż w miejscu gdzie znajdował się obóz, zastaliśmy zryte pole przekopane przez okoliczną ludność. Pole było tak zryte, że w niektórych miejscach były doły do 10 m głębokie, w niektórych widniały szczątki kości ludzkich, piszczele, szczęki, nogi itp. [Głębokie wykroty stąd się brały, że „kopacze", wśród których byli również żołnierze sowieccy z jednostki stacjonującej na lotnisku w Ceranowie, detonowali niewypały, aby dostać się do głębszych warstw popiołów i szczątków ludzkich].

Pod każdym drzewkiem były otwory wykopane przez poszukiwaczy złota, brylantów. Odór trupi i gazu tak nas odurzył, iż poczęliśmy z kolegą wymiotować i uczuliśmy drapanie niesamowite w gardle.

Posuwając się po terenie dalej, zastaliśmy ludzi, którzy kopali w dołach, rozkopywali ziemię. Zapytani przez nas »co wy tu robicie?«, nie dali żadnej odpowiedzi. W oddaleniu od powyższego miejsca (o 300 metrów), gdzie uprzednio znajdowało się krematorium, zauważyliśmy grupę ludzi z łopatami, którzy kopali w ziemi. Zobaczywszy nas, zaczęli uciekać [...]. Na każdym kroku deptało się po ludzkich szczątkach i różnych rzeczach codziennego użytku, jak: buciki dziecinne, męskie, damskie, łyżki, widelce, włosów ludzkich [tak w oryginale] noszonych przez Żydówki peruk. Obecny teren Tremblinki [tak w oryginale] przedstawia widok dużego pola, gdzieniegdzie z zadrzewieniem. Wszystkie baraki, które się tam znajdowały, są spalone lub rozgrabione na opał przez ludność okoliczną. Pozostały tylko szczątki. O wielkiej ilości pomordowanych tu ludzi świadczy fakt, że rozkopane doły głębokości dziesięciu metrów są przepełnione ludzkimi kośćmi [...].

Dziwię się mocno, że miejsce tak uświęcone męczeńską śmiercią milionów niewinnych ludzi nie zostało dotychczas zabezpieczone przed grabieżą i chciwością okolicznych kmiotków [...]. Dla skopania terenu tego, mającego jakieś 2 km kwadratowe, musiało tam pracować tysiące ludzi, gdyż ogrom rozkopanych dołów jest kolosalny [...].

Nadmieniam, że na terenie, [na] którym się znajduje Tremblinka, i w okolicy panują niesamowite stosunki. A mianowicie ludność wzbogacona złotem wykopanym z grobów rabuje, robiąc napady nocne na sąsiadów, tak że mieliśmy ogromnego stracha, gdyż w jednej chałupie, oddalonej od chałupy, w której myśmy nocowali, o kilkanaście metrów, przypiekano kobietę na ogniu, zmuszając ją w ten sposób do wydania miejsca przechowywania przez nią złota i kosztowności. Służby Bezpieczeństwa w ogóle nigdzie nie ma [...].

Podobnie brzmi relacja Racheli Auerbach, która w listopadzie 1945 roku odwiedziła Treblinkę z inicjatywy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich - liczni szabrownicy, niewypały używane do prowadzenia wykopalisk. „Polskie Kolorado, albo gorączka złota w Treblince" zatytułowała rozdział książki, w którym to wszystko opisała. Martyna Rusiniak cytuje kilka innych źródeł potwierdzających tłumny udział miejscowej ludności w rozkopywaniu popiołów w Treblince, dodając też na podstawie posiadanych informacji, że proboszcz z sąsiedniej wsi Jasienica „nie ganił tych występków, a wręcz przeciwnie, stwierdził, »że są to groby żydowskie i złote koronki czy biżuteria nie powinny leżeć w ziemi«".

Kolejna oficjalna wizyta na terenie obozu miała miejsce w 1947  roku. Podjęto wtedy decyzję o utworzeniu Komitetu Zabezpieczenia Grobów Ofiar w Treblince. Następnym razem przyjechał ktoś dopiero w 1954 roku. „Na miejscu stwierdzono, iż ogrodzenie wykonane w 1947 roku zostało w znacznym stopniu zniszczone [...]. Czy przez siedem lat nikt nie zajmował się tym miejscem oprócz poszukiwaczy bogactw?" - zapytuje autorka studium.

O Bełżcu natomiast powiem tylko w dwóch zdaniach. Ponieważ Niemcy przesiali uprzednio prochy spalonych, po wojnie poszukiwacze skarbów musieli kopać głębiej i dopiero z pokładów tak zwanej trupiej mazi wydobywali czaszki, których nie zdążono wcześniej spalić. Ze strachu przed kopiącymi obok zabierali je do domu, aby tam, w odosobnieniu, sprawdzić, czy są w nich złote zęby.

Jakie były moralne konsekwencje plądrowania żydowskich popiołów? Pozostawię odpowiedź na to pytanie wyobraźni Czytelników, dodając tylko, gwoli ścisłości historycznej, obserwację ziemianina Józefa Górskiego, zdeklarowanego endeka i gorącego patrioty, którego pamiętniki przywołam jeszcze później w Epilogu: „Opodal Treblinki leży wieś Wólka Okrąglik. Gospodarze tej wsi wysyłali swe żony i córki do ukraińskich strażników zatrudnionych w obozie i nie posiadali się z oburzenia, gdy te kobiety przynosiły za mało pierścionków i innych kosztowności pożydowskich, uzyskanych w zapłatę za osobiste usługi. Proceder ten był oczywiście materialnie bardzo korzystny: strzechy zanikły, zastąpione blachą, a cała wieś robiła wrażenie Europy, przeniesionej do tego zapadłego zakątka Podlasia. Kosztem jakich strat moralnych ten dobrobyt został osiągnięty, o tym nikt nie pomyślał". I to jest pytanie, które na dobrą sprawę należałoby postawić odnośnie do każdego tak zwanego pożydowskiego łacha.

Przejmowanie żydowskiej własności przez lokalną administrację i urzędy państwowe Wojnę przeżyła tylko niewielka część polskiego żydostwa, ale gminy żydowskie, nazywane przed wojną Izraelickimi Gminami Wyznaniowymi, zupełnie zniknęły z powierzchni ziemi. A wraz z nimi również właściciele olbrzymich dóbr - obiektów kultowych, budynków użyteczności publicznej i cmentarzy - rozsianych po wszystkich miejscowościach w Polsce, gdzie przed wojną były skupiska Żydów. O ile własność prywatna pomordowanych - domy, młyny, sklepy, warsztaty rzemieślnicze i tym podobne - w teorii nie była bezpańska i spadkobiercy mogli dochodzić tytułu własności przed sądem (co stało się nota bene okazją do ogromnych nadużyć ze strony zarówno pozostałych przy życiu Żydów, jak i osób postronnych), o tyle dobra gminne, a także należące do żydowskich stowarzyszeń i fundacji uznane zostały za „mienie opuszczone" i wedle regulacji prawnych przechodziły w gestię państwa. Zrzeszeń religijnych czy gmin wyznaniowych, które mogły się konstytuować po wojnie „dla organizowania, utrzymywania i wykonywania wszelkich praktyk i obrzędów żydowskiego kultu oraz wychowania religijnego", explicite nie uznano za spadkobierców przedwojennych izraelickich gmin.

W pierwszym numerze Dziennika Urzędowego MAP z 6 lutego 1945 roku Okólnik nr 3 stanowi o tym, że cały majątek ruchomy i nieruchomy przedwojennych gmin żydowskich „pozostaje tymczasowo w zarządzie Państwa do czasu wejścia w życie ustawy o mieniu opuszczonym. Majątek przeznaczony jest w pierwszym rzędzie - czytamy w okólniku - na cele żydowskich stowarzyszeń charytatywnych, kulturalnych, itp.". Oznaczało to, że przydzielając nowym gospodarzom budynek synagogi, na przykład, należało zadbać o to, aby jego wykorzystanie nie kolidowało z jego uprzednim sakralnym charakterem. Wedle przepisów, starostowie mieli obowiązek rozstrzygać o właściwym użytkowaniu byłych obiektów gminy żydowskiej po porozumieniu się z Biurem Powierniczym Głównego Urzędu Likwidacyjnego w Departamencie Wyznaniowym Wydziału Społeczno-Politycznego MAP (za pośrednictwem Wydziału Społeczno-Politycznego w odpowiednim urzędzie wojewódzkim).

W archiwach MAP zachowana jest spora korespondencja na ten temat. Oczywiście, praktyka, jak w wielu innych dziedzinach życia tuż po wojnie, odbiegała od teorii i obowiązujących przepisów. Przede wszystkim dlatego, że większość wspomnianych obiektów była już jakoś zagospodarowana i trudno było zmienić ich przeznaczenie. W dawnym budynku synagogi mogły się mieścić teraz składy towarów albo remiza strażacka i bez znalezienia pomieszczeń zastępczych niełatwo było przywrócić go do dawnej funkcji. Poza tym instytucje, takie jak wojsko, milicja, urzędy bezpieczeństwa czy na przykład komitety partyjne, nie podlegały lokalnej administracji i działały na własną rękę.

Tuż po wojnie panował bałagan administracyjny i bardzo wiele z tego, co się działo w jakiejkolwiek miejscowości czy powiecie, zależało od widzimisię wpływowych na tym terenie osób. Czasami taka sytuacja była przedmiotem otwartej dyskusji, jak na przykład podczas pierwszej konferencji „naczelników władz i urzędów niezespolonych" (to znaczy niepodlegających MAP - takich jak sądy, milicja czy UB) w województwie warszawskim. W trakcie obrad kapitan Dowkan, komendant Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej, zaatakował sądy wydające jakoby wyroki sprzeczne z duchem Manifestu Lipcowego. Zaznaczył on, że Milicja Obywatelska, pozostawiona na straży demokracji, staje wobec dylematu, czy wykonać wyroki sądowe wyrzucające robotników z przydzielonych im mieszkań czy działek, a przez to sprzeciwić się praworządności, czy też tych wyroków nie uznawać. Oświadczył w końcu, że wydał zarządzenie podwładnym, aby w wypadkach egzekucji niesprawiedliwych i niezgodnych z duchem demokracji wyroków sądowych meldowano mu o tym, a on decydował będzie, czy wyrok wykonać, czy nie.

Na co z kolei obecny w tym gronie prezes Sądu Apelacyjnego oświadczył, „że uzurpowanie sobie przez Milicję Obywatelską prawa decydowania o wykonalności wyroków sądowych prowadziłoby do anarchii".

Krótko mówiąc, na szczeblu władzy lokalnej panował bałagan i przepychanki i w praktyce własnością przedwojennych żydowskich gmin rozporządzali często decydenci, dla których „cele żydowskich stowarzyszeń charytatywnych, kulturalnych itp." nie miały żadnego znaczenia. Co zresztą samo w sobie też było bez większego znaczenia, bo skoro prawie wszyscy Żydzi zginęli, to tam gdzie nie było w ogóle ocalałych, nie miał też kto domagać się czegokolwiek ani zgłaszać pretensji. Ale tu i ówdzie, gdzie po wojnie utworzyły się skupiska ludności żydowskiej, dochodziło do zatargów na tle zagospodarowania własności komunalnej należącej uprzednio do gmin izraelickich.

Na przykład w liście do MAP z 28 czerwca 1945 roku CKŻP skarżył się, że we Wrocławiu milicja zajęła budynek synagogi przy Waalstrasse 5/9, chociaż została już ona przyznana Wrocławskiemu Komitetowi Żydowskiemu; w Tarnowie jesienią 1945 roku wojsko eksmitowało żydowskich mieszkańców i instytucje z budynku przy
ulicy Goldhammera, który został już przez Komitet Żydowski poddany renowacji; we Włodawie jedyny budynek synagogi pozostawiony do dyspozycji miejscowych Żydów został zajęty przez PPR na komitet partyjny 12 kwietnia 1946 roku (też już po rozpoczęciu renowacji przez Komitet Żydowski); w Katowicach w budynku gminy żydowskiej przy ulicy Mickiewicza „z nadania marszałka Rokossowskiego" ulokowała się redakcja „Trybuny Robotniczej", najpierw budynek zajęła jednostka Armii Radzieckiej i opuszczając go, zainstalowała tam redakcję partyjnej gazety (stąd pewnie mowa o Rokossowskim) i znajdziemy w MAP korespondencję ciągnącą się dwa i pół roku, zanim doszło do porozumienia ze Zrzeszeniem Religijnym i gazeta zgodziła się płacić czynsz za wynajęcie budynku.

Co więcej, „na zakończenie wicewojewoda Żrałek zreasumował wyniki obrad, udzielając odpowiedzi na niektóre pytania lub zarzuty, i zaznaczył, że oświadczenie
Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej będzie traktowane na innej drodze i w innym miejscu" (AAN, MAP, B-876, klatka 1-2). Ale kariera kapitana Dowkana
zgoła nie ucierpiała z powodu zademonstrowanej samowoli i znajdziemy go wkrótce na stanowisku komendanta Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa we Wrocławiu.

Ale co najważniejsze, wewnętrzna logika Okólnika nr 3 - zapewne wbrew intencjom ustawodawcy - wywoływała postępowanie administracji lokalnej nieukierunkowane bynajmniej na spełnienie potrzeb żydowskich instytucji. Okazało się bowiem - choć to, co napiszę, zabrzmi jak truizm - że im mniej na jakimś terenie było Żydów, tym łatwiej było władzom komunalnym dysponować „mieniem opuszczonym". Co oczywiście nie zachęcało lokalnych władz do zaspokajania potrzeb „żydowskich stowarzyszeń" na podległym im terenie, tylko do pozbywania się Żydów. Weźmy najpierw pod uwagę przypadek dość skomplikowany.

21 lipca 1945 roku doktor Kahane (główny rabin Wojska Polskiego, a zarazem przewodniczący Związku Żydowskich Zrzeszeń Religijnych) na papierze z nadrukiem „Wojsko Polskie. Naczelne Dowództwo. Główny Rabinat" napisał do przewodniczącego Rady Narodowej we Włodawie, prosząc o oddanie synagogi i bóżnicy w użytkowanie miejscowemu Zrzeszeniu Religijnemu. W czasie okupacji budynki te zostały zajęte przez ukraińską spółdzielnię. Przeszło miesiąc później, 30 sierpnia, starosta z Włodawy napisał w odpowiedzi do Wydziału Społeczno-Politycznego w Urzędzie Wojewódzkim w Lublinie długi list o tym, jak Włodawa została zniszczona w czasie okupacji i że oprócz braku mieszkań „także daje się odczuwać w stopniu bardzo silnym brak odpowiedniego budynku na kino".

Jest to miasto powiatowe, które chyba najbardziej jest upośledzone pod względem kulturalno-oświatowym. Brak odpowiedniej sali sprawia, że wcale Włodawa nie jest odwiedzana przez zespoły aktorskie, brak zaś kina niezwykle utrudnia pracę w zakresie propagandy oraz wychowania politycznego. Z powyższych względów
- argumentował starosta - zamierzam w jednym z budynków, który nie jest konieczny do wykonywania praktyk religijnych, umieścić kino. Argument - trzeba przyznać, dobrze skonstruowany - okazał się chyba skuteczny, bo osiem miesięcy później Włodawski Komitet Żydowski w Lublinie pisał do wojewody już w tonie bardziej ugodowym: „W rozumieniu trudnej sytuacji mieszkaniowej, w jakiej znajduje się państwo w okresie odbudowy, Włodawski Komitet Żydowski nie traktuje swoich uprawnień rygorystycznie i nie dochodzi zwrotu wszystkich budynków, które przed wojną należały do b. gminy żydowskiej, pragnie jednakowoż mieć dla swoich celów religijnych przynajmniej jeden budynek [należy się więc domyślać, że starosta zainstalował kino w bóżnicy], a mianowicie ten, do remontu którego niedawno przystąpił". Szkopuł był jednak w tym, że Żydzi włodawscy mieli już wtedy potężniejszego antagonistę, synagogę tę zajął bowiem miejscowy komitet Polskiej Partii Robotniczej. „W tym stanie rzeczy - czytamy w zakończeniu pisma Włodawskiego Komitetu Żydowskiego - prosimy o zbadanie sprawy i wydanie odpowiednich zarządzeń Komitetowi Polskiej Partii Robotniczej we Włodawie, aby wspomniany obiekt został przez nich zwolniony i przekazany Komitetowi Żydowskiemu".

Otóż tego całego zawracania głowy można by uniknąć, gdyby nie to, że we Włodawie tuż po wojnie byli jacyś Żydzi. „Tylko dwustu" - pisał starosta powiatowy 30 sierpnia 1945 roku, podając raczej zaniżoną ocenę. Ale nawet dwustu to pokaźna liczba jak na tamte czasy. Półtora roku później, w marcu 1947 roku - zbiegiem okoliczności, który władze lokalne, należy się domyślać, przyjęły z ulgą - Żydów było tam już tylko dziesięcioro.

Pismo o przekazanie bóżnicy żydowskiej w Modliborzycach „na cele społeczne" sformułowano krótko i fachowo, odwołując się do odpowiednich regulacji prawnych. Pokazuje ono z kolei, jak takie sprawy można było załatwiać, kiedy Żydów nie było na miejscu. W punkcie pierwszym przypomniane jest, że idzie o „majątek opuszczony"; w punkcie drugim - na wszelki wypadek - że „miejscowe organizacje żydowskie [...] nie są prawnym następcą dawnych Izraelickich Gmin Wyznaniowych i wobec tego nie są uprawnione do dysponowania tym obiektem"; wreszcie w punkcie trzecim znajdujemy jądro całej argumentacji, to znaczy informację, że„ „budynek tamt[ejszej] bożnicy nie może służyć swym pierwotnym celom z powodu braku ludności żydowskiej w tamt[ejszej] miejscowości i okolicach".

I to była istota rzeczy w urzędowej korespondencji na temat zagospodarowania „mienia opuszczonego" żydowskich instytucji na nowe cele. Albo nawet nie nowe, bo na przykład magazyny spółdzielni „Społem" zajmowały budynek synagogi w Sieradzu od 1942 roku i MAP, do którego zwrócono się o pozwolenie wydzierżawienia budynku, zanim udzielił zezwolenia, skierował zapytanie do wojewody, czy w Sieradzu są jeszcze Żydzi. W odpowiedzi Urząd Wojewódzki zawiadomił Główny Urząd Likwidacyjny, że „w Sieradzu Żydowska Kongregacja Wyznaniowa nie istnieje i w mieście tym mieszkają zaledwie dwie rodziny żydowskie", a także że „z powyższych motywów Urząd Wojewódzki [...] wyraża zgodę na wydzierżawienie tejże synagogi Spółdzielni »Społem« w Sieradzu". Z daty ostatniego pisma, 12 listopada 1947 roku, widać, że jeśli tylko miejscowi Żydzi nie zgłaszali obiekcji albo ponagleń - najczęściej dlatego, że zostali co do jednego wymordowani - z dopełnieniem tego rodzaju formalności nie było pośpiechu.

Powojenna polska administracja państwowa miała tym większą swobodę dysponowania olbrzymim zapleczem materialnym, im bardziej totalna była czystka etniczna ludności żydowskiej dokonana przez okupanta w danej okolicy. W interesie władz komunalnych było w tej sytuacji po cichu tolerować wszelkie formy nacisku na Żydów ocalałych z Zagłady, aby pozbyć się ich do reszty z podległych im terenów. Z czego mogły wynikać, co zauważył rabin Kahane, dość perwersyjne konsekwencje:

Naczelna Rada Religijna Żydów Polskich, 27 grudnia 1945 r. Do Ministerstwa Administracji Publicznej. Departament Wyznaniowy. W odpowiedzi na pismo w sprawie przekazania budynku synagogi Zarządowi Miejskiemu w Raciążu komunikujemy, co następuje:

Budynek synagogalny jest miejscem poświęconym dla służby Bożej i profanacją religijną jest fakt oddania Synagogi dla jakiegokolwiek innego użytku. O ile zgodny z rzeczywistością jest fakt, że w Raciążu Żydzi dzisiaj nie mieszkają, to musimy tutaj nadmienić, że dopiero w ostatnich tygodniach zostali tam bestialsko zamordowani ostatni mieszkańcy Żydzi i byłoby to osiągnięcie reakcji, gdyby teraz budynek Synagogi został oddany do użycia jego na jakiekolwiek inne cele. My natomiast uważamy, że budynek powinien zostać oczyszczony i konserwowany jako zabytek muzealny, przynajmniej za życia obecnego pokolenia.

Przewodniczący Naczelnej Rady Religijnej Żydów Polskich, Główny Rabin W.P. dr Dawid Kahane, ppłk.

Rabin Kahane myślał kategoriami z epoki, która już minęła. W Polsce rządzonej przez PPR przejmowanie własności prywatnej przez państwo, walka z Kościołem i sekularyzacja były naczelnymi zadaniami ustrojowymi. Apel o respektowanie uczuć religijnych nie mógł przekonać przedstawicieli administracji państwowej. I tak,
prawą ręką do lewego ucha, interesy państwa realnego socjalizmu, pod wieloma względami skonfliktowane z interesami zwykłych obywateli, nieoczekiwanie zbiegały się ze sobą - i państwu, i obywatelom, którzy przejęli dobra materialne wytworzone przez Żydów, było na rękę pozbyć się ich wreszcie z Polski. Tym bardziej że w dotkniętym ogromnymi zniszczeniami wojennymi kraju wszystkiego brakowało.
 
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj