szukaj
Fragment książki "Aleja samobójców"

Doktor Borucki był żwawym sześćdziesięciolatkiem o rumianej twarzy. Każdy, kto się z nim spotykał, miał nieprzeparte wrażenie, że został teleportowany z czasów sarmackich. To nie brało się ani z wąsów, bo tych Borucki nie miał, ani ze słów typu „waszmość" czy „asan", bo takich nigdy nie używał. Brało się to z niezwykłej witalności i demonstracyjnego wręcz zdrowia doktora. Jego czerwona twarz tryskała humorem, a pod białym kitlem prężyły się stalowe mięśnie. W rzeczywistości jego twarz kipiała od nadciśnienia, barwa cery była efektem zamiłowania do koniaku, a pod fartuchem odkładał się spory „mięsień dyrektorski", który był doskonale widoczny właśnie teraz, kiedy w swoim gabinecie doktor siedział w skórzanym fotelu, a jego brzuch, opięty koszulą z krótkim rękawem, wylewał się prawie z pogniecionych lnianych spodni. Każdy rozmówca Boruckiego stwierdziłby, że doktor jest nałogowym palaczem, nawet gdyby teraz nie palił jednego goldena za drugim. O nałogu świadczył gruby, zdarty od nikotyny głos. Pater miał dziś wątpliwą przyjemność bardzo bliskiego zapoznania się z nikotynizmem Boruckiego. W gabinecie wisiały smugi dymu. Najwyraźniej dla lekarza nie istniało pojęcie szkodliwości biernego palenia.

- Dzisiaj wieczorem pan doktor też ma dyżur? Tak jak przedwczoraj? - zapytał Pater, oganiając się od dymu.

- Faktycznie, dyżur nocny miałem chyba przedwczoraj - odpowiedział wolno Borucki, zamyślając się na chwilę, jakby przypomnienie sobie tamtego dnia było dla niego wielkim wysiłkiem. - A dzisiaj... No cóż... Dziś nocuje w „Edenie" cały personel. Wszyscy dostają kociokwiku, bo jutro przybywają touroperatorzy...

- Kto taki? - Pater z trudem się powstrzymał przed wygłoszeniem filipiki przeciwko zalewowi zapożyczeń z angielskiego.

- Touroperatorzy. Są to ludzie pośredniczący w organizowaniu wypoczynku. Zarabiają na prowizji od biur podróży. Dyrektor Libling wpadł na genialny pomysł - w głosie Boruckiego zabrzmiała ironia - żeby zatrudnić ich jako pośredników napędzających nam starców. Ci touroperatorzy przyjeżdżają jutro. Czeka ich godne przyjęcie. Najpierw prezentacja w sali multimedialnej, potem zwiedzanie całej naszej umieralni, a potem grill i ochlaj w ogrodzie. Wszyscy od rana dezodorantują budynek, aby, broń Boże, nie doszedł do nozdrzy touroperatorów smród śmieci z wysypiska. Była nawet straż pożarna i zlikwidowała dwa gniazda os. Jutro wszystko będzie tipes-topes.

Doktor Borucki był prawdziwym błogosławieństwem dla przesłuchującego. Poproszony jedynie o zdefiniowanie nieznanego Paterowi terminu, zdradził negatywne nastawienie do Liblinga i do placówki, o której mówił bez śladu „politycznej poprawności". Irytująca wydała się nadkomisarzowi obłuda Boruckiego. W końcu nikt go nie trzyma pod karabinem w tej umieralni, pomyślał. Zarabia spore pieniądze i bawi się w kontestatora. Ma za co się buntować. Postanowił nie poruszać tego wątku. Nierozsądne byłoby zniechęcanie tak ważnego, gadatliwego świadka.

- A ludzie z ABW nie wystraszą tych pośredników? - zapytał, starając się nadać głosowi ton szczerej i bezinteresownej ciekawości.

- Już ich nie ma - uśmiechnął się lekarz. - Zwinęli się po tym blamażu z kajdankami.

- Skąd pan wie, panie doktorze, o sprawie z kajdankami?

- Ojciec dyrektor! - Borucki roześmiał się głośno, jakby porównanie Liblinga do katolickiego magnata medialnego było świetnym dowcipem; Pater nie wyprowadzał go z błędu i ryczał z równym zapałem. - Ojciec dyrektor nie należy do ludzi dyskretnych. Roztrąbił dokoła o seksualnych upodobaniach tajnego agenta. ABW podwinęło ogon i czmychnęło, a padre nie płakał za nimi zbyt długo.

Borucki włożył rękę za koszulę rozpiętą prawie do pasa i podrapał się po siwej szczecinie pokrywającej pierś. Prysło gdzieś wrażenie sarmackości, jakie na początku miał Pater. Nadkomisarz widział teraz przed sobą starego niechluja, który pewnie wieczorami ogląda filmy porno, rankami węchem sprawdza czystość zużytej bielizny, w pracy podszczypuje pielęgniarki i pewnie czuć mu z ust. Każdej kobiecie - niezależnie od wieku - proponuje natychmiast przejście na ty. Stary brudas szeroko zarzuca sieci, kierując się pewnie dewizą byłego prezydenta: „Rzucaj wędą, a ryby będą". Pater otrząsnął się z tych myśli. Wiedział, że nie ukryłby lekceważenia, a nawet pogardy dla rozmówcy, gdyby pozwolił, by zawładnęło nim przekonanie o jego niechlujstwie i smrodliwości.

- Panie doktorze, w „Edenie" został zamordowany Ryszard Maziarski, a zaginął profesor Jan Czekański - zaczął Pater. - Siłą rzeczy Czekański pojawia się jako główny podejrzany. Co może mi pan doktor o nim powiedzieć?

- A ja myślałem, że pogadamy o dziewczynach. - Borucki znów klasnął dłonią o pierś. - A nie o staruchach. To dopiero byłby temat.

- Zwłaszcza gdy mówi o tym specjalista - Pater uśmiechnął się przymilnie, choć dławiła go irytacja. - Taki jak pan doktor...

- Wie pan co, komisarzu? - Lekarz uśmiechnął się, najwyraźniej zadowolony z komplementu, i wyciągnął dłoń do Patera. - Dość tych tytułów. Uprośćmy sprawę... Jestem Heniek, a ty?

- Jarosław. - Pater uścisnął dłoń lekarza.

Kiedy podawał mu rękę, zbliżył się do niego i z odruchem niechęci pogratulował sobie trafności przewidywań co do czystości lekarza, stanu jego jamy ustnej i obyczajów. Nie znosił przechodzenia na ty z osobami, które znał słabo albo wcale. Najbardziej go rozwścieczało „tykanie" bezceremonialne i bezwstępne, bez żadnej wyraźnej propozycji w tej kwestii. Porównywał je nawet do gwałtu, choć przejawiał niekiedy sporo konformizmu. Odwiecznym policyjnym obyczajem mówił swoim podwładnym po imieniu, ale wcześniej każdemu z nich expressis verbis oświadczał, że wypijają symboliczny bruderszaft. Nie musiał tego robić. Nie musiał wdawać się w żadne wyjaśnienia, a jednak zawsze to czynił. Nazywał to „gwałtem z grą wstępną".

- Fajne tu mamy dziewczyny, co, Jarek? - Borucki zapalił nowego papierosa.

- Porozmawiamy o tym za chwilę, dobrze, Henryku? - Pater powiedział to bardzo szybko. - Ale na razie o Czekańskim?

- No dobrze... Skoro już koniecznie musimy... - Borucki wstał i poprawił pasek od spodni. - Mów do mnie „Heniek", nie „Henryk". Nie lubię oficjalnej formy mojego imienia.

- No to powiedz mi, Heniu... - Pater uniknął sztucznej, jego zdaniem, formy „Heńku" - coś o Czekańskim. A właściwie nie coś, ale wszystko.

- Miał początki choroby Alzheimera, było to jego największe przekleństwo - Borucki mówił wolno, starannie dobierając słowa. - A wiesz dlaczego? Bo go pozbawiała władzy. Nad sobą, nad ludźmi, a przede wszystkim nad własną pamięcią. Nie mógł tego znieść. To powodowało największą frustrację.

- Skąd tak dobrze o tym wiesz? - zapytał zdumiony Pater. - Czekański ci się zwierzał?

- Tak - odparł poważnie Borucki i zaraz się poprawił: - No niezupełnie... On się zwierzał bezwiednie. Zdradzało go zachowanie...

- Jakie zachowanie? - Pater, choć bardzo zaciekawiony, odnotował w pamięci przejście Boruckiego ze stylu rubasznego i potocznego na piękny i literacki.

- Wiesz, co to są kartki przypominajki? - zapytał lekarz. - W jego pokoju nie było miejsca bez przyklejonej takiej kartki. Przylepiał je nawet do wewnętrznej kieszeni marynarki. Jak ściągi w szkole. Oprócz tego robił tradycyjne notatki. Kiedyś pod nieobecność Czekańskiego czytałem te kartki. Wiem, to nieuczciwe. Głupia ciekawość. Na prawie wszystkich były jakieś nazwiska z adnotacjami i zwroty, których miał użyć w ekspertyzach sądowych. Wiesz co? Zaryzykuję stwierdzenie, że Czekański panicznie bał się utraty pamięci, bo nie chciał stracić władzy, jaką dawała mu pozycja biegłego sądowego. Czekański zastał mnie podczas czytania swoich notatek. Wpadł we wściekłość. Nigdy nie widziałem tak rozzłoszczonego człowieka. Omal nie wyleciałem wtedy z pracy. Libling go jakoś udobruchał, a mnie pozbawił na miesiąc premii. Wiesz, co kiedyś podpatrzyłem? Profesor wyrzucał na śmietnik te zapisane kartki. Sam, osobiście. Nie chciał się przed nikim zdradzać ze swoją słabością. Nawet przed sprzątaczką. Sądzę, że dlatego był w tym domu starców. Tutaj, nawet gdyby okazał jakąś słabość, zrobił coś głupiego czy kompromitującego, i tak by mu to uszło na sucho. Za to dobrze płacił. A w życiu na zewnątrz utrata samokontroli mogłaby go drogo kosztować. Mogłoby nie starczyć na to pieniędzy.

 Zapadła cisza. Borucki podciągnął nogawkę spodni i podrapał się po łydce. Patera zdumiała precyzyjna wypowiedź lekarza i jego swoista metamorfoza. W jednej chwili zamienił się w subtelnego psychologa. Co jest pozą i maską Boruckiego? Jaką rolę on gra? Rubasznego i nieokrzesanego gawędziarza czy Dostojewskiego z „Edenu"? Czy ten ordynarny, prostacki gest podrapania się po łydce zapowiada powrót do poprzedniej roli? Nic w Domu Seniora „Eden" nie jest takie, jakie być powinno. Zamordowany inwalida wcale nie jest inwalidą, lekarz Borucki jest człowiekiem o dwóch twarzach. Jeszcze się okaże - nie daj Boże! - że pielęgniarka Joanna Radziewicz jest transwestytą.

- Jednego nie rozumiem w twojej wnikliwej wypowiedzi - stwierdził Pater po chwili. - Powiedziałeś, że Czekański bał się utraty samokontroli. Użyłeś nawet przysłówka „panicznie". Z czego to wywnioskowałeś?

- Posłuchaj, Jarecki. - Dostojewski najwyraźniej zamieniał się teraz w Zagłobę. - Czytałem zapiski Czekańskiego kilka razy. Ten facet wciąż pisał to samo. Jednego dnia wywalał na śmietnik kartkę, a następnego pisał to, co było na tej wywalonej. To nie jest rozsądne. To świadczy o jakichś emocjach. Jedną z nich jest strach przed zdemaskowaniem albo kompromitacją, co nie? I tak to sobie wymyśliłem. Capito?

- Przecież gdyby bał się kompromitacji, niszczyłby te wszystkie kartki skuteczniej. Mógłby je palić, a nie zanosić na śmietnik. Teraz śmietniki nie są bezpiecznymi miejscami dla zachowania tajemnicy. - Pater przypomniał sobie historię pewnego paparazzo, który w jakimś brukowcu dokładnie wyliczył - według zużytych prezerwatyw - ile stosunków płciowych odbywa pewna znana piosenkarka.

- Domyślam się, czemu ich nie palił. - Borucki odczytywał esemesa, który właśnie przyszedł z delikatnym brzękiem. - Czekański nienawidził dymu tytoniowego. Ode mnie odsuwał się zawsze na sporą odległość. Darł się, że kiedy wyjeżdża na dłużej, sprzątaczki palą papierosy w jego pokoju. Kazał na własny koszt zamontować w pokoju i w łazience cholernie czułe czujniki dymu. Nie mógł więc palić notatek u siebie. Ale nie każ mi, Jaro, tłumaczyć się za tego starego kutasa! Masz jeszcze jakieś pytania? Bo wzywa mnie padre direttore...

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, co Czekański zapisywał na tych kartkach? To bardzo ważne.

- Nie powtórzę dosłownie. Ale były tam jakieś durne historyjki, którymi straszy się dzieci... Jakby groźby... A oprócz tego nazwiska i charakterystyki różnych nieznanych mi ludzi... Oraz takie zgrabne sformułowania... I wymyślne słowa, których chyba używał w swoich ekspertyzach... Na przykład często pisał „idiosynkrazja"... Wymyślne słowo, bał się, że je zapomni...

- Pamiętasz choć jedną z tych historyjek?

- Żadnej. - Borucki pochylił się i omiótł Patera smrodliwym oddechem. - Wiem tylko, że były jakieś głupie... Gdybym był dzieckiem, to raczej bym się z nich śmiał, niż ich bał...

- Mówisz, że te kartki są na wysypisku śmieci?... - Pater odsunął się na sporą odległość i dodał bardzo głośno: - Materiały Czekańskiego na śmietniku! Może jest w nich coś ciekawego?! Jutro przeszukamy wysypisko!

- Czemu się tak drzesz, Jarecki? - Borucki aż podskoczył.

Pater nie odpowiedział, lecz rzucił się ku drzwiom. Otworzył je gwałtownie i usłyszał oddalające się kroki. Dobiegł do bocznej klatki schodowej. Na parterze zauważył idącą szybkim krokiem starą kobietę. Światło żarówek zaiskrzyło na jej krwistoczerwonych paznokciach. Jadwiga Duraj chodziła bardzo żwawo, jak na swój wiek. Pater był zdezorientowany. Był pewien, że kroki oddaliły się w innym kierunku niż ten, w którym zmierzała pani Duraj.

- Patrz, jak stara zasuwa. - Lekarz stanął obok Patera i oparł się na poręczy. Towarzyszył mu zapach dezodorantu do wnętrz marki „Brise", którym pewnie wypachnił swój gabinet. - I jest bardzo, bardzo ciekawska, choć jedną nogą nad grobem...

Pater miał dość Boruckiego. Zrozumiał to w chwili, kiedy uświadomił sobie jego dalszą bezużyteczność w śledztwie. Już nic więcej z niego nie wyciągnie. Uradował się. Nie będzie już musiał znosić jego smrodliwej nikotynowej obecności. Schizofrenicznego rozdwojenia na Dostojewskiego i Zagłobę. Hipokryzji, z którą kąsał rękę wypłacającą mu hojne pensje. Głupich uwag o starych, samotnych ludziach, którym odbierał godność swym ozorem. A nade wszystko nie będzie musiał znosić potworków językowych. „Touroperatorów". Padre direttore. Idiotycznych zwrotów „Jaro" i „Jarecki". I błędów frazeologcznych typu „jedną nogą nad grobem". Mówi się przecież „jedną nogą w grobie" albo „jedną nogą na tamtym świecie"! Wiedział, że błędna fraza była kroplą, która przelała czarę. Mimo wszystko postanowił jednak nie rozstawać się w niezgodzie z lekarzem i go nie poprawiać. Nie trzeba ludzi zniechęcać do siebie.

- Dziękuję panu doktorowi za pomoc - powiedział Pater, kłaniając się z daleka; dotyk ciepłej dłoni lekarza byłby dla policjanta nie do zniesienia.

- Chyba przeszliśmy wcześniej na „ty"? - Uśmiech zastygł na twarzy Boruckiego.

- Nie przypominam sobie - odrzekł Pater dobitnie i poszedł szybko korytarzem.

Czuł na plecach wzrok Boruckiego. Zniechęcanie ludzi to moja specjalność, pomyślał. Szybko porzucił jednak tę refleksję. Nic go teraz nie mogło rozpraszać. Pater, nienawidzący smrodu, stał przed najcięższą próbą w policyjnej karierze. Najbliższe kilka godzin miał spędzić na wysypisku śmieci.

      

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj