szukaj
Fragment książki "Zimny płomień"
Chłopak szedł zmęczony w deszczu, ciągnąc za sobą bezwładną dziewczynę jak worek piasku. Dziewczyna nie przestawała płakać. Właśnie przed chwilą w kawiarni w biurowcu Marunouchi powiedział jej, że odchodzi. Pierwszy raz w życiu zerwał z kobietą! Dokonało się coś, o czym marzył od dawna. Długo czekał na tę chwilę, kiedy będzie mógł, niczym władca, który ogłasza proklamację, wypowiedzieć te słowa: „Rozstajemy się!". Dla tej jednej chwili kochał albo może udawał tylko, Że kocha dziewczynę, używał wszystkich sposobów, by ją zdobyć, czynił różne starania, stwarzając sytuacje, by mogli się ze sobą przespać, tylko dlatego się z nią kochał. Aż nadeszła ta chwila. Wszystko było przygotowane, mógł te słowa wypowiedzieć.

Słowa, od których niebiosa, z jego wyłącznie woli, miały się rozpaść na dwoje. Słowa, co do których stracił już niemal wiarę, że kiedykolwiek je wypowie, a jednocześnie nie przestawał gorąco wierzyć, że może jednak, któregoś dnia... Te najcudowniejsze w świecie, heroiczne słowa, jak strzała, która wypuszczona z łuku przecina powietrze i zmierza wprost do celu. Słowa-zaklęcia, które jedynie wybranym z wybranych wolno wypowiedzieć, wybranym z wybranych mężczyznom. Słowa: „Rozstajemy się!".

Akio nie mógł sobie jednak darować, że te wypowiedziane przez niego słowa zabrzmiały potwornie niewyraźnie. Tak jakby był astmatykiem z zaflegmionym gardłem, który nie jest w stanie odchrząknąć, nawet popijając wodę. Najbardziej obawiał się, że słowa mogły pozostać nie-usłyszane. Już prędzej wolałby umrzeć, niżby miała go zapytać: „Słucham?", a on musiał je powtórzyć. To tak, jak gdyby gęsi, która od dawna marzyła, by znieść złote jajo, wreszcie się to udało, ale zanim zdążyła się tym pochwalić - jajo się stłukło. A drugi raz niełatwo byłoby takie jajo znieść. Szczęśliwie został jednak usłyszany. Naprawdę miał wielkie szczęście, że nie musiał powtarzać tego, co powiedział. Akio mógł wreszcie o własnych siłach przekroczyć ową niebotyczną strażnicę, która od dawna majaczyła gdzieś hen, ponad górami.

Potwierdzenie, że został usłyszany, otrzymał natychmiast, jak gumę do żucia, która wyskakuje z automatu za naciśnięciem guzika. W kawiarni panował gwar, od którego szumiało w głowie. Mieszały się i zderzały ze sobą odgłosy rozmów, brzęk talerzy, dzwonek otwieranej kasy mechanicznej, a ponieważ zamknięto przed deszczem okna, ten ogłuszający rwetes odbijał się od szyb zaparowanych wilgocią i duchotą. W tej samej chwili, gdy słowa Akio, pokonując hałas, dotarły do uszu Masako, jej oczy - z natury duże, jak gdyby usiłowały odwrócić uwagę od jej szczupłej, dość pospolitej twarzy - rozwarły się jeszcze szerzej niż zazwyczaj. To nie były po prostu oczy, to było jedno wielkie nieszczęście, nieodwracalna katastrofa. W tej samej chwili popłynęły z nich łzy. Masako nie szlochała, nie zanosiła się głośnym płaczem. Tylko łzy płynęły rzęsiście, ot tak, niczego nie wyrażając.

Akio był pewien, że strumień ogromnych, obficie płynących łez niebawem ustanie. Świadomość, że przygląda się temu widowisku, zachowując w duchu chłód orzeźwiającej mięty, sprawiała mu satysfakcję. Wszystko to w najdrobniejszych szczegółach zaplanował, przeprowadził i urzeczywistnił z imponującym, chociaż, być może, nieco mechanicznym rezultatem. Powtarzał sobie: „To dla tej właśnie chwili kochałem się z Masako, ja, człowiek całkowicie wolny od pragnień".

Oto widzi przed sobą zapłakaną twarz kobiety w całej realności! Najprawdziwszej, autentycznie porzuconej kobiety, porzuconej przez niego, Akio! Potok łez płynął nieustannie i nic nie wskazywało, aby miał ustać. Przeciwnie, płynął z niesłabnącą intensywnością i Akio zaczął się przejmować reakcją otoczenia. Masako, ciągle w swoim jasnym przeciwdeszczowym płaszczu, siedziała wyprostowana na krześle. Spod klap płaszcza wyglądał kołnierzyk bluzki w czerwoną szkocką kratkę. Obiema dłońmi
kurczowo trzymała się krawędzi stolika, jakby zastygła w tej pozycji. Wpatrywała się przed siebie i pozwalała łzom płynąć niczym niehamowanym strumieniem. Nie próbowała nawet sięgnąć po chusteczkę, żeby wytrzeć oczy. Jej oddech łamał się w delikatnej krtani, wydając regularny dźwięk, przypominający skrzypienie nowych butów, jej wargi, nieumalowane, z dziewczęcą przekorą naburmuszone i wydęte do góry - drżały. Starsi goście w kawiarni zaczęli się im przyglądać z zainteresowaniem. Spojrzenia te psuły samopoczucie chłopaka, który chciał wierzyć, że dołączył wreszcie do świata dorosłych.

Obfitość łez Masako była zdumiewająca. Ich natężenie nie malało ani na chwilę. Znużony tym widokiem Akio spuścił wzrok i skierował go na czubek parasola, który oparł o krzesło. Spływające krople deszczowej wody utworzyły niewielkie, ciemne kałuże na kafelkach ułożonych na podłodze w niemodny, mozaikowy wzorek. Nawet te kałuże przypominały Akio łzy Masako. Nagłym ruchem wziął rachunek ze stolika i wstał.

Czerwcowy deszcz padał od trzech dni bez ustanku. Wyszedł z biurowca Marunouchi i otworzył parasol. Dziewczyna w milczeniu szła za nim. Nie miała parasola. Chcąc nie chcąc, Akio musiał ją wziąć pod swój. Poczuł, że oto pojął i przyswoił sobie obliczoną na użytek otoczenia praktykę dorosłych, w każdej sytuacji zachowujących z zimną krwią pozory dobrych manier, jakby się nic nie wydarzyło. Cóż z tego, że idą pod wspólnym parasolem zaraz po tym, jak z nią zerwał? Czyni tak przecież wyłącznie przez wzgląd na innych. Właśnie tak, stanowczo i rzeczowo. Bardzo mu to odpowiadało - być stanowczym i rzeczowym, nawet jeśli nie zawsze umiał to okazywać wyraźnie i dobitnie.

Przez cały czas, kiedy szli chodnikiem w kierunku Pałacu Cesarskiego, zaprzątała go jedna myśl - jak pozbyć się tego worka łez. Ciekawe - pomyślał ni stąd, ni zowąd - czy w czasie deszczu z fontanny też leci woda? Zaraz, ale dlaczego przychodzi mu nagle do głowy fontanna? Zrobił jeszcze kilka kroków, gdy zdał sobie sprawę z fizycznego podłoża dowcipu, do którego przywiódł go bieg jego myśli. Idąc obok dziewczyny pod niedużym parasolem, dotykał - chłodno i obojętnie - jej mokrego, obślizgłego niczym gad płaszcza.

Pokonując niemiłe wrażenie, zmusił się, aby prześledzić drogę, jaka doprowadziła do tego żartu. No, tak. Fontanna w deszczu. Każe łzom Masako pójść w zawody z fontanną. Nawet ona nie dorówna fontannie. Stoi na z góry straconej pozycji - musi przecież wylewać wciąż nowe łzy, tymczasem fontanny wykorzystują wciąż tę samą wodę. Choćby nie wiem jak się starała, z fontanną, pracującą w zamkniętym obiegu, nie ma szans. Nie będzie miała wyjścia i przestanie wreszcie płakać.

Wtedy on pozbędzie się tego balastu. Pytanie tylko, czy fontanny działają w czasie deszczu. Akio szedł w milczeniu. Masako, nie przerywając płaczu, szła obok niego z żałosnym uporem, chroniąc się pod wspólnym parasolem. Może niełatwo będzie mu się jej pozbyć, ale nie powinien mieć trudności, żeby zaprowadzić ją, gdzie zechce. Z powodu deszczu i łez Akio czuł się na wskroś przemoczony. Masako, w białych, wysokich butach, nie mogła narzekać, ale on, w mokasynach, czuł, jakby zamiast skarpet jego stopy oblepiły grube płaty mokrych wodorostów wakame.

Ludzie nie wychodzili jeszcze z biur, chodniki były więc puste. Przeszli po pasach i skierowali się w stronę mostu Wadakura. Zbliżając się do zejścia z mostu ogrodzonego staromodną drewnianą balustradą, zwieńczoną kulistymi zdobieniami, zobaczyli na lewo łabędzia pływającego po fosie, a na prawo, na drugim brzegu fosy niewyraźny obraz białych obrusów i rzędów czerwonych krzeseł zamajaczył im przez zaparowane w deszczu okna restauracji hotelu P. Zeszli z mostu. Idąc wąską drogą, pomiędzy wysokimi kamiennymi ogrodzeniami, skręcili w lewo i znaleźli się w parku z fontannami.

Masako, nie wydobywając z siebie ani słowa, wciąż bezgłośnie płakała. U wejścia do parku stała duża altana w zachodnim stylu. Pod jej dachem krytym plecioną wikliną stały ławki, w miarę chronione przed deszczem. Akio, nie składając parasola, przysiadł na jednej z nich. Masako, wciąż płacząc, siadła ukosem do niego, tak że tuż pod czubkiem nosa miał rękaw jej białego płaszcza i zmoczone włosy. Kropelki deszczu, strącone z natłuszczonych włosów, utworzyły pajęczynkę filigranowych kuleczek białej rosy. Płacząc bez ustanku i z szeroko otwartymi oczami, sprawiała wrażenie, jakby popadła w stan odrętwienia, i chłopaka kusiło, aby pociągnąć ją znienacka za włosy i przywrócić do przytomności.

Dziewczyna nadal płakała w milczeniu. Wyraźnie czekała, by się do niej odezwał, co jeszcze bardziej utwierdziło go w zawziętym postanowieniu, aby nic nie mówić. Uświadomił sobie naraz, że odkąd wypowiedział tamto zdanie, nie odezwał się ani słowem. Przed nimi fontanny wyrzucały w górę strumienie wody, Masako jednak nie zwracała na nie najmniejszej uwagi.

Od strony ławki widać było, że trzy różnej wielkości fontanny stoją w rzędzie jedna za drugą. Odgłos wody, zagłuszany szumem deszczu, wydawał się odległy i przytłumiony. Było za daleko, by dojrzeć tworzącą się z opadającej wody pianę, ale tym wyraźniej widoczne były strumienie wyrzucanej wody, które niczym wygięte szklane rury przecinały we wszystkich kierunkach powietrze. Wokoło nie było żywej duszy. Trawnik miedzy ławką a fontannami oraz żywopłot z azaliowych krzewów uderzały świeżą, intensywną zielenią. Tymczasem za parkiem nieprzerwanie przesuwały się kawalkady mokrych od deszczu kabin ciężarówek oraz czerwonych, białych i żółtych dachów autobusów. Wyraźnie widać było czerwone światła na skrzyżowaniu, ale kiedy zmieniały się na dolne, zielone - ginęły z pola widzenia, ukryte za mgłą rozpylonej wody z fontanny.

To siedzenie w milczeniu wywołało w chłopaku jakąś nieokreśloną złość. Wyparowało gdzieś miłe rozbawienie wywołane żartem, który przyszedł mu na myśl. Sam dobrze nie wiedział, co go tak zezłościło. Jeszcze chwilę wcześniej był w stanie euforii, a teraz popadł w niezrozumiały stan przygnębienia. To, że nie umiał sobie poradzić z płaczącą bez ustanku Masako, nie do końca tłumaczyło przykre, męczące uczucie frustracji. Ba, gdyby o to tylko chodziło, poradziłbym sobie bez trudu. Zepchnąłbym ją zwyczajnie do fontanny, i w nogi - pomyślał i poprawił mu się nieco nastrój. Gdyby tylko nie ten paskudny, wszechobecny deszcz, łzy i to ponure, ołowiane niebo, tak przygnębiające! Czuł się osaczony ze wszystkich stron, a jego poczucie wolności przemieniło się w coś w rodzaju mokrej ścierki...

Z wściekłości chłopak nabrał ochoty, aby zrobić coś dla samej przyjemności zrobienia czegoś złośliwego. A niech sobie Masako moknie na deszczu, aż będzie miała po dziurki w nosie widoku fontanny! Wstał i, nie oglądając się, ruszył biegiem żwirową ścieżką wokół obramowania trzech fontann, położoną nieco ponad poziomem spacerowego chodnika. Dobiegł do miejsca, skąd dobrze widział wszystkie trzy fontanny, i przystanął.

Dziewczyna dogoniła go w deszczu. Nieomal wpadając na niego, zatrzymała się i kurczowo złapała za rączkę parasola, który trzymał nad sobą. Jej twarz, mokra od łez i deszczu, była blada. Z trudem łapiąc oddech, rzuciła:

- Dokąd idziesz?

Akio zamierzał w ogóle się nie odzywać, ale na te słowa odpowiedział ze swadą:

- Popatrz na fontanny. No, patrz! Możesz sobie płakać, ile tylko chcesz, i tak z nimi nie wygrasz.

Parasol przechylili nieco na bok i, uwolnieni od konieczności patrzenia na siebie nawzajem, z niejaką ulgą przyglądali się przez chwilę trzem fontannom - jednej, zdecydowanie bardziej okazałej, po środku, oraz dwu skromniejszym po obu stronach, jakby giermkom usługującym centralnej figurze.

Od wody tryskającej i spadającej z fontann nieustannie kotłowało się w basenach, co sprawiało, że prawie nie było widać śladów kropel deszczu uderzających o taflę wody. Jeśli sporadycznie dolatywały do młodych jakieś odgłosy, były to, o dziwo, jedynie nieregularne pomruki samochodów przejeżdżających w oddali, a szum fontann tak ściśle stapiał się z powietrzem, że gdyby nie wsłuchiwać się bardzo uważnie, można by mieć wrażenie, że jest się zamkniętym w doskonałej ciszy.

Strumienie wody uderzały najpierw o powierzchnię i rozbryzgiwały się pióropuszami drobnych kropelek, po czym, zamienione w pulsujący potok, z impetem przelewały się na zewnątrz przez czarną cembrowinę granitowej misy.

Nad każdym z basenów górował słup centralnej fontanny, otoczony przez przyboczną gwardię złożoną z sześciu wodnych węży, kreślących w powietrzu wyginające się daleko łuki.

Przyglądając się uważniej, można było dostrzec, że strumień wyrzucany ze środkowej fontanny nie zawsze osiąga przed opadnięciem tę samą wysokość. Jego najwyższy punkt był za każdym razem inny, mimo że dzień był bezwietrzny i woda mogła bez przeszkód strzelać prosto w górę ku ołowianemu, deszczowemu niebu. Chwilami postrzępioną grzywę wody wynosiło na zdumiewającą wysokość, skąd opadała z powrotem w postaci pióropuszu rozproszonych kropel.

Zbliżając się do szczytu, woda, ocieniona przez zachmurzone niebo, które przez nią prześwitywało, przyjmowała barwę szarości z lekką domieszką białego pigmentu i przypominała bardziej puder zmoczony wilgotną mgłą niż wodę. U podstawy środkowej fontanny kołysały się na wodzie czuby piany, podobne do wielkich płatów śniegu zmieszanego z deszczem. Jednak bardziej niż trzy wyrzucane pionowo w górę centralne słupy wody uwagę Akio przyciągał kształt bijących wkoło zakrzywionych łuków. I rzeczywiście boczne łuki wody, zwłaszcza te ze środkowej fontanny, wylatywały białymi grzebieniami daleko, znacznie poza obręb granitowej krawędzi basenu, po czym z gracją zlewały się z jego powierzchnią. Widok wody, pierzchającej niezmordowanie na wszystkie strony, niemal bez reszty pochłonął uwagę chłopaka. Ani się spostrzegł, gdy jego myśli, jeszcze przed chwilą skupione na tym, co tu i teraz, urzeczone wodą, zostały uniesione jej nurtem i odrzucone hen daleko.

Działo się to samo, kiedy przyglądał się środkowemu słupowi wody. Na pozór wyglądał jak nieruchoma, pełna godności statua wyrzeźbiona z wody. Jednak przypatrując się uważnie, ujrzał, jak przez środek tego wodnego słupa nieustannie pulsuje z dołu do góry i z góry na dół przezroczysty duch ruchu. Z ogromną prędkością unosił się, wypełniając stopniowo z dołu do góry przestrzeń zamkniętą w walcu i, jak gdyby w trosce o utrzymanie stałej równowagi, usiłował za każdym razem kompensować poniesioną stratę. Choć z góry nie ulegało wątpliwości, że gdy osiągnie szczyt, i tak się załamie, Akio był pod wrażeniem niezłomności tej siły, która podtrzymywała powtarzający się ciąg nieprzerwanych klęsk.

Chłopak miał świadomość, że przyprowadził tutaj dziewczynę, żeby to jej pokazać fontanny, tymczasem, zachwycony ich wspaniałością, sam wpatrywał się w nie jak urzeczony. Uniósł wzrok w górę, ku niebu, z którego lał się przenikający wszystko deszcz. Krople spadły mu na rzęsy. Niebo, zewsząd zasklepione gęstymi chmurami, wisiało nisko nad jego głową. Deszcz nie przestawał padać ani na chwilę. Był wszechobecny. Deszcz, który padał mu na twarz, był tym samym deszczem, który padał na widoczne w oddali dachy budynków z czerwonej cegły i hotelu. Zarówno jego pozbawiona niemal zarostu, gładka, połyskująca twarz, jak i chropowata warstwa betonu pokrywająca dach któregoś z tych opuszczonych budynków były po prostu bezbronnymi powierzchniami, które, nie stawiając najmniejszego oporu, wystawiały się na ten sam deszcz.

Deszczowi było najzupełniej obojętne, czy pada na jego policzki, czy na brudny beton - były tym samym. Widok fontann z naprzeciwka został natychmiast wytarty z jego świadomości. Fontanny w deszczu wydały mu się naraz niczym innym jak niekończącym się powtórzeniem tego samego bezsensownego, bezużytecznego cyklu. Zapomniał zarówno o żarcie, który przyszedł mu niedawno do głowy, jak i o złości, jaka po nim przypłynęła. Czuł, jak szybko jego umysł wypełnia pustka. Tę pustkę wypełniał jedynie padający deszcz. Chłopak w roztargnieniu ruszył z miejsca.

- Dokąd idziesz? - spytała dziewczyna, starając się dotrzymać mu kroku w wysokich butach, tym razem mocno trzymając się rączki parasola.

- Dokąd? To chyba moja sprawa, co? Przecie niedawno wyraźnie ci powiedziałem, prawda?

- Że co?

Przerażony, patrzył na nią. Deszcz zmył już z jej mokrych policzków ślady łez i, mimo że jej spuchnięte, czerwone oczy wciąż jeszcze przypominały o niedawnym płaczu, jej głos był pewny i w ogóle nie drżał.

- Jak to „co"? Przecież powiedziałem ci wyraźnie, że się rozstajemy, tak czy nie?

W tym momencie, gdy szła w deszczu przed siebie, spoza jej profilu dostrzegł, że krzewy azalii na trawniku skąpo rozkwitły to tu, to tam małymi szkarłatnymi kwiatami.

- Co? Tak powiedziałeś? Nic nie słyszałam. - Jej głos brzmiał jak zwykle.

Chłopak z wrażenia zachwiał się na nogach. Z trudem zrobił jeszcze kilka kroków, zanim odzyskał mowę i wyjąkał:

- Zaraz... Chwilę, ale w takim razie, czemu płakałaś? Nic nie rozumiem.

Nie odpowiedziała od razu. Jej mała, mokra dłoń wciąż trzymała się kurczowo rączki parasola.

- Łzy mi po prostu pociekły. Ot tak, bez specjalnego powodu.

Wściekły, chciał coś wrzasnąć, ale zamiast krzyku wstrząsnęło nim potężne kichnięcie.

Ooo niedobrze - pomyślał. - Tylko tego brakowało, żebym złapał katar.

   

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj