Recenzja książki: Doris Lessing, "O kotach"
Kronika kocich przypadków
Podmiotowość kocia. I ludzka.

Kocia kronika Doris Lessing, po prostu zatytułowana „O kotach”, rozpoczyna się pięknym, kadrowym ujęciem lotu jastrzębia, prawie jak z tradycyjnej epiki. Ten szponiasty drapieżnik, obok orłów i węży, to główny Schwarzcharakter afrykańskiej części jej wspomnień, główny porywacz kociąt i – jak się zdaje – metafora okrutnego człowieka. To właśnie tam, w Afryce, rodzi się w Lessing – świadku wielu mordów na kotach – poczucie moralnego obowiązku, by im pomagać.

Kraina kotów leży jednak w Anglii, w londyńskiej, zacisznej dzielnicy, gdzie są ich całe stada. Lessing, która pamięta z Afryki okrzyk tubylców-służących („bulala yena” – „zabij go [kociaka]”), woli nie mieć w nowym miejscu kota. Przez 25 lat nie łamie słowa. Ale później: „Wiedziałam, że w tym domu będzie kot. Jeśli jakiś budynek jest za duży, zaczynają do niego ciągnąć ludzie, to oczywiste tak samo jak to, że w pewnych domach muszą być koty”. Przez dom pisarki przewijają się ich dziesiątki: bezdomne i chore, skrzywdzone lub wyrzucone. Lessing cały czas jakby pozostawała w Afryce jako strażniczka kociąt przed ludźmi-sępami.

W kronice Lessing nie ma prawie w ogóle ludzi. A i bez tego robi ona wrażenie. Nie ma też wielkich słów komentarza. Są za to historie wielkich, ludzko-zwierzęcych gestów i przyjaźni, bo chociaż człowiek i kot różnią się między sobą zasadniczo, Lessing stara się tę różnicę zasypać. Nie naruszając ani kociej, ani ludzkiej podmiotowości.
 

Doris Lessing, O kotach, przeł. Anna Bańkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 192
 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj