szukaj
Fragment książki "Generał Lucjan Żeligowski"

Po zdaniu matury Żeligowski wstąpił do szkoły oficerów piechoty w Rydze. Pobyt w szkole junkrów I stopnia kształcącej oficerów piechoty wspominał z zadowoleniem i satysfakcją: „Po kilku miesiącach służby zaczęto mówić o szkole junkrów, do której mają być wysłani niektórzy ochotnicy. Nie wiedziałem, czy będę wyznaczony, a jeżeli będę, to czy zdam egzamin. Stało się jedno i drugie. Otrzymałem od dowódcy kompanii bardzo dobrą opinię i złożyłem egzamin. Była to pierwsza szkoła, do której wstąpiłem. Szkoła junkierska w Rydze. Kurs miał trwać dwa lata i po ukończeniu junkrowie otrzymywali nazwę praporszczyków i kilku junkrów, którzy ukończyli najlepiej - I kategoria - byli awansowani na oficerów. Rozpoczęła się nauka, która mnie bardzo zajmowała. Wtedy zdobyłem nagrodę strzelecką, srebrny zegarek z łańcuszkiem, który miałem prawo nosić na mundurze. Była to nagroda, o której marzyła cała szkoła".

 
W 1888 r. Żeligowski opuścił progi uczelni wojskowej, uzyskując awans na pierwszy stopień oficerski. „Wreszcie skończyłem szkołę podporucznikiem. Przeszkadzało mi zawsze to, że byłem Polakiem. Lecz kiedy sprawa przepisów była załatwiona, wtedy polskość stawała się nie przeszkodą, lecz atutem. »Polak« było zawsze najlepszą atestacją i otwierało wszystkie drogi, a czasem nawet i serca Rossyan. A jednak to, że byłem Polakiem wstrzymywało mój awans przeszło pół roku. Wszyscy koledzy byli już awansowani, a ja i Gedwiłło byliśmy praporszczykami. Nareszcie mnie awansowano. Byłem wyznaczony do pułku, który kwaterował na Ukrainie, w małym miasteczku. Po drodze zajechałem do domu. Stryj już nie żył. Ciotka Kasia dała mi obrazek Matki Boskiej, z którym nie rozstawałem się całe życie".

 
Przed młodym wojskowym kariera zdawała się stać otworem. Tryskał przemożnym optymizmem. Kierując się napoleońskimi wzorcami wpojonymi przez stryja, mógł wręcz zawojować świat. Ale brak pieniędzy, często komplikujący Żeligowskiemu relacje z kolegami, był stałym problemem. Abstynencja i oszczędność to zasady, które konsekwentnie starał się wcielać w życie. „Byłem pełen optymizmu. Świat stał otworem. Wydawało mi się, że nie ma na świecie niczego, czego nie mógłbym zrobić i na co nie mógłbym się porwać. Wzory Napoleona i klasyczne postacie były dla mnie wówczas słupami ognistymi i drogowskazami. Jedno tylko zawsze stało mi na przeszkodzie: brak środków. Bardzo rzadko otrzymywałem od ciotki jeden, dwa ruble. Nie piłem i nie paliłem Z tym właśnie było bardzo trudno, bo koledzy dokoła to robili i uważali mnie za skąpego, a ja nie miałem pieniędzy. Starali się wciągnąć mnie do swego grona. Byłem ciągle na baczności, ażeby nie stanąć w fałszywej sytuacji. Brałem udział tylko w bezpłatnych zabawach, wycieczkach, sporcie, lecz gdy chodziło o wydatki, wszędzie usuwałem się stanowczo. Musiałem być konsekwentny do ostatka i nie iść na żadne kompromisy.
Nigdy nie piłem. Wprowadziłem to jako swój dogmat. Nie pożyczałem. Udawałem, że wszystko zawsze mam i niczego mi nie brakuje. To stało się niemal chorobliwym przyzwyczajeniem.[...] Czytać dużo nie mogłem, gdyż nie było książek. Te które były, zawsze przeczytałem. Miałem serdecznego przyjaciela, nazywał się M. Nieudaczin. Całe dnie spędzaliśmy razem. Był wesoły, dowcipny. Sprawy polityczne zajmowały nas mało. Mówiliśmy bezmyślnie, że największymi wrogami Rossyi są studenci [...]".

 
Pierwszy okres służby Żeligowskiego w wojsku rosyjskim, a właściwie lata nauki w szkole wojskowej, przypadły na początki rządów Aleksandra III (1881-1894) w Rosji. Nowy monarcha, w odróżnieniu od swego ojca Aleksandra II (1855-1881), nie upatrywał możliwości ocalenia caratu w szeroko zakrojonych reformach. Najważniejsze przemiany dokonane przez poprzednika dotyczyły utworzenia ziemstw i wprowadzenia nowego ustroju sądowego (1864 r.), zarządu miast (1870 r.), a także reformy wojskowej (1874 r.). Zamiast kontynuować rozpoczęte przez ojca dzieło przebudowy, Aleksander III wzmacniał absolutyzm i niszczył wszelkie idee zachodnioeuropejskie, realizując dążenia panslawistyczne.

 
Ogarniający wielkie państwo kryzys, również moralny, nie ominął wojska. Charakter armii rosyjskiej, widzianej oczyma Żeligowskiego, ukazuje wyraźnie motywy, jakimi mogli kierować się szeregowi żołnierze, a nierzadko też oficerowie głoszący za kilkanaście lat populistyczne bolszewickie hasła. W swoich wspomnieniach młody żołnierz zanotował: „Armia ówczesna była ostoją caratu. Dlatego też otaczano ją opieką i izolowano od społeczeństwa. Oficer mógł czytać tylko to, co zezwolone, bywać tam, gdzie mogło to być nadzorowane, mówić tylko to, co aprobowało dowództwo. Nadzór nad tym utrzymywał korpus żandarmerji, znienawidzony przez armię.

[...] Ten okres historyczny był bardzo znamienny w życiu Rossyi. Dojrzewała wielka rewolucya. Cała literatura, sztuka, muzyka i poezja były nastawione rewolucynie. Zabójstwo cara, kaźnie rewolucyonistów, odruchy inteligencji - wszystko to wytwarzało atmosferę podniecenia oczekiwania. Policya, żandarmeria - wszystkie władze były zmobilizowane ażeby śledzić, pilnować rewolucjonistów.
Szczególnie odbijało się to na małych garnizonach, gdzie były zakwaterowane oddziały. Tam życie zupełnie zamierało. Ani teatru, ani biblioteki, ani gazet, towarzystwa - nic. Tylko służba, ćwiczenia, a potem kasyno, karty, wódka, pijaństwa. Dobry oficer nie powinien był myśleć. Musiał czytać regulaminy. Dowództwo samo starało się go ochronić od złego wpływu literatury, nauki i polityki. Natomiast protegowało wódkę. Szerzyły się skandale. Pewnej nocy oficerowie po pijanemu wywrócili cały dom do rzeki Samary. Nocami często była strzelanina, częste samobójstwa. Rodzina prawie zanikła, niewiasty były najnieszczęśliwszymi istotami. Ciągle trwały orgje, pijaństwa

[...]. Był to rzeczywiście smutny okres dla całego narodu. Nędza, sprzedajność, głód, analfabetyzm. [...]Czuć było rewolucyę. Mało było ludzi, którzy by jej nie chcieli i nie czekali na nią [...]".
W takich czasach podporucznik Lucjan Żeligowski, adept Szkoły Junkrów w Rydze, zgodnie z nakazem udał się do 136. pułku piechoty do Nowoczerkaska nad Donem w guberni Jekaterynosławskiej na Ukrainie. Pierwszego dnia doszło tam do incydentu, który - jak twierdził wiele lat później Żeligowski - „miał decydujący wpływ na karierę wojskową i położył piętno na całym życiu". I, jak podkreślał: „Pierwsze wstąpienie do pułku omal nie stało się dramatycznem".

Po przybyciu do jednostki w sobotę przed południem młody podporucznik postanowił natychmiast zameldować się w dowództwie. W kancelarii poinformowano go, że dowódca pułku je obiad w kasynie oficerskim. Żeligowski opisał przebieg wydarzeń w trzeciej osobie: „Były to czasy największej reakcji rządów Aleksandra III. Oficerom zabroniono czytać niedozwolone książki, w pułkach była pijatyka, zdemoralizowanie. Trafił do pijanej kompanii i kiedy nie chciał pić z nimi, jeden z oficerów wzniósł toast za zdrowie cara. Wtedy pierwszy raz w młodym oficerze przebudził się upór, którym potem przeplatane było życie. Natychmiast odmówił się od picia. Zrobił się wielki skandal, w którym władze chciały znaleźć podburzanie do buntu".


Do dowódcy dywizji natychmiast przesłano raport o wspomniany zajściu sugerujący oddanie Żeligowskiego pod sąd za obrazę monarchy. Powołano specjalną komisję dla zbadania sprawy. W wyniku przeprowadzonego przez nią śledztwa (oficerowie pułku stanęli po stronie podporucznika) pułkownik został pozbawiony dowództwa. „Potem sprawa się umorzyła, lecz nazwa niepewnego i niebezpiecznego oficera została na zawsze".


Żeligowski analizuje dalej w swoich notatkach autobiograficznych: „Czy występ miał korzyści i wpływ [na dalsze życie młodego oficera - D. F.] : 1) na zawsze odepchnął mnie od wódki i pijanych ludzi. Zrobił ze mnie samotnika. Skierował do literatury i francuskiego języka; 2) poznałem Wolańskiego, który miał wpływ na moje życie; 3) poznałem naród ukraiński. Szewczenkę, Gogola, pieśni, stepy, szerokij Dniepr; zamyślił[em] o rewolucyi [...]". Po latach o tym incydencie napisał raz jeszcze, z innego punktu widzenia: „[...] zniechęcił mnie do elity wojskowej i zbliził do szarego tłumu gdzie znalazłem wielkie wartości ducha i kultury wewnętrznej. A może najważniejsze, że wzbudził zaufanie we własne siły i krytycyzm do wszelkich fałszów życiowych. Może dzięki temu wypadkowi, pozostając na zawsze w linii na podrzędnych stanowiskach, mogłem gruntownie zbadać duszę żołnierza oraz wartość dawnych doktryn, metod i tradycyi, ażeby potem, choć w drobnej części, te swoje doświadczenia przenieść do armii polskiej".


Żeligowski nie mógł przewidzieć, że jeszcze wielokrotnie znajdzie się na pierwszej linii. Będzie jednym z głównych kreatorów ważnych wydarzeń, najpierw wojskowych, a później politycznych. A „duszę żołnierza",  jak twierdzili współcześni, znał jak nikt inny.
W małym garnizonie w rejonie Żmerynki Żeligowski pełnił służbę aż do wyjazdu na front w Mandżurii w 1904 r. Samotny, nie biorący udziału w orgiach i pijatykach, urlopy spędzał na Półwyspie Krymskim. Tam oglądał miejsca bitew z czasów wojny krymskiej, podziwiał przyrodę, zwiedzał cerkwie, organizował wyprawy nad Dniepr i jego sławne porohy, obserwował zwyczaje miejscowej ludności. Również w pułku starał się wszelkimi możliwymi sposobami poszerzać wiedzę i zdobywać nowe doświadczenia. Poznał tam Alojzego Wolańskiego, który, mając własną biblioteką i interesując się bieżącymi wydarzeniami, jak o tym często wspomina Żeligowski, wywarł istotny wpływ na jego osobowość. Wkrótce nadarzyła się okazja wypróbowania swych sił i wykazania umiejętności w rzemiośle wojskowym.

(...)

Wojska Żeligowskiego rozpoczęły swój marsz 8 października 1920 r. o szóstej rano, mając do pokonania 50 km. Taka odległość dzieliła je od Wilna. Wyruszono kilkoma kolumnami pasem o szerokości 20 km. Początkowo nie było kontaktu bojowego z wojskami litewskimi. Pierwsze potyczki, po których te ostatnie wycofały się, miały miejsce na skraju Puszczy Rudnickiej oraz w okolicach stacji kolejowej Stasiły. Polacy nie napotykali na znaczniejszą przewagę Litwinów, a ich słabe placówki spędzono z drogi. Silniejszy opór byli w stanie stawić jedynie nad rzeką Mereczanką, ale złamano go wczesnym popołudniem. Litewskich żołnierzy wziętych do niewoli rozbrojono i puszczono wolno, tłumacząc im, że: „Polacy nie chcą wojny z Litwinami, tylko po prostu wracają po wojnie do swoich domów".


Nastroje panujące wśród Litwinów rankiem 8 października w Wilnie opisał w swoich Dziennikach Michał Römer, były legionista i późniejszy wieloletni rektor uniwersytetu w Kownie: „Od samego rana były wieści niepokojące o zbliżaniu się Polaków do Wilna. Wersje są różne. Jedni mówią ogólnikowo, że to podchodzą Polacy, inni - i ta wersja przeważa, - że to nie regularne wojska polskie podchodzą, ale że to maszeruje na Wilno dywizja litewsko-białoruska, czy też jakieś dwie dywizje, które się oderwały luzem od wojska polskiego. Jakkolwiek bądź - czy to jest właściwa armja polska, czy jakieś samopas dywizje - Polacy ci są pod Wilnem.

[...] Logika zdawałaby się wskazywać, że skoro Polacy głoszą urzędowo, iż przeciwko Litwinom nie wojują i że wszelkie działania w tym kierunku są dyktowane jeno względami operacyj wojennych przeciwko Bolszewikom, że skoro Sapieha urzędowo i uroczyście zapewnia, że Polacy nie maja zamiaru iść na Wilno i nie pójdą zdobywać go z bronią w ręku na Litwinach, że skoro w Suwałkach dyplomacja polska wraz z delegacją wojenną i dyplomacja litewska doszły zgodnie do ustalenia linji demarkacyjnej, to marsz Polaków na Wilno w obliczu komisji kontroli Ligi Narodów i w chwili, gdy z Rosja ma być podpisany preliminarz rozejmu, - miejsca mieć nie może. Jednak pogłoski i wieści ze źródeł urzędowych o zbliżaniu się Polaków - brzmiały zupełnie kategorycznie".


Żeligowski początek akcji opisał tak: „Pierwszym celem były Jaszuny. Tu spodziewałem się pierwszego oporu. Plan mój polegał na tym, żeby oddział Kościałkowskiego zajął wzgórze koło wsi Sorok-Tatary i odciął drogę i kolej Wilno-Kowno w okolicy Landwarowa. Dywizja miała posuwać się wzdłuż traktu lidzkiego na Rudomino, a pułk jazdy idąc przez Turgiele i Niemeczyn wejść do miasta od wschodu".
Generał nie pomylił się. Jak wspomniano, niedaleko Jaszun podczas forsowania rzeki Mereczanki przez Dywizję Litewsko-Białoruską doszło do intensywnej dwugodzinnej potyczki z wojskami litewskimi. Według relacji Żeligowskiego wypadki przebiegały następująco: „Pojechałem samochodem dopędzać oddziały, które po obiedzie musiały podejść do Mereczanki. Wyprzedziłem grodzieński pułk. Litwini byli za rzeką. Jedna z naszych kompanji nierozważnie poszła na most w Jaszunach i straciła 14 ludzi. Mój samochód trafił pod ogień i musiałem go zostawić i siąść konno". Jaszuny zostały zdobyte z niewielkimi stratami własnymi (dwu zabitych i pięciu rannych). Cała kompania przeciwnika została wzięta do niewoli. Sztab generała nocował w Jaszunach. Po latach Żeligowski napisał: „Tu wydałem zarządzenia następujące: bezwzględny porządek przy zajęciu miasta. Obawiałem się ekscesów antyżydowskich. Spodziewałem się silnego oporu. Górzysta miejscowość i duża liczba budynków murowanych nadawały się do tego. Spodziewając się go wyznaczyłem wileński pułk Bobiatyńskiego, ażeby, skoro tylko powstanie wyłom w obronie żmudzkiej, skorzystał i zajął trzy punkty miasta: 1. Górę Zamkową i Trzykrzyską, 2. dworzec kolejowy, 3. gmach dyrekcji kolejowej. Mając te trzy punkty i wierząc w pomoc ludności miałem nadzieję złamać wszelki opór".


Generał Żeligowski doskonale zdawałsobie sprawę z przewagi swoich wojsk, jednak nie zaniedbał niczego. Aby pokonać potencjalny opór przeciwnika tak samo ważne było utrzymanie pełnej dyscypliny, jak i perfekcyjne przygotowanie.


Obrona litewska została złamana i przeciwnik wycofał się w kierunku północnym. Po przekroczeniu rzeki Mereczanki kontynuowano marsz na Wilno. Po krótkim postoju Żeligowski, w rozkazie z godziny siedemnastej, założył tegoż dnia zdobycie Wilna, ewentualnie zorganizowanie przyczółków, by sforsować rzekę Wakę. Jednak na skutek opóźnień spowodowanych problemami z przejściem piaszczystymi drogami Puszczy Rudnickiej, generał zmienił pierwotne plany i nakazał zatrzymanie się na nocleg na linii Kiejdzie-Porudomino-Popiszki, skąd do Wilna było tylko około 18-20 km. Odrzuceni znad Mereczanki Litwini rozlokowali się w okolicach miasta i obsadzili pobliskie Góry Ponarskie, dlatego też Żeligowski postanowił zająć Wilno następnego dnia, wyznaczając godzinę wymarszu na piątą. Wydał w związku z tym rozkaz operacyjny: „Grupa mjr. Kościałkowskiego podporządkowuje się dowódcy I Brygady płk. Bejnarowi. Pozostawiając ubezpieczenie w rejonie Zejeryno, wysuwa się przez Sorok-Tatry i zabezpiecza węzły dróg na linii Skorbuciany-Chażbiejewicze, względnie okopując się natychmiast. kawalerię wysunie na miasto, Wakę i Landwarowo celem przecięcia odwrotu. Celem współdziałania z atakami na Wilno I Brygada otworzy ogień artylerii i karabinów maszynowych na tunel, tor kolejowy i węzeł dróg prowadzących z Wilna na zachód. Przesunięcie ma być bardzo szerokie i energiczne".


Z rozkazu wynika, iż generał starał się przewidzieć wszystkie ewentualności. Mimo niewątpliwej przewagi nad wojskami litewskimi nie zaniedbywał żadnych środków ostrożności. Zwracał uwagę zarówno na kwestię kompleksowego ubezpieczania oddziałów atakujących Wilno, jak i dobre przygotowanie artyleryjskie. W razie wycofywania się Litwinów chciał im uniemożliwić odwrót.


Przed wkroczeniem wojsk Żeligowskiego do miasta wileńska Polska Organizacja Wojskowa i Związek Obrony Ojczyzny rozpoczęły rozbrajanie Litwinów. Wprawdzie nie doszło do regularnych walk ulicznych, a te które rozgorzały miały charakter incydentalny, ale podczas akcji zastrzelono jednego Litwina, a kilkunastu raniono. O ówczesnej postawie mieszkańców Wilna wspominają też zapiski żołnierzy litewskich. Kapitan Vladas Girstautas, dowódca jednego z batalionów litewskich zanotował: „We wszystkich częściach miasta słychać było strzały z karabinów i pistoletów [...]. Nawet ze starych ruin Zamku Giedymina jacyś zdrajcy nie powstydzili się strzelać do wojska litewskiego"ki partyzanckie na ulicach Wilna potwierdza wyjątkowo plastyczny i barwny opis dokonany przez huzara Leonasa Baltiejusa: „Jedni chwytali konia - a inni chcieli mnie zrzucić. Drogę otwarłem sobie szablą, a wierny mój przyjaciel koń wyrwał mnie z pazurów wroga. Swój szwadron dopędziłem już niedaleko Zielonego Mostu, na który on rwał się wraz z piechurami. Polscy partyzanci zaczęli do nas gęsto strzelać i rzucać granaty z drugiego i trzeciego piętra pobliskich domów". Inny oficer litewski, będący dowódcą pułku, zapisał pełne dramatyzmu słowa: „Choć przykro przyznać, ale prawda wymaga powiedzieć, że nie łzami odprowadzały nas wsie i osady, ale kulami, widłami i siekierami. Jeden żołnierz zabity i kilku rannych [...]. Dla naszego cofającego się i głodnego żołnierza nawet kawałka chleba nie było, a dla Polaków znajdowało się i masło". W podobnym duchu wypowiadał się także Römer: „Na ulicach miasta widać niezwykle dużo młodzieży w wieku żołnierskim. Jest to tym ciekawsze, że dotąd właściwie raził na ulicach brak takiej młodzieży. Sądzę, że to są partyzanci miejscowych organizacji polskich".


Wieści napływające do Wilna, mówiące o marszu wojsk polskich w kierunku miasta i przeprawianiu się przez Mereczankę, wywołały panikę i zamieszanie w litewskim dowództwie. Potwierdza to w swoich wspomnieniach  Römer: „[...] jeszcze rano [8 października - D. F.] był stan takiż, jak innych dni. Tymczasem po godz. 2 zerwała się nagle u Litwinów panika. Widocznie wieści się pogorszyły, bo nakazana została ewakuacja. Ministerja, urzędy, instytucje wojskowe na fury i automobile i wyjeżdżać z miasta. Natychmiast zawrzało w mieście. Ulice się zaczęły napełniać ludźmi, wszędzie gromadki ciekawych, przyglądających się ewakuacji Litwinów".


Początkowo na przedpole miasta wysłano dwa bataliony, które miały bronić go przed wojskami polskimi. Jednak dowództwo litewskie niebawem straciło nadzieję na możliwość stawienia im skutecznego oporu, a litewski sztab generalny opuścił Wilno o siódmej trzydzieści rano 9 października (w mieście pozostał jedynie sztab litewskiej 1. dywizji piechoty). Tegoż dnia o godzinie piątej gen. Żeligowski nakazał swoim wojskom wznowienie marszu na Wilno, a wileński pułk strzelców miał z woli Naczelnego Wodza wkroczyć do miasta jako pierwszy. O godzinie siódmej generał wydał następny rozkaz, na mocy którego płk Rybicki został mianowany komendantem obozu warownego Wilno, a mjr Bobiatyński - dowódcą miasta. Niespełna godzinę później Litwini po raz kolejny próbowali stawić opór, tocząc walki wzdłuż linii kolejowej Lida- -Wilno i stopniowo przesuwając się ku północy. Lewe skrzydło wojsk Żeligowskiego (część grupy mjr. Kościałkowskiego i wileński pułk piechoty z Dywizji Litewsko-Białoruskiej) około wpół do dziesiątej opanowały most na Wace i zajęły wieś Pogiry. Mimo kontrataków litewskich tuż po jednenastej opór wojsk litewskich został całkowicie złamany i oddziały Żeligowskiego podjęły szybki marsz w stronę Wilna. Na wieść o tym gen. Stasys Nastopka, dowódca 1. dywizji litewskiej nakazał ewakuację swego sztabu. Natomiast pełnomocnik rządu Litwy Ignas Jonynas przekazał władzę w mieście przedstawicielom ententy. W związku z tym tymczasowym gubernatorem Wilna został szef francuskiej misji wojskowej płk Constantin Reboul.

(...)

21 listopada w Belwederze odbyła się narada u prezydenta Wojciechowskiego. Oprócz gospodarza wzięli w niej udział: premier Skrzyński, marszałek Piłsudski oraz generałowie: Józef Haller, Stanisław Haller i Majewski. Chciano się dowiedzieć, jaką opinię ma Komendant w sprawie kandydatury na stanowisko ministra spraw wojskowych. Prezydent przygotował nawet spis pytań dotyczących cech charakteru kandydatów: konsekwencji, odwagi, moralności itp. Marszałek zwrócił m.in. uwagę na prywatę stronnictw politycznych nie dbających o podstawowe potrzeby wojska. Dokonał także gruntownej i daleko idącej krytyki oficerów wywodzących się z dawnej armii austriackiej. Jako dobrych generałów zakwalifikował: Lucjana Żeligowskiego, Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, Leonarda Skierskiego i Leona Berbeckiego. Zdaniem Grabskiego Piłsudski przybył do Belwederu „[...] z ultymatywnym żądaniem, by prezydent Wojciechowski powierzył w nowym rządzie tekę ministra wojny któremuś z cieszących się jego zaufaniem generałów, których listę przedłożył". Natomiast sam Marszałek w jednym z udzielonych niedługo potem wywiadów powiedział: „[...] radziłem wybrać ministra z pomiędzy oficerów, którzy w przeciągu wojny zdobyli sobie szacunek, nie schodząc z pola walki ani chwili, i którzy nie prowadzili żadnych intryg politycznych". Słowa te można uznać za opinię wyrażoną o Żeligowskim.


Konsekwencją wspomnianego spotkania w siedzibie głowy państwa oraz innych zakulisowych rozmów była dokonana 27 listopada 1925 r. nominacja gen. Lucjana Żeligowskiego na ministra spraw wojskowych, który tegoż samego dnia przestał być inspektorem armii. Pierwsze posiedzenie gabinetu Skrzyńskiego z udziałem nowego ministra odbyło się 30 listopada. Marszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej o zmianie w Ministerstwie Spraw Wojskowych poinformował posłów na posiedzeniu sejmowym 10 grudnia, pierwszym, w którym Żeligowski uczestniczył jako minister: „P. Prezes Rady Ministrów nadesłał mi pismo z zawiadomieniem, że p. Prezydent Rzeczypospolitej zwolnił gen. dyw. Stefana Majewskiego z poruczonego mu kierownictwa Ministerstwa Spraw Wojskowych i równocześnie zamianował generała broni Lucjana Żeligowskiego Ministrem Spraw Wojskowych". Jeden z działaczy prawicy i zdeklarowany przeciwnik piłsudczyków, wskazując na bezkrytyczny i pełen podległości stosunek nowego ministra do Piłsudskiego, pokusił się o komentarz: „Żeligowski będzie najniższym jego [Piłsudskiego - D. F. ] służką i zrobienie go ministrem wojny jest wydobyciem na wierzch całej Piłsudczyzny, która zdawała się już zwęgliła". Podobną, a może nawet ostrzejszą, opinię o generale wyraził brytyjski attaché wojskowy płk Edward Clayton: „Następcą generała Sikorskiego jako ministra wojny jest generał Żeligowski, uprzejmy, ale mało inteligentny człowiek słabego charakteru, który wykonuje wszystkie założenia marszałka Piłsudskiego już przed wydaniem rozkazu". Zdaniem Wincentego Witosa, skrajnie nieżyczliwego nowemu ministrowi, od którego trudno wymagać obiektywizmu:

„Żeligowski przyszedł do rządu po to, ażeby spełnić rozkazy swojego mocodawcy, mającego już wtedy na celu odebranie armii z rąk rządu i narodu, a oddanie w ręce jednego człowieka, który miał z niej uczynić narzędzie buntu przeciw prawu i władzy na nim opartej. Żeligowski wykonał niegodną robotę tak podstępnie, cicho i ostrożnie, że nawet jego koledzy z gabinetu do samego końca nic nie wiedzieli, a niektórzy wiedzieć nie chcieli".

Prominentny działacz Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) i poseł na sejm z jej ramienia, dowiedziawszy się od premiera Skrzyńskiego o mającej nastąpić nominacji generała na ministra spraw wojskowych, zauważył zjadliwie: „Byłem po prostu przerażony, nie tyle z tej racji, by gen. Żeligowski był postacią tak wstrząsającą, ile raczej ze względu - że nią właśnie nie był. Gen. Żeligowski był dowódcą średniego kalibru; był mało rozgarnięty, w sprawach przekraczających jego widnokręgi - dziecinny, a poza tym ślepo oddany Piłsudskiemu". Natomiast Popiel, w swoich spisanych po II wojnie światowej wspomnieniach, nie ukrywał jawnej niechęci, połączonej ze zjadliwą ironią w stosunku do Żeligowskiego: „Nowy minister w swoim exposé przed komisją wojskową sejmu nie zabłysnął wprawdzie szczególną inteligencją, zyskał jednak od razu duży rozgłos przez głośne powiedzenie, iż »wojsko trzeba wyprowadzić w pole...«.

Istotnie wyprowadził w pole nie tylko wojsko ale i tych, którzy widzieli w nim właściwego człowieka na tak ważnym w ówczesnej sytuacji stanowisku. Gorzej, że było to wyprowadzenie w pole całego społeczeństwa". Następna opinia, której autorstwo przypisuje się Sikorskiemu, zaznaczając pozytywne cechy charakteru generała jako żołnierza, zdawała się potwierdzać powyższe słowa, ukazując go jako narzędzie w rękach piłsudczyków i ich przywódcy. Żeligowski jawił się jako: „poczciwy i odważny żołnierz, który swego czasu na rozkaz marszałka zajął Wilno zdobywając sobie laury polskiego d'Annunzia, będący powolnym narzędziem w ręku marszałka, głównie jego otoczenia". Sikorski posunął się nawet dalej, do kuriozalnego wręcz stwierdzenia, że: „Wszystkie ważniejsze decyzje ministra zapadały na tajnych, konspiracyjnych posiedzeniach z udziałem posła [Bogusława] Miedzińskiego, gen. [Gustawa] Dreszera, pułk. [Bolesława] Wieniawy itd.". Podobnie postrzegał generała bliski Piłsudskiemu Miedziński, relacjonując spotkanie w Sulejówku, prawdopodobnie z początku 1926 r., w którym wziął udział także późniejszy minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. W trakcie rozmowy, zdaniem Miedzińskiego:

„Komendant zaczął besztać Żeligowskiego w związku ze sprawami komisji spraw wojskowych, że woźny lepiej by się zachował i zorientował. Nam z Pierackim było nieswojo. Żeligowski po wyjściu od Komendanta nam powiedział - no tak, nie sztuka jemu łajać mnie jak on marszałek, a ja generał".

Należy dodać, iż Piłsudski w momencie silnego wzburzenia, zwracając się do swych współpracowników czy też podkomendnych, często nie przebierał w słowach. Zwykłe besztanie również nie należało do rzadkości. Nie wszyscy piłsudczycy postrzegali generała tak jak Miedziński. Były podwładny Żeligowskiego, znający go z czasów walk z bolszewikami, lekarz z zawodu i ostatni premier II Rzeczypospolitej płk Sławoj Felicjan Składkowski zanotował: „W  Warszawie zamieszkał w białej zgrabnej willi na rogu Alej Ujazdowskich i alei Róż. Tam w jasny zimowy poranek zobaczyłem go półnagiego, nacierającego się w ogródku śniegiem. W biurze czuł się jednak niepewnie, skarżył się na trudności polityczne, mówiąc swoje: Cóż ty zrobisz?! Poza tym wypowiadał swe słynne groźby: »Wyprowadzenia armii w pole«, z podwórek koszarowych, celem przyzwyczajania żołnierzy do warunków służby wojennej. Nie doceniano praktycznych wartości tych zamiarów starego, doświadczonego żołnierza i pokpiwano z cicha z tego niewybrednego dwuznacznika wypowiadanego z zapałem przez dzielnego byłego kapitana armii rosyjskiej, skromnego, dobrego człowieka i Polaka.

Wobec znanej prostolinijności i nieustępliwości generała Żeligowskiego zelżały od razu naciski Sejmu na urzędy ministerstwa spraw wojskowych". Natomiast w życzliwym tonie wyraził się o generale, jako kandydacie na ministra, jego krajan związany z konserwatystami Stanisław Cat-Mackiewicz: „Piłsudski zapewne wskazał ministra spraw wojskowych, ale nie wysunął żadnego z oficerów legjonowych, tylko oswobodziciela Wilna i zwycięzcę spod Radzymina gen. Żeligowskiego, człowieka niezdolnego do żadnej roboty mafijnej czy intryganckiej". Zbliżony sąd na temat Żeligowskiego miał inny emigracyjny historyk Władysław Pobóg-Malinowski, napisał on, że „[...] był to żołnierz uczciwy, człowiek kryształowo czysty, organicznie niezdolny do udziału w koteryjnych rozgrywkach; z Piłsudskim zresztą wiązała go bardzo mocno sprawa »miłego miasta« - Wilna". Dodając dalej, że dzięki Żeligowskiemu Piłsudski ochronił wojsko „przed demoralizującym wpływem sejmu". Kończąc przegląd różnorodnych opinii o Żeligowskim, nie sposób pominąć tej - zdaniem autora - najtrafniejszej. Wybitny historyk Janusz Pajewski, znający osobiście Żeligowskiego, scharakteryzował go tymi słowy: „Oddany Marszałkowi, prostolinijny, nie rozumiał gier politycznych i stał od nich z dala, mógł być nieświadomym narzędziem w czyichś sprawnych dłoniach".


Kulisy objęcia ministerialnego fotela odsłonił generał w cytowanych już, lecz szerzej nieznanych wspomnieniach. W listopadzie 1925 r. zameldował się u Żeligowskiego oficer z najbliższego otoczenia Józefa Piłsudskiego z informacją, iż na konferencji u prezydenta Marszałek wysunął jego kandydaturę na ministra wojny, a gen. Sosnkowskiego na szefa Sztabu Generalnego. Wysłannik przekazał słowa Piłsudskiego, w których tenże radził przyjąć tekę. Na pytanie, czym się będzie zajmował Komendant, Żeligowski dostał odpowiedź, iż w wypadku dojścia do skutku obu nominacji, „[...] Marszałek znajdzie dla siebie pracę choćby nieoficjalną". Można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli nawet gen. Żeligowski nie miał wyraźnego polecenia objęcia kierownictwa Ministerstwa Spraw Wojskowych, to właśnie tak zinterpretował przekazane mu słowa. Piłsudski bardzo dobrze go znał i doskonale wiedział, jak się w takiej sytuacji zachowa. Trudno wywnioskować, czy w ogóle i jak długo zastanawiał się Żeligowski nad udzieleniem odpowiedzi, szczególnie, że nie podał daty wspomnianej rozmowy. Ograniczył się jedynie do krótkiego stwierdzenia: „Propozycję Marszałka przyjąłem do wiadomości, czekając na dalszy rozwój wypadków".

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj