Recenzja książki: Józef Hen, "Pingpongista"

Po deszczu tęcza
Fikcja jako przywilej.

Po obchodach rocznicy Marca 1968, w atmosferze emocji, jakie wywołała najnowsza książka Grossa, po powieść Józefa Hena „Pingpongista” osnutą wokół sprawy Jedwabnego sięgać można ze... strachem. Niepotrzebnym. Pozytywny bohater mówi w pewnym momencie, że jako patriota nie miałby nic przeciwko temu, żeby Polskę zobaczyć nieco uszminkowaną. I tak się to toczy.

Jeden z niegdysiejszych morderców cierpi na urojenia, zostaje więc odesłany do szpitala ze stosownym rozpoznaniem zaburzeń psychicznych, kwalifikujących do leczenia zamkniętego. Syn negatywnego bohatera pragnie odkupić winy ojca. Młodzież staje po słusznej stronie. Na plebanii odbywa się wielka wyjaśniająca tajemnice przeszłości rozmowa, podczas której dochodzi do pojednania. Człowiek, który odziedziczył dom należący niegdyś do żydowskiej rodziny, rezygnuje z niego, bo własność obciążona jest winami przodków i pamięcią o zbrodni. Pan prezydent mówi to, co trzeba powiedzieć, a kantor śpiewa tak poruszająco, że sam ma łzy w oczach. Pozytywny bohater może kupić loda panu prezydentowi, jego obstawie i dziennikarce Ani. Pogoda jest piękna, a lody smakują. Nawet ksiądz postanawia oczyścić się z win i wyznaje je przed pozytywnym bohaterem. Na pożegnanie ponętna maturzystka zawisa przy ustach starszego pana, a po deszczu pokazuje się tęcza.

Pewne elementy tej historii są realistyczne, inne – fikcyjne. Pan prezydent (Kwaśniewski) rzeczywiście powiedział, co trzeba, dziennikarce Ani (Bikont) udało się dotrzeć do wielu świadków, którzy niejedno wyjaśnili. Czy można mieć pretensje do Józefa Hena, jeśli w całości obraz wydaje się zbyt optymistyczny? Nie! Tak właśnie powinno się stać: kiedy tragiczna historia zostaje opowiedziana, świadkowie mogą mieć poczucie, że prawda po latach zwyciężyła, winni zostają ujawnieni, nazwani i rozpoznani. Następuje oczyszczenie. Tym gorzej dla rzeczywistości, jeśli wydaje się, że tak nie jest: większość świadków umarła, za to wciąż żyją irracjonalne lęki.

Polska proza ma długie tradycje „rozdrapywania ran”, ale ostatnio skuteczniej robią to publicyści, reporterzy i historycy, przedstawiając dokumenty i autentyczne relacje. Józef Hen potraktował fikcję jako przywilej.
 

Józef Hen, Pingpongista, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2008, s. 186
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj