Recenzja książki: Jerzy Franczak, "Przymierzalnia"
Wprawki w dorosłość
Jeśli uciekać, to tylko w literaturę.

Przymierzalnia” Jerzego Franczaka (1978), prozaika i eseisty z Krakowa, rozpoczyna się jak opowieść podróżnika-szaleńca, który relacjonuje, mimo że jedzie donikąd. Nie lubi, żeby było prosto, dlatego opowiadając korzysta z różnych trików i literackich schematów. Czyni to z „Przymierzalni” zeszyt wprawek: o środowisku krakowskich artystów rówieśników, przygodach z literaturą, poruszaniu się po świecie, alkoholowych upodleniach.

Pojawiają się gatunki „prawdziwe” (notatki z podróży, próba autobiografii, dziennik geniusza, opowieść pielgrzyma) i fikcyjne (pieprz i wanilia, płaszcz i szpada itp.). Jest w tej książce dystans wobec młodej bohemy i polskiego bractwa poetów, którzy, mimo iż się nienawidzą, „pod stołem cały czas gładzą się po kolanach i dotykają stopami, (...) bo nikt inny ich nie chce”. Są żarty z pokoleniowych narracji roczników siedemdziesiątych, które okazały się bajerem i mitem. Narratora Franczaka niespecjalnie przeraża (i przejmuje) rzeczywistość. Chociaż muzą i światłem opowieści pozostaje Ilona, dziewczyna, z którą nie próbuje się dogadać, ani ona, ani autor i narrator w jednej osobie nie mają wpływu na dalszy bieg fabuły.

Na szczęście „Przymierzalnia” nie jest tylko fantazją młodego, piszącego narcyza, który boi się dowiedzieć, czym może być jeszcze życie, skoro nie jest samym pisaniem. „(...) w ogóle wszystko można” – czytamy na końcu książki, gdy nie ma już autora i bohatera. Pokusa, by zrobić podobnie i zbiec z własnego istnienia, może się skończyć dobrze pod jednym warunkiem. Jeśli uciekać, to tylko w literaturę.
 

Jerzy Franczak, Przymierzalnia, Korporacja Ha!art., Kraków 2008, s. 228
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj