Recenzja książki: Jean Améry, "O starzeniu się"
Raczej nie być niż być
Wspaniała książka. Przerażająca.

„Nasze życie jest drogą ku śmierci" - twierdzą filozofowie egzystencjalni. Sąd ten - przez lata powtarzany - zdarł się nieco i, jak to ze zdartymi płytami bywa, nie brzmi zbyt przejmująco. Nie, bynajmniej nie dlatego, że człowiek, dzięki lekcji egzystencjalistów, pogodził się ze swoją śmiercią i dziarsko kroczy przez życie w stronę nieuchronnej nicości. Raczej dlatego, że wyparł tę formułę na margines swojego języka. Oswoił ją nie przez przyswojenie, ale przez uczynienie z niej jednego ze sloganów w podręczniku historii filozofii, nic ponadto. Może się mylę - proszę to sprawdzić wracając do odczuć, które towarzyszyły Państwu przy odczytywaniu pierwszego zdania niniejszego tekstu.

Zdanie to jest banalne, zresztą jak każdy pretendujący do syntezy sąd. Na szczęście nie musimy dumać nad tą formułą. Mamy bowiem do dyspozycji jej rozszerzenie w formie dwóch esejów Jeana Améry'ego - „O starzeniu się" i „Podnieść na siebie rękę". Ukazały się w czytelnikowskiej serii Nowy Sympozjon, w czterdzieści lat od oryginalnego wydania pierwszego z esejów.

Można tę książkę czytać encyklopedycznie - uczyć się, że w egzystencjalizmie podmiot, będąc w świecie, czuje się obco i samotnie, a przeżywając trwogę zwraca się ku nicości. Ale można podejść do lektury inaczej - zapewnia nam to sam Améry, który nienagannie posługuje się odpowiednimi kategoriami filozoficznymi i nienatarczywie przekłada je na języki eseju. Ułatwia w ten sposób czytelnikowi podążanie za wywodem i pozwala zrozumieć swoją myśl - nie tak przecież łatwą.

W eseju „O starzeniu się" dowiadujemy się, że starzeć się to zauważyć upływ czasu, to mieć coraz więcej przedmiotów, a coraz mniej wyborów i szans (czyli mieć więcej bytów niż możności). Starzeć się to patrzeć na siebie, to widzieć innego człowieka - lecz nie oczekiwać już, że się go zobaczy. Starzenie się i samobójstwo - tematy esejów Améry'ego - są tymi momentami życia, które najsilniej uświadamiają ludzką śmiertelność. I w każdym z tych doświadczeń nie będzie chodziło nigdy o abstrakcyjne pojęcie śmierci, śmierci w ogóle, będącej cechą wszystkich ludzi. Zawsze będzie to konkretna śmierć - po prostu moja śmierć, doświadczenie graniczne, czyli właściwie już nie-doświadczanie.

Autor, prowadząc wywód, nie pozwala sobie jednak na rozważania prowadzone z wysokości katedry filozofii, choć stosowane przez niego rozmaite tropy i figury mogłyby to sugerować. Kiedy mówi coś w pierwszej osobie, to natychmiast dystansuje się i zaczyna analizować wcześniejszą wypowiedź, jakby była ona tylko cytatem. W istocie, cały tekst jest czymś na kształt cytatu z myśli autora, które tylko przez przypadek wypowiedziane zostają głośno. Wprowadza także kolejnych bohaterów. W „O starzeniu się" każdą następną figurę, która zawsze ma swój pierwowzór (pośród nich Proust, Sartre, Simon de Beauvoir), nazywa „A" - tworząc maskę everymana. Ale „A" to przecież także pierwsza litera jego nazwiska. Kiedy wreszcie będzie pisał o swoim doświadczeniu, nie przyzna się jednak wprost o kim mowa, ale tylko zasugeruje, że pisze o jakiejś postaci - „o skromne siedem lat młodszej" od Sartre'a. Po tych rozważaniach pozostanie najbardziej osobisty i niezatarty znak - samobójstwo popełnione w dwa lata po napisaniu eseju.

Czyżbyśmy więc czytali „wyznania samobójcy"? Gdyby to było tak oczywiste, książka nie byłaby warta większej uwagi. „Podnieść na siebie rękę" jest poza wszystkim niezwykłym filozoficznym traktatem o człowieku na granicy życia i śmierci. Opowiada historię jego wyobcowania, pokazuje nienawiść, którą zaczyna w nim budzić obce mu społeczeństwo (opozycja ja - świat jest dominantą obu tekstów). Ta książka to apologia samobójcy, to walka o prawo do wolności aż do granic. Zatem musi wzbudzać kontrowersje.

„Czytelnik doświadczy czegoś, do czego tradycyjna lektura w ogóle go nie przygotowała". Tym zdaniem Bogdan Baran, tłumacz i autor przedmowy, najlepiej być może oddaje siłę książki. Nie jest to przyjemna lektura, przeciwnie - jest niezwykle ciężka. Ale nie jest przecież trudna - czyta się ją jednym tchem. Nie mógłbym jednak powiedzieć, że to wspaniała książka - bo jest przerażająca. Zła czy dobra? Piekielnie dobra.

Ryszard Knapek, FA-art 

  
Jean Améry, O starzeniu się. Podnieść na siebie rękę, przeł. Bogdan Baran, Czytelnik, Warszawa 2007, s. 260

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj