Recenzja książki: Per Petterson, "Kradnąc konie"
Niespieszna opowieść Norwega
Nieoczekiwane spotkanie z sąsiadem.

Większość tłumaczonej na świecie literatury to od dłuższego czasu powieści anglojęzyczne. Za to w USA tłumaczenia z innych języków stanowią zaledwie kilka procent rynku książki. Powieść norweskiego pisarza Pera Pettersona została jednak zauważona i bardzo dobrze przyjęta w Stanach Zjednoczonych, a także w Irlandii i Wielkiej Brytanii, gdzie znalazła się na listach bestsellerów. Powodem nie jest artystyczne nowatorstwo, język „Kradnąc konie” niczego nie przełamuje ani nie odkrywa, ale spełnia wymogi pięknej prozy, w której jest miejsce na opisy krajobrazów, wyszukane określenia, subtelne analizy stanów psychicznych i nawiązania do wielkiej literatury (zresztą angielskiej).

Powieść ma wyraźnie zarysowanego bohatera, nie młodego, bo 67-letniego. Akcja z początku rysuje się bardzo blado: Trond przeżył wypadek, w którym zginęła jego żona, postanawia więc wycofać się z życia zawodowego, opuścić Oslo i osiąść samotnie w małym domku w lesie, a nawet ograniczyć do minimum kontakty z ludźmi. Nie podaje adresu córkom, nie zabiera telewizora, nie chce nawet mieć telefonu. Uważa, że do towarzystwa wystarczy mu pies i celebruje spacery z suką Lyrą nad jezioro. Nie chce jednak rozpamiętywać niedawnej tragedii, która dzięki świetnemu zdjęciu, zrobionemu przez przypadkowego fotoreportera, stała się pożywką dla mediów.

Nieoczekiwane spotkanie z sąsiadem, w którym Trond rozpoznaje znajomego sprzed pięćdziesięciu lat, sprawi, że bohater wróci pamięcią do dalszej przeszłości. Niewielkie migawkowe obrazki składają się na szkicowy zarys historii Norwegii podczas II wojny światowej: okupacja, konspiracja, nielegalne wędrówki przez granicę, znikanie ojca z domu. I trochę kolorytu lokalnego: sianokosy, wyrąb drewna, spławianie go rzeką. Co właściwie działo się podczas wojny – bohater zrozumie dopiero latem 1948 r., które stanie się dla niego przełomowe jako moment największej bliskości, a potem nieoczekiwanego rozstania z ojcem. U schyłku życia przypomina sobie czas wejścia w dorosłość i wtajemniczenia w sprawy płci. „Kradnąc konie” to niespieszna opowieść, która bardzo powoli odsłania swoje tajemnice. Raczej z dominantą egzystencjalną niż historyczną.
 

Per Petterson, Kradnąc konie, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008, s. 268
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj