Fragment książki "Gulasz z Turula"

W 1941 roku faszystowskie Węgry, będące w sojuszu z Hitlerem, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. W gabinecie prezydenta Roosevelta miał się odbyć taki oto dialog:

Ambasador Węgier: Szanowny panie prezydencie, z największą przykrością muszę pana poinformować, że z dniem dzisiejszym Węgry wypowiadają wojnę Stanom Zjednoczonym.

Roosevelt: Węgry? Co to za kraj?


Ambasador: To jest królestwo, panie prezydencie.


Roosevelt: Królestwo? A kto jest tam królem?


Ambasador: Nie mamy króla, panie prezydencie.


Roosevelt: To kto tam rządzi?


Ambasador: Admirał Miklós Horthy.


Roosevelt: Admirał? Ach, więc będziemy mieli przeciwko sobie kolejną flotę!


Ambasador: Niestety, panie prezydencie, Węgry nie mają dostępu do morza i w związku z tym nie mają floty.


Roosevelt: O co więc wam chodzi? Macie z nami jakiś konflikt terytorialny?


Ambasador: Nie, panie prezydencie, Węgry nie mają roszczeń terytorialnych wobec USA. Mamy konflikt terytorialny z Rumunią.


Roosevelt: A więc prowadzicie także wojnę z Rumunią?


Ambasador: Nie, panie prezydencie, Rumunia jest naszym sojusznikiem...

1. Paprykarz z Kádára


W dzieciństwie na Węgrzech najbardziej lubiłem zapach rozchodzący się z mieszkań koło godziny trzynastej, kiedy nakrywano do stołu. Słodka woń duszonych na smalcu warzyw, leczo, faszerowanej papryki, zapiekanki kartoflanej. Tanich, sycących, jednodaniowych posiłków, po których można już było nie jeść do końca dnia. Podawanych ze świeżym, białym chlebem, miękko moszczącym żołądek. Pamiętam na proustowski sposób te zapachy z ulic XIV dzielnicy, gdzie mieszkały zaprzyjaźnione z moim ojcem rodziny. Szczególnie dobrze pamiętam obiady u państwa Répów, mieszkających przy Újvidék tér. Za każdym razem żona pana Répy szykowała na nasze przyjście gigantyczny gar z jedzeniem. Na stole pachniał już świeży chleb i syczała woda sodowa w syfonie, pan domu ubrany w odświętny dres i kapcie odbezpieczał ochoczo niedrogie wino, z kuchni dochodziło bulgotanie, postękiwanie gospodyni i już po chwili wszyscy jedliśmy. Oprócz monstrualnej żony pana Répy, która zawsze się zarzekała, że nie jest głodna, więc tylko popatrzy, jak jemy (co na początku skłaniało mnie do podejrzeń, iż jedzenie jest zatrute i z pozoru poczciwa kobieta chce za jednym zamachem pozbyć się męża, dzieci i dwóch gości z zagranicy). Po jakimś czasie jednak zrozumiałem, że nie ma się czego obawiać, jedzenie na pewno nie jest zbyt zdrowe i dietetyczne, ale za to pyszne i błogostanogenne. A żona pana Répy i tak zjadała swoje, tyle że w kuchennym zaciszu, kiedy nikt jej nie widział.


Wiele lat później, po śmierci mojego ojca, pojechałem do XIV dzielnicy, do Zugló, żeby obejść znane sprzed lat rodziny i przekazać im tę wiadomość. Chodziłem po Újvidék tér, Gyertyán utca i Tallér utca i przypominałem sobie dawne odwiedziny u przyjaciół i rodziny mojego ojca, tamte tłuste obiady, wodę sodową i świeży chleb, rozmowy składające się z narzekania na podwyżki cen, tamten czas mijający bez skutku i przyczyny, trwałość niedzielnych obrzędów, niezmienność zuglańskiego krajobrazu: przez te lata nic się tam nie zmieniło, jedynie wartburgi i trabanty z lat osiemdziesiątych zostały zastąpione nowymi oplami i suzuki. Odwiedziłem wtedy państwa Répów. Przypomnieli mnie sobie szybko, choć zmieniłem się przez te ponad dwadzieścia lat. Pan Répa uściskał mnie i chętnie wyciągnął niedrogie wino. Żona pana Répy właśnie szykowała ciasto na galuszki. Wymówiłem się jednak. Obiecałem, że kiedyś zadzwonię i umówię się na obiad. Nie zadzwoniłem.


Wszystkie te rodziny wyglądały podobnie: mąż był chudy i żylasty, choć z wyraźnym brzuchem napinającym odświętny dres, żona wielgaśna, grubaśna i nieruchawa, pokonująca z demonstracyjnym wysiłkiem drogę z kuchni do salonu, by wszyscy widzieli jej nadludzki wysiłek, albo szorująca podłogę, zawsze usłużna i zapracowana, donosząca kawy i pálinki. Do tego dzieci, zazwyczaj piękne, czarnowłose córki o uzdolnieniach sportowych bądź muzycznych, które potem chyba hurtowo marnowały swoje talenty i wychodziły beznadziejnie za mąż, zasilając węgierską armię zrozpaczonych, pogrążonych w smutku i depresji kobiet. Miały na imię Zsuzsi albo Ági, ćwiczyły grę na skrzypcach, gimnastykę artystyczną, ale dziś pewnie ich szczupłość odeszła w niepamięć, ich subtelność zrogowaciała, ich czas mija bez żadnej nadziei.


Musiało upłynąć trochę czasu, żebym wypuszczony ze świata obowiązkowych weekendowych wizyt u znajomych ojca pojął wreszcie, że ten świat to nie tylko leczo, faszerowana papryka i zapiekanka kartoflana, ale także frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Że to także nostalgia za czasami regenta Miklósa Horthyego i towarzysza Jánosa Kádára; grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie. Pamiętam, że nazwisko towarzysza Kádára często pojawiało się w tamtych rozmowach, pewnie na niego narzekano, a dziś pewnie narzeka się na jego brak. Czasy kádárowskie są takie nostalgiogenne, bo były w Europie Wschodniej najlepsze, choć najgorsze zarazem, bo to czasy złamanego kręgosłupa i mentalnych kajdanów.


W Budapeszcie co trzecia herbaciarnia nazywa się „Nostalgia", dostępne są nostalgia-cukierki, nostalgia pokrywa liszajem ściany domów i bruk ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć najbliższa prawdziwa wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu, za króla Macieja Korwina, jeśli nie liczyć wielkości węgierskiej piłki nożnej w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych oraz międzynarodowych sukcesów zespołów Omega i Lokomotiv GT w latach siedemdziesiątych.


Nostalgiczna jest nawet prognoza pogody w telewizji Duna, podawana dla tak zwanego Basenu Karpackiego, który jest eufemistyczną nazwą całego obszaru zamieszkanego przez mniejszość węgierską, ze szczególnym naciskiem na Siedmiogród.


W sklepie ze starociami „Nostalgia" na Klauzál utca, pośród dziesiątek starych młynków do pieprzu, w natłoku lamp, butelek i naklejek z oranżad stoi zdyscyplinowany rząd popiersi Lenina. Nad wnętrzem sklepu góruje jego wielki portret, a na wystawie zmieścił się jeszcze jeden Stalin. W głębi sklepu, obok wieszaka z sowieckimi czapkami wojskowymi o rondach wielkości pizzy, stoją kolejne popiersia, chyba wykonane już współcześnie; ich taśmowość jest podejrzana. Dominują głowy Lenina, parę Stalinów i jest nawet jeden Adolf Hitler za siedem tysięcy osiemset forintów.


W bufecie „Nostalgia" na parterze hali targowej przy placu Lehela nostalgicznie kiwają się nad szklankami okoliczni alkoholicy. Piwo kosztuje tu dwieście forintów - dwa razy mniej niż w śródmiejskich piwiarniach; to cena przywołująca stare, dobre czasy. Nie ma bowiem innych czasów niż dawne, które były lepsze, choć nikt nie potrafi powiedzieć sensownie, czym się ta lepszość objawiała. Z pobliskiego dworca Nyugati odjeżdżają „nostalgiczne pociągi" do Esztergomu i w Zakole Dunaju; można jechać ciuchcią siedemdziesiąt kilometrów w jedną stronę, wzdychając nad dawną świetnością.


Najbardziej nostalgiczne są jednak turule, mityczne węgierskie ptaki, które gdy się rozejrzeć, można znaleźć wszędzie. Na pomnikach, kamienicach, tablicach, emblematach wojskowych, plecakach nacjonalistycznie zorientowanej młodzieży i na płaskich piersiach dziewczyny sprzedającej kanapki i robiącej kawę w piekarni „Brunch" na Retek utca przy placu Moskwy. Turul, dziwne skrzyżowanie orła z gęsią, jest połączoną personifikacją węgierskich marzeń i kompleksów.


W całym Budapeszcie ma tylko jedną ulicę i jeden zaułek. I ulica, i zaułek znajdują się na krańcach II dzielnicy, tuż przy granicy miasta, z dala od centrum. Dzielnica IIA, w której znajduje się Turul utca, to właściwie małe miasteczko, do którego dociera co prawda stołeczna komunikacja, ale ulice i domy przypominają rozrośniętą wieś z pretensjami. Siedząc w ogrodzie gospody „Náncsi néni" przy Ördögárok utca, można poczuć się jak na dawno minionych wakacjach, gdzieś daleko od Budapesztu, na pewno w lepszej przeszłości, może przedwojennej, i jedząc gęsie udo, popaść w obowiązkową nostalgię.


O ile jednak do „Cioci Náncsi" budapeszteńczycy i obcokrajowcy przyjeżdżają na świetne, i owszem, całkiem drogie, jedzenie, to kto pojedzie oglądać pobliską ulicę Turula, na której jest tylko przystanek autobusowy i parę domów?


W Budapeszcie, podzielonym na dwadzieścia trzy jednostki administracyjne, każda nazwa ulicy może występować w każdej dzielnicy. Teoretycznie więc mogłyby być dwadzieścia trzy ulice turula, tak jak mnóstwo jest ulic i placów Jánosa Aranya, Atilli, Batthyányego, Bema, Kossutha, Petőfiego, Rákócziego, czy Vörösmartyego. Tymczasem ulica Turula jest tylko jedna. A mimo to na każdym węgierskim kroku natykam się na ślady tego ptaka.


Turulem zainteresowałem się dopiero wtedy, gdy w górniczym mieście Tatabánya, jakieś sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Budapesztu, zobaczyłem na wzgórzu dumną replikę ptaka stojącego na Zamku w Budzie. Ptak z zamkowych murów znany jest wszystkim, którzy do węgierskiej stolicy przyjechali turystycznie, i wszystkim mieszkańcom, bo rozpościera swoje wielkie skrzydła w najbardziej obleganym przez turystystów miejscu. Pamiętam go od zawsze i nigdy nie wzbudzał we mnie żadnych emocji, wszak orły masowo wzbijają się w powietrze na pomnikach, zamkach i grobach całej Europy, wznoszą też dumnie dzioby i ostrzą pazury w Ameryce Południowej i Afryce. Jaka to sensacja z powodu jednego więcej?


Ano taka, że turul nie jest zwykłym orłem, tylko orłem wymyślonym. To nie rzeczywiste zwierzę żyjące w przyrodzie, o jakim można zrobić film dokumentalny dla kanału Animal Planet, w którym to filmie turul pikowałby nad pusztą i polował na myszy. To zupełnie osobna węgierska wersja drapieżnego ptaka, niby podobna do orła, ale jakoś nie do końca.


W Tatabánya na tamtejszym wzgórzu w 1907 roku postawiono świetnie widoczną z dołu, zarówno z autostrady prowadzącej do stolicy, jak i trasy kolejowej, doskonałą replikę budzieńskiego ptaka. Ptak spogląda groźnie na kopalniano-fabryczne miasto i zapewne spogląda z obrzydzeniem, bo to brzydki widok. Na sąsiednim wzgórzu samotnie wbija się w niebo górniczy szyb: dwa dumne symbole miasta, na które nikt nie zwraca uwagi.


To, że będę musiał zapolować na turula, uświadomiłem sobie oglądając ulotkę zabraną z piwiarni „Lánchíd" na Fő utca, tuż obok tunelu pod górą zamkową, na której indyczy się najsłynniejszy turul. Takie kartki leżą w większości knajpek, świetnie nadają się na zakładki do książek. Można je brać hurtowo, są nośnikiem reklam, jeśli więc ktoś nie jest ich kolekcjonerem ani antropologiem, nie warto zawracać sobie nimi głowy. Ta jednak mnie zaintrygowała, bo prezentowała reklamę nieistniejącego produktu - „Turul-Coli". Na trawie, w pozycji znanej z impresjonistycznych obrazów, siedzi grupka ludzi, którzy raczą się „Turul-Colą" z butelek przypominających te od polskich jaboli. Pomysł „Turul-Coli" jest wybitnym połączeniem węgierskiej tradycji (turul) z kosmopolityczną nowoczesnością (Coca-Cola). Tworząc „Turul-Colę", „kreatywni" z jakiejś agencji reklamowej genialnie połączyli to co lokalne, z tym co uniwersalne. W jednym prostym grepsie pokazali dwie pary kajdan pętających współczesne społeczeństwa pokomunistyczne: globalistyczny kapitalizm eliminujący wszystko co oryginalne i konsekwentnie dążący do unifikacji oraz narodową tradycję, z której kraje tej części Europy nie potrafią się uwolnić. Ciężar tradycji ma równoważyć monstrualny ciężar walącej nam się na głowę kultury masowej. Tymczasem oba ciągną nas w dół.

Piwiarnia „Lánchíd" to jedna z moich ulubionych, bo jest poza turulem i poza Coca-Colą. To lokalna knajpka umajona starymi zdjęciami, plakatami z przedwojennych węgierskich filmów oraz fotkami klasyków bluesa, bo gruby właściciel Robi czuje silną słabość do tej muzyki, co daje się również dość dobrze i głośno słyszeć. Poza tym, nim zdążę złożyć zamówienie, Robi pyta po polsku „Piwko?" i zanim odpowiem, stawia przede mną szklankę drehera.


„Lánchíd" nie jest ani dla trendy klubbersów, układających sobie życie według zapowiedzi z darmowych pisemek „Pesti Est" i „Exit", ani dla miłośników paprykowanej słoniny, ani też dla turystów szukających z przewodnikami w ręku najdroższej ungarische gulasch suppe. Nie ma tu zupy gulaszowej ani paprykarzy, jest za to wino, piwo i pálnika. Zawsze, gdy wypiję tam za dużo piwa, otrzeźwia mnie niezmienny cytrynowy odświeżacz w toalecie. Idę zmulony do łazienki, staję, lekko się chwiejąc, nad muszlą i nagle czuję prawdziwe katharsis. Syntetyczna cytryna wwierca mi się w nozdrza i mój umysł znów staje się jasny i analityczny.


Knajpka Robiego, ze swoimi stołami przykrytymi obrusem w czerwoną kratkę, udaje trochę kisvendéglő. Takie obrusy są charakterystyczne dla małych, tanich jadalni z prostą, szybką i sycącą kuchnią. Takich jak „Kádár" na Klauzál tér; jadalni czynnej tylko od wpół do dwunastej do współ do czwartej, bo jej jedynym przeznaczeniem jest szybko i nieźle nakarmić. W „Kádár", która nie ma nic wspólnego z Jánosem Kádárem, jadłospis stanowi kartka papieru leżąca na stole, a dania podaje kelnerka w klasycznych sznurowanych butach bez pięty i czuba, jakie nosiły kiedyś sprzedawczynie we wszystkich spółdzielczych sklepach i stołówkach bloku wschodniego. Płaci się jednak przy wyjściu, u wykrochmalonego kelnera, któremu należy się szczerze wyspowiadać z tego, co się zjadło, a on na malutkiej kasie wybija kwotę, rozliczając nas z zup, drugich dań, kromek chleba i szklanek wody sodowej. Czasami w kolejce do kelnera tłoczy się młodzieżowa wycieczka anglojęzyczna, widocznie jadłodajnia „Kádár" dochrapała się akapitu w jakimś przewodniku Pascala albo Lonely Planet.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj